Jednak wracając do głównego tematu, elfka opisała nam kolejne pomieszczenie. Korytarz, z celami po bokach, kończył się schodami w górę, a na ich końcu były solidne, okute, dębowe drzwi kolejnej strażnicy. Według mapki nam dostarczonej była to strażnica szefa tego poziomu więziennego, a z jej środka Ziriel usłyszała kilka głosów. To dość komplikowało naszą sytuację, tym bardziej, że bez papierów, rejestrów, zapisów więziennych, ciężko by nam było odnaleźć Rumberta wśród dziesiątek więźniów. W każdym razie Goth uparł się, żeby takowe dokumenty odnaleźć… Zaczęliśmy więc kombinować, jak dostać się do środka bez wzniecania dalszego alarmu, bo co za strażnicą się znajdowało, tego już nie byliśmy pewni i mogliśmy tylko wysuwać różne wnioski… Zaproponowałem otwarcie drzwi, w taki sposób, żebym mógł wcześniej przygotowane „Eksplodujące Czaszki” wrzucić do środka i dość boleśnie zaskoczyć znajdujących się tam strażników. Ale po dłuższej rozmowie zrezygnowaliśmy z tego, a kapłan postanowił, jego zdaniem, wykonać lepszy pomysł, czyli tak długo mordować więźniów, aż któryś przyzna się nam, że jest Rumbertem… I zaiste jest to ironia losu, że ta drużyna bardzie woli chore, nieprzemyślane i szalone pomysły, niźli troszkę pomyśleć i wybrać te bardziej zdrowo rozsądkowe… Drugim „fantastycznym” dodatkiem do planu Gotha, było jego „błyskotliwe” stwierdzenie, że jeśli będziemy mordować skazańców, to w końcu strażnicy sami do nas przyjdą i w ten „wspaniały” sposób załatwimy dwie pieczenie przy jednym ogniu… „Genialne”!!! W końcu i na szczęście, po długich rozmowach postanowiliśmy zablokować drzwi strażników, za pomocą szafki i innych ciężkich drzwi, pod takim kontem, aby uniemożliwić im ich otwarcie… Będą mieli nie lada orzech do zgryzienia…
Din i Goth wzięli się za blokadę. Już po chwili wraz z Ziriel byli w celach i zaczęli przesłuchiwać skazańców. Goth dawał im dość stanowczo i bezpośrednio do zrozumienia, że wszelkie oszukaństwo i kłamstwo skończy się ich wcześniejszą egzekucją. Kapłan szedł wzdłuż cel, „obiecując” im wolność w zamian za wieści o historyku, albo jego wskazanie… Prócz szeptów i próśb o broń i wolność, żaden z więźniów nie sprostał zadaniu… Jedyne, czego się dowiedzieliśmy, to fakt, iż Rumbert od 3 dni jest w „Korycie” i całkiem prawdopodobne, że już nie żyje. Goth zaproponował więźniom, aby zabrali nas do Koryta, w zamian za wolność, ale to wywołało tylko wzburzenie skazańców. Jeden z nich zaczepił Dina, a ten bez zastanowienia, odciął mu rękę… Pozostali zrozumieli, że nie jesteśmy tu dla pogawędki i targów, a w konkretnym celu. W końcu, ku naszemu zaskoczeniu, dziadek, skazaniec, postanowił udać się tam z nami i powiedzieć więcej o losach historyka…
Okazało się, iż „biedaczyna” siedział w jednej celi z Rumbertem i faktycznie kilka dni temu zabrali go do Koryta. Idąc w tamtym kierunku, Goth wyszeptał mi, żebym na miejscu rzucił nad dziadem „Światło”, sprawdzimy, co jest w Korycie… Bardzo mi się spodobał plan naszego kapłana… Kiedy doszliśmy do smrodu rozkładu, konsekwentnie skręciliśmy w chodnik prowadzący do celu. Aura śmierci otaczająca to miejsce wzbierała we mnie, a odczucia, które zaczęły mną miotać, sprawiały, że czułem ją na własnej skórze… Setki istnień, które tu zginęły, jakby przenikały moją duszę, a ja zacząłem coraz intensywniej czuć ich wieczne potępienie. Nie powiem, że wprawiło mnie to w zakłopotanie, strach, czy odrazę, ale bardziej w podniecenie i zachętę do dalszych kroków w kierunku centrum tej emanacji… Jedyne, co naprawdę zaczęło mi przeszkadzać to wzmagający się odór trupów i mimo, że miałem już z tym wielokroć do czynienia, tutaj musiałem, jak inni, zasłonić twarz chusteczką… Dziad natomiast podziwiał, jak to nazwał „zapach kurczaka”… Nie będzie mi go żal, gdy będzie dla nas eksplorował Koryto…
