Spotkałem ich w Ognistej Salamandrze, po całym dniu szukania. Miasto było totalnie przeludnione, przez Wielki Targ, który corocznie się tu odbywał. Kramików, straganów, sklepów i przeróżnych handlarzy było wszędzie i nadmiar. Gospody pękały w szwach, od przyjezdnych gości i stałych klientów, aż zacząłem się martwić, że zwyczajnie nie znajdę noclegu. Kiedy natrafiłem w końcu na swoją kompanię, okazało się, że są ulokowani w tej gospodzie, a ja zwyczajnie dostałem do nich „dosiadkę”. Jedynie Goth i Gotrek korzystali z przywilejów i mieszkali w świątyni Lorsha, rozkoszując się darmowym pobytem… A ceny na Wielkim Targu skoczyły w górę…
Pokrótce opowiedziałem im, dlaczego zmieniłem swe plany, co przeczytali w moim liście, a oni zwyczajnie chwycili przynętę. Dobrą wymówką zmyliłem ich tok myślenia i cieszyłem się, że tak gładko mi poszło. Goth próbował na własną rękę dowiadywać się o sprawach embarga i osobiście potwierdzić moje relacje, co bardziej wpłynęło na moje „szczere” wyjaśnienia. Tymczasem oni wyjaśnili mi o specjalnym obrzędzie poświęcenia pierścieni, które Goth wcześniej zostawił w Lodowej Jaskini, a o których raczył, jak zwykle zresztą, wspomnieć dopiero niedawno. Msza w tej sprawie odbyła się parę dni temu i kapłan zasmucony był moją nieobecnością, tym bardziej, że cały czas byłem w mieście. Wyjaśniłem mu jednak, że jak zwykle nic nie mówił, a moje plany zmieniły się z dnia na dzień, więc nie celowym było opuszczenie tak zacnej ceremonii…
Oddali mi pieniądze za sprzedane kamienie i części salamandr, a ja w końcu mogłem pozbyć się długów u kapłana i u Dina. Ku mojemu niezadowoleniu i zaskoczeniu, okazało się, że musimy tkwić w mieście do końca Targu, ponieważ moi towarzysze zapisali się na liczne turnieje, a w jednym doszli już do finałów, które to odbywają się w dniu zakończenia prawie miesięcznej imprezy. Siedziałem i słuchałem ich opowieści o rozgrywających się tu pojedynkach, a uwagę moich oczu przykuły ich nowe, nietanie, rzeczy. Ukradkiem utkałem „Wykrycie Magii” i rozejrzałem się po drużynie… Goth miał nową pełną zbroję płytową, z której głęboko biła magia przemian. Ziriel zbroję z gadzich łusek i magiczny szal, a Din inne elementy, drogie i też umagicznione… Skąd u nich tyle pieniędzy i jakież to bogactwa posiedli, że mają na sobie tak drogie rzeczy? Mnie nie stać na czar, a oni szastają wkoło złotem…!!! Zazdrość we mnie zebrała, a pogłębiła się jeszcze, kiedy powiedzieli, że z kilku ich turniejów, za każdą wygraną płacą kilka sztuk złota! Przegryzłem wargi i siedziałem w milczeniu. Me myśli powędrowały na plan negatywnej energii, który czułem w sobie, prawie namacalnie…
Kolejnego dnia poszliśmy na turniej walki na drewniane miecze. Udział w nim brali Gotrek, Ziriel i Din. Siedziałem i patrzyłem, jak moja drużyna kolejno wygrywa swoje pojedynki, przechodząc do następnych etapów. Pomiędzy rundami turnieju poszedłem na zakupy. To pierwszy mój dzień na Targu, a ja już się nudziłem, postanowiłem więc uzupełnić magiczne składniki… Kiedy wróciłem na turniej do kolejnej walki stawał Gotrek. Była krótka, ale wyniku nie przewidzieli chyba nawet doświadczeni sędziowie… Mimo iż wiadomym było o zwycięstwie młodego un Nathreka, nikt nie przypuszczał, że w „ferworze” walki zabije on swojego przeciwnika drewnianym mieczem! Od tego momentu, dzięki moim kompanom, turniej stał się chyba najkrwawszym w historii Wielkich Targów… Ale o tym później…
