Arkus zawiózł nas do swojej wioski, i tak mieliśmy po drodze. Niestety coś z wioską na pierwszy rzut oka było nie tak… żadnych zwierząt, pustka, przerażająca cisza, wręcz grobowa i tylko światło dochodzące z zawartej gospody. Po wejściu do niej zastaliśmy tylko gospodarza i trzech bywalców. Wszyscy wyglądali na schorowanych i zmęczonych, śmiertelnie zmęczonych… kasłali i pluli przy tym krwią, byli sini i bladzi, podejrzewaliśmy zarazę. Gospodarz opowiedział nam o okolicznościach, do których do tego doszło… Pół roku temu, czyli mniej więcej w momencie opuszczenia przez kowala wioski wraz z synem, zawitał do nich młody wędrowiec. Ugościli go na czas zimy, aż do opadnięcia śniegów i nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle, że po jego wyjeździe ludzie z wioski zaczęli chorować i masowo umierać. Mam podejrzenia, że on sam wywołał jakimś sposobem zarazę, mógł być jednym z nekromanckich agentów-magów Lorda Keth… Jeśli się mylę, to zaistniał bardzo duży zbieg okoliczności. Gospodarz wraz z jednym z bywalców wyzionął na naszych oczach ducha, a w jednej chwili syn kowala, który podczas całej opowieści stał przy oknie, został przezeń prawie wyciągnięty na zewnątrz przez nieznanych sprawców… Kiedy wypadłem z toporem na zewnątrz, wszystko dla mnie stało się jasne… Mieszkańcy wioski, poprzez wywołaną jak mniemam zarazę, zostali ożywieni z martwych, stali się żywymi trupami, zombie, nieumarłymi, ożywieńcami. Syn kowala został rozszarpany i nie miał żadnych szans na przeżycie. Ja ledwo umknąłem przed atakami chyba wszystkich „mieszkańców” wioski z powrotem do środka.
Zaczęły się dramatyczne chwile naszej walki o życie… Arkus był w tak ciężkim szoku po stracie syna, że nie mieliśmy z niego żadnego pożytku. Ja barykadowałem okna i drzwi parteru gospody, za pomocą ław i krzeseł, tymczasem Tomos pobiegł na tyły przeciwdziałać, w podobny sposób, wszelkim próbom wtargnięcia do środka. Gdy barykadowałem, rzucił się na mnie karczmarz, już ożywiony… Niestety… Tomosa też zaatakowali, wdzierając się przez tylnie drzwi. Po kilku chwilach walka przeniosła się do głównej izby gospody, a jeden nieumarły, z dwójki atakującej Tomosa, rzucił się też na mnie, od tego czasu musiałem sprostać dwóm przeciwnikom… Poradziłem sobie z nimi dwoma szybciej niż mój młody, ludzki kompan z jednym. Jego imponujące zdolności walki wręcz i sztuk walki mnichów niestety nie okazały się zbytnio pomocne w walce z zombie. Pobiegłem mu na pomoc… nie będę wspominał o pełzających, obciętych końcówkach i kikutach, które też poruszały się swobodnie i były równie agresywne i uciążliwe… Po zakończeniu walki postanowiliśmy się pozbyć ciał, wszystkich… Przy życiu zostało jeszcze dwóch miejscowych w bardzo ciężkim stanie i Arkus, który nadal był w szoku. Poszedłem na górę, sprawdzić, czy stamtąd możemy pozbyć się ciał i już w pierwszym pokoju zostałem zaatakowany. Przez otwarte okno próbował wedrzeć się jeden z „mieszkańców”. Uciekłem i zablokowałem drzwi, niestety swoimi rękami, ponieważ nie było zamka, ni zasuwy. Zawołałem Tomosa i wtedy zostałem wciągnięty do środka pokoju… Zanim udało nam się go powtórnie uśmiercić (znowu przewaga mojego ostrza nad siłą gołych pięści) zostałem poważnie poturbowany… Zeszliśmy na dół, tylko po to, by być świadkami dramatu kowala, trzymającego martwego syna w objęciach i… wdarcia się stada zombich do środka gospody! Jednak moje barykady długo nie powstrzymały napastników. Decyzja była szybka – uciekamy przez okno i z dala od tego miejsca! Tak też się stało. Z okna opuściliśmy się na plac, a stamtąd tnąc na oślep przedarliśmy się przez całą wioskę, aż do koni i wozu kowala…
Ucieczka trwała całą wieczność, a schronienia zaznaliśmy dopiero parę godzin później, przy chatkach rybaków, w szczerym lesie, przy małym stawie. Postanowiliśmy się wrócić i spalić wioskę wraz z jej „mieszkańcami”. Miałem nadzieję, że w ten sposób nie dopuścimy do rozprzestrzenienia się zarazy, a kowal dojdzie do siebie, po takiej stracie, kiedy zasmakuje błogiej zemsty… Nie odpoczywaliśmy wcale, zmęczeni, ale zawzięci, dotarliśmy do wioski. Konie z wozem zostawiliśmy przed nią, a my okrężną drogą ruszyliśmy w stronę gospody. Zaczęliśmy podpalać wszystko, ale też zostaliśmy zaatakowani i rozdzieleni. Konie zostały pożarte, przez „mieszkańców”, a ci byli już zmienieni i chyba bardziej pożarci przez zarazę. Mieli pazury i ostre kły, poruszali się szybciej i na pewno byli o niebo groźniejsi, niż parę godzin wcześniej… Przy bardzo ciężkich ranach, ledwo żywi zbiegliśmy z płonącej wioski. Jedynym wyjściem dla nas, na szybkie leczenie i przeżycie byli najbliżsi ludzie, rybacy, u których byliśmy wcześniej.
