Kronika

Kroniki XXI: Sanktuarium She-har

Zlecenie Mariusa prowadzi Radagasta do Sanktuarium Wampirów She-har i planu podmiany gargulca. Nocne sny, ostrożna infiltracja i gra z wampirzym mocodawcą sprawiają, że drużyna działa na granicy zdrady, konieczności i własnego przetrwania.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Niestety Marius się nie zjawił, więc szybko wróciłem do gospody. Przez okno w łaźni wszedłem do środka i po cichu wszedłem do pokoju. Znowu mieliśmy nieprzespaną noc, i te chore, makabryczne sny… Niewyspani i padnięci zeszliśmy na dół na śniadanie. Nic im nie wspominałem, gdzie byłem i po co, a oni też nie wypytywali… Na dole zobaczyliśmy karczmarza, dość przejętego i bladego, który rozmawiał z trzema oficerami straży królewskiej. Kiedy nas zauważyli, dwóch z nich podeszło i wyjaśniło sprawę… Jeden z przyjaciół karczmarza został w nocy uduszony, a oni wypytują gości i właściciela, szukając poszlak do śledztwa. Porucznik zaczął nam zadawać pytania i przez chwilę przestraszyłem się, że będę jakoś w to wplątany, bo przecież ktoś mógł mnie w nocy widzieć, ale z biegiem rozmowy sprawa całkowicie nas ominęła. Wszyscy zeznaliśmy, że przed dwudziestą trzecią byliśmy w Teatrze na spektaklu, a na potwierdzenie daliśmy zaproszenie, a później poszliśmy do pokoju prosto spać… Podpisaliśmy protokół zeznania i straż wróciła do przepytywania gospodarza. My natomiast bez szans na śniadanie poszliśmy zjeść na miasto.

Po drodze wstąpiliśmy do Lestera, ponieważ mieliśmy zamiar kupić specyfik na głęboki sen, żeby przed dzisiejszą nocą porządnie się wyspać, ale ceny tego sklepikarza, jak zwykle były przesadzone… Śniadanie zjedliśmy w „Starej Szynce” i w końcu dopadł nas tam sen… Wieczorem moi kompani zbudzili mnie w pokoju owej karczmy, bo jak się okazało wszyscy po śniadaniu popadaliśmy ze zmęczenia, więc wzięli dla wszystkich pokój. Zjedliśmy kolację i udaliśmy się na tyły Pięknego Teatru, gdzie mieliśmy spotkać się z Mariusem. Zamiast przywódcy klanu, zastaliśmy jego piękną wspólniczkę Eleonorę. Wampirzyca wręczyła nam mapę, dość starą, na której umieszczony był szlak w kierunku She-har, jak również punkty patroli Varloków i siedziba samego Szalonego Estibalda… Zapytałem i poprosiłem o przetłumaczenie nam inskrypcji w języku wampirów, ale Eleonora nam odmówiła, tłumacząc, że tylko jest posłańcem i nie do niej należy tłumaczenie mapy…! Trochę mnie to wyprowadziło z równowagi, bo wyjaśnione zapiski mogłyby być bardzo pomocne w naszej dzisiejszej podróży, ale zrezygnowałem z nacisku widząc brak zrozumienia i chęci… Kolejną rzeczą jaką nam dała była figurka gargulca. Był to mały, dwudziestocentymetrowy, metalowy posążek, ale przy tym bardzo ciężki. Goth wziął pakunek, po czym pożegnaliśmy się z wampirzycą i zaczęliśmy uważnie studiować mapę. Ponieważ czas naglił, a nie wszyscy wyszli z gospody wyekwipowani do podróży, tak więc umówiliśmy z Ziriel, że spotkamy się za wschodnią bramą, a ta pobiegła do gospody po rzeczy.