Następnego dnia poprosiłem Gotha o pobłogosławienie skór do mego czaru, a ten zaproponował wspólną mszę w świątyni! Nie chciałem tego robić, ale nie mogłem się zdradzić, więc wziąłem się na odwagę i poszedłem z drużyną. Na obrządku było zaledwie kilka osób, a sam prowadzący kapłan, jakby znudzony był odprawianiem ceremonii. Później dla niepoznaki, złożyłem kilka srebrników na ofiarę i wraz z naszym kapłanem pomodliłem się o błogosławieństwo… Bałem się, że nagle walnie we mnie grom, albo dostanę zawału, albo piętna zaczną ogromnie boleć, ale nic takiego się nie stało… Odetchnąłem z ulgą…
Nazajutrz odebrałem oszlifowany pięknie Brylant i udałem się w odosobnienie poza miasto. Proces tchnienia w kamień magii zakończył się powodzeniem i dopiero późnym wieczorem wróciłem do miasta. Rankiem oddałem jubilerowi Morgula i Magiczny Brylant, aby wedle umowy połączył kościaną dłoń laski z kamieniem, piękną siateczką z bardzo drogiego i wytrzymałego agapitu. Później na cały dzień wróciłem na turniej walki wręcz, w którym udział brał tylko Din. Mijały dni, podczas których, prócz odebrania gotowego Morgula, kilku drobnych zakupów i przeglądnięcia całego Targu, kompletnie się nudziłem. Patrzałem jak moi kompani zarabiają złoto w swoich pojedynkach, a ja zwyczajnie nie miałem ochoty nawet na naukę. Górę nade mną wzięło znudzenie…
Ciekawszym wydarzeniem był turniej w piciu alkoholów, na który zapisali się Goth i Din! Tego drugiego nawet rozumiałem, bo specjalnie po nim lepszych rzeczy się nie spodziewałem, ale kapłan mnie zszokował… Potem, gdy po kilku kolejkach padł rzygając na siebie, nawet Gotrekowi zrobiło się wstyd… Din zajął nielubiane przez zawodników czwarte miejsce, ale praktycznie zapił dwóch krasnoludów. Pozostałych dwóch miało „mało” i to oni wygrali, a trzeci był o włosek lepszy od Dina, można by rzec, o jeden rzyg… Utkałem dla nieprzytomnego Dina „Lewitację” i wróciliśmy do gospody.
Mijały kolejne, nudne dni, aż w końcu doczekaliśmy się 21 października, dnia finałów wszystkich turniejów. Wpierw z rana udaliśmy się na Zapasy w Błocie, żeby kibicować Ziriel, Gothowi i Dinowi. Pierwej odpadli Goth, a zaraz za nim Din, i ku naszemu zdziwieniu do półfinału dostała się Ziriel. Niestety ledwie przeżyła swój pojedynek i nieprzytomną znieśli ją z areny. Po krótkich oględzinach dopuściłem ją do kapłańskiego leczenia i mogła uczestniczyć w innych turniejach…
Kolejnym konkursem był pojedynek na pięści, w którym brał udział tylko Din i naprawdę miał duże szanse. Walki były zaciekłe i wyrównane, ale nasz kompan po ciężkich trudach dostał się do finału. Jednak na tą rundę przyszło nam zaczekać, ponieważ przed tym odbyły się finały w Walkach na Drewniane Miecze. Tych pojedynków i zakończenia nikt nie zapomni, a my na pewno…
Nasza trójka, Din, Ziriel i Gotrek, walczyła dzielnie. Liczby ofiar śmiertelnych niestety z pojedynku na pojedynek rosły, a cały turniej stawał się brutalniejszy i krwawszy. Głównymi sprawcami byliśmy właśnie my, to znaczy oni… Ludzie aż dziwili się, nie wspominając o coraz to bardziej przestraszonych współzawodnikach, że drewnianym mieczem można komuś zrobić krzywdę, a co dopiero wbić go w czyjąś głowę, tors, czy przebić nadgarstek… Tak właśnie kończyły się pojedynki z naszymi kompanami. Istna rzeźnia…