Zaprowadziłem nas tam, pół żywych i nieprzytomnych, lecz u kresu drogi sam padłem z wyczerpania. Obudziłem się wypoczęty i podleczony, po paru długich dniach. Tomos i Arkus też przeżyli i cieszyli się dobrym zdrowiem. Byliśmy u rybaków. Wyruszyliśmy stamtąd dalej na południe, a Arkus nie miał wyjścia jak ruszyć z nami. Stracił chłopina wszystko, syna, dom i sąsiadów, do których zawsze mógł się zwrócić o pomoc… W międzyczasie minęliśmy łowcę Alhazra, półelfa, z więźniem związanym do konia. Ponoć znany w tych okolicach, ale nie mnie…
Gdy dotarliśmy do Krateru Yish, prócz pustki i nieładu tam panujących, spotkałem starych, dobrych przyjaciół, również Strażników: Malika i jego miłość Elenę. Opowiedzieli mi, co ich zdaniem zaszło w kopalniach Krateru i z czym mogę mieć do czynienia w poszukiwaniach Faitha. Podobno doszło tu do rzezi na górnikach, a sprawcami byli wyznawcy starego kultu Yamara, boga bólu. Jednak zjawiła się tu jeszcze inna grupa, prawdopodobnie przypadkowo, która zabiła kultystów, a ocalałego Oliviera, sztygara górników, zaprowadziła do świątyni Razina, boga Śmierci. Musiała się tu rozegrać ostra bitwa, ponieważ grupa trzech podróżników (dwóch ludzi i elf), „wybawców” Oliviera, też została poraniona i sama szukała pomocy i schronienia u kapłanów Razina. Malik powiedział mi jeszcze, że Faith, poszukiwany przeze mnie Strażnik, znalazł tu „coś”, a wskazówki na temat tego odkrycia zapisał na ścianach w niższych, odkopanych korytarzach kopalni. Elena nie potrafiła nic z tego odczytać, ni zrozumieć, ponieważ po pierwsze Faith pochodził z Południa i władał innym językiem, a po drugie, nie wiedzieć czemu, owa grupka zniszczyła skrypty zapisane przez Strażnika. Według Malika też byli z Południa i tym właśnie językiem władali w świątyni Razina, gdzie Malik i Elena się na nich natknęli. Sztygara Oliviera, który przez całe wydarzenia postradał zmysły, grupa zostawiła pod opieką kapłanów, a sami ruszyli w kierunku Zandary. To troszkę zbiło moje poszukiwania z tropu… Rozstaliśmy się z Malikiem i Eleną, wraz z nimi ruszył Arkus. Poszli do Erghold, gdzie zgłoszą władzom o wydarzeniach w kopalniach pod Kraterem Yish, i gdzie kowal, dzięki pieniądzom, które mu oddałem, zacznie nowe życie. Chciał podjąć pracę w cechu kowali u tamtejszego mistrza, hrabiego Zaraka. Natomiast ja i Tomos ruszyliśmy w kierunku Zandary, za grupką, która musi mi wyjaśnić parę spraw i naświetlić sens skryptów zapisanych przez Faitha w podziemiach kopalni.... Muszę się dowiedzieć, co było zapisane i dlaczego to zniszczyli, inaczej trop Faitha zniknie mi sprzed nosa…