Przez wiele wieków rozdział pozostawał zapieczętowany potężną magią. Dopiero w roku 88 PZ kroniki trafiły w Ambardzie w ręce jednego z tamtejszych magów, któremu po długich próbach udało się złamać dawne pieczęcie i odczytać zapisane poniżej wydarzenia.
„Przyjaciele! Z uwagi na to, iż dziś wypada pierwszy dzień Waszego szkolenia
w tej dość niezrozumiałej dla mnie dziedzinie,
postanowiłem ów czas wykorzystać dla siebie, również w celu pogłębienia wiedzy.
Jak zapewne pamiętacie, ostatnie wolne chwile poświęcałem opracowaniu
nowych, potężniejszych czarów i dalej to robię.
Dzisiaj wyruszam do Adberheim, żeby korzystając z możliwości, jakie daje
to miasto, kontynuować prace nad swoimi badaniami.
Mam na to dokładnie tyle czasu ile Wy, i żywię nadzieję, że za te kilka tygodni
spotkamy się w tym mieście cali, zdrowi i bogatsi o nową wiedzę!
Szczere pozdrowienia i niech Lorsh czuwa nad nami Wszystkimi!”
Radagast Aiwdulir Morinhater
Zostawiłem ten list karczmarzowi tuż przed opuszczeniem wioski Tronnheim. Miałem nadzieję, że poprawię nim błąd jaki popełniłem mówiąc, że jadę do Gerdenburga. Ależ bezmyślnie się zachowałem! Trudno, teraz muszę liczyć na to, iż treść tego listu zmieni ich wiedzę i myślenie o moim rozstaniu, a później będę łgał, byleby nie wzbudzić żadnych podejrzeń.
Tego dnia wróciłem do Zaihary i już wieczorem szukałem statku, który przewiózłby mnie do portu w Gerdenburgu. Po przemyśleniu postanowiłem wybrać drogę morską, niźli lądową… Raz, że szybciej, a dwa bezpieczniej. W końcu po drodze traktem czekałaby mnie przeprawa przez podbite, przez zbuntowanych wieśniaków i skazańców, ziemie w okolicach Orkan Kazar. A takich kłopotów chciałem uniknąć, bo zależało mi na czasie. Nie wiedziałem, co będzie na mnie czekać na miejscu…
W Zaiharze zatrzymałem się „Pod Białym Masztem”, w tawernie przy porcie. Tam też udało mi się wykupić miejsce na wielkim statku handlowym „Srebrna Kotwica”, którego celem był port w Gerdenburgu. Statek dostarczał zboże i żywność do objętego przez adberheimskie embargo miasta. Pięć dni czekałem na wypłynięcie, aż w końcu spokojnie i bez przeszkód opuściłem zaiharski port. Podróż minęła spokojnie, a czas umilał nam kapitan-bajarz, który co kolacja opowiadał zmyślone i niestworzone historie o Cytadeli Burz i Otchłani. Zacząłem dobrze bawić się jego niewiedzą i podważać opowieści, ale zawsze z dystansem, bez zbędnych popisów… Grunt, to dobra zabawa.
