Kronika

Kroniki III: Wioska Luria

Poszukiwania w Zandarze prowadzą Druma i towarzyszy do Lurii, gdzie trop Włóczni Przeznaczenia splata się z coraz mroczniejszym zagrożeniem.

6.06.2026 • Bast • Drum • Kroniki Druma

Bez większych przeszkód dotarliśmy do Zandary. Piękne miasto… za każdym razem, jak tu jestem, nie potrafię się nadziwić, jest co oglądać… Trzy tygodnie zajęły nam poszukiwania, takie, żeby nie rzucać się w oczy, a tym bardziej nie spłoszyć poszukiwanej przez nas grupy. Wykorzystałem wszystkie swoje znajomości, ale na próżno – zapadli się, albo po prostu wyruszyli i teraz nie wiemy gdzie ich szukać… Pewnego wieczoru, kiedy to mieliśmy podjąć z Tomosem decyzję, że wracamy do punktu wyjścia i ruszamy z powrotem do Erghold, podsłuchaliśmy rozmowę. W karczmie, w której mieszkaliśmy aż trzy tygodnie, przesiadywało tego wieczoru trzech mężczyzn, wszyscy podpici. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale dosiadł się do nich czwarty, trzeźwy, który zaczął im przypominać o zadaniu, jakie mieli wykonać tego wieczora. Podsłuchaliśmy, że owa czwórka rębajłów ma za zadanie pokaleczyć dwóch mężczyzn i jednego elfa, którzy od jakiegoś czasu przesiadują w karczmie Ogon Smoka – opis pasował do grupki, której tak długo poszukiwaliśmy. Poza tym wysłyszeliśmy, że ofiary są z Południa…

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy z Tomosem udać się tam, przedstawić im nasz cel i ostrzec ich przed dzisiejszą napaścią. Może zyskamy tym samym zaufanie i otrzymam odpowiedzi na moje pytania w poszukiwaniach Faitha. Podobno grupka z Południa wyznaje niejakiego Richtera Wielkiego, na Południu uważanego za boga honoru i walki – to może też poświadczyć o ich lepszych intencjach względem wydarzeń w kopalniach w Kraterze Yish. Powiedziałem jeszcze Tomosowi, że do Ogona Smoka mam jak gdyby zakaz wstępu, ze względu na wydarzenia sprzed trzech lat… Ale do tego czasu na pewno Morgan – krasnolud i właściciel karczmy – na pewno zapomniał…

W karczmie przysiedliśmy się no poszukiwanej przez nas grupki, wspaniale odziani, czyści… a jeden to się błyszczał, jak wylizane psie jajca… Niestety ten smarkacz Tomos za dużo wypił, zepsuł pierwsze, jakże najważniejsze wrażenie – musiałem ratować naszą ciężką sytuację i zacząć prowadzić rozmowę. Nie poszło źle tym bardziej, że okazało się, iż szukanie ich to była tylko strata czasu – nie dowiedzieliśmy się nic więcej, jak tylko to, że byli w kopalniach i położyli kres kultystom Yamara, ratując przy tym Oliviera – zarządcę kopalń. Jedynym sposobem żeby im podziękować za poświęcony nam czas, była możliwość ostrzeżenia ich przed zbliżającymi się zabijakami. Opowiedziałem im wszystko, co usłyszeliśmy z podsłuchanej rozmowy, kiedy do karczmy weszło kilkanaście, groźnie wyglądających postaci. Jeden z nich zaczął w jednej chwili wywalać z karczmy ludzi i kazał spierdalać Morganowi i jego barmanowi Hansowi. Było ich 14 i wiedzieliśmy, że trzeba będzie pomóc tamtej trójce. Musieli komuś się sporo naprzykrzyć, że wysłano czternastu zbrojnych, żeby ich zabić! Walka trwała długo i ku naszej uciesze Morgan i Hans od razu, bez chwili wahania, ruszyli nam na pomoc. Chyba krasnolud nie chciał, żeby jego cały dobytek został obrócony w pył. Siekałem niedoszłych zabójców, jakbym to ja był na ich zleceniu… padali jak muchy, niestety Tomos, mimo moich szczerych namów nie zmienił stylu walki i nie dawał sobie rady z ostrymi, jak brzytwa toporami… Pod gradem ciosów padł jeden z poszukiwanej trójki, elf, zwany Marginem. No, ale czego można się spodziewać po elfach, nigdy nie byli waleczną rasą, a co dopiero wytrzymałą. Natomiast Aramis i Kriss, pozostała dwójka ludzi, dawali sobie świetnie radę. Jednak pod koniec walki Kriss, ten wypucowany laluś, też upadł pod wpływem ran i zmęczenia. Morgan i Hans walczyli równie dzielnie i zażarcie, szczególnie mój pobratymiec…

Po walce karczma wyglądała jak pobojowisko, nikt z bandytów nie przeżył, mimo naszego wołania o poddanie się, wszędzie pełno krwi, szczątków ciał i porozrzucanej broni. Jadalnia też ucierpiała, stoły były połamane i poprzewracane, a ławy roztrzaskane. Kazałem Hansowi pobiec po medyka lub kapłana, bo żaden z nas nie znał się na leczeniu tak poważnych ran i uszczerbków, jakich doznał elf Margin i człeczyna w lśniącej zbroi, Kriss.