Ruszyliśmy brukiem na wschód. Śnieg coraz to mocniej zaczął sypać, a widoczność bardziej nas ograniczała. Nasza wojowniczka szła kilkaset metrów z przodu, starając się wypatrywać szlak, który nas interesował, a przede wszystkim postacie, które mogliśmy, a niekoniecznie chcieliśmy spotkać. Kiedy doszliśmy do krzyżówki i bruk zakręcał na północ w stronę zamku, my ruszyliśmy małą ścieżyną na wschód w kierunku świątyni wampirów. Po kilkuset metrach dotarliśmy na wzgórze. Stamtąd zauważyliśmy nasz szlak, wiodący prosto obok strażnicy za palisadami i wbiegający w wąwóz, pomiędzy dwoma dość stromymi wzgórzami… Postanowiliśmy obejść wzgórza i strażnicę, ponieważ nie mieliśmy pojęcia, w jaki sposób straż na nas zareaguje i czy w ogóle nas wypuszczą z terenów podmiejskich Gerdenburga… Woleliśmy nie ryzykować…

Królewska strażnica strzegąca drogi na Wzgórza Gerdenburg

Goth zmówił modlitwę do Lorsha o wsparcie w tym chłodzie i wysokim śniegu i tak pokrzepieni ruszyliśmy w drogę na około wzgórz. Szliśmy w górę i w dół, ciężką, nieprzebytą trasą, którą wyznaczała nasza wojowniczka. W pewnym momencie poślizgnąłem się i zacząłem zjeżdżać w dół. Poczułem tylko mocne uderzenie w głowę, a zaraz po tym ogarnęła mnie ciemność… Ocknęła mnie Ziriel, która zbiegła w dół zaraz za mną. Głowa pękała mi z bólu, a kiedy rozejrzeliśmy się po tym miejscu, okazało się, że w przeszłości nie tylko ja sturlałem się ze wzgórza… Obok nas leżało martwe, zamarznięte ciało wojownika, którego hełm pęknięty był na pół… Według mojej oceny trup leżał tam już kilka tygodni… Nie zastanawiając się wróciliśmy na szlak powyżej, gdzie czekali na nas Goth z Dinem.

Ziriel w końcu wyprowadziła nas z powrotem do ścieżki na wschód. Była to ścieżka, z której zboczyliśmy, aby ominąć królewską strażnicę. Dalej doszliśmy do pierwszych rozstajów, gdzie ostrożnie zaczęliśmy wypatrywać wampirów, które mogłyby patrolować tamtejszy obszar. Ziriel szukała za pomocą naszej Maski Widzenia w Ciemnościach, a ja za pomocą utkanego „Wykrycia Umarłych”. Był tylko spokój i cisza. Ruszyliśmy dalej… W pewnym momencie ocknąłem się z ostrym bólem ramienia… Goth tak mocno mnie ściskał, że czułem pojawiające się na mym ciele siniaki… Krzyknąłem i wyrwałem się z jego żelaznego uścisku. Okazało się, że duch znowu przejął nade mną kontrolę! Ponoć nazwałem Ziriel „dziwką” i wypytywałem o naszą maskę… Zbrodniarz chciał wiedzieć skąd ją mamy, a gdy Goth zapytał go co chce w zamian za opuszczenie mego ciała, odparł, że wkrótce się dowiemy… Później już tylko czułem ból mego ramienia…

Zaczęliśmy się kłócić, bo Goth jak zwykle, co ostatnio jest jego pasją, zaczął mi grozić, że po wszystkim będziemy musieli „porozmawiać”, tak jakbym ja był winien swego własnego opętania! Zdenerwowałem się, a kiedy chciałem wygarnąć mu, co myślę o jego groźbach i słowach, stało się coś dziwnego… Moja laska zaczęła jarzyć się niebieskim światłem. I nie tylko mój rubin na jej czubku, ale cały kij… Z początku lekko, później coraz jaśniej i intensywniej. Wszyscy patrzeliśmy zdziwieni na Morgula, a cała drużyna na mnie, jakby czekała na odpowiedź… Poczułem obecność nieumarłych, którzy coraz bardziej się do nas zbliżali, ostrzegłem resztę, ale gdy tylko Ziriel założyła maskę, nic nie zobaczyła. Natomiast uczucie we mnie było coraz silniejsze, aż w pewnej chwili wojowniczka nakazała nam paść na ziemię. Posłuchaliśmy jej rozkazu w odpowiednim momencie, bo kolejna chwila zwłoki kosztowałaby nas życie… Obok nas, kilkadziesiąt metrów dalej, przebiegła sfora wampirów, które kierowały się najwyraźniej do miasta. Było ich kilkadziesiąt… Po chwili wszystko ustało, a Morgul przestał świecić… Zacząłem się domyślać, że może moja laska ma moc wyczuwania umarłych…? Ruszyliśmy dalej…