Ostatniego dnia podróży naszym oczom ukazało się upadłe i zniszczone miasto. Widok jakoś wprawiał mnie w dobry nastrój i mimo przerażenia pozostałych podróżnych, ja czułem się spokojny. Wiedziałem, że noc nie będzie tu dla mnie sprzymierzeńcem, ale zdawałem sobie sprawę z ryzyka, jakie podjąłem. Wiedziałem, że po tej misji, o ile przeżyję, moje życie ulegnie całkowitej zmianie, ale na zewnątrz, będę dalej musiał udawać dawnego Radagasta… Mój stosunek i kontakt z drużyną, będzie po tych wydarzeniach bardziej zakłamany, niźli dotychczas, ale prócz mocy i tchnienia Świata Umarłych, nigdy nic więcej nie miało dla mnie żadnego znaczenia… Odkąd w akcie wściekłości i zemsty zamordowałem Niguellę, za sadyzm i złe czyny wobec mnie, wszelkie życie stało mi się obojętne, liczyła się tylko magia śmierci… Teraz miałem okazję na dosłownie namacalny z nią kontakt… i żadna religia mi w tym nie przeszkodzi…
Gdy tylko zszedłem do portu, od razu pogoniłem konia do Dzielnicy Handlowej. Wiedziałem, że muszę unikać wszelakich zbędnych kontaktów, jak również najlepszym wyjściem było zakwaterowanie się jak najbliżej Pięknego Teatru, a jak najdalej wcześniejszego miejsca naszego pobytu. Wybrałem dość schludną i o dziwo czystą gospodę „Pod Widelcem i Nożem”, gdzie jako Arian zameldowałem się na kilka dni pobytu. Karczmarz, wścibski chłop, za wszelką cenę próbował ciągnąć mnie za język, ale zwyczajnie traktowałem go z góry i ignorowałem, dając do zrozumienia, że nigdy nie mam ochoty na rozmowę z nim…
Po kolacji i przed zmrokiem wyszedłem z karczmy, na spotkanie z Mariusem. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać po wampirze, ani czy moja podróż tu nie okaże się stratą czasu, ale była to jedyna okazja i czas, żeby samemu wrócić do tego miasta na takie spotkanie…
Piękny Teatr zwodził nocą swym spokojem i ciszą. Jednak idąc okolicą czuło się wszechobecne byty… Gdzieś, coś lub ktoś nieustannie obserwowało moje ruchy… Marius po raz kolejny mnie zaskoczył, ale wydawał się milszy i spokojniejszy, niźli ostatniego naszego spotkania. Szybko przeszliśmy do konkretów i celów mej wizyty, i o dziwo wampir rad był, że jestem już „gotowy i w pełni sprawny” do wykonania zadania… Powiedział, że jakoby los przysłał mnie w te strony, w tym czasie, bo za dokładnie 9 dni Konstelacje Smoka i Gryfa połączą się, dając moc i możliwość na wykonanie misji. Umówiłem się z nim pod Teatrem za 9 dni po godzinie 21, wtedy to wampir wręczy mi przedmioty i materiały, potrzebne do poprawnego wykonania ceremonii bluźnierczej i zakończenia jej sukcesem. Powiedział, że nauczy mnie też odpowiednich modlitw, które będę musiał recytować przez cały rytuał. Na koniec naszego owocnego spotkania podjęliśmy temat zapłaty, za tak ryzykowne i niebezpieczne zadanie… Obiecał nauczyć mnie trzech wysokopoziomowych czarów z mojej dziedziny magii, jak również dodać coś od siebie, niespodziankę, za podjęte przeze mnie ryzyko i wysiłki… Na koniec wspomniał mi, że od jakiegoś czasu w świątyni Natien kręcą się ludzie, którymi powinienem się „zająć”, jeśli mam spokojnie odbyć rytuał... Późną nocą zakradłem się do oberży i swojego pokoju… Śniłem bardzo niespokojne sny…
Rankiem miałem już gotowy plan na najbliższe dziewięć dni. Pierwszego dnia postanowiłem ustalić i znaleźć dość bezpieczną drogę z Teatru do świątyni, tak, aby nocą jak najszybciej przedrzeć się przez Utraconą Dzielnicę i dostać na miejsce. Celem było uniknięcie hord wampirów, które wcześniej dały nam się we znaki, kiedy nocą byliśmy w tamtej części miasta. Znalazłem więc szybką drogę uliczkami od Teatru pod mur, przez który za pomocą „Pajęczego Chodu” miałem dostać się na drugą stronę. Tam pośród wiszącego prania, na malutkim dziedzińcu, otoczonym mieszkalnymi budynkami, ustaliłem, że przywołam „Wierzchowca” i pędem udam się do świątyni. Drogę tą przebadałem kilka razy i postanowiłem trzymać się tej trasy.
