Kronika

Kroniki VI: Renegaci

Nortin pada pod naporem wrogów, a Lyrralt i garstka ocalałych muszą szukać ratunku wśród ruin, renegatów i coraz gorszych szans.

6.06.2026 • Cad • Lyrralt z Tales • Kroniki Lyrralta

Wraz z garstką niedoszłych obrońców, udało nam się w końcu dostać do drugiego miasta na wyspie, do Nortin. Tam sytuacja się powtórzyła, doszło do ataku i oblężenia, a po dwóch dniach miasto padło, a my ukryci w jednym z domów czekaliśmy na śmierć. I tak by się stało, gdyby nie Gurney, który poszedł na jakiś układ z Dadianem. Czarownik rzucił kilka potężnych czarów, dzięki czemu udało mu się nas przenieść do Kaettler. Podejrzewam, że reszta oblężonych obrońców miasta po prostu zginęła straszną śmiercią. Do teraz nie wiem za co Gurney kupił nasze życie... I chyba nie chcę wiedzieć.

Od kiedy wyruszyliśmy na wyprawę jako eskorta wojskowa dla dyplomatów, minęło wiele miesięcy. Podróż lądowa, póżniej statkiem, a następnie błądzenie po jakiejś zapomnianej wyspie potoczyły się swoim torem, ale wydarzenia w wielkim świecie nie zatrzymały się. Po powrocie do Kaettler okazało się, że sytuacja polityczna w kraju zmieniła się diametralnie. Hebor wbił się klinem na ziemie Imperium i zdobył spory obszar naszego kraju. Podczas decydującej bitwy niedaleko Kaettler, w okolicach wsi Pikort, armie obu krajów tak wyczerpały swoje siły, że postanowiono podpisać rozejm i zaprzestać działań wojennych. Na mocy rozejmu podpisanego w Teshe, Hebor zatrzymał wszystkie zdobyte ziemie na południe i zachód od rzeki Kein. Imperium chociaż zdołało się obronić występuje w roli pokonanego. Hebor od razu zaczął umacniać nową granicę, rozpoczynając budowę fortów i garnizonów. Imperium lizało rany i starało się zapanować nad rodzącym się chaosem w kraju.

A więc wylądowaliśmy w Kaettler i próbowaliśmy się zorientować co się dzieje i co się zmieniło. Rzeczą, o której należy wspomnieć, jest fakt, że w mieście zabroniono używać magii. Za rozporządzenie to odpowiadał szambelan księżniczki Arielli, władczyni miasta, niejaki Deraand. Przebywając kilka dni w mieście dowiedzieliśmy się, że szambelan Deraand poszukuje grupy awanturników do wykonania jakiegoś zadania. Potrzebowaliśmy pieniędzy i ruszyliśmy na dwór wybadać sprawę. Gdy poznaliśmy szczegóły, okazało się, że chodzi o ubicie nekromanty, który ukrywa się w katakumbach i uprzykrza życie dobrym ludziom w mieście.

Zadanie było dosyć dobrze płatne, dlatego bez szemrania się go podjęliśmy. Czym prędzej ruszyliśmy do katakumb pod miastem, a tam zaczęliśmy poszukiwania czarownika. Po kilku godzinach błądzenia po zatęchłych od kurzu, starodawnych korytarzach, w dużym pomieszczeniu spotkaliśmy poszukiwaną osobę. Nekromanta stał w okręgu z ognia i był chyba zaskoczony naszym przybyciem. Mimo wszystko nie zaatakował nas od razu, chciał porozmawiać. Nie zdążyliśmy zamienić jednak z nim ani słowa, ponieważ Morgass, gdy tylko go zobaczył, zaatakował go magicznym pociskiem. Kolejny raz życie uratował nam nasz czarodziej Gurney, który w pojedynku magicznym zdołał pokonać nekromantę. Po skończeniu z czarodziejem odcięliśmy mu głowę, żeby mieć dowód jego śmierci i schowaliśmy ją do worka. Po powrocie przed oblicze szambelana, zaskoczonego szybkim wykonaniem zadania, Kragimor rzucił odciętą głowę dostojnikowi pod nogi. Deraand tak się wściekł, że aż mu białka oczu na wierzch wyszły i wyrzucił nas z zamku, oczywiście nie płacąc nawet srebrnika za wykonane zadanie.