Hans otwarł drzwi gospody i momentalnie je zamknął, był przerażony. Okazało się, że pod gospodą zebrał się nie lada tłum, a my nie byliśmy pewni, jakie są jego zamiary. Jednak ważniejsze było zdrowie rannych w walce, a jeśli miałbym za to posiekać paru głupich gapiów, to zrobiłbym to! Po paru chwilach, w których staraliśmy się z całych mocy poprawić stan zdrowia już chyba umierającego Margina wpadł Hans z medykiem. Trzeba było przekonywać go, żeby został i udzielił pomocy potrzebującym – był przerażony widokiem masowego mordu, jakiego dokonaliśmy na niedoszłych zamachowcach. W końcu była to obrona własna… Wpadła też straż, jak zwykle „o czasie”, ale momentalnie Morgan, znany tutaj przedsiębiorca, wziął nas pod obronę i wszystko sierżantowi straży wyjaśnił. W końcu sam widział, że grupka zbrojnych bez powodu nas zaatakowała…

Straż w międzyczasie rozproszyła gapiów, a my zaczęliśmy odpowiadać na liczne i kłopotliwe pytania sierżantowi. Niestety nie dowiedział się niczego, bo sami nie wiedzieliśmy, dlaczego nas zaatakowano. Kriss wcześniej wspominał coś o jakiejś elficy, która zaczaiła się, albo raczej próbowała zaczaić się na jego życie, jednak ją porąbali. Mówiła coś o pozdrowieniach z gildii… czyżby mężczyzna naraził się zabójcom? Jeśli tak, to jest w nie lada niebezpieczeństwie, w które wciągnął też swoich dwóch kompanów (ciekawe czy o tym wiedzieli) i teraz nas, w końcu pomogliśmy im porąbać opryszków… Ogólnie całe zajście w karczmie doprowadziło nas do sytuacji, w której dla swojego bezpieczeństwa (albo raczej bezpieczeństwa obcokrajowców) musieliśmy pod przykryciem nocy i płaszczykiem konspiracji, opuścić miasto (pomógł nam w tym Hans, wywożąc nas wozem) i udać się na jakiś czas do pobliskiej wsi.

Luria, bo tak owa wieś się nazywała, oddalona była od Zandary o jakieś 4 dni drogi wozem. W międzyczasie odbyłem poważną rozmowę z Aramisem (ten człeczyna jest najrozważniejszy z całej trójki i chyba najbardziej rozsądny i godny zaufania) na temat zajść w kopalniach Krateru Yish… Okazało się, że szliśmy z Tomosem dobrym tropem i mieliśmy co do całej sprawy odpowiednie informacje od Malika i podejrzenia, co do tamtych zdarzeń. Jak przyznał później Aramis i odczytał mi przepisane przez niego inskrypcje, które znaleźliśmy w kopalniach, a które były już zniszczone, natrafili na ślady tekstów i zapisków, wskazujących na obecność poszukiwanego przez Strażników Faitha. Aramis inskrypcje dokładnie skopiował i według tych zapisków Faith natrafił na ślady potężnego artefaktu, który może przeważyć w walce z Lordem Keth i przynieść kres jego marnej i złej egzystencji… Niestety mimo zapewnień z mojej strony i starań, nie otrzymałem od nich tych zapisków, a jedynie zapamiętałem poszczególne nazwy i przede wszystkim wskazówki dotyczące zamiarów Faitha i drogi jego dalszych poszukiwań. Te wiadomości postanowiłem jak najszybciej przekazać Ceresowi. Według zapisków na wzgórzu Sarmak na Przełęczy Złamanych Mieczy, znajdują się jakowyś „strażnicy”, przy których należy wymówić jakiegoś rodzaju zaklęcia. To właśnie tam uczeń Faitha, Lomidas, miał wyruszyć i dowiedzieć się o położeniu „Włóczni Przeznaczenia”, owego artefaktu. Niestety trudnych nazw i magicznych słów nie zdołałem zapamiętać, dlatego priorytetowym dla mnie jest zdobycie od Aramisa tych zapisków. Może dalsza podróż i więcej zaufania do mnie przyczynią się do oddania ich w moje ręce… W końcu po czterech dniach podróży dotarliśmy do wioski Lurii. Nikt z nas nie przypuszczał, że stanie się coś złego…