Po jakimś czasie doszliśmy do dwóch postumentów Kotołaków, między którymi przebiegała droga. Minęliśmy je w milczeniu i poszliśmy drogą na wschód. W końcu po kilkudziesięciu minutach przed nami, poniżej wzgórza zobaczyliśmy Sanktuarium… Budowla była naprawdę nietypowa i ja osobiście nigdy wcześniej takiej nie widziałem… Ściany i podstawa były w kształcie trójkątów. Na każdej z pochyłych ścian były dwa pionowo wykute, prostokątne okna. Z trójkątnego wejścia biło jasne, niebieskie światło. Wokół sanktuarium nie było nic, pusto i cicho… Powoli ruszyliśmy w dół zbocza…

She-har, Sanktuarium wampirów

Kiedy zbliżyliśmy się do świątyni, laska znowu zaczęła świecić, ale nikogo wokół nas nie widzieliśmy. Stwierdzenie było krótkie, czekają na nas w środku… Sanktuarium okazało się naprawdę nietuzinkową budowlą. Olbrzymi i wysoki trójkątny gmach, sprawiał wrażenie, jakoby ściany były jednolitą, perfekcyjnie wyrzeźbioną i wyprofilowaną skałą. Jednak z każdym następnym krokiem widzieliśmy malutkie, ale nieuszczerbione łączenia cegieł. Światło dobiegające ze środka jarzyło się coraz mocniej, a ja w progu postanowiłem utkać „Wykrycie Umarłych”, ponieważ nie mogłem zaufać niezbadanym właściwościom mojej laski… Kiedy wnętrze budowli okazało się czyste od istot z planu śmierci, rzuciłem dodatkowo „Wykrycie Magii”, żeby potwierdzić, iż światło i nekromancja dobiega z wnętrza, z głównej kolumny w budynku…

W środku było tylko jedno, wielkie, trójkątne pomieszczenie. Na jego środku znajdował się olbrzymi filar, sięgający do szpicy budowli i spajający na wierzchołku czubki wszystkich trzech, opadających ścian. Filar emanował niebieskawym światłem i magią, którą wcześniej wykryłem. Na ściankach słupa wyrzeźbione były rysy postaci przedstawiających wampiry i prawdopodobnie ich historię. Przeplatała się wśród nich postać kobiety i jak się domyślałem była to Imsmanaeil. Dwanaście metrów od ziemi, na półeczce, na filarze znajdowały się cztery posążki gargulców, a jeden z nich mieliśmy wymienić na tego, którego przynieśliśmy. Na końcu pomieszczenia, w przeciwległej do wejścia ścianie, znajdował się kamienny ołtarz… Płyta jego wsparta była na czterech figurach, które leżały, a przed samym ołtarzem stał pomnik samej bogini wampirów… Ślady zakrzepłej krwi były dość widoczne na kamiennym blacie ołtarza…

Wywiązała się krótka dyskusja, jak dostać się do posążków… Na potwierdzenie swoich słów, jakoby filar był magiczny, ale całkowicie niegroźny, dotknąłem go ręką… Przeszyło mnie zimno kamienia, ale nic poza tym. W końcu ustaliliśmy, że Ziriel wejdzie tam tylko i wyłącznie z posążkiem, ja wzmocnię ją „Zbroją”, Din stanie na warcie przy wejściu, a ja wraz z kapłanem będziemy czuwać nad całą operacją…

Jeszcze podczas naszej rozmowy zdarzyła się rzecz bardzo ciekawa. Filar zaczął się obracać wokół osi, aż w pewnym momencie zatrzymał się… Nie zwróciliśmy wtedy uwagi, na położenie gargulców, ale jak później się okazało nie miało to znaczenia. Innym wydarzeniem był „ruch” ołtarza… Postacie, które go podtrzymywały nagle zaczęły się unosić, jakby wstawały z pozycji siedzących i leżących. Wydawały się, że są żywe, i kiedy działy się te rzeczy postanowiliśmy nie czekać na ich zakończenie, tylko przyspieszyć nasze działania…

