Kronika

Kroniki XXX: Dom Opieki Armeniasza

Dom Opieki Armeniasza staje się sceną śmierci Taurusa, udawanych emocji i coraz bardziej niebezpiecznego tuszowania śladów. Radagast patrzy, jak drużyna próbuje utrzymać pozory, gdy każdy kolejny ruch grozi odkryciem wcześniejszych działań przy Orkan Kazar.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Rankiem do pokoju wpadł Bjorg. Był spanikowany i totalnie przerażony, z krzykiem poinformował nas, że znalazł martwego Taurusa w innym pokoju i nakazał nam biec tam za nim. Udając zdziwienie i lęk pobiegliśmy. Zaczął krzykiem wypytywać jak to się stało i dlaczego był w innym pokoju, na to nie mogliśmy mu pozwolić! Krótko zbesztaliśmy go za wczorajsze pijaństwo, po czym wyjaśniliśmy mu, że to częściowo przez Bjorga nieodpowiedzialność i swawolę Taurus znalazł się sam w innym pokoju… Bo przecież on sam wlewał ochoczo w niego przeróżne mikstury, który zwyczajnie spowodowały wymioty, ogłupienie i ataki szału u Taurusa! Później nie był w stanie nam z nim pomóc, bo rzygał pijany po kątach, więc postanowiliśmy usadzić Taurusa samego w innej komnacie. Bjorg tak jak się wydarł wcześniej na nas, tak teraz zamilczał jak głaz… Szybko spakowaliśmy się, tłumacząc idiocie, że jesteśmy tu spaleni i udaliśmy się do wcześniej najętej kamienicy.

Tam nie mogłem oprzeć się pokusie dokuczenia Ziriel, która jak gdyby nigdy nic, nagle bez zająknięcia zamieszkała ze mną w pokoju! Troszkę ją zdenerwowałem tym „prztyczkiem w nochal”, ale jej tendencja do niekonsekwencji zaczęła mnie już drażnić! Później Goth zaproponował mi wspólny spacer po mieście… Okazało się, że nasz kapłan chciał spotkać się z półolbrzymem, ażeby ten umówił nas na „zapłatę”, za pomoc dla mnie. W myślach chciałem żeby stało się to w innym terminie, niźli moje egzorcyzmy. W karczmie dowiedzieliśmy się, że dzisiejszego wieczora u gospodarza zjawi się pomocnik demonologa po zapasy.

Wróciliśmy więc do pokoju, gdzie przez resztę dnia zgłębiałem tajniki alchemii. Wcześniej przygotowałem listę składników, w razie gdyby zjawił się u nas człowiek od Stolarza. Umówiliśmy się z Bjorgiem, że podamy mu potrzebne rzeczy, które musiałby załatwić, do porozumienia się z „martwym” Taurusem, żeby wypytać jego ducha o informacje, po które tu przyjechaliśmy. Oczywiście nałgałem ile się dało i prosiłem o co bardziej kosztowne rzeczy, ale z góry nie robiłem sobie nadziei, na to, że nasz tępy przywódca podziemia cokolwiek załatwi…

Wieczorem wraz z Gothem poszedłem na spotkanie z półolbrzymem. Udało nam się z nim spotkać, lecz zanim zaczęliśmy mówić pomocnik sam przekazał nam bezdyskusyjne instrukcje od Astimmora… Mam być wraz z kapłanem pierwszego lipca, około trzech godzin przed świtem, na plaży pod wieżą. Jak wcześniej, nie wolno nam wnosić i używać wszelakiej magii na terenie siedziby demonologa. Sam rytuał odbędzie się o świcie i potrwa około trzech godzin, jeśli wszystko dobrze pójdzie. W międzyczasie Goth miał pobłogosławić broń demonologa. Żaden inny termin i pora nie wchodziła w grę… Troszkę miny nam zrzedły, ale w milczeniu, cierpliwie słuchaliśmy dalszych instrukcji. Ja sam trzy dni wcześniej muszę pościć, żyć tylko na samej wodzie, jak również nie wolno mi było używać przez ten czas wszelakiej magii! Po tym półolbrzym szybko zakończył rozmowę, a my z zaniepokojonymi minami wróciliśmy do kamienicy.

Kiedy dyskutowaliśmy o zgraniu wszystkiego w czasie, zawitał do nas Mikul, posłaniec Bjorga. Dałem mu listę składników, śmiejąc się pod nosem, a ten z przejęciem i powagą słuchał naszych wyjaśnień, co do potrzeb na niej zawartych… Kiedy wyszedł, wróciliśmy do rozmowy. W końcu do drzwi zapukał podejrzany jegomość, jak sam powiedział, od Pana ”T”… Daliśmy mu konkretną listę realnych składników i potrzebnych rzeczy, po czym umówiliśmy się na „znak” z ich strony. Minęły dwa dni nauki nad alchemią i nowym czarem, podczas których nic specjalnego się nie wydarzyło.