Kolejnego dnia udałem się do środka samej świątyni Natien. Budynek od naszej ostatniej wizyty z zewnątrz nic się nie zmienił. Dalej stał spokojnie, majestatycznie i twardo, pośród ruin i podniszczonych budynków. Główne wejście, do którego wcześniej goniły nas wampiry było zawarte, więc postanowiłem dokładnie obejść budynek, aż doszedłem do malutkiego, ogrodzonego zagajnika, przez który prowadząca ciemna ścieżka kończyła się małymi drzwiami. Takie tylne wyjście ze świątyni. Czarem „Otwarcie” ostrożnie wszedłem do ciemnego i cichego korytarza. Zapaliłem wiszącą weń pochodnię i ruszyłem do kolejnych drzwi. Znowu czar i zamek ustąpił… Cały czas bacznie nasłuchiwałem, czy aby nie wpadnę na znajdujących się tu ludzi, którzy wcześniej nam pomogli, a których teraz postanowiłem się skutecznie „pozbyć”…
Pomieszczenie było okrągłe, a na każdej ze stron były drzwi. Kamienna, zimna posadzka, odbijała echem moje ciche i lekkie kroki. Przy każdych drzwiach wisiały na wpół wypalone pochodnie, ale postanowiłem pozostawić je na miejscu, zgaszone, bo być może później mogłyby mi się przydać. Ruszyłem do pierwszych drzwi po prawej stronie. Znowu czar i jedne, małe, okrągłe pomieszczenie. W środku jakieś zniszczone meble i łoże, dwa zamknięte okiennicami okna i nic poza tym. Ruszyłem do środkowych drzwi. „Otwarcie” pozwoliło dostać się dalej, ale kolejny korytarz zniechęcił mnie, więc postanowiłem zbadać drzwi po lewej. Czar i zamek trzasnął. Komnata była mniejsza, a na jej środku wielki kamienny posąg Natien, pod którym stały ciężkie, drewniane ławy. Na podłodze leżał dywan z haftami bogini i jej wyznawcami… Szczerze powiedziawszy, to mało mnie to interesowało, więc nawet nie zwracałem na wszystkie szczegóły większej uwagi… Jednak dokładniejsze zbadanie komnaty pozwoliło mi odkryć pod dywanem klapę w podłodze. Prowadziła drabiną w dół ku ściekom i kanalizacjom miasta, ale jej zamek był jednostronny i otwierany tylko z komnaty, więc ludzie tu przebywający mogli, co najwyżej wykorzystywać tę klapę, jako formę drogi ucieczki ze świątyni, a nie dostania się do jej środka. Gdzieś tutaj musi być kolejne przejście, chyba, że ludzie Karmazynowego Księcia i obecni goście dostają się tutaj zwyczajnie z ulic dzielnicy…?
