Postanowiliśmy przeczekać noc w gospodzie, trzymając kolejno warty przy piwniczce, w której zamknęliśmy tych obłąkanych nieszczęśników. Wraz z Aramisem siedzieliśmy w jadalni i wsłuchiwaliśmy się w padający deszcz i grzmoty burzy, która rozpętała się nad nami. Niestety nie dane nam było odpocząć, a tym bardziej przespać się choć odrobinkę… Niebo nad naszymi dachami przybrało poświatę czerwieni, a jej epicentrum jak gdyby zbierało się nad miejscem w lesie, w którym wiedzieliśmy, że znajduje się Zielona Wieża martwego maga. Zacząłem namawiać Aramisa, ażeby udać się do wieży. Mówiłem i snułem wnioski, zbierając do kupy wcześniejsze wydarzenia, fakty, i majaki obłąkanych mieszkańców wioski, którzy mieli na sobie pierścienie, a których dla ich i naszego bezpieczeństwa trzymaliśmy w piwnicy. Niestety przekonywanie Aramisa nic nie dało i moje prośby o możliwość zapobiegnięcia czemuś złemu, co może wydarzyć się tej nocy, nie przyniosły rezultatów.
Po paru chwilach usłyszeliśmy odgłosy bitwy z zewnątrz karczmy. Wybiegliśmy na szalejącą burzę tylko po to, by zmoknąć, ponieważ odgłosy ucichły, ale jedno było pewne – to nie były moje urojenia, bo nawet oberżysta usłyszał szczęk tysięcy uzbrojonych żołnierzy ścierających się ze sobą na polu przed karczmą… Niemożliwe, a jednak coś złego zaczynało się dziać tej nocy. Po kolejnych paru chwilach do karczmy wpadł śmiertelnie przestraszony grabarz, bełkocząc coś o krwawej mgle unoszącej się nad grobami i o odgłosach walk i bitwy, co potwierdzało moje obawy. Postanowiłem, że pójdę obudzić śpiących Krissa i Tomosa, opisać im te zdarzenia i podzielić się z nimi moimi domysłami i obawami w stosunku do tej nocy.
Później wydarzenia przybrały jeszcze gorszy obrót, jeden z krzyczących i wyjących opętanych wieśniaków zmarł. Nie miał ran, tylko zwyczajnie wyzionął ducha, ale jego twarz i mina, która się ostała, świadczyła o tym, iż śmiertelnie coś go przeraziło. Pierścień na jego palcu był lodowaty, ale nadal nie dało się go ściągnąć. Wyciągnąłem biedaka na zewnątrz i przykryłem ciało prześcieradłem, Kriss pokropił je święconą wodą, a te nagle zaczęło się ruszać, po czym zamarło. Zeszliśmy do piwniczki i skropiliśmy kolejnego wieśniaka – to doprowadziło go do śmierci! Postanowiliśmy nie siedzieć na dupach i biernie się wszystkiemu przyglądać, tylko zacząć działać.
Namówiłem ich na nocny spacer na cmentarz, a później do wieży. Rzeczywiście mgła o czerwonej poświacie unosiła się nad cmentarzem i nawet powolutku sunęła w stronę wsi. Ruszyliśmy do wieży. Po drodze musieliśmy wejść (już w lasach za wioską) we mgłę i zwolnić tempo marszu. Po chwili coś obok nas przeleciało… Było to ciało człowieka, jednego z wieśniaków, ale leciał jakby jakaś olbrzymia siła cisnęła nim we mgłę, jeszcze żył… kiedy poszliśmy w jego kierunku, ciała nie było, za to zaatakował nas imp, istota, która dokuczała nam od momentu wejścia do wieży i zmazania rytualnego pentagramu. Szybko poradziliśmy sobie ze szkodnikiem, który uciekł we mgłę.
