Rankiem następnego dnia poszliśmy do zakładu mistrza Zaka, krasnoludzkiego płatnerza, jednego z najlepszych rzemieślników w mieście i okolicy. Chciałem naprawić zbroję przed podróżą, ale wpadłem na pomysł wymiany jej na lepszą i lżejszą, która utrzymałaby poziom odporności na ciosy, jednocześnie ułatwiając mi poruszanie się w niej. Po długich rozmowach i mierzeniu okazów, wyrobów samego mistrza, dobiliśmy targu, część zapłaciłem gotówką, a drugą część zastąpiłem wadium w postaci mojej starej zbroi. I tak zostałem szczęśliwym nabywcą zbroi łuskowej z chromowej stali… Później już tylko zaplanowaliśmy podróż, uwzględniając unikanie głównych duktów i traktów handlowych. Postanowiliśmy ruszyć w kierunku Fortu Północnego, trzymając się obrzeży Bagien Wisielców, po drodze wstąpić do Lurii i zaopatrzyć się w prowiant na dalszą podróż i odpocząć, następnie przez Wielki Las do Treoss i do Lupis. Tam też mam zamiar przekazać Ceresowi wszelkie zdobyte przeze mnie informacje i ruszyć dalej za Faithem w kierunku północnym na Przełęcz Złamanych Mieczy. W mieście tuż przed wyjazdem zaczepiało nas parę osób, ale wydaje mi się, że wpadamy powoli w paranoję non stop oglądając się za siebie i wietrząc zamach na nasze życia. Dlatego z przymrużeniem oka potraktowałem ludzi za nami chodzących i wyglądających „podejrzanie”. Natomiast Tomos począł szaleć na punkcie zasadzki na naszych „zamachowców”, snując co chwila plany (i to w dodatku chore i nieprzemyślane), budowy przeróżnych pułapek i ubijając w nich ludzi niezależnie od ich celu… Wrogiem dlań ten, który podąża za nami… Na szczęście słomiany zapał młodzika potrafię, jak na razie, pohamować, ale zastanawiam się jak długo…
Podróż do Lurii minęła bez problemów, ale mieszkańcy powitali nas godziwie i jak na bohaterów przystało. Troszkę nie czułem się z tym swobodnie, ale muszę przyznać, że dobrze się stało, bo zawsze można tu przyjechać i liczyć na darmową gościnę… Pogadaliśmy z oberżystą, popiliśmy z kmiotkami i ku ich zadowoleniu dotrzymywaliśmy im towarzystwa, dopóty, dopóki karczmarz nie zaprosił nas do pokoju, gdzie przekazał nam dość stresujące i niepokojące wieści. Parę dni przed naszym przybyciem do wioski zajechało 2 „obijmordów”, ponoć dobrze uzbrojonych i wypytywali się o nas. Karczmarz włosy rwał, zapewniając nas, że nic nie powiedział i wieżę mu, bo poczciwa chłopina i dobrze mu z pyska patrzy. Ale sama wieść mnie zaniepokoiła…. Już nie chodziło o to, że jednak poszukiwania nas (czy to jesteśmy rozdzieleni, czy też razem) dotarły poza mury miasta i ponoć dalej, ale o bezpieczeństwo tych biedaków, których już dwa razy od pewnej śmierci uratowaliśmy, a teraz sami możemy być przyczyną ich kolejnych kłopotów. W obawie o ich bezpieczeństwo na drugi dzień postanowiliśmy wyruszyć dalej i nie narażać wieśniaków więcej. Wyjaśniłem oberżyście, że nas poszukują i nakazałem pilnować się i nie narażać obcym, a w razie jak wrócą, to lepiej żeby nas wydali, niźli narażali siebie z naszego powodu. Potem to już tylko zeszliśmy na dół dokończyć flaszkę, przy okazji mieliśmy przyjemność zobaczyć na własne oczy kwiat rycerstwa z Erghold… Przyjechało do Lurii 5 rycerzy z więźniem, którego zostawili na zewnątrz, byli dość małomówni i konkretni… Poszliśmy spać.
Rankiem wyszliśmy z wioski i wróciliśmy na szlak do Fortu Północnego. Podróż na szczęście też okazała się bezpieczna i cali i zdrowi dotarliśmy na miejsce. Tam spotkaliśmy kupca Jana, który zaoferował nam pracę jako ochroniarze przy transporcie do Treoss, przez Wielki Las. Po kilku minutach targu, dotyczącego zarobku i podróży zgodziliśmy się na pracę. Wyruszyliśmy z rana na wozie pełnym zakrytego towaru, po kilku minutach szybko przeprawiliśmy się przez odprawę celną i ruszyliśmy w kierunku Lasu. Po drodze spotkaliśmy tylko i wyłącznie jakiegoś szarlatańskiego oszusta, który próbował nam sprzedać magiczne leki na wszystkie dolegliwości, ale wyperswadowałem mu grzecznie, że nie jestem dobrym konsumentem… Tuż przed Wielkim Lasem rozbiliśmy kolejny obóz na nocleg, a kupiec Jan w końcu odkrył przed nami tajemnice swojego ładunku – Spiritus Krasnoludzki !! Tak czułem… W każdym razie poczęstował nas przed spaniem, a ja tylko mogłem w duchu zapłakać, że w pracy jestem, pod groźbą ataku i napaści i nie mogę sobie pofolgować… Bałem się tylko o zapędy Tomosa do trunków mocnej marki, ale wyperswadowałem mu obowiązki nad pijaczką i chyba zrozumiał. Poszli spać, a ja postawiłem pierwszą wartę, kiedy obudziłem młodzika było już późno w nocy, koło pierwszej i poszedłem spać. Rankiem obudziliśmy się bez żadnych przykrych niespodzianek i szybko spakowaliśmy obóz, żeby ruszyć w stronę wnętrza Wielkiego Lasu…