Wróciłem do wcześniej otwartych, środkowych drzwi i malutkiego korytarza. Na jego końcu kolejne „Otwarcie”, aż dostałem się do głównej, świątynnej komnaty, gdzie ostatnio spędziliśmy noc, uciekając przed wampirami. Widać było, że ktoś tutaj spędzał ostatnie noce, bo rozłożone, stare koce i lekko zakrwawiona posadzka, na to właśnie wskazywały. Komnata była kamienna, a na jej końcu, skąd wszedłem, stały podobne, acz większe, dwa kamienne posągi bogini. Był też ołtarz i ciągnące się wzdłuż, po obu stronach, ciężkie, drewniane ławy. Idąc ostrożnie zauważyłem drzwi po obu stronach sali, na jej końcu wejściowe wrota, zamknięte na ciężką zasuwę od środka, więc tędy też nikt nie może się tutaj dostać. Dalej w rogu, przy drzwiach wejściowych, kolejne wejście…
Zacząłem od niego. Schody wiły się w górę, zataczając olbrzymie okręgi. Wejście solidnie mnie zmęczyło i dało we znaki. Po ciężkim wysiłku trafiłem na górę. Była to wieża zegara, którego mechanizmy, koła zębate i wszelakie trybiki, wprawiały wskazówki w jednostajny ruch. Prócz tego nic więcej tutaj nie znalazłem. Ostrożnie i powoli zszedłem do świątynnej komnaty. Drzwi po jej bokach okazały się odkrywać kolejne dwie malutkie komnaty. Jedną z nich był spowiednik, zawalony resztkami desek i czegoś, co mogło kiedyś przypominać drzwi, a drugą kolejne schody w górę, na których końcu wisiał olbrzymi, mosiężny dzwon. Nie było tu okien, a tylko otwarte wnęki, ale i tak żaden wampir nie odważyłby się przedostać przez nie na świętą ziemię. Widać było, że ta eksploracja zajęła mi cały dzień i kiedy zaczęło się ściemniać postanowiłem wrócić do swojej gospody…
Kolejnego popołudnia, szóstego dnia do rozpoczęcia zadania. Pchnięty przeczuciem poszedłem do świątyni po raz kolejny. Postanowiłem obserwować ją z zewnątrz. Siedziałem na ławie w pobliżu, dobrych kilka godzin, aż w końcu zaczepiło mnie dwóch pijaków i obdartusów, którym rzuciłem srebrnika, dla świętego spokoju. Pili tam jeszcze długo, aż przestałem się nimi przejmować. Późnego popołudnia, kiedy wiele godzin nikt się nawet do świątyni nie zbliżył, wszedłem od zagajnika do środka… Drzwi, jak je zostawiłem, tak były pozamykane, lub też otwarte. Ostrożnie udałem się w kierunku komnaty z klapą w podłodze. Była zamknięta, a dywan zasunięty. Ostrożnie i cicho zakradłem się korytarzem pod drzwi do głównej sali świątynnej… Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem głosy!
Spojrzałem przez dziurkę od klucza i zobaczyłem dwóch mężczyzn siedzących pośród ław, na środku hali, którzy rozmawiali z trzecią osobą… Ta stała praktycznie przy moich drzwiach. Siedziałem tam chwilę, aż zjawiła się czwarta postać, na obecność której cała pozostała trójka stanęła na baczność, porzucając dobry humor na kamienne płyty posadzki. Rozmawiali chwilę, po czym czwarta postać zniknęła z pola mojego widzenia. Więc jak się okazało, gdzieś w od głównej sali musi być przejście, które wczoraj przeoczyłem? Przecież obserwowałem budynek z zewnątrz i nikt do niego nie wszedł… Musieli się więc dostać od środka, pewnikiem podobną klapą, którą znalazłem we wcześniejszych komnatach… Postanowiłem się wycofać i noc spędzić w komnacie z łożem… Tej nocy nie spałem zbyt dobrze, a nawiedzający koszmar, zbudził mnie gwałtownie ze snu…