Doszliśmy do wielkiego, skalnego pomieszczenia. Goth wzniósł modły, a po chwili przed nami utworzyła się wirująca, z powietrza, kurzu i marasu istota. Rzuciłem nań „Światło”, a kapłan siłą swej woli pokierował swego sługę po olbrzymiej jaskini. Dzięki temu mogliśmy nie ruszając się z miejsca obejrzeć obszar, do którego doszliśmy. Wir dopłynął do olbrzymiej dziury w ziemi, a po drugiej jej stronie znajdowała się wielka i skomplikowana maszyna windowa. Koła zębate, przekładnie i mechanizmy, współgrały z windą na wysięgniku, zawieszonej na żurawiu nad mroczną przepaścią. Postanowiliśmy wpierw sprawdzić głębokość Koryta, dlatego kapłan puścił sługę w dół. Wir zniknął nam z pola widzenia, a światło doń przypisane zawisło kilkadziesiąt metrów pod nami. Niestety dna nie zobaczyliśmy. Nasz wzrok utkwił na wielkim kole wyciągowym i dużej ilości grubej liny, przez nie przepasanej. Wiedzieliśmy już, co dalej trzeba zrobić…
Ziriel jako jedyna umiała obsłużyć maszynerię, tak więc pozostała na górze, a reszta nas, łącznie z dziadem, weszliśmy na pomost, stanowiący windę. Zawiesiłem „Światło” około dwóch metrów poniżej windy, a z Ziriel umówiliśmy się na komendy słowne. Powoli zjeżdżaliśmy w dół. Olbrzymi lej, którym było Koryto, wyżłobiony był raczej naturalnie, ale zastanawiałem się, w jaki sposób. Ściany były gładkie i suche, wody nie było słychać, a sam dół sięgał kilkadziesiąt metrów pod poziom morza… Zawiśliśmy na chwilę, bo na ścianie koryta zauważyliśmy kanał… Wychodził, jak jakiś spływ kanalizacyjny, a zakończony był zakratowanymi drzwiami. Do czego prowadził nie widzieliśmy, bo zwyczajnie było zbyt ciemno i za daleko od windy… Ruszyliśmy dalej w dół… Minęliśmy kolejny taki kanał, a po kilkudziesięciu metrach krzyknęliśmy do naszego operatora o zatrzymanie. Dotarliśmy do dna…
Podłoże stanowiło śluz, resztki zgnitych, rozłożonych ciał, szczątki ubrań i innych materiałów, ogólny gnój… Poczułem ogarniający mnie cień śmierci, uczucie nieskończenie bardziej spotęgowane, niźli te z góry… Wydawało mi się, że właśnie dotarliśmy do legendarnego „źródła”, do samego jego centrum, a możliwości z tym związane, zaczynały zajmować mój umysł… Ostrożnie zeszliśmy z platformy. Jaskinia była szersza na dnie, niż lej, którym tu zjechaliśmy. Z jej boków wychodziło wiele różnego rozmiarów korytarzy. Coś przed nami szurnęło i przemknął gdzieś cień… Skierowaliśmy w tamto miejsce światło, ale odgłosy ucichły. Głowa zaczęła bardziej mi pulsować, a uczucie wszędobylskiej śmierci setek istnień, wzbudzało olbrzymi ból… W pewnym momencie zauważyliśmy ciało, którego twarz była dosłownie pożarta, ale z opisu zewnętrznego pasowało do poszukiwanego przez nas historyka. Potwierdził to dziad, który wydawał się być zafascynowany tym miejscem… Jedyne, co jeszcze pamiętam, to słowa, którymi rozkazałem Dinowi ściąć rękę Rumberta i szybko się stamtąd wynosić…
Radagast sięgnął swą kościstą dłonią w kierunku klamki. Jej głownia była odlewem czaszki ze srebra. Drzwi z czarnego drzewa były okute ciężkimi, mithrylowymi płytami, których kompozycje obrazowały wijące się w krwawej orgii martwe ciała. Kunszt i jakość wykonania, nawet nie zaciekawiły Licza, zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, Radagast otwarł drzwi na oścież.
