Po kilku dniach tułaczki szczęśliwie dotarliśmy do naszej kompanii i wszyscy powrócili do swoich zajęć. My wróciliśmy z Drorixem do Kompanii Karnej. Doceniono to co zrobiliśmy i nie musieliśmy długo czekać na następną misję. Niestety ja nie mogłem wziąć w niej udziału, ponieważ podpadłem dowódcy, porucznikowi Varixowi, który nie zgodził się na opuszczenie przeze mnie oddziału. W zamian za to, otrzymałem do wykonania trochę szlachetnych prac fizycznych na terenie jednostki, takich jak czyszczenie broni i kopanie rowów. Na misję więc wyruszył Drorix, Gurney i Artur. Po kilku dniach dowiedziałem się tylko, że Drorix nie przeżył tej wyprawy, a mi nie udzielono żadnych wyjaśnień dotyczących okoliczności jego śmierci. Ciężko mi było przyjąć do wiadomości śmierć przyjaciela, z którym nie jedną walkę stoczyliśmy, ale w Kompanii Karnej nie dawano mi zbyt wiele czasu na rozmyślania. Niedługo potem przyszedł kolejny rozkaz – przydzielono mnie jako przewodnika i specjalistę od trudnego terenu do tajnej wyprawy na Skythię, jednego z państw leżących u wybrzeży Morza Wewnętrznego. Nie powiedziano mi czego dokładnie ma dotyczyć misja, moim zadaniem jako żołnierza była ochrona członków i dyplomatów wyprawy. Żołnierze szeptali jednak, że Imperium ma zamiar namówic Skythijczyków do udziału w wojnie przeciwko Heborowi. Jak wiadomo Skythia to kraj mający jedną z największych flot morskich na świecie.
Wyruszyliśmy więc do miasta Zaukorn, z którego mieliśmy wypłynąć na Morze Wewnętrzne. Naszym dowódcą był niejaki Angelo Fergus. W drodze do Zaukorn zaprzyjaźniliśmy się z trzema osobami. Ich imiona to Morgass, Kragimoor oraz Shon. Po dotarciu do celu naszej podróży lądowej, zatrzymaliśmy się w jednej z tamtejszych karczm. Niedługo później wyruszyliśmy w dalszą podróż statkiem.
Już po pierwszej nocy nabraliśmy podejrzeń co do pomyślności naszej misji, ponieważ okazało się, że na statku doszło do morderstwa. Sytuacja ta powtarzała się przez kolejne noce, w wyniku czego zginęło kilku żołnierzy. Po czterech dniach na horyzoncie zauważono dwa statki, które kierowały się w naszą stronę. Jak się okazało były to statki pod banderą Heboru i zamierzały nas zaatakować. Na naszym okręcie płynęło dwóch czarodziejów Kapituły, więc nie tracąc czasu zaczęli się przygotowywać do obrony. My wraz z resztą żołnierzy również przygotowaliśmy się na morską bitwę i przyjęcie abordażu. W wyniku czarów naszych magów jeden z wrogich statków zboczył z kursu i odpłynął w innym kierunku. Niestety zaklęcie naszych czarowników nie poskutkowało na drugi statek, który nieustannie się do nas zbliżał. W końcu doszło do tego, że statki zbliżyły się do siebie na tyle, że wrogowie rozpoczęli abordaż na nasz statek. Walka była ciężka, ale żadna ze stron nie potrafiła zdobyć przewagi. Jednym z godnych zapamiętania wrogów, z którymi przyszło nam walczyć, był pewien mroczny elf. Walczył dwoma długimi mieczami i szedł między wrogami niczym awatar Lorsha. Wreszcie kiedy doszło do walki między nim a Gurney’em, nasz czarodziej zmiótł go z pokładu błyskawicą.

