Kolejnego dnia podjąłem się pracy nad drugą księgą Gotreka. Niestety, mimo iż zajęło mi to cały dzień, czary do połowy w niej zawarte niczym mnie nie zaskoczyły, a większość posiadałem… Resztę musiałem zbadać następnego dnia. Tymczasem moja kompania załatwiła transport, w postaci wozu z podwójnym dnem, ażeby nasz nietuzinkowy ekwipunek zbytnio nie rzucał się w oczy. Wozem z końmi pociągowymi mieliśmy się udać do wioski Ernes i tam pod przykrywką zakupu węgla, rozejrzeć się po okolicy i przygotować plan działania przed spotkaniem z informatorem. Ziriel i Goth załatwili sobie ze Świątyni Białego Wilka zwykłe zbroje skórzane, aby wyglądać jak typowi najemnicy. Din miał być kupcem…, a ja pomocnikiem i człekiem od zwierząt… W końcu ktoś musiał je przywoływać…
Wieczorem spotkaliśmy się w pokoju. Niestety nasz kapłan przyniósł ze sobą kolejne, złe wiadomości. Okazało się, że wraz z nami ma wyruszyć Lady Anatel Undel, córka samego Gorana Silnorękiego, trzecia kapłanka Lorsha na ten region i na równi w hierarchii z Gothem! Sam Goran jest Okiem Lorsha, drugim kapłanem w drabinie politycznej świątyni Lorsha, wyżej od niego jest już tylko najwyższy kapłan tej religii, ale jego siedziba jest w Heborze. Ta wieść wbiła nas w podłogę! Sytuacja dla nas coraz bardziej się komplikowała i stawała się ryzykowniejsza…
Słychać było po tonie kapłana, kiedy przekazywał nam te złe informacje, że nie żywi do niej sympatii, a wręcz nią gardzi i jest zły, że jakakolwiek kobieta mogłaby zostać tak wysokim kapłanem! Głos mu aż kipiał… To dobrze, bo jeśli doszłoby do czegokolwiek, myślę, że Goth stanie raczej po naszej stronie… Źle ją opisał i scharakteryzował, więc podczas naszej wspólnej podróży, będzie pewnikiem bardzo ciekawie…
Kolejnego dnia przy śniadaniu Ziriel wysunęła swój pomysł na zasadzkę na informatora. Ja, albo ona, zaczai się blisko owej polany, tuż przed spotkaniem. Później zwyczajnie za pomocą magii, bełtów, zabijemy kapusia… Wcześniej wyjedziemy i sprawdzimy teren pod zasadzkę, wrócimy i domówimy plan, a później jedno z nas zostanie do samego końca i w ostatniej chwili za pomocą magii przeniesie się na miejsce spotkania… Mogłoby się to udać, jeśli zdołałbym się w krótkim czasie nauczyć „Teleportacji”, wtedy to ja byłbym zamachowcem… W innym przypadku trzeba będzie omówić kolejny plan.
Po południu skończyłem drugą i ostatnią księgę Gotreka i zawiedziony jej ubogim wnętrzem, wziąłem się za studiowanie „Teleportacji”. Wspomniałem im o pewnym rzadkim ziele Yin, które mogliby dla mnie zakupić, a które znacznie przyspiesza naukę czarów. Na szczęście było u miejskiego alchemika, więc je zakupiliśmy. Jednak z uwagi na moją nagłą podróż z Ziriel, nie mogłem teraz zacząć nauki na ziołowych naparach, bo podczas zimowych podróży nauka jest zwyczajnie niemożliwa.