Ciemność wpłynęła do pomieszczenia. Przed nim rozciągał się most stworzony z kości martwych istot. Licz odważnie i z uśmiechem swej kościanej twarzy zrobił pierwszy krok, a później kolejne. Most skrzypiał, a resztki mięsa i krwi, które ociekały z jego budulca bezgłośnie odrywały się opadając w pustkę. Radagast szedł spokojnie przed siebie. Nie miał potrzeby się rozglądać, ponieważ znał swoje królestwo, wiecznie panującą ciemność, mroki i pustkę. Znowu się uśmiechnął. Drżącą z podniecenia dłonią głaskał Morgula. Kij iluzorycznie owijał się o jego kościane palce, a obicia szkieletów tańczyły na jego smukłej strukturze.
Spojrzał przed siebie, a jego puste i ciemne oczodoły zatrzymały się na celu, do którego zmierzał. Był zadowolony ze swojego zamku. Wiele stuleci minęło nim Licz dokończył jego budowę. Wiele istnień oddało swe marne żywoty, by swymi kośćmi przyozdobić jego mury i ściany. Nic nie mogło przerwać panowania Radagasta na tym planie, we własnym królestwie… Nic…
Nagle kolejny, spokojny krok został brutalnie przerwany… Spod mostu wydobyła się szponiasta dłoń. Jej ostro zakończone pazury, mocnym uściskiem zatrzymały kościaną stopę Radagasta. Licz zszokowany zatrzymał się nagle, a jego wściekłe, ogarnięte śmiertelną pustką oczy spojrzały w tamtym kierunku. Natychmiast skierował Morgula w dół, ażeby pozbyć się intruza, raz na zawsze…
Ocknąłem się przy maszynie wyciągowej. Leżałem na ziemi, cały w rzygowinach, a członkowie mej drużyny z zaciekawieniem i obawą patrzeli się na mnie… Goth też był w wymiocinach i jak się później okazało, była to moja sprawka… Głowa pękała mi z bólu, a na czole wyczułem guza i prawdopodobnie drobną ranę… Drużyna nie chciała teraz ze mną rozmawiać, powiedzieli tylko, że zostałem opętany i dla bezpieczeństwa nas wszystkich musieli mnie ogłuszyć… Nie chciało mi się wierzyć, ale biorąc pod uwagę moją przedziwną wizję, było to całkiem prawdopodobne. Ze względu na pośpiech postanowiliśmy podarować sobie pogawędki i wydostać się z Twierdzy… Wręczyli mi jeszcze odciętą dłoń Rumberta, po czym szybkim tempem skierowaliśmy swe kroki w kierunku wyjścia…
Późno wróciliśmy do karczmy. Tam wzięliśmy gorącą kąpiel, a w pokoju słuchałem ich relacji z „przegapionych” przeze mnie wydarzeń… Nasz „elokwentny” kapłan podjął opowieść…
Na moją komendę odcięli dłoń historyka i zaczęliśmy się wycofywać. Niestety ja stałem w miejscu i mimo ponagleń patrzałem się tępo w kompanów i nie ruszałem z miejsca. Nagle z moich ust usłyszeli dziesiątki głosów i urywanych rozmów. Głosy, prawdopodobnie dusze, które mnie spętały, powiedziały, że mnie nie wypuszczą, bo należę już do nich… Goth modląc się do Lorsha próbował uwolnić me ciało i rozum od duchów, ale bezskutecznie. Nagle zacząłem tkać zaklęcia, a w obawie przed moją potężną magią, Din zdzielił mnie w głowę… Upadłem… Kiedy mnie pozbierali dalej byłem opętany. Goth zagroził duszom, że zabiera mnie na górę i wtedy głosy zaczęły przemawiać bardziej z sensem. Din, ku mojemu późniejszemu, całkowitemu zaskoczeniu, zapytał o ducha Rumberta… Udało im się nawiązać kontakt ze zmarłym historykiem i podjęli rozmowę. Kiedy ja stałem sztywno i odgrywałem rolę medium, Goth i Din rozmawiali z Rumbertem