Szkielet

Postanowiliśmy opuścić to pechowe miasto i wyruszyć do Arnhorn, a poźniej do Gildenhornu, stolicy Imperium. Podróż przebiegała zadziwiająco spokojnie, więc odprężyliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co będziemy robić po przybyciu do stolicy, ponieważ każdy z nas miał jakieś plany z tym związane. Pod wieczór na drodze zauważyliśmy dwie kobiety, które stały przy wozie, patrząc bezradnie na złamane koło. Widząc, że nasza pomoc jest wskazana, pomogliśmy im zreperować wóz w zamian za co one zaprosiły nas na kolację do pobliskiej wioski.

Gdy dojechaliśmy do wioski było już ciemno, ale Karen i Monika, bo tak się nazywały, były wyraźnie zaniepokojone całkowitym bezruchem, który panował we wsi. Nie kręcili się tu żadni ludzie, nie szczekały psy, panowała totalna cisza. Kiedy wyminęliśmy kilka domów, naprzeciw nas, z ciemności wyszło kilka postaci, które grzecznie nas poprosiły abyśmy się poddali. Napastnicy powiedzieli, że wioska została przez nich zajęta, a my nieproszeni do niej wjechaliśmy. Oczywiście nie byliśmy skorzy do poddawania się bez walki, to nie było w naszym stylu, więc ruszyliśmy na bandytów. Do walki jednak nie doszło, ponieważ ludzie ci okazali się magami i spętali nas zaklęciem unieruchomienia.

Zostaliśmy przeniesieni do domu, w którym uwięziono resztę mieszkańców wioski. Jak się dowiedzieliśmy wioska została zajęta przez magów renegatów zwanych „Czarny Odwet”, którzy zbiegli z Kaettler z powodu dekretu szambelana Deraanda o zakazie praktykowania magii. Teraz chcieli odpłacić szambelanowi za to, że byli zmuszeni opuścić swoje posiadłości i porzucić badania, nad którymi pracowali wiele lat. Nie wiedzieliśmy jednak co dokładnie planowali zbuntowani czarownicy.

Następnego dnia zostaliśmy zmuszeni do pracy, ale czarownicy przewidzieli, że możemy sprawiać problemy i podzielili nas na grupy. Ja zostałem w obozie, a Gurney, Kragimor, Morgass i Gordon wyszli pracować. Moim towarzyszom powiedziano, że jeżeli ktokolwiek z nich ucieknie, to reszta naszej grupy umrze. Nie mam pojęcia co się tam stało, ale parę godzin później okazało się, że moi towarzysze uciekli, a ja zostałem w obozie. Gdy przywódca renegatów, Rotaff, dowiedział się o tym, postanowił powiesić mnie dla przykładu.

Jak udało mi się przeżyć pozostanie moją tajemnicą. Powiem tylko, że parę dni później opuściłem wioskę wraz z magami “Czarnego Odwetu”, którzy kierowali się gdzieś na północ, poza granice Imperium. Swojej zemsty na Deraandzie dokonali – wszyscy mieszkańcy wioski zostali zamordowani, a wina za nieudolność negocjacji spadła na szambelana. Nie wiem jaki wpływ miały te wydarzenia na losy szambelana Deraanda, wiem tylko, że kilka miesięcy później szambelan ogłosił się władcą miasta, zbuntował się przeciwko cesarzowi i zażądał uznania Kaettler Wolnym Miastem. Cesarz odmówił i wyprawił się do Kaettler ze swoją armią i po krótkiej bitwie zdobył miasto. Deraanda i jego najbliższych popleczników rozerwano końmi.

Ja po dwóch tygodniach rozstałem się z magami, próbując wymazać ze swojej pamięci przeszłość i wyruszyłem do Arnhorn. Spodziewając się zastać tam kompanów poszedłem do gospody „Zielony Gryf”. Instynkt znów mnie nie zawiódł, moi kompani siedzieli tam sobie w najlepsze i zastanawiali się w jaki sposób odzyskać swój dobytek, który zabrali im magowie „Czarnego Odwetu”. O mnie zapomnieli całkowicie, a przynajmniej sprawiali wrażenie jakby nic się nie stało. Powiedziałem im, że magów we wsi już nie ma, tak samo jak wioski, a wszyscy jej mieszkańcy nie żyją, także przez nich. Powiedziałem też, że nie wiem gdzie pojechali czarownicy, więc najlepiej by było, jakby zapomnieli o swoim dobytku.