Pod wieczór dnia trzeciego zawitał do nas wysłannik Taurusa, który bez słowa wyjaśnienia nakazał nam się spakować i opuścić kamienicę. Za nim weszło kilka osób, które niosły martwe ciała, które miałyby nas „zastąpić”, po czym zaczęli je charakteryzować na nasze podobieństwo. W międzyczasie odezwał się agent z wyjaśnieniami, że Bjorg faktycznie stwierdził, że jesteśmy agentami Ifresha, więc wysłał ludzi, żeby nas zamordowali. Ci tak zwani jego ludzie, zwyczajnie podwójni agenci, na usługach Taurusa, którzy teraz podkładają ciała i fingują naszą śmierć. Bjorg zwyczajnie pomyśli, że wykonali robotę, a Ifresh, że jako agenci Mordokka zostaliśmy wyeliminowani, przez resztki siatki, którą rozbił i jakoby kontroluje… Proste…

Wszyscy, łącznie z uprowadzonym przez nas Uthe Laxem, weszliśmy do powozu czekającego na zewnątrz. Nie wiem gdzie i ile jechaliśmy przez miasto, ale nawet strażnicy wzięli łapówki, byleby tylko nie zaglądać do środka wozu. W końcu jak się okazało dojechaliśmy do nabrzeża, skąd zakapturzona postać przeprowadziła nas pomostami do wiosłowej łodzi, w której czekali pozostali agenci Taurusa. Wszystko odbywało się w milczeniu, bez pytań i odpowiedzi, a w powietrzu, prócz bryzy morskiej, czuć było zapach konspiracji…

Płynęliśmy około godziny na wschód. Nasza podróż skończyła się w zatoczce, z której w blasku księżyca można było dojrzeć schody, zza piaszczystej plaży, a na ich szczycie jakiś budynek. Wszystko w środku pomieszczenia było eleganckie i bogate. Widać było przepych i na samą myśl o wygodach w takim apartamencie, zachciało mi się spać… Łóżka z baldachimami przyciągały i zachęcały do snu, szafki i meble, żłobione i rzeźbione, namawiały do rozgoszczenia się, wszystko było idealne… Pirata postanowiliśmy wystawić na taras, przy schodach, którymi się tu wspięliśmy. Odór moczu i fekali, który bił od niego, psuł nam klimat apartamentu i wypoczynku… Gotrek pozostał, by go pilnować.

Rankiem zbudziliśmy się wypoczęci i dopiero wówczas mogliśmy obejrzeć cały dom i jego imponujące i bogate wnętrze. Na tarasie czekał już na nas bogato i suto zastawiony stół, przy nim Eskelt, a obok przy schodach związany, śmierdzący i brudny pirat. Kiedy delektowaliśmy się śniadaniem, zawitał do nas Niziołek, który jak się okazało, był odpowiedzialny za takie miłe powitanie. Przedstawił się jako Zedan Bigan, asystent pana tego domu, Armeniasza. Zapoznał nas z owym miejscem i troszkę wprowadził w temat…

Przybytek ten, to „Dom Odnowy Umysłu”, gdzie pomaga się bogatym odnaleźć po traumatycznych przeżyciach i problemach umysłowych… Takie sanatorium dla ludzi potrzebujących odpoczynku i wyciszenia. Czyli można by rzec, że po części dom wariatów… My natomiast, jak opowiedział Zedan, jesteśmy karhańskimi najemnikami i po jednej z kampanii w służbie Legatów Burz, nasz kapitan przysłał nas tu na odpoczynek… No cóż naciągana historia, ale spodobała nam się i nikt nie powinien mieć podejrzeń, co do naszych prawdziwych tożsamości. Jeśli chodzi o przykrywkę dla naszego więźnia, to Niziołek zaproponował, że jakoby doznał on głębokiego szoku, po mordach i widokach, z którymi miał do czynienia podczas wojen, a teraz zatracił rozum i zdolność racjonalnego porozumiewania się. Zedan osobiście prowadzi nad nim eksperymentalną terapię, ale na ten czas, dla dobra wszystkich, Uthe musi pozostać zakneblowany i związany… Takich wersji mieliśmy się trzymać dla samego Armeniasza, jak również innych kuracjuszy, którzy ewentualnie mogliby pytać.

Kiedy rozmowa się skończyła, a my byliśmy już syci, zeszliśmy kamiennymi schodami w dół, żeby Uthe mógł się w końcu umyć i ubrać w czyste ubrania. Potem, wraz z Gotrekiem i Ziriel, poszliśmy plażą kierowani dziwnymi odgłosami stukania, jakby ktoś coś budował… Okazało się, że kilkadziesiąt metrów dalej, na plaży, była postawiona wysoka palisada, która z czterech jej stron miała na celu zatajenie czegoś, co było w środku, a skąd dobiegały owe odgłosy. W jednej ze ścian palisady znajdowały się drzwi, które jak tylko się zbliżyliśmy, otwarł lekko zaskoczony gnom…