tłumacząc nasze intencje i cele, i prosząc o wskazówki w sprawie wydarzeń i reliktu. Kiedy duch dowiedział się, że chcemy zniszczyć Randalfa, zaczął współpracować… Opowiedział, że Randalf posiada Dłoń Azulda i potrzebuje dla siebie Kryształu Kyriana. Ponoć chce odprawić rytuał, dzięki któremu przeleje do Kryształu moc Dłoni, przez co spaczy Wilki w nim uwięzione, aby w ostateczności służyły one bogu Zaltazarowi, ojcu Azulda. Goth i Din dowiedzieli się też od martwego historyka, że Kryształ Kyriana znajduje się w Ogonie Diabła, do którego można dotrzeć tylko, gdy posiada się wszystkie Klucze, których obecnie szukamy. Jeden poosiadamy my, drugi Mordrokk, a po trzeci właśnie się udajemy… Jeśli uwolnimy Wilki z Kryształu w komnatach Randalfa, te z zemsty powinny go zabić… Więcej dusza Rumberta nie powiedziała, a oni wymieniając za mnie dziada, wyjechali do góry…
W tym przypadku nie miałem powodu im nie wierzyć. Ktoś o tak dużej mocy magii śmierci jak ja, w samym centrum „źródła”, mógł stać się swoistym medium i to dla bardzo dużej ilości dusz… Ale czy do końca powiedzieli mi prawdę…? W każdym razie utkałem „Konserwację” na dłoń dawnego historyka i zszedłem do gospodarza wykupić słój… Kiedy wróciłem zauważyłem dziwne spojrzenia moich kompanów, jakby śledzili każdy mój ruch, ale jeszcze wtedy nie zwróciłem na to uwagi, bo bardziej pochłonięty byłem nauką nowego czaru, którego formułę łaskawie dostałem od Olafa. Później była już tylko modlitwa i sen… Niestety krwawa wizja ucieczki przez mroczne, ociekające czerwienią jaskinie, uczucie nie bólu, nieogarnionego strachu znowu wróciła i nie pozwoliła nam wypocząć… A to, co przydarzyło mi się w nocy, troszkę mnie zaniepokoiło…
Obudziłem się w środku nocy, zlany potem. Wokół mnie słyszalne było tylko chrapanie moich śpiących towarzyszy. Coś przede mną błysnęło, jakby wyemitowało lekkie światło, jak się okazało wydobywające się z Morgula… Wziąłem laskę w ręce i zobaczyłem, że się zmienia. Jej okucia nie były żelazne, a prawdziwe, jakby ktoś zamienił je na realne kości… Poczułem silną emanację magii śmierci, a już po chwili Margul wrócił do normalności. Wszystko ustało… Rankiem rzuciłem na niego „Wykrycie Magii”, i kij, który wcześniej nie emanował magią, teraz był silnie magiczny… Naszpikowany magią przemian, a za „skorupą” tej magii wyczułem magię nekromancji… Mogłem się tylko domyślać, w trakcie jakiego dziwnego procesu przemian jest w tej chwili Morgul, ale postanowiłem poczekać na jego wyniki i uważnie ten proces obserwować. Domyślałem się skąd w ogóle się to wzięło, ale bez „Identyfikacji” i głębszego badania nie byłem w stanie tego zbadać… Poza tym po owej nieprzespanej nocy, nie mogłem się na niczym skupić…
Tymczasem z miasta wróciła nasza piękna wojowniczka i oznajmiła, że za „niewielką” sumkę pięciu złotych Dadianów, kupimy u Lestera miksturę do przesłuchiwania, która może się przydać na przyszłość… Ktoś zapukał do drzwi i przedstawił się jako Harold Cyrulik… Okazało się, że przyszedł Olaf, w przebraniu, wypytać nas o przebieg misji w twierdzy. Nie zdradziliśmy mu niczego, wymijająco udzielaliśmy tylko ogólnikowych odpowiedzi, bo sprawy znacznie były związane z naszą główną misją. Ale zapewniliśmy