Lord Ceres poprosił mnie o wykonanie misji. Po Zgromadzeniu opowiedział mi o swoich strapieniach i wielkich obawach. Jeden ze Strażników od 2 lat nie pojawia się na Zgromadzeniach. Nie byłoby to dziwne, bacząc na ekscentryczną naturę Faitha Uh Nara, elfa, o którego chodzi, ale Ceres wie, że zostawiał on zawsze wieści i dzielił się planami ze Strażnikami. Od 2 lat nic od niego nie mieliśmy…
Ruszyłem przez góry, w zawieję i śnieżycę, do klasztoru mnichów, u których Faith planował zaczerpnąć wiedzy, na tematy, na które szukał odpowiedzi od dłuższego czasu. Podobno zajmował się poszukiwaniem starożytnej Włóczni Przeznaczenia, która miałaby moc pozbawienia życia samego upiornego Lorda Keth.
U mnichów przyjęto mnie po dobroci i z opatrznością. Dunin, bo tak nazywał się mój mnisi opiekun, zabronił mi jednak skorzystania ze skryptów i ksiąg, których wiedza i zapiski wykraczają poza znane nam czasy, poza czasy znane nawet obecnie żyjącym najstarszym elfom. Tak więc musiałem zadowolić się tylko poszlakami związanymi z poszukiwaniem wcześniej przebywającego u mnichów Strażnika Faitha. Dunin poinformował mnie, iż ów Strażnik 2 lata temu wyruszył z ich klasztoru w stronę Krateru Yish, a później prawdopodobnie do Erghold.
Na drugi dzień opuściłem klasztor i ruszyłem na południe. Jednak już nie wędrowałem sam, a w towarzystwie Tomosa, młodzika, który postanowił opuścić mury swojego wcześniejszego domu, klasztoru, i wykorzystać nabyte w nim nauki do poznania otaczającego go świata. Nie miał on żadnych planów swojej wędrówki, ani wiedzy o Dominium, tak więc postanowił dotrzymać mi towarzystwa podczas ważnej misji odnalezienia Faitha. Dobrze się stało, ponieważ Strażnicy, w których szeregach jestem od parędziesięciu lat, jak również mnisi, od czasu do czasu współpracują ze sobą, dzieląc się wiedzą i doświadczeniami, są bractwami, o których tylko się mówi, a których się nie widzi. Jesteśmy jak widma, z celem i misją, ale zawsze anonimowo…
Minęliśmy miasto Lupis i udaliśmy się w stronę Gardionu Wschodniego, pomniejszej mieściny na naszym szlaku na południe. Niestety tam wpadliśmy na kilka dni do aresztu, za sprawą pijanego sierżanta Irisa, z którym przyszło mi zagrać w Bakaraka i przegrać… Po wielkiej burdzie, którą wywołał sam sierżant, strącili nas na męki w ciemnościach celi więziennej. Gardion opuściliśmy z niesmakiem i odrazą do tamtejszych przedstawicieli prawa.
W dalszej drodze na południe było już spokojniej, do czasu, kiedy na drodze natknęliśmy się na wóz, a przy nim na omdlałego i obitego człowieka. Arkus, bo tak nam się przedstawił, opisał dramat, w którym się znaleźli… On i jego syn powracali z miasta z półrocznego zarobku do rodzinnej wioski, znajdującej się parę dni stąd na południe. Zostali zaatakowani przez siedmiu banitów i mimo dzielnej obrony, kowal stracił syna (bandyci wzięli go na zakładnika) i cały swój półroczny, niemały zarobek. Wraz z Tomosem postanowiliśmy pomóc biedakowi i przede wszystkim odbić jego syna. Wytropiłem ślady i ruszyliśmy wyraźnym szlakiem za „zwierzyną”.
Pierwszego, czujkę, dopadliśmy zanim powiadomił o naszej obecności innych, a później wpadłem w obóz i rozbiłem ich szyki. Byli tak zaskoczeni widokiem pędzącego krasnoluda z dwuręcznym toporem, że zyskaliśmy cenne sekundy pierwszego starcia. Walka mimo wszystko była ciężka i zażarta, ale skończyła się dla pięciu z bandytów śmiercią, a dwóch pozostałych nauczką i trwałym kalectwem. Kowal odzyskał syna i pieniądze, a my wdzięczność i doświadczenie. Otrzymałem też zapłatę za pomoc, Tomos nie wziął, nie wiem co go powstrzymywało, przecież nie wiemy ile jeszcze będziemy podróżować i co nam się przytrafi… chyba młody mnich jest za bardzo ufny i naiwny…