O dziwo magiczna błyskawica nie zabiła elfa, który chwilę później wzniósł się w powietrze i lewitował nad naszym statkiem. Wrodzy magowie przywołali na swoje usługi żywiołaka wody, który zaczął niszczyć nasz statek. Nie pamiętam końca walki. Jedyne co mi się przypomina to nagły wybuch i wszystko wokół zaczęło gasnąć w zwolnionym tempie. Potem straciłem przytomność, aby obudzić się na plaży. Gurney później nam powiedział, że podczas walki nawarstwiło się tyle różnorakiej magii, że doszło do wybuchu i magia przeniosła naszą grupę gdzieś daleko od pola bitwy. Prawdopodobnie statki uległy zniszczeniu i większość członków załogi także porozrzucało po okolicznych wysepkach lub po prostu zaklęcie ich zabiło. Na plaży, na której się znaleźliśmy, wylądowało również ciało Shon’a, który musiał zostać śmiertelnie ranny podczas bitwy. Rozglądając się po okolicy próbowaliśmy w jakiś sposób określić miejsce, w którym się znaleźliśmy.
Nie mając lepszego pomysłu wyruszyliśmy wzdłuż plaży, szukając jakichkolwiek śladów bytności ludzi. Błąkaliśmy się po wyspie przez dłuższy czas, ale szczęście nas nie opuszczało. Zmęczeni i wygłodniali natknęliśmy się na zamieszkałą wioskę rybacką, która nazywała się Kilt. Jej mieszkańcy poinformowali nas, że na wyspie znajdują się dwa miasta portowe. Wieśniacy nie chcieli jednak udzielić nam bardziej szczegółowych informacji na ten temat, dopóki nie pomożemy im rozwiązać pewnego problemu. Wioskę od dłuższego czasu nękał potwór zwany Hydrą, mający swe leże w głębi wyspy.

W zamian za jej zabicie mieszkańcy wioski obiecali doprowadzić nas do jednego z miast, z którego moglibyśmy wyruszyć w podróż powrotną do Imperium. Nie mając zbyt wielkiego wyboru, postanowiliśmy zgodzić się na tą propozycję. Wyruszyliśmy do miejsca, w którym przypuszczalnie miała leże Hydra, gotowi ukrócić jej żywot.
Po jakimś czasie natknęliśmy się na cel naszej wyprawy. Walka, którą stoczyliśmy, nie należała do łatwych i tylko dzięki szczęściu udało nam się ją przeżyć. Ranni i wykończeni wróciliśmy do wioski z jedną z głów upolowanej bestii. Mieszkańcy wioski byli z tego powodu nam bardzo wdzięczni i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien drobny incydent, który przerodził się w tragedię.
Nasz towarzysz, Artur, pokłócił się o jakąś głupotę z karczmarzem i tak go zdenerwował, że ten wyciągnął kuszę i strasząc, że jej użyje, kazał Arturowi opuścić karczmę. W tym samym czasie jeden z pomocników karczmarza pobiegł wołać na pomoc wioskowych chłopów. Gdy Artur wyszedł z karczmy, zaczął wykłócać się z chłopami, którzy przybiegli na pomoc karczmarzowi. Z tej całej sprzeczki wywiązała się walka pomiędzy rycerzem a chłopami, którzy uzbrojeni byli w cepy. Mimo że Artur był sam, a chłopów kilku, walka nie była wyrównana, ponieważ rycerz zakuty był w ciężki pancerz, który chronił go przed uderzeniami cepów. Pewnie walka skończyłaby się rzezią chłopów, gdyby nie interwencja Gurney’a, który nie chcąc na to pozwolić, postanowił, za pomocą magii, unieruchomić Artura. Czarodziej jednak, zamiast przerwać walkę, krwawo ją zakończył, ponieważ unieruchomiony Artur został dosłownie pobity na śmierć przez chłopów, którzy zrobili z niego krwawą miazgę. W ten właśnie nieszlachetny sposób zginął rycerz Artur, a my straciliśmy kolejnego towarzysza podróży.
Całe zdarzenie oglądaliśmy z wnętrza karczmy, ale postanowiliśmy nie wstawiać się za nim. Według mnie Artur sam sobie zasłużył na swój los i nie chciałem rozlewać krwi chłopów z tego powodu. Po tym jak pochowaliśmy naszego byłego kompana, mieszkańcy Kilt dotrzymali słowa i wysłali z nami Abla, chłopca, który miał wskazać nam drogę do najbliższego miasta portowego.