go, że będziemy kontynuować walkę z Randalfem i poszukiwania Kryształu, w między czasie „rebelia” musiałaby odkryć możliwość dostania się do zamku króla i zlokalizowania komnat „sześciopalcego”. Na koniec poprosiłem go o nocleg w świątyni, mając nadzieję, że ponownie sny ustaną i spokojnie się wyśpimy. Olaf powiedział nam jeszcze jak skontaktować się z nimi, kiedy wrócimy z powrotem do miasta. Trzeba wyciągnąć luźno wsuniętą cegłę z muru przy wejściu do miasta i strzaskać ją… Poczekać w okolicy, aż zjawi się wysłannik i umówić z nim spotkanie… Po tym Olaf pożegnał się i odszedł…
Cały dzień zgłębiałem wiedzę z pierwszego tomu „Podstaw Alchemii…”. Późnym popołudniem Ziriel i Din poszli do Lestera na zakupy mikstur. Ja czułem coraz większe podniecenie ze względy na zbliżającą się noc i spotkanie z Mariusem. Miałem tyle pytań i próśb, miałem nadzieję, że wampir odpowie choć na część z nich, ale sam fakt spotkania przyprawiał mnie o dreszcze… Nadszedł ten czas… Z Gothem udaliśmy się pod Teatr, a ja zawołałem Mariusa…
Wampir pojawił się znikąd, kompletnie nas zaskakując. Przeprosiłem grzecznie kapłana i podjąłem samodzielną rozmowę z krwiopijcą. Po uprzejmym wstępie przeszedłem do konkretów… Poprosiłem, żeby zdradził mi wiedzę o wampirach i ich naturze. Żeby powiedział o ich stworzeniu, powstaniu, historii, ich możliwościach i wiedzy. Niestety odmówił mi tłumacząc względami bezpieczeństwa i starożytnymi prawami wampirów. Zaś sam zaskoczył mnie zagadując o Morgula… Zapytał czy zdaję sobie sprawę, że laska ma przechodzi przemianę i jest mocno nasycona magią śmierci. Zaproponował mi badania nad nią z wykorzystaniem jego wiedzy i potęgi, jak również przyspieszenie tego procesu przemiany. Poza tym skusił mnie formułą czaru z wyższego kręgu, „Wampirycznym Wiatrem”, którego moc jest znacznie potężniejsza niż jego uboższa wersja, „Wampiryczne Dotknięcie”. Zaoferował też jakąś część wiedzy o historii wampirów, niestety wszystko to za coś…
W zamian poprosił mnie tylko o jedno zadanie. Musiałbym splugawić świątynię Natien w Dzielnicy Utraconej. Tą samą, która wcześniej dała nam schronienie, i która utuliła nas do snu! Wszystkie symbole w świątyni musiałbym zapisać inskrypcją Imsmanaeil, a następnie podpalić ją zimnym ogniem, który w noc zadania byłby mi dostarczony. Tą misję trzeba wykonać tylko o północy! Byłem dość zszokowany, ponieważ zadanie, jakie mi chciał powierzyć wampir, prawdopodobnie poważnie zniszczyłoby stosunki moje i mojej kompani… Musiałem jednak przyznać, że oferta w zamian była kusząca i wartościowa, ale czy aż tak wartościowa, żeby ryzykować własnym życiem, nie mając żadnej pewności, że Marius wywiąże się ze swojej zapłaty? Zapytany dlaczego chcą się posunąć do takich czynów, tłumaczył się rządami klanów i wojną, która wciąż toczy się pomiędzy wampirami… Mało oryginalne wytłumaczenie, dla kogoś kto wcześniej zarzucał mi, że wiedzę, jaką mógłby mi przekazać wykorzystam do walki z wampirami, a sam toczy bratobójcze walki, dążąc do wyniszczenia wielu wampirów… Filozofem i mistrzem konsekwencji to Marius na pewno nie jest… Zapowiedziałem, że głęboko i poważnie zastanowię się nad jego ofertą, a kiedy już się zdecyduję mam przyjechać pod Teatr i