Rankiem nie było już nikogo, więc zacząłem dokładnie przeszukiwać główną halę świątyni. Na jej końcu, w rogu, na podłodze natrafiłem na ciężką klapę… Dziwiłem się, że wcześniej jej nie znalazłem, ale specjalnie rogów komnat nie sprawdzałem… Utkałem „Otwarcie” i po chwili mogłem już otworzyć klapę. Tym razem w dół prowadziły kamienne schody, tak więc powolutku zszedłem nimi do korytarza. Jak się później okazało pomieszczenia tutaj stanowiły grobowiec, niegdyś pochowanych kapłanów. Kolejno ominąłem zakratowane sarkofagi zmarłych, aż doszedłem do głównego grobowca i postumentu Natien. Za nim w kamiennej ścianie była wyrwa. Dziura, przez którą zdołałby się przecisnąć człowiek… Ostrożnie zza niej wyjrzałem i zobaczyłem miejskie ścieki i system pomieszczeń kanalizacji… Już wiedziałem którędy przychodzą owi ludzie, a teraz pozostało mi już tylko skutecznie się ich pozbyć…
W drodze do gospody miałem już gotowy plan… Był prosty, ale moim zdaniem skuteczny. Postanowiłem, że dnia dziewiątego kilka godzin przed spotkaniem z Mariusem, koło czternastej, udam się do świątyni. Wejdę do katakumb, przejdę przez dziurę do kanalizacji i utkam „Eksplodującą Czaszkę”, po czym położę ją dokładnie naprzeciwko dziury. W ten sposób pierwszy, który uaktywni tą śmiertelną pułapkę, nie zasłoni fali uderzeniowej swym truchłem i oberwie się pozostałym. To powinno co najmniej ich zatrzymać, jak nie zabić. Potem na wszelki wypadek zamknę magicznie zakratowaną furtkę w korytarzu, a na końcu klapę w podłodze świątyni. Później postanowiłem, że czarami „Lewitacji” zabarykaduję obie klapy, zarówno tą z katakumb, jak i tą w pomieszczeniu z posągiem bogini… Ławy były tak ciężkie, że tylko magią mogliby je usunąć i podnieść klapy. To powinno skutecznie uniemożliwić im wejście, o ile wcześniej ich nie zabiję, do wieczora, a później podejrzewałem, że nie odważą się wejść do świątyni od strony ulic… Z takim planem postanowiłem przeczekać te ostatnie dni i solidnie przygotować się do misji…
Dziewiątego dnia, koło piętnastej byłem już pod świątynią. W pobliżu nie było żywej duszy, więc cichaczem wszedłem do zagajnika na tyłach. Zauważyłem leżącą osobę wśród martwych i podgniłych drzew. Kiedy podszedłem bliżej rozpoznałem wcześniej wyłudzającego ode mnie srebrniki kloszarda, który leżał teraz martwy, z wyraźnymi śladami po wampirzych kłach… To podsunęło mi kolejny pomysł… Przeciągnąłem zwłoki do środka, a sam zająłem się barykadowaniem klapy w komnacie z posągiem. Dalej za pomocą magii uniosłem denata i sunąłem w powietrzu, aż do wyrwy w murze, w katakumbach. Tam „przeszliśmy” na korytarz kanalizacji i wdrożyłem swój nowy, lepszy plan…
Sięgnąłem w czerń, ku mocy planów negatywnej energii, aby dać „życie” martwej, ludzkiej istocie… Za pomocą mocy czaru „Animacji Martwego” przywróciłem do nie-życia, zamordowanego przez wampiry kloszarda. Z uwagą i podnieceniem, jak i ogromną satysfakcją obserwowałem, jakie zmiany wprowadza utkany czar, na ciele ożywieńca… Jego szczęka, zęby, uległy deformacji, a palce i paznokcie, zniekształceniu i wyostrzeniu. Przede mną, zamiast truchła żebraka, stała postać w pełni funkcjonalnego i mocarnego żywotrupa, który nigdy nie zawaha się przed wykonaniem każdego mojego polecenia… Zawsze będzie dla mnie walczył, aż do swego końca, albo śmierci moich wrogów! Kiedy bestia stała już w pełni zmutowana i gotowa, wydałem jej krótkie polecenie…
Rozkazałem mu czekać po stronie dziury, ale w odległości około pięćdziesięciu metrów, z dala od siły rażenia czaszki. Kiedy usłyszy wybuch, albo ktokolwiek zbliży się do wyrwy, ma tam pobiec i zabić każdego, kto będzie chciał przez nią wejść. Miałem całkowitą pewność, że ludzie koczujący w świątyni, nigdy nie dojdą do dziury, a jeśli cudem przeżyliby siłę wybuchającej czaszki, to żywotrup dokończy ich żywota… Po tym utkałem i zmodyfikowałem „Eksplodującą Czaszkę” i ułożyłem ją w odpowiednim miejscu. Dalej trzymałem się już wcześniejszego planu…