Do ćwierćfinałów dostali się już nieliczni, i tylko najlepsi i najwytrwalsi. I tu zaczęła już opuszczać naszych kompanów dobra passa… Ziriel ledwie przeżyła swój pojedynek, kończąc z rozległym rozcięciem na skroni, prawie tracąc oko. Jej stan był makabrycznie ciężki, a rekonwalescencja będzie długa. Sam nie wiem, czy w ogóle będzie widzieć na to oko… Do półfinału zaś dostali się Din i Gotrek i największy pech, a może nie, chciał, że stanęli naprzeciw siebie… Przebiegu i zakończenia tej walki nikt nie był w stanie przewidzieć…
Idioci zamiast się umówić, na rozwój walki i rozplanować pojedynek – tak czy siak, jeden z nich i tak dostałby się do finału, a wygraną z turnieju mogliby się podzielić… – z furią rzucili się na siebie… Nie można było zauważyć, że walczą tak zaciekle, bo obaj dobrze sobie radzili, a pojedynek był wyrównany. Jednak ferwor walki, furia i chyba główna nagroda, znowu przejęły górę… Din tak bardzo zapragnął wygrać i zgarnąć kasę i przedmioty tylko dla siebie, że jego słynna już chciwość i zachłanność, przejęły nad nim kontrolę. Stracił wszelkie hamulce, jakby walczył ze śmiertelnym wrogiem, a jego „ciosy i uderzenia” drewnianym mieczem, były coraz to ostrzejsze… Cios… Widziałem tylko zdziwienie Gotreka i szok wszystkich wkoło… W końcu każdy zdążył nas poznać, albo przynajmniej zauważył, że jesteśmy jedną kompaniją. Młody un Nathrek padł na podłogę! Przez sekundę staliśmy jak wryci. Din w swej nieopisanej głupocie i furii, wbił mu w krtań swój miecz! Krew tryskała strumieniami, a Gotrek wykrwawiał się na oczach wszystkich. Zbiegliśmy najszybciej do niego, a Goth zaczął drżącym i zapłakanym głosem wołać do Lorsha. Próbował go leczyć, ale było zbyt późno… Wydaje mi się, że jego syn, a nasz kompan, umarł zaraz po ciosie i nic nie moglibyśmy z tym zrobić… Din spanikowany przepraszał i lamentował, ale odbijało się to od nas echem, a w szczególności nie docierało do kapłana… Byłem ciekaw reakcji Gotha, ale zajęty był tylko synem i chyba to dla Dina dobrze. Wzięliśmy jego ciało i czym prędzej opuścili zawody, które zresztą przerwano, bo „finalista” Din pobiegł za nami…
Nawet nie wiem kiedy wbiegliśmy do świątyni Lorsha. Ale tam też kapłani nie mogli nam pomóc. W pewnej chwili z cienia, zza jednego z filarów, usłyszeliśmy głos: „Mój Pan może mu pomóc Gocie. Jest na tyle potężny, że może przywrócić go do życia.” Zwróciliśmy się w kierunku zamaskowanej postaci. Mimo pytań, ta nie odpowiadała, więc kapłan nie wytrzymał i chwytając go oburącz uniósł nad ziemię. Zrzuciłem jej kaptur i ukazała nam się wychudła, zniszczona i pomarszczona twarz sześćdziesięciolatka. Skądś nas znał, ale sam nie udzielał odpowiedzi. Widzieliśmy, że Gothem targają wątpliwości i gotów jest skorzystać z tej dziwnej i podejrzanej propozycji. Przede wszystkim sprzeciwiłby się woli Lorsha, a to w przypadku wysokiego kapłana, oznaczałoby poważny „grzech”… Nie mogłem pozwolić sobie na niedomówienia i wyjaśniłem im, z czym związane jest takie „wskrzeszanie”, czy „przywracanie do życia” przez nie-kapłanów. Nie chciałem, żeby Goth dał teraz ponieść się emocjom, a później wielce żałować swego czynu, lub też żywić do mnie pretensje… Kapłan uspokoił emocje i odmówił, pozostając w świątyni z zamordowanym synem. Próbowałem śledzić starca, ale ten zwyczajnie rozpłynął mi się w tłumie…
Długo jeszcze klęczeliśmy nad zakrwawionym ciałem Gotreka, a ja cały czas rozmyślałem co będzie z Dinem, drużyną i co przyniesie nam kolejny, mroczny dzień…