wywołać go trzykrotnie po imieniu. Na odchodne powiedział mi jeszcze, że splugawić świątynię może tylko człowiek powiązany z magią śmierci, nekromanta, na przykład ja… Po chwili wampira już nie było, a ja wraz z Gothem udaliśmy się do świątyni na nocleg. Całą drogę rozmyślałem o danym mi zadaniu i muszę przyznać, że gotów byłem zaryzykować… Ale o tym zastanowię się później… Noc w świątyni nam nie pomogła, więc wykluczyliśmy święte miejsca, jako ochronę przed ogarniającym nas obłędem… Zaczęliśmy się poważnie obawiać, jakoby mamy chorobę umysłu, a zwalczyć to nie jest łatwe…
Rankiem wróciliśmy do naszej gospody. Wezwał nas spanikowany karczmarz i zaprowadził do pokoju. Okazało się, że ktoś włamał się i grzebał w naszym ekwipunku. Po dokładnym przeszukaniu rzeczy, stwierdziłem z ulgą, że nic mi nie skradziono. Więc w jakimż to celu włamano się do naszego pokoju? To pytanie do teraz pozostaje bez odpowiedzi…
Wieczorem udaliśmy się na wcześniej umówione spotkanie z wampirem Mariusem. Jednak zjawiliśmy się zbyt wcześnie, dlatego przeczekaliśmy, albo raczej przespaliśmy kilka godzin w pobliskiej karczmie. Zmęczenie dopadło nas w najbardziej nieoczekiwanym miejscu jakim jest gospoda, ale trzeba przyznać, że nam to pomogło… Pokrzepieni, wypoczęci i wyspani poszliśmy na spotkanie. W teatrze poprowadzono nas na balkon, na którym czekał już na nas Marius…
Wampir powiedział, że udzieli nam interesujących nas odpowiedzi w zamian za zadanie… Mieliśmy udać się na wzgórza Gerdenburga, na tereny klanu Varloków. Tam ponoć znajduje się stara kaplica, Tajemne i Starodawne Sanktuarium She-har, miejsce spotkań wampirów. W pobliżu tego miejsca znajduje się też Pazurza Wieża, siedziba samego szalonego Estibalda… Naszym zadaniem byłoby pójść do sanktuarium, tylko nocą, ponieważ za dnia klan śpi, ale ma wiele sług patrolujących te tereny i podmienić pewien przedmiot… Kaplica leży pięć godzin marszu od miasta. Mariusa nalegał, żeby wykonanie tego zadania odbyło się bez ofiar i rozgłosu. Jeśli ktokolwiek złapałby nas, albo w inny sposób skojarzył z wampirami klanu Venga, Marius wyparłby się i nie przyznał do kontaktów z nami. Tłumaczył to dobrem swego klanu i niechęcią do powiększenia już negatywnych stosunków z Varlokami… Znowu poczułem się jak ktoś bez znaczenia, którym bez żadnych uczuć i mrugnięcia okiem, ktoś niejednokrotnie gorszy niż my, podciera sobie tyłek!!! Mimo krzyku, który w nas zbierał, bo kapłanowi też nie podobał się pomysł wplątywania się w wojny klanów wampirów, zgodziliśmy się na zadanie. W końcu wampir obiecał, że sowicie zapłaci nam za wykonanie misji…
Marius kontynuował omawianie szczegółów. Na głównym postumencie sanktuarium są cztery figurki gargulców. Każda z nich różni się wyglądem i symbolizuje cztery strony świata. Jedną z nich, skierowaną na zachód, mielibyśmy podmienić. Oryginał miałby trafić w ręce wampira, a na postumencie mieliśmy zamontować replikę, którą Marius dla nas przygotował. Jeśli ktokolwiek zorientowałby się o podmianie, wampir uznałby misję za nieudaną, dlatego ważnym jest, żebyśmy zrobili to najdyskretniej jak to możliwe. Z początku przez myśl przeszło mi oszukanie samego Mariusa, bo skoro replika jest tak autentycznie skopiowana, to może sam nie zorientowałby się, że ją posiada. Ale zaraz moje naiwne pomysły wampir zanegował… Falsyfikat emanuje identycznymi właściwościami i energią, jak oryginał i z racji tego, że wampir go stworzył, on sam jest też w stanie to wykryć… Same gargulce są magicznymi urządzeniami, które ponoć związane są z klanem Venga i jego historią i dlatego tak bardzo ich potrzebuje…