Ziriel zręcznie wspięła się na kolumnę i podmieniła odpowiednią figurkę gargulca. Kiedy zeszła, ubrała się w zbroję i jak najszybciej opuściliśmy świątynię. Dopiero po wyjściu zauważyłem, że „przemiana”, która dokonywała się na Morgulu, teraz dobiegła końca… Wcześniej obity i okuty metalowymi, kościopodobnymi blachami, kij bojowy, na którego wierzchołku utwierdzony był mój rubin, teraz wyglądał jak prawdziwe, białe kości, dokładnie ze sobą połączone posrebrzanymi pierścieniami. Na szczycie kija nie było magicznego rubinu, a tylko kościana dłoń z zaciśniętą pięścią. Proces przemiany dobiegł końca i teraz wyczuwałem już tylko silną magię nekromancji, bijącą z Morgula. Postanowiłem, że gdy tylko dostaniemy się do miasta, zacznę go badać i identyfikować… Sam byłem ciekaw właściwości, które posiadł…

Szliśmy długo w zamieci, a pogoda nie ustępowała i coraz to bardziej utrudniała nam powrót. Miałem czas na dłuższe przemyślenia, które kłębiły się w mej głowie. Ostatnimi czasy wydarzenia nabrały szybkiego tempa, a ja starałem się deptać im po piętach… Nie nadążałem za nimi, więc musiałem poukładać sobie w głowie kolejne me kroki związane z tym co mnie spotkało. Najsampierw postanowiłem zidentyfikować laskę, później zająć się badaniami, które odstawiłem kosztem ostatnich wydarzeń, ale jeszcze doszła sprawa wyjaśnienia naszej „choroby” i mojego „opętania”, z którym może też być związana przemiana kija.

Bezpiecznie wróciliśmy do miasta. W gospodzie upewniłem się jeszcze, wypytując karczmarza, czy straż ma już podejrzanego w sprawie morderstwa i czy śledztwo się posunęło, ale jak zwykle nie zawiodłem się na władzy… Poszliśmy spać, ale koszmary nas znalazły… Totalnie zmęczeni wieczorem udaliśmy się na spotkanie z Mariusem. W Teatrze Eleonora zaprowadziła nas do loży, a stamtąd Marius do piwnicznego, okrągłego pomieszczenia. Panowała tam tajemnicza i mroczna atmosfera. Ściany i sufit obłożone były czerwonym aksamitem. Na środku okrągłej komnaty stał stalowy stojak i pięć krzeseł na około niego. Usiedliśmy wokół i zaczęliśmy rozprawiać o zapłacie za udaną i wykonaną misję. Wampir zaproponował odpowiedzi na nasze pytania, albo zapłatę aż 240 złotych dadianów! Kiedy zaczęliśmy o tym dyskutować, postawił klepsydrę, powiedział, że mamy pół godziny na zastanowienie się i wyszedł… Po długich debatach zdecydowaliśmy się na pytania i odpowiedzi, które spisaliśmy i kiedy Marius wrócił, zaczęliśmy je zadawać…

  1. Jak dostać się do Randalfa?

– W Więzieniu Nad Skarpą jest tajemna komnata… Jest to świątynia Zaltazara, w której znajduje się „przejście” do Lustrzanej Komnaty gdzieś na Podzamczu, przy świątyni Randalfa. Jego komnaty znajdują się w podziemiach zamku króla. Wampir powiedział jeszcze, że ma on na swoich usługach około tuzina kapłanów tego zapomnianego boga, a za samą Plagę odpowiada właśnie kult owego boga, a nie Źródło… Dość ciekawa teoria, ale moim zdaniem też należałoby ją zbadać…

  1. Kim jest Randalf i jaką posiada moc? Czego można się spodziewać po takim przeciwniku?

– Jest on najwyższym kapłanem Zaltazarra. Pojawił się w mieście około dwunastu lat temu i wampiry podejrzewają, że zabił on panującego króla i sam objął tron. Ten, który podaje się za Dadiana II, ponoć jest podstawioną marionetką w rękach kultu. Sam Randalf, według Mariusa, może być bardzo potężny… Wytłumaczył to w taki sposób, że jeśli kult danego boga, ma mniejszą ilość kapłanów, to moc bijąca od niego, rozkłada się po równo na tą właśnie ilość. A tutaj Randalf jest jedynym znanym najwyższym kapłanem, praktycznie „pomostem” pomiędzy wyznawcami, a bóstwem… Odpowiedź nasuwa się tylko taka, iż jest potężny… Kiedy zapytaliśmy wampira o wcześniejsze miejsca pobytu Randalfa, powiedział, że udzieli tej odpowiedzi na sam koniec…