Koło dziewiątej wieczorem spotkałem się z Mariusem. Ten wręczył mi Kadzielnicę Zimnego Ognia, Pergamin z Plugawymi Symbolami, Czarną Kredę, Świeżą Krew i Kropielnicę. Nauczył mnie szybko dwóch mocno zmodyfikowanych, bluźnierczych modlitw, jednej ogólnej, drugiej bezpośrednio skierowanej do Natien. Wyjaśnił mi cały przebieg i kolejność rytuału. Wpierw, powinienem nałożyć na głowy trzech kamiennych posągów, które są w świątyni, specjalne worki z posrebrzanych haftów. Później, kiedy wybije północ, recytując modlitwy, powinienem kredą wymalować bluźniercze symbole na wszystkich świętych obrazkach i rzeźbach. Po tym, skroplić wszystko krwią, dalej mantrując wyuczone modły. Na sam koniec, w głównej sali świątynnej, na środku powinienem usypać okrąg i stając w nim, zacząć kadzić. Powtórzyć kadzenie trzykrotnie, dalej podczas wszystkiego, recytując modlitwy. Kiedy wszystko zrobię dobrze, Marius powiedział, że zjawi się przed świtem, na koniec rytuału i zapewni mi bezpieczne wyjście ze zbezczeszczonej świątyni.
Szybko udałem się pod mur, gdzie według planu przeszedłem do Utraconej Dzielnicy. Po kilku minutach wskoczyłem już na grzbiet konia i pognałem na tyły świątyni. W środku nikogo nie zastałem, a barykady były nienaruszone… Z uśmiechem i nieukrywaną satysfakcją usiadłem i przeczekałem do odpowiedniej chwili. Tuż przed północą nałożyłem worki na głowy posągów, a te jakoby płakały, a łzy były koloru krwi… Zraziłem się, lecz po chwili wzbierająca we mnie adrenalina, nie pozwoliła więcej przejmować się takimi „szczegółami”… Noc była cicha, ale wiejący na zewnątrz wiatr, zapowiadał nieuniknioną burzę. Wybiła północ…
Słowa modlitw, jak od zawsze znana mantra, spokojnie przechodziły mi przez usta. Z początku wolno i niepewnie, a później głośno, śpiewem i z olbrzymią nienawiścią do wszystkiego, co żyje i dobre… Pewnymi ruchami, czarną kredą, zacząłem kreślić znaki i symbole z otrzymanego pergaminu. Czułem, jak z minuty na minutę, ma siła i moc łączy się ze Światem Umarłych, czułem, że na zewnątrz rozszalała się wichura, a niebo gromiło błyskawicami. Wszystko w koło wiedziało, że tej nocy Radagast dokona rzeczy niewyobrażalnych, że zetknie się ze światem duchów, demonów i nieumarłych! Wykrzykiwane modły wprawiły mnie w trans, zacząłem zgodnie z planem zakrapiać wymalowane wcześniej symbole… Kiedy otwarłem flakon z krwią zewsząd doszedł do mnie płacz setek malutkich dzieci, widać wampiry dobrze dobrały odpowiednie „składniki”… Krew jakby przyklejała się do bluźnierczych znaków, zacząłem mazać rękami owe symbole profanacji, wszystko szło zgodnie z planem, aż w końcu dotarłem do ostatniego etapu „ceremonii”…
Burza rozpętała się już na dobre. Świątynia ożyła, ale naznaczona już spaczeniem, które na nie cały czas nakładałem… Posągi wcześniej przedstawiające boginię w swej dobroci i miłosierdziu, zmutowały do postaci demonów, które zwyczajnie „ożyły”. Zerwały z rogowatych głów worki i zeszły na kamienną posadzkę. Kiedy ja wysypywałem okrąg, gotując się do kadzenia, one chadzały we wściekłości i furii po świątynnej hali, zrywając sprofanowane obrazki i już nieświęte symbole. Nagle szyby i witraże świątynnych okien wybuchły i z trzaskiem spadły na podłogę. Czułem jak kawałki szkieł znaczą moją twarz i tną skórę. Ciepła krew zmieszała się z potem, ale mnie w ogóle to nie przeszkadzało. Stanąłem w środku usypanego okręgu i wrzuciłem pierwszą porcję kadzi do Kadzielnicy Zimnego Ognia. Kiedy ja kadziłem wykrzykując modlitwy, z ziemi i poczerniałej posadzki zaczęły wydobywać się umarłe dłonie i pogniłe ciała! Otwarłem przejście i nawiązałem kontakt ze światem Umarłych… Coś jakby zakuło mnie w pierś, jakby ktoś przebił ją włócznią, ale nie zważając na pieklący ból kontynuowałem.