Zapytany o nasze problemy ze snami zaproponował umówienie spotkania z jednym z członków klanu Gostrich, ale tylko po wykonaniu naszego zadania. Ponoć wampiry z tego klanu mają moc wniknięcia w umysł i dzięki temu mogliby zidentyfikować nasz problem i ewentualnie się go pozbyć… Poprosiliśmy Mariusa o chwilę samotności, żeby uzgodnić nasze działania, a kiedy wampir nas opuścił, Ziriel zaczęła szeptać do Gotha… Oburzyłem się na tajemnice, które mają przed nami i oficjalnie szeptają o tym przy nas! Już wcześniej widziałem jak konspiracyjnie się między sobą namawiają, ale nie zwróciłem im uwagi. Teraz wyprowadziło mnie to z równowagi! Jeśli mają tajemnice, to niech przynajmniej mówią o nich na osobności, a nie w moim towarzystwie! Wkurzony wyszedłem za kotarę, miałem ich dość i tyle…
Kilka minut minęło nim Goth wyszedł po mnie. Zgodziliśmy się na warunki i misję Mariusa, a ten zaproponował spotkanie na następny wieczór. Po kolejnym realistycznym spektaklu w Teatrze wróciliśmy do gospody. Tam Goth przyznał mi się dlaczego tak szeptali… Ponoć Marius telepatycznie skontaktował się z nim, podczas naszych rozmów, i poinformował go, że dalej jestem opętany! Istota, która we mnie drzemie nazwana była przez wampira „Wielkim Zbrodniarzem”… Nie mogłem uwierzyć w żadne z tych łgarstw! Jak śmią mnie oskarżać i konspirować przeciw mnie!? Czym sobie zasłużyłem na takie zniewagi i brak szacunku?! Powiedzieli mi, że odkąd opuściliśmy Koryto, bacznie mnie obserwowali i upewniali się, czy wszystko ze mną w porządku… Zacząłem krzyczeć, że są niewdzięczni i nie mają dla mnie żadnego szacunku, a oni kazali spojrzeć mi na moje dłonie… Powiedzieli, że od „tamtego” czasu nieświadomie drapię się po dłoniach i rzeczywiście sam byłem zdziwiony, że moje ręce są zadrapane…! Tłumaczyłem to zmęczeniem i drapaniem w trakcie snu, a bezczelny kapłan powiedział, że robię to cały czas i nie mogą mi już ufać…!!! Powiedziałem, że jako nekromanta czułbym w sobie tą istotę, ale według Mariusa siedzi ona we mnie uśpiona i ujawni się dopiero podczas Święta Gwiazd, wtedy to można się będzie z nią skontaktować i zapytać czego ode mnie chce… Powiedzieli, że nie mogą mi ufać! Ci żałośni niewdzięcznicy, którym nie raz uratowałem skórę, wyrzekli się mnie! Zdenerwowany wyszedłem z pokoju, nie słuchając śmiesznych tłumaczeń chorego, fanatycznego kapłana… Zszedłem na dół, a jedyną moją myślą było spotkanie z Mariusem i rozmowa na ten temat… Pomyślałem, że może wampir chce nas ze sobą skłócić, wtedy łatwiej by mi było wykonać dla niego misję ze zbezczeszczeniem świątyni? Dlaczego, kiedy rozmawialiśmy sam mi o tym nie powiedział, tylko musiał konspirować z tymi niewdzięcznikami? Ogarnięty złością i tymi myślami, wymknąłem się przez okno w łaźni, przywołałem wierzchowca i pomknąłem ciemną nocą w stronę Pięknego Teatru…