Kiedy doszliśmy do granicy mgły, naszym oczom ukazał się całkiem inny krajobraz, niźli znaliśmy go ze wcześniejszych wędrówek po tych lasach i do wieży. Przed naszymi oczami wyrosły pagórki i stepy, żadnej wieży, tylko ścieżka w dół do doliny wzniesień. Cały obszar, a był on gigantyczny, otoczony był mgłą, z której wyszliśmy… Tomos jak zwykle nierozważnie i bez zastanowienia zaczął zbiegać w dół doliny, wymachując laską oszalałego maga, którą w tajemniczych okolicznościach nam podarował na okres 3 dni – było to przed wyruszeniem na cmentarz w celu zbadania mgły, kiedy to mag wraz z wiadomością (napisaną jak gdyby w transie) pozostawił nam Gwiazdę Czarnego Słońca, jego laskę… Od tego momentu zresztą próbowaliśmy uruchomić magię w niej zawartą, wszelkimi sposobami i od tego momentu zaczęły się waśnie pomiędzy Aramisem i Tomosem o to, kto będzie ją trzymał. Tomosowi można to było wybaczyć, bo głupiutki z niego młodzik, ale Aramisa uważałem za bardziej roztropnego i opanowanego, jednak czas pokazał, że nie po raz pierwszy się myliłem…
Tak więc ruszyliśmy z Aramisem w dół kotliny w pogoni za Tomosem, kiedy dobiegliśmy do niego, muszę tu wspomnieć, że miejsce w którym byliśmy nienaturalnie szybko zmieniało nam się przed oczami, wskazał nam najdziwniejszą rzecz jaką w życiu widziałem…. Na pewno było to działanie potężnej magii, której skutkom ulegliśmy wszyscy…. Nad naszymi głowami unosił się zamek i to do góry nogami, jak gdyby był on odbiciem zamku, przed którym moglibyśmy stać, ale w rzeczywistości nie staliśmy przed niczym! Po chwili znów usłyszeliśmy tętent setek kopyt i odgłosy walki, odbiegłem troszkę i rzuciłem się na ziemię, żeby mnie nie stratowano – jak się okazało znowu uległem zwidom (Aramis również)…. Później dołączył do nas Kriss. Daleko przed nami zauważyłem Zieloną Wieżę – cel naszej wędrówki, ale Aramis i Kriss postanowili się wrócić i zrezygnować, nigdy nie pojmę tak tchórzliwych i beznadziejnych decyzji. Oddaliliśmy się znacznie od siebie, ale nasze głosy było słychać jakbyśmy stali obok. Okazało się, że mgły nie ma i droga powrotna jest niemożliwa, tak więc dobiegli do nas, a my udaliśmy się w stronę wieży.
Po drodze minęliśmy ogromne cmentarzysko, jakby szczątki tysięcznej armii, w której prócz humanoidów, znajdowały się też inne wynaturzone istoty. Zatrzymał nas głos, który powtarzał byśmy zawrócili póki możemy, a przed nami pojawiła się postać „wędrowca”, usilnie starającego nas zawrócić z drogi do wieży. Kompani moi wypuścili weń strzały, a wędrowiec zrzucił płaszcz… była to olbrzymia zielona istota, z wielkimi rozpostartymi skrzydłami, o gadzim wyglądzie troszkę przypominającym węża. Zaczęła się walka. Pierwszy raz było mi dane walczyć z istotą latającą o pikujących atakach i tak naprawdę nie wyrządzaliśmy jej większych krzywd. Po długiej walce udało nam się zranić ją dotkliwiej parę razy, po czym uciekła w stronę wieży. Gnani adrenaliną ruszyliśmy w pogoń, minęliśmy kamienny most unoszący się nad przepaścią, której dna nie dostrzegłyby nawet bystre oczy elfów, aż dotarliśmy do wieży. Po wypowiedzeniu hasła „Zieleń”, drzwi otwarły się, a my weszliśmy do środka.
Pierwsze piętro nie różniło się niczym, prócz zielonkawego światła wydobywającego się z żyrandola. Dotarliśmy do drugiego piętra, w którym wcześniej znaleźliśmy ciało maga, odpowiedzialnego za wszystkie wydarzenia w tych okolicach i we wiosce, które już na wejściu wydawało się nienaturalnie większe niż powinno. Szliśmy wydłużającym się korytarzem, oświetlając sobie drogę latarniami, kiedy od tyłu zaszarżowała na nas owa istota, ciężko raniąc Krissa swym kolcem na końcu ogona. Kriss padł bezładnie, a my podjęliśmy walkę… sytuacja wydawała się być totalnie beznadziejną dla nas, ponieważ każde ciosy odbijały się od pancerza istoty, wyjątek stanowiły najcięższe ciosy, które uśmierciłyby każdą inną postać jaką spotkałem w życiu.
Po męczącej walce, w której odniosłem już naprawdę ciężkie rany, a podczas której Tomos biegał tam i z powrotem usiłując utłuc zwierza przeróżnymi rzeczami, począwszy od święconej wody, a skończywszy na dzbanach znalezionych w komnacie, weszliśmy na ostatnie piętro. Walka ukazała mi prawdziwe oblicza moich kompanów i ich zbrojnych umiejętności: Tomos za młody i nie wyszkolony by podołać takim przeciwnikom, próbował innych rozwiązań – punkt za pomysłowość i same minusy za nieudolność, bezradność i bezsilność… Kriss niestety miał największego pecha, bo być może jakby nie upadł na początku, walka szybciej by się skończyła… Aramis okazał się wyjątkowo beznadziejnym szermierzem w tym pojedynku, mógłbym go usprawiedliwiać zmęczeniem i słabym morale, ale zbrojny, który wcześniej rozbijał przeciwników w drobny mak, roztrącając ich jak perz, teraz nie potrafił porządnie trafić w przeciwnika, nie wspominając już o zadaniu mu poważniejszych ran… szkoda się rozpisywać. Najważniejsze, że zwyciężyliśmy i powaliliśmy bestię, rozbijając jej czaszkę w drobną miazgę.