  1. Kim był Wielki Zbrodniarz i jaką może teraz posiadać moc?

– Nie wytrzymałem i postanowiłem zadbać też o rozwiązanie swoich problemów… Ponoć tak nazywano kiedyś, kogoś, kto został stracony przez samego Randalfa… Był wojownikiem za życia i największym wrogiem kapłana Zaltazara… Przybył z południa, podobno z samego Paddar. Został stracony miesiąc temu w Gerdenburgu. Zapytałem o pomoc w pozbyciu się go, wypędzeniu ze mnie i Marius podał mi imię pewnej znanej mu osoby. Estibel Biała, kapłanka Baurusa, która obecnie przebywa w Adberheim… Ona mogłaby mi pomóc… Marius dodał jeszcze, że za życia człek ten, Wielki Zbrodniarz, nazywany był Piorunem…

  1. Gdzie jest Ręka Azulda?

– Nie wiedzą, ale wyczuwają bijącą z niej moc, która dochodzi z zamku…

  1. Czy Randalf przebywa poza zamkiem i w jaki sposób można go zabić?

– Czasami opuszcza zamek i jeśli to robi, to tylko nieoficjalnie i to przy obstawie swoich kapłanów i najbardziej zaufanych ludzi i wojowniczych strażników. Jednak same wizyty poza murami zamku są ponoć naprawdę rzadkie…

W międzyczasie, podczas zadawania pytań i rozmowy z Mariusem, starałem się telepatycznie nawiązać z nim kontakt. Starałem się zadać mu pytania, których treści muszą pozostać tylko między nami, ale niestety bez odzewu i odpowiedzi. Wniosek był jeden, albo wampir mnie zignorował, albo zwyczajnie przeceniłem jego zdolności i założyłem, że będzie posiadał takie moce…

W każdym razie rozmowa dobiegała końca. Mieliśmy już swoje odpowiedzi, ale czułem osobiście zawód i rozczarowanie. Mimo głównej misji, mój „problem” pozostawał niewyjaśniony i jego przyszłe rozwiązanie dalej było pod dużym znakiem zapytania… Marius kończył rozmowę i przed wyjściem rzucił zza pleców dwa słowa: „Zakon Węży”… Wyszedł… Wszyscy zaskoczeni popatrzeliśmy po sobie. Widziałem zmieszane miny Ziriel i Dina i zamyśloną i zmartwioną twarz Gotha… Widać było, że prócz mnie, tylko jemu skojarzyła się jeszcze ta nazwa… Tam właśnie jego syn, Gotrek, udał się na roczne szkolenie… Zaczęliśmy się zastanawiać, co zakon fechmistrzów, orków, miałby wspólnego z Randalfem i naszą główną misją, kiedy do komnaty weszła Eleonora…

W drodze do wyjścia wampirzyca wręczyła nam amulety klanu Venga, jako osobistą protekcję. Amulety miałyby nas ochronić przed wampirami z klanu Gostrich, u których umówiła nas na spotkanie w sprawie naszych koszmarnych snów… W karczmie Ashavi, mieliśmy zagadać gospodarza i tam, może nasz problem ze snami zostałby rozwiązany. Po wizycie mamy zostawić amulety w tamtej gospodzie… Na koniec, ku naszej uciesze, Eleonora wręczyła nam mieszek z monetami, w ramach współpracy i ostrzegła, że pod żadnym pozorem nie możemy się już kręcić pod Teatrem. Przynajmniej przez jakiś czas, żeby ewentualnych „szpiegów” zniechęcić i zmylić trop, który powiązałby nas z klanem…