Następnego dnia rano, wraz z elfką, wyruszyliśmy do Ernes. Przez całą podróż czarowałem „Wierzchowce”, żeby przyspieszyć drogę. Dzięki temu skróciliśmy ją do czterech dni. Niestety zima, zawieje i śnieżyce, jak również znienawidzony przeze mnie mróz, dały mi się we znaki. Do miasta trafiłem ciężko chory i na resztkach sił… Jak przez mgłę pamiętam, że tego dnia zatrzymaliśmy się w „Karczmie pod Halabardą”. Samo miasteczko też utkwiło mi w pamięci, bo zwyczajnie coś takiego widziałem pierwszy raz w życiu…
Na środku miasteczka zamiast przysłowiowego i tradycyjnego ryneczku, stał stary, podniszczony, okopcony i brudny budynek. Z niego, nad naszymi głowami wychodziły olbrzymie stalowe rury, który swoją wysoką temperaturą topiły spadający na nie śnieg. Okazało się później, że jest to najważniejszy, mimo swego „jestestwa”, budynek w mieście! Kotłownia, która za pomocą wydobywanego węgla, podczas jego spalania, wytwarza gorące powietrze. Następnie jest ono przepuszczane czterema rurami, do pozostałym budynków w mieście… W ten sposób ogrzewa się ich wnętrza! Niestety te innowacyjne i genialne rozwiązanie inżynieryjne miało swoje minusy… Wszędzie w mieście roznosiła się sadza i pył węglowy, przez co budynki były szarawe i brudne. Śnieg na ulicach mieszał się osadem z kotłowni, rozwiewany przez wiatr, tworząc błotną chlapę. Ogólnie miasto nie przyciągało swoim „urokiem”…
Kiedy upadłem na łóżko, czując tylko pieczenie i rzężenie w płucach, Ziriel od razu pobiegła do medyka. Wiedziałem, że przyjazd tu wiele mnie kosztował, i żałowałem, że się na to zgodziłem… Leki, które przyniosła elfka, troszkę złagodziły mój ból i objawy, dlatego do końca dnia przyjazdu i całą noc postanowiłem się kurować. Kolejnego dnia, kiedy okazało się, że moje zdrowie specjalnie się nie poprawiło, uzgodniliśmy, że Ziriel zrobi obchód i dowie się paru przydatnych rzeczy, a ja dalej, ostatecznie do jutra, będę się leczył.
Drugiego dnia rano poczułem się znacznie lepiej, więc postanowiłem udać się z Ziriel na ową polanę, a stamtąd prosto do Adberheim. Ponoć Stara Polana była niegdyś miejscem kultu i obrzędów druidów, którzy trzysta lat temu oddawali cześć swoim „bożkom”. Przewodził nimi centaur, ale według tutejszych mieszkańców, były to zwykłe bajania jakiegoś pustelnika, mieszkającego w okolicy. Opuściliśmy więc karczmę i poszli do sklepu. Tam zakupiłem cieplejszą odzież, po czym ścieżką za kopalnią poszliśmy na polanę. Wyglądała zwyczajnie… Okrągła, a na jej środku wielki, dwudziestometrowy dąb. Minusem było rzadkie zalesienie wokół Starej Polany i zwyczajne schowanie się wśród drzew było raczej niemożliwe. Ośnieżony las otaczał ją i ciągnął się w promieniu dobrych kilkudziesięciu metrów. Z jednej tylko strony widać było zza drzew wzgórze, ale wspinaczka na nie w takich warunkach, też nie byłaby łatwa… Ogólnie plan dokładnie trzeba będzie przemyśleć w Adberheim, z resztą drużyny.
Kilka dni później byliśmy z powrotem w mieście. Znowu podróż dała mi się we znaki, więc Din wezwał medyka. Nie chciałem iść do kapłanek Arianne, ponieważ bałem się „zdemaskowania”, a sam Goth i kapłani Lorsha nie mają mocy od boga, żeby leczyć ciężkie choroby. Medyk na osobności mnie zbadał i osłuchał, po czym stwierdził, że jeszcze dzień podróży, a stanąłbym u boku samego Razina… Zwyczajne leczenie takiego przewlekłego i ostrego przeziębienia trwałoby kilka tygodni, a na to nie mieliśmy czasu… Zaproponował więc metodę niekonwencjonalną, pewien specyfik, który po trzech dniach powinien postawić mnie na nogi. Jednak jak to zwykle bywa, takie metody mają też minusy… Istnieje małe prawdopodobieństwo, że po jego stosowaniu, skutkiem ubocznym może być mocna senność, przez kilka dni! Trudno, musieliśmy zaryzykować…
Kiedy ja przygotowywałem pierwszą porcję medykamentu, Ziriel zaczęła opowiadać naszym kompanom podróż, pobyt i specyfikację terenu, miasteczka Ernes i samej Polany. Oby wszystko poszło po naszej myśli…
Kolejnego dnia mój stan zdrowia w ogóle się nie poprawiał… Zacząłem wątpić, że specyfik, który dał mi medyk postawi mnie na nogi. Cały dzień spędziłem w łóżku, w ogrzewanym przez kominek pokoju, co jakiś czas wtrącając się w planowania mojej drużyny, odnośnie akcji na polanie… Trzeciego poranka nadzieja na polepszenie wróciła. Poczułem się znacznie lepiej, a kaszel i gorączka zelżały. Podjąłem więc naukę „Teleportacji”, używając przy tym odpowiedniego zioła, które pozwoliłoby mi przyspieszyć ten proces.