Nie wiem ile trwała ceremonia kadzenia i kiedy dokładnie zakończył się rytuał, bo czas zwariował wewnątrz sprofanowanej świątyni. Nie byłem pewien, czy znajduję się poza swoim wymiarem i przebywam wewnątrz Świata Śmierci, czy też oba światy zrównały i połączyły się wokół mnie… Trwałem w wysiłkach by dokończyć, co zacząłem i wykonać to jak najlepiej. Świątynia w międzyczasie zmieniała się na moich oczach… Demony wspinały się i rozcapierzały skrzydła, trupy snuły się wokół wyciągając do mnie swe martwe, szponiaste ręce. Ze ścian i okien wylewała się strumieniami krew i czarna, odbijająca blask martwego księżyca, maź. Ziemia pulsowała, a porośnięte zwęgloną i spaczoną roślinnością postumenty i kamienie, wiły się w śmiertelnym tańcu. Kiedy wrzuciłem ostatnią, trzecią porcję proszku do kadzielnicy, nie wiedziałem ile czasu minęło, może dekady, może sekundy, z kamiennej posadzki zaczęły wyrastać kolumny, a sala zmieniać wnętrze… Wszystko ożyło za sprawą mojej mocy i rytuału! Byłem wśród żywych i martwych jednocześnie, a wiatr śmierci z planu czerni muskał czule moją zakrwawioną twarz! Nagle kadzidło wypaliło się i poczułem, że to koniec. Ostatnim tchem, z szyderczym i furiackim uśmiechem, spojrzałem na swoje dzieło… Padłem nieprzytomny na kamienną, spaczoną i zakrwawioną posadzkę…
Obudziłem się za sprawą głosu Mariusa, który z nieukrywanym podziwem i szacunkiem patrzył na mnie i przywoływał ze snu. Wyszeptał, tylko „…wykonałeś wspaniałą pracę Radagaście i bardzo Ci jesteśmy za nią wdzięczni. A teraz odpoczywaj, niebawem znowu się spotkamy…”, po tych słowach znowu zapadłem w głęboki sen…
Obudziłem się w pokoju swej gospody późnym popołudniem. Byłem padnięty i skonany ze zmęczenia. Moja magia całkowicie się wyczerpała, a ja czułem, że nie jestem jej teraz w stanie zregenerować. Podszedłem do lustra, żeby się umyć. Twarz miałem zmęczoną i poharataną, oczy jak zwykle, martwo-białe. Całe ubranie było podarte i zakrwawione. Pukanie do drzwi i spanikowany głos karczmarza wyrwał mnie z zadumy. Szybko rozebrałem ciuchy i utkałem „Pranie”, nałożyłem czyste i podszedłem do drzwi. Spławiłem go szybko, tłumacząc swój stan i kondycję napaścią na mnie przez niezidentyfikowanych sprawców. Odmówiłem pomocy medyka i wezwania straży, jakoby mogłoby to spowodować pogorszenie mojego wizerunku „kupca wśród moich klientów”. Kiedy zatrzasnąłem za nim drzwi wróciłem do lustra. Rozpiąłem koszulę, bo ból klatki piersiowej był nie do zniesienia…
Powoli zacząłem przemywać jątrzącą się ranę. Kiedy doprowadziłem ją do stanu opatrunkowego, mogłem ją zobaczyć. Wyglądała jak symbole, jątrzyły się one krwią i czarną, gęstą mazią. Płyny nie przestawały wyciekać, acz nie był to gwałtowny „krwotok”. Postanowiłem przerysować je na pergamin i pokazać Mariusowi. Szybko i zręcznie założyłem opatrunek i obwinąłem go bandażem, po czym zszedłem do gospody. Po kąpieli i kolacji, wieczorem poszedłem do Teatru.