W karczmie Ashavi, do której poszliśmy niezwłocznie, od razu nas ugoszczono. Wszystko dla mnie było tam „sztuczne i udawane”… Chyba nawet klienci udawali, że żyją… Podeszła do nas wampirzyca i zaproponowała „zabieg”… Wspólnie wyznaczyliśmy Dina, jako królika doświadczalnego, a proces miał polegać na „pewnej dawce krwi”, którą trzeba było „oddać” do „zbadania” naszego problemu… Kiedy my czekaliśmy w gospodzie na Dina, stała się znowu rzecz dziwna. Wspólnie, jak w przypadku snów, doznaliśmy uczucia zawrotów głowy i omamów… Ocknęła nas dopiero wampirzyca, która z zaciekawieniem nas obserwowała. Powiedziała, że analiza krwi Dina wykazała brak jakiegokolwiek konkretnego wyjaśnienia naszego problemu. Nie wie sama, czy to klątwa, czy też choroba, ale sny powtarzają się za każdym razem, gdy śpimy w tym samym miejscu… Możliwe, że naraziliśmy się istocie wyższej, która zwyczajnie nas śledzi i wywiera na nas takie efekty. Dlatego, za każdym razem gdy spaliśmy po raz pierwszy w nowym miejscu, zwyczajnie się wysypialiśmy... Wampirzyca dała nam namiar na pewnego wieszcza, który jej zdaniem mógłby nam pomóc. Człowiek ten ma możliwości i zdolność poruszania się pomiędzy sferami i mógłby ewentualnie namierzyć taką siłę… Nazywa się Astimmor i mieszkał niegdyś na Krwawiącym Bajorze, w Czarnych Wzgórzach, niedaleko Adberheim. Jedyną pomocą od wampirzycy, która była mistrzynią badania umysłu, była sugestia naszym umysłom, że nocne wizje to tylko sny, nie realia, żeby zniwelować efekty tej „klątwy”. Oddaliśmy amulety i wróciliśmy do gospody.

W pokoju podzieliliśmy się złotem, a ja zwyczajnie wyszedłem na spotkanie z Mariusem, gotowy wykonać misję… Wezwałem konia i po jedenastej w nocy pojechałem pod Piękny Teatr. Wzywałem wampira, ale długo nikt się nie zjawiał. Kiedy miałem już odjechać, Marius skoczył na mnie wściekły za ignorowanie jego zakazu spotykania się z nami i kręcenie w pobliżu ich siedziby… Udało mi się jednak uspokoić rozszargane nerwy wampira i przystąpiliśmy do rozmowy. Zapytany powtórnie o moje problemy, niewiele więcej mi powiedział. Zwyczajnie stwierdził, że niewiele więcej wie… Zaproponowałem wykonanie swojej misji i ku mojemu zaskoczeniu Marius odmówił mi… Stwierdził, że posiadając w sobie Pioruna, zbytnio ryzykuję jej powodzeniem, poza tym tego typu akcję muszę przeprowadzić, dopiero za dwa tygodnie, kiedy to księżyc znajdzie się w odpowiednim położeniu. Szkoda, że szanowny wampir nie wspomniał mi o tym wcześniej, przez co teraz sporo ryzykowałem, żeby do niego przybyć!

Musiałem nieźle oszukać moich kompanów, wmawiając im, że z wampirem spotkałem się w celu wyjaśnienia „próby” przywołania Zbrodniarza przeze mnie, i wydaje mi się, że chwycili przynętę. Na zakończenie tematu udałem zmęczenie i poszedłem spać…

Rankiem poszliśmy na zakupy, zaopatrzyć się w jedzenie na podróż do Adberheim i potrzebny ekwipunek. Kiedy opuściliśmy bramy miasta na drodze stanęło nam dwudziestu wojów. Okazało się, że był z nimi Karmazynowy Książę… Przyznał się do przeszukania naszego pokoju i znalezienia dłoni historyka. Wmówił moim kompanom, że go „oszukaliśmy” i nie przyznaliśmy się do posiadania części potrzebnego im ciała… A my zwyczajnie zapomnieliśmy o tej dłoni i dopiero teraz kompanija drągali nam o tym przypomniała… Widząc jak moi kompani płaszczą się przed tą niewdzięczną szują, przejąłem inicjatywę i zacząłem bronić naszego honoru... Zwyczajnie zbeształem Księżulka, że jest niewdzięcznikiem i łajdakiem, który przez lata nieudacznie próbował wykonać coś, co myśmy wykonali przez dobę, a potem był w stanie tylko włamać się do naszego pokoju i jeszcze nas za wszystko obwiniać! Kurwi syn tak mi podniósł ciśnienie, że w nerwach rzuciłem słoik z zakonserwowaną dłonią pod jego śmierdzące stopy… Kiedy huk trzaskanego szkła ucichł, ten zwrócił się, jak jakiś cholerny arystokrata, do największego swego woja o obronę jego urażonej dumy! Stwierdził, że obraziłem go i żąda zadośćuczynienia!!! Ale sam cwany lis nie wyszedł do pojedynku, tylko stanął za plecami niejakiego Melchiora!!!

Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, Goth poczuł się w obowiązku stanąć w mej obronie i wyszedł do pojedynku… Ciężko mi było to zrozumieć, ale kapłan już nieraz pokazał jak bardzo jest nieprzewidywalny i chory na umyśle… Zamiast poprzeć me słowa w obronie naszej misji i honoru, po raz kolejny dał się zwyzywać od psów i złodziei, a później płaszczył się, przepraszając i ostatecznie stając do groźnego pojedynku…!!! Zostawiłem go i pozwoliłem na tą teatralną scenkę… Goth przygotował się, i po kilkudziesięciu minutach starli się na wzgórzu…

Zasady były proste. Poddanie się lub śmierć, wygrany zabiera wszystkie rzeczy przegranego… Mimo, iż Melchior był olbrzymi, a jego broń największa, jaką w życiu widziałem, to pojedynek wygrał nasz kapłan, po dosłownie kilku chwilach… Jednym zamaszystym cięciem powalił osiłka, ku wielkiemu niezadowoleniu Księżulka… Prócz topora i zbroi nie posiadał nic, więc Goth zabrał tylko broń… Mało tego nasz kapłan wyleczył osiłka, prosząc zaskoczonego i urażonego Księciunia o zgodę pomiędzy nami! No szlag by to...!! Raz zabija bez ostrzeżenia, a kiedy indziej płaszczy się przed byle idiotą!!! Jego choroba i fanatyzm sięga chyba głębiej, niż pod tą skorupę twardości i wiary…

Ludzie Księcia poszli sobie i jedyne, o czym powiedziałem drużynie, to fakt, iż broń powalonego Melchiora jest silnie naszpikowana magią inwokacji. Oczywiście znowu Ziriel i Goth chcieli mi prawić kazania, na temat mojego „niestosownego” zachowania i o dziwo Din, po którym nigdy bym się tego nie spodziewał, stanął w mojej obronie, tłumacząc, że miałem rację broniąc nas i nie pozwalając dalej obrażać… Na tym zakończyliśmy bezowocną gadkę i ruszyliśmy przed siebie…

Podróż minęła spokojnie i po jedenastu dniach dotarliśmy do Adberheim. Umówiliśmy się zgodnie, że zanim udamy się do kapłanki i na jakieś bagna, damy sobie jeden dzień wolnego na załatwienie własnych, prywatnych spraw. Pierwsze, co zrobiłem, to wziąłem sobie osobny pokój z dala od reszty. Poszedłem na miasto, a po mej głowie chodziła tylko identyfikacja Morgula… Zlokalizowałem wszystkie sklepy i magów w mieście i dobrze się z ich asortymentem zapoznałem, żeby na przyszłość wiedzieć, gdzie i po co iść… I tak w mieście znalazłem:

  1. Magiczne Doskonałości Mistrza Henselta (sprzedaż czarów, składników, przedmiotów magicznych / skup i wymiana przedmiotów magicznych),

  2. Sklep Uriella z Ebon (sprzedaż i wymiana czarów, składników, ksiąg naukowych),

  3. U Mistrza Cerenta (sprzedaż pergaminów z czarami / wymiana i handel przedmiotami magicznymi),

  4. Alchemik Yanker z Adberheim, półelf (sprzedaż eliksirów),

  5. Alchemik Qerinn, tesijczyk (sprzedaż eliksirów specjalnych, eliksiry granatopodobne, kwasy, strzały z miksturami wybuchu, trucizny itp.).

Od razu przypadł mi do gustu sklep niejakiego Uriella. Z nim też załatwiłem wymianę czarów i niestety, mimo iż był chętny do współpracy, co rzadko się zdarza, to jego magia nie przekraczała Drugiego Kręgu… Ale formuły, którymi ubiliśmy interes, dobrze wzmocnią mój niemały już „arsenał”… Drugim etapem był zakup perły i w końcu długo oczekiwana „Identyfikacja” mojej przemienionej laski…

Wszystko się udało, ale muszę spróbować ponownie, ponieważ Morgul naszpikowany jest większą ilością magii i czarów, niźli się spodziewałem. Te, które poznałem dotychczas, zachowam dla siebie… Względy zwykłego bezpieczeństwa…