W międzyczasie, widząc moją poprawę, drużyna zaczęła się przygotowywać do wyjazdu. Goth wedle obietnicy stworzył dla mnie dwie modlitwy „Ochrony przed Zimnem”, które miałem nadzieję na mnie zadziałają… Ustaliliśmy wspólnie, że 29 dnia miesiąca, przed zmrokiem, pojawię się w Ernes za murem kopalni, przy czerwonym słupie, przy ścieżce na polanę. Wszyscy, łącznie ze mną, liczyli, że zdążę nauczyć się czaru i opanować jego możliwości do tego czasu. W przypadku, kiedy opóźniłoby się to, miałem pojawić się przed południem, na polanie lub nad nią, na samą akcję i działać według ustalonego planu. Jeśli dalej nie udałoby mi się nauczyć czaru na czas, to zwyczajnie nie wziąłbym udziału w zaplanowanym zamachu, a moja kompanija musiałaby sporo improwizować, żeby nasza misja się powiodła…
Tego samego dnia Din i Goth zrobili dla mnie zakupy, żebym zwyczajnie nie marnował cennych godzin. Kupili mi biały strój zimowy, z szalem, czapką i butami, żebym mógł wtopić się w zaśnieżony teren. Dodatkowo zaopatrzyłem się w wielką sakwę ziół na przeziębienie, żeby wzmocnić się na zimę i całkowicie pozbyć choroby z organizmu.
Trzynastego dnia miesiąca, wczesnym rankiem, moja drużyna spotkała się przed gospodą z ową kapłanką i wyruszyli do górniczej osady. Poczułem ulgę i większą swobodę, wszystko czego teraz potrzebowałem do spokojnej nauki. Wrzuciłem drwa do kominka i przysunąłem bliżej stół i krzesło. Rozgrzałem palce, wziąłem kilka głębokich wdechów, sycąc płuca ciepłym powietrzem, po czym wziąłem się do pilnej i nieustającej pracy nad „Teleportacją”… Dni mijały szybko, zbyt szybko, ale czułem z każdym dniem, że jestem coraz bliżej… Termin spotkania się zbliżał…
29 dnia, po południu z wielką dumą i zadowoleniem stwierdziłem, że całkowicie opanowałem skomplikowaną formułę i naturę tego potężnego czaru! Na zewnątrz szalała śnieżyca, a ciemność powoli opanowywała porę krótkiego dnia… Nie miałem dużo czasu, a chciałem, przed „wyruszeniem” do Ernes, wypróbować czar. Utkałem „Lewitację”, po czym, korzystając z mocy mego brylantu, powoli, ale stanowczo wypowiedziałem słowa aktywujące „Teleportację”… Pojawiłem się dokładnie tam, gdzie chciałem, kilka metrów dalej w pokoju, na ziemi. Jednak efekt uboczny zaklęcia ugodził mnie niczym nóż wbity w serce! Osunąłem się na łóżko ciężko dysząc, czułem jak moja siła i wytrzymałość spadły, a organizm domagał się odpoczynku. Postanowiłem zaczerpnąć tchu i mimo późnej już godziny, przeczekać, aż me siły się zregenerują.