Rozmowa z wampirem przebiegała dokładnie w tym samym, okrągłym, wykładanym czerwonym aksamitem pomieszczeniu, kiedy byliśmy tu wszyscy. Usiedliśmy naprzeciwko. Marius opowiadał, że to, co zrobiłem przeszło jego najśmielsze oczekiwania i że „świątynia” jest już ich… Póki nie skończy się w niej proces „przemiany”, nie będę mógł się do niej dostać, ale jak tylko pojawię się następnym razem w mieście, zaprosi mnie do środka mego „dzieła”. Zapytałem o symbole i kiedy je zobaczył, nakazał mi zdjąć koszulę. Było widać, że jest zaskoczony, ale również podekscytowany i zaintrygowany. Powoli podsunął palce pod sączącą się czarną krew, po czym włożył je do ust, oblizując je z niesmakiem i skrzywieniem. Powiedział, że bogini za mój czyn „obdarowała” mnie Piętnem Bluźniercy i Piętnem Profanacji, symbolami, które dla każdego kapłana, każdego bóstwa, stanowić będą tylko jedno wobec mnie – śmierć. Są swojego rodzaju naznaczeniem, które będzie mówić wprost: „Zabij go! On sprofanował święte miejsce i nie zasłużył sobie na życie!”…
Ponoć nie da się tego pozbyć, jedynie z tym żyć, w ukryciu… W międzyczasie naszkicowałem poglądową mapę świątyni, w której miały miejsce wyżej opisywane zdarzenia.

Poprosiłem wampira, żeby zarówno on jak i członkowie jego klanu zadbali o to, aby nikt nie skojarzył mnie z wydarzeniami w świątyni i jej obecnym stanem. Obiecał, że mogę liczyć na niego, bo dzięki temu, co zrobiłem, zyskałem sobie wśród nich sojuszników. Potem przeszliśmy do mojej zapłaty. Przez kolejnych kilkanaście nocy nauczył mnie trzech wysokopoziomowych czarów z mojej szkoły, a następnie wręczył dodatek, o którym wcześniej wspominał. Był nim magiczny wisior, przedstawiający przerażoną twarz mężczyzny. Amulet Kiri-Jen’a, którego moc pozwalała na dodatkowe wzmocnienie każdego czaru matrycowego. Zyskując nowych sprzymierzeńców, usatysfakcjonowany zapłatą i natchniony nową siłą i mocą planu śmierci, opuściłem to urocze miasto…
Po drodze do Adberheim napadła mnie grupka banitów, ale wzmocniony nowymi czarami miałem możliwość pozbawić ich daremnego żywota. Poza tym zyskałem dodatkowe składniki… Do miasta przybyłem w trakcie Wielkiego Targu, czwartego października, koło południa. Pierwsze, co załatwiłem, to jubilera, który na moje instrukcje wyszlifuje mi diament, a później, kiedy go umagicznię, zamocuje solidnie w kościanej dłoni Morgula. Potem umówiłem się z jednym z handlarzy czarów, że po Wielkim Targu wymienimy się formułami czarów. Teraz pozostało mi już tylko spotkać moją drużynę i liczyć na to, iż pozostawiony im list zmienił ich myślenie o moim wyjeździe…