Na najwyższym piętrze trafiliśmy znowu na pulsującą plazmę, ale tym razem większą (pomieszczenie też było znacznie większe), a z jej wnętrza dało się widzieć obraz pustyni i istoty zmierzającej w naszym kierunku. Plazma w dotyku mroziła członki. Aramis tym razem zabłysnął i wrzucił do środka pulsującej mazi medalion, który wcześniej spoczywał mocno wetknięty w ciało martwego właściciela wieży, a teraz w ciele bestii, którą powalilismy … plazma przestała wirować, jakby zamarła i zrobiła się szara, a po chwili zaczęła wsysać do wnętrza wszystko co znajdowało się obok. Musieliśmy czym prędzej uciekać z ciałem Krissa pod pachami, ponieważ górne piętro również było zasysane do wnętrza lodowatej szarej kuli. Kiedy wybiegliśmy na zewnątrz kula eksplodowała, a górna część wieży została przed wybuchem całkowicie zassana… Pozostały tylko zgliszcza po Zielonej Wieży, a ja odczułem satysfakcję i ulgę, że wszystkie kłopoty właśnie zostały przez nas zażegnane… Krajobraz również wrócił do normy, otaczał nas las, jak wcześniej, a po mgle nie było śladu.
U zielarki dowiedzieliśmy się, że Kriss jest sparaliżowany i prawdopodobnie nie będzie mógł już się ruszać o własnych siłach. We wiosce czekał już na nas Hans, który przekazał nam nieprzyjemne wiadomości: pewien kupiec wydał na nas wyrok (na mnie i Tomosa tylko dlatego, że pomogliśmy Krissowi, Aramisowi i elfowi w karczmie Morgana), i teraz kojarzeni już jako grupa, jesteśmy ścigani przez płatnych zabójców. Nie czekając na komesa, który miał przybyć, poinstruowaliśmy sołtysa, a propos wyjaśnienia zdarzeń, które miały tu ostatnio miejsce i czym prędzej ruszyliśmy do Zandary. Hans zawiózł nas do Morganowej karczmy, gdzie zostaliśmy przemyceni do podziemnych komnat (dla naszego bezpieczeństwa) i gdzie opowiedzieli nam szczegółowo o obecnej sytuacji. Odebraliśmy nagrodę od komesa za bandę rzezimieszków z Lurii i tu zaczęły się drużynowe nieporozumienia. Aramis bezczelnie i arogancko wręczył Tomosowi jego należną część, po czym kazał mu się wynosić! Z początku nie mogłem w to uwierzyć i potraktowałem jako żart, ale myliłem się… Tak poniżającego mnie i Tomosa zachowania nie potrafiłem zdzierżyć, poczułem się jakbym dostał w twarz i nagle całe resztki zaufania i braterstwa krwi, jakie czułem do Krissa i Aramisa, prysły. Walczyliśmy ramię w ramię, ratując sobie nawzajem życie, a niejednokrotnie ratując im, tym aroganckim niewdzięcznikom. Pomogliśmy Krissowi podczas jego bezładu dostać się czym prędzej do Zandary, nie zwlekając ni chwili dłużej, z myślą tylko o tym, żeby mu jak najprędzej pomóc w odzyskaniu sił i sprawności, a ci plują nam w twarz, tłumacząc się głupim i psotliwym zachowaniem Tomosa – że ich to denerwuje!!! Nosz kurwa mać, litości do czeluści piekielnych, jak można w ten sposób potraktować kogoś, kto po prostu jest jeszcze niedojrzały i głupiutki, nieobyty w świecie i dlatego tak naiwnie otwarty i ufny, ale kogoś, kto równie dzielnie i mężnie jak oni sami, te sukinkoty, stawał do walki i bronił ich przed śmiercią!!! Nie wytrzymałem, nie wspomnę o uczuciach, które targały Tomosem, i żeby uniknąć rękoczynów, a należało się kutafonom zajebanym, niewdzięcznikom, megalomanom, opuściliśmy ich i karczmę, z myślą, że już nigdy ich nie zobaczymy…
Za radą Morgana udaliśmy się do zaufanej karczmy Diamencik, w której spędziliśmy noc, żeby następnego wieczora spotkać się w magazynie z porucznikiem straży, który miał nam przekazać fakty dotyczące zlecenia na nas i kupca, który je wydał. Tam znów spotkaliśmy się wszyscy, a Kriss niestety zaczął odzyskiwać władność w kończynach… Porucznik wyjaśnił nam pewne fakty i opowiedział o zleceniodawcy i zabójcach, poprosił o wyjaśnienie sprawy, ponieważ jak twierdzi jest bezradny, a kupiec Norias, zleceniodawca, ma większość ważnych urzędników i kapitana straży w swoich rękach. Dlatego śledztwo z ramienia straży nic nie da i zostanie natychmiast umorzone. Po tej krótkiej prezentacji faktów, Aramis próbował ze mną rozmawiać i naciągnąć mnie na towarzyszenie im (bez Tomosa). Niewdzięczny, bezczelny chuj. Wyszliśmy tak szybko jak się tam znaleźliśmy. Postanowiliśmy wraz z Tomosem pozostawić ich na pastwę zabójców „Czerwonego Gemu”, a sami udać się z rana na dalsze poszukiwanie Faitha i jego ucznia do Przełęczy Złamanych Mieczy. Zobaczymy co los nam przyniesie, ale wiemy jedno, że tym razem będziemy bardziej rozważni i roztropni w doborze kompanów na podróż…