Koło dziewiętnastej, z nadzieją, że moja kompania dalej na mnie czeka, przygotowałem się do „podróży”. Wypowiedziałem słowa modlitwy od Gotha, aż poczułem palenie w klatce piersiowej… Na szczęście zadziałała i po chwili ciepło ogarnęło moje ciało. Wziąłem Morgula i utkałem czar. Jak przez mgłę widziałem mijające mnie drogi, drzewa i podróżnych. Śnieżyca i zasypane trakty nie przeszkadzały mi w „podróży”. Świat wokół wirował, a ja poruszałem się z tak ogromną prędkością, że nie byłem w stanie zapamiętać więcej szczegółów, tylko ogólne wizje. Po chwili widziałem tylko czerwony słup, który zbliżał się szybko, a kiedy miałem uderzyć w niego z całym impetem, zatrzymał się gwałtownie. Poczułem płatki śniegu na twarzy, skrzypienie pod butami i mdłości…
Kiedy dochodziłem do siebie, powstrzymując wymioty, zza pleców usłyszałem swoje imię. Ziriel stała w ciemnościach, nie odczuwając zimna, wyraźnie zadowolona z mojej obecności. Pokrótce wyjaśniłem jej, jak bardzo czar osłabia mój organizm, dopóki nie opanuję go lepiej. Dodatkowo powiedziałem, że nie pojawię się w powietrzu nad polaną ze względu na warunki pogodowe, które tu panują, a które będą dla mnie zagadką. Ustaliliśmy więc, że pojawię się w pewnym miejscu na obrzeżach polany i zacznę ofensywę, gdy tylko zidentyfikuję grupę szantażystów. Jeśli tylko poczuję się zagrożony, albo ranny, momentalnie przenoszę się do Adberheim. Ziriel też streściła mi ich plan działania w dniu spotkania z informatorem, kiedy to mają zamiar przyjść wcześniej i zapobiec ewentualnej zasadzce na nich. Później normalnie mają iść na spotkanie i działać… Domówiliśmy szczegóły i spotkanie tutaj dzień po akcji, po czym „wróciłem” do pokoju w Adberheim. Jutro ważny dzień, a przede mną jeszcze tyle pracy…
Wróciłem do pokoju koło dwudziestej. Byłem totalnie wyczerpany, a przecież musiałem przygotować się do jutrzejszej akcji. Postanowiłem wpierw zregenerować swój potencjał magiczny, używając do tego mocy drzemiącej w tlącym się kominku, a następnie zszedłem do karczmarza. Zamówiłem u niego pobudkę na szóstą rano, kłamiąc, że mam wiele spraw do załatwienia, między innymi wizytę u medyka Jana… Gospodarz bowiem był wielce zmartwiony moją kiepską dyspozycją i stanem zdrowia, więc usilnie utwierdzałem go w przekonaniu, że dalej kuruję się z owej choroby, która niedawno mnie dopadła. Poszedłem spać, a rankiem zbudził mnie syn karczmarza. Zamówiłem śniadanie i około siódmej wziąłem się za naukę „Teleportacji”, wpisując ją do Matrycy. Niestety, mimo dobrego planu, zabrakło mi dosłownie pół godziny i zdołałem około jedenastej wpisać do Matrycy czar tylko jeden, a nie jak planowałem, dwa razy… Trudno… Wziąłem się do dalszego przygotowywania, ale w głębi ducha czułem presję zbliżającej się dwunastej godziny i akcji z nią związanej. Przebrałem się w białe, wcześniej zakupione ciuchy, dokładnie zapiąłem wokół bioder pas ze składnikami i zacząłem modlić się do Lorsha, o „Ochronę Przed Zimnem”. Kiedy poczułem delikatne mrowienie i ciepło na ciele, utkałem „Eteralny Pancerz” nakładając go na siebie i „Lewitację”, tak na wszelki wypadek. Dokładnie zamknąłem okna i drzwi swojego pokoju, po czym kucnąłem na jego środku i wypowiedziałem słowa aktywujące „Teleportację”…
Pojawiłem się w wysokiej zaspie śniegu. Momentalnie chwyciłem się drzewa, żeby nie upaść na zmarzniętą ziemię. Po chwili zmęczenie ustąpiło, a bóle przeszły, więc mogłem otworzyć oczy i dokładnie się rozejrzeć. Niestety tego dnia, na polanie i wokół jej, szalała zamieć śnieżna, która całkowicie utrudniała przeprowadzenie akcji… Wiatr szalał, wijąc w powietrzu chmurami śniegu, które znacznie ograniczały widoczność, a ich szum całkowicie zagłuszał inne odgłosy. Zmrużyłem oczy, wysilając się, żeby dojrzeć cokolwiek, ale zza kilku drzew nie mogłem nawet dopatrzeć się wielkiego dębu na środku polany. Postanowiłem powoli brnąć przez zaspy, w kierunku ścieżki prowadzącej z polany do miasteczka, kiedy nagle za sobą usłyszałem ciche wołanie. Miałem już odpalić „Błyskawicę” na czającą się za mną osobę, ale w ostatniej chwili dojrzałem w niej Ziriel.