Mogłem się już tylko domyślać co ci szaleni pseudonaukowcy i budowniczy tam montują, i czy za chwilkę nie wysadzą nas i połowy zatoki w powietrze… Gnomy, bo było dwóch braci, konspiracyjnie, przed naszymi ciekawskimi spojrzeniami, wyszły na zewnątrz, pilnując, żeby nic, co jest w środku nie wymknęło się dla naszych oczu. Bracia Quard i Querd, po krótkiej rozmowie, wyjaśnili, że budują tam „3HK” i że za tydzień zapraszają nas na pokaz tego czegoś. No cóż, zaciekawieni i zachęceni, postanowiliśmy wrócić tu w wyznaczonym terminie i dobrze się bawić, bo z rozmowy wynikło tylko tyle, że będzie ubaw po pachy…

Później do naszego apartamentu przyszedł sam Armeniasz, którego musieliśmy okłamywać, bo jak się okazało znał kapitana, pod którego rozkazami rzekomo walczyliśmy. Niziołek Zedan dostarczył Armeniaszowi fikcyjny list od naszego „kapitana”, który prosił o dobrą opiekę nad swoimi najlepszymi ludźmi, którzy doznali uszczerbku na wojnie, czyli nami. Następnie właściciel domu opieki opowiedział nam o swoim obserwatorium i zaprosił na obserwację sklepienia niebieskiego, bo jak mówił zajmuje się astronomią, a to bardzo poważna nauka… Szkoda słów na dziadka, bo zachowywał się nie jak właściciel tego sanatorium, a jak pacjent, który się w nim leczy…

Przez trzy kolejne dni pilnie uczyłem się pływać pod czujnym okiem Gotreka, Dina i Gotha. I to nie tylko ja, bo Ziriel i Bergen również. Mimo iż zejście pod wodę do Cytadeli miało się odbyć za pomocą magii i modlitw, to jednak ryzyko z tym związane zmuszało nas do nauki pływania. Czwartego dnia zszedł do nas krasnolud, niejaki Drum, który był tam od miesiąca. Opowiedział, że był członkiem drużyny, która brała udział w kampanii przeciwko Lordowi Keth i w zdobyciu samej Włóczni Przeznaczenia, potężnego artefaktu, który mógł zabić Upadłego Rycerza…

Zadumę nad dawnymi dziejami przerwał propozycją gry w kości, z której członkowie mojej drużyny byli zadowoleni. Zadziwiło mnie z jaką precyzją i dokładnością krasnolud ogrywa moich kompanów, więc postanowiłem „Wykryć Magię” i jak się okazało obszar, w którym przebywaliśmy uniemożliwiał mi połączenie się z mocą. Byliśmy w Obszarze Cichej Magii. Żaden czar, ani moc magicznego przedmiotu nie miała tu siły, wszystko było tłumione, albo naturalnie, albo magicznie… W każdym razie wiedziałem już, że wraz z Gotrekiem, jesteśmy tu bezsilni w kwestii magii. I tak krasnolud dobrą grą ogołocił całą drużynę…

Kolejnego dnia załatwiliśmy sobie kilkadziesiąt pustych bukłaków, żeby wypróbować z nimi zanurzanie i nurkowanie. Ja dalej zgłębiałem technikę pływania, a pod wieczór zaczęliśmy zastanawiać się nad obroną, atakiem i w ogóle możliwościami walki pod wodą… Była to jak zwykle kłótnia i jak zwykle, co ostatnio często się zdarza, pomiędzy un Nathrekami, z czego jak zwykle miałem niezły ubaw…

Kolejnego dnia Ziriel uparła się na spacer wzdłuż wschodniej plaży. W końcu po kilkuset metrach uciążliwego zapadania się w piasek, doszliśmy do skalnej iglicy, wysokiej na jakieś 40 metrów. Na jej szczycie dostrzegliśmy jakieś błyski, które naszym zdaniem nie powinny się pojawiać na zwyczajnych skałach… Z uwagi na to, iż magia dalej tam nie działała, Goth wsparty mocą Lorsha wszedł po powietrzu na szczyt iglicy. Minęło kilkanaście minut, kiedy zniknął nam z oczu, po czym wrócił i powiedział, że znalazł gniazdo ptaków, a w nim różne świecidełka. Powiedział też, że dalej w skałach dojrzał szczelinę i ciemny, skalny korytarz, z którego biło światełko, ale bez pochodni nie odważył się wejść to sprawdzić. Ruszyliśmy dalej wzdłuż plaży…

Dwa kilometry od sanatorium, bo mniej więcej tyle przeszliśmy, Strefa Cichej Magii wygasła. Dalej były już tylko bardzo przerośnięte drzewa i olbrzymi las, więc postanowiliśmy wrócić. Goth i Ziriel chcieli spenetrować wcześniej zauważoną grotę, a ja z Gotrekiem wróciliśmy do apartamentu. Kiedy po kilku godzinach siedzieliśmy już na tarasie, kapłan powiedział, że natrafili na korytarz, a na jego końcu, na salę ze sprzętem kowalskim… Dziwne, bo kto ukrywałby kuźnię, w uskokach skalnych, bez dostępu z brzegu…??? Napisy na ścianie w kuźni były w języku krasnoludzkim, więc postanowiliśmy zbadać to dokładniej, ale już kolejnego dnia…