Elfka podeszła szybko i powiedziała, że ścieżką na polanę idzie Goth, Din i kapłanka, natomiast lasem, praktycznie blisko nas, a z naprzeciwka, idzie sześciu krasnoludów. Po tym pobiegła za mnie w stronę ścieżki. Nie miałem dużo czasu, bo krasnoludy mogły być już naprawdę blisko, więc szybko postanowiłem skrócić dystans do nich i zakraść się polaną w kierunku dębu. Kiedy byłem około dwudziestu metrów od drzewa i widziałem jego szary zarys, zatrzymałem się i zacząłem z każdej strony wypatrywać kogokolwiek. Za mną powinni być moi kompani w towarzystwie kapłanki, a przede mną powinienem dojrzeć krasnoludów. Cierpliwie czekałem, ściskając w ręku kuleczki zbitej siarki…
W pewnej chwili za sobą dojrzałem wielką posturę Gotha, więc odczołgałem się dalej, żeby widzieć tylko jego niewyraźny zarys. Nagle kilkanaście metrów przede mną zobaczyłem trzech krasnoludów, którzy obok mnie, powoli szli w kierunku kapłana. Musieli dojrzeć go dopiero później, bo zawrócili i zawołali swoich pozostałych towarzyszy. Wiedziałem, że teraz, kiedy są całą szóstką, zbici w kupę, jest najodpowiedniejszy moment na atak. Wypowiedziałem słowa zaklęcia, znacznie je wzmacniając, po czym wypuściłem z rąk „Kulę ognia” w ich kierunku. Usłyszałem jęki i krzyki bólu i nie zastanawiając się dłużej zacząłem tkać kolejną kulę…
Niestety w połowie zaklęcia zmuszony byłem do przerwania, bo mój atak był widziany przez moich towarzyszy i kapłanka z nimi podróżująca rzuciła się z mieczem w moim kierunku… „Mag zdrajca!” – te słowa grzmiały z mojej lewej strony. Wiedziałem, że jeśli tu pozostanę, szarżująca kapłanka mnie dopadnie. Skoncentrowałem się na zamieci i uniosłem w powietrze na kilka metrów, na bezpieczną wysokość. Obok świsnął bełt… Towarzysze, zaskoczeni moim zachowaniem i idealną ochroną przed jakimkolwiek atakiem, dali mi chwilę na rozeznanie się w całym zamieszaniu, które sam wywołałem.
Goth i Din zachowali się według planu i kiedy ja zaatakowałem krasnoludy, oni zaraz po tym rzucili się na nich szarżą. Doszło do starcia… Tymczasem kapłanka i Ziriel zajęły się mną, i widząc, że uniosłem się w powietrze, sięgnęły po kusze. To dało mi czas na kolejną „Kulę ognia”, którą wypuściłem w walczącą grupę zbrojnych. Miałem nadzieję, że czarem nie skrzywdzę moich towarzyszy, a jedynie dobiję, już wcześniej zranione krasnoludy. Znowu krzyki bólu, jednak bez ofiar… „Zabić zamachowca!” – widziałem jeszcze, jak kapłanka podnosi ciężką kuszę, w moim kierunku, kiedy skończyłem tkać zaklęcie „Teleportacji”. Szkoda, że nie mogłem zobaczyć jej wściekłej miny, gdy wypuszczony we mnie bełt, przeleciał w powietrzu i zniknął w zamieci. Szkoda, że nie mogłem usłyszeć siarczystych przekleństw, którymi tuszowała swoją bezsilność, wobec tak potężnego przeciwnika… Spokojnie pojawiłem się w pokoju…
Jeszcze tego samego dnia, po sowitym odpoczynku, spaliłem białe ubranie i w spokoju douczyłem się czarów. Pod wieczór, kolejnego dnia, za pomocą „Teleportacji” spotkałem się z Ziriel pod umówionym słupem. Elfka powiedziała mi, że Goth tak rozegrał scenę po akcji, że całą winę za niepowodzenie spotkania zwalił na kapłankę i jej nieudolność. Ponoć była tak wściekła moim zamachem i śmiercią wszystkich krasnoludów, że jeszcze tego samego dnia wyruszyli z Gothem do Adberheim. Kapłanka postanowiła przysłać tam kapłanów Baurusa, aby przywołali dusze zmarłych krasnoludów i wypytali je o to co miał przekazać nam krasnolud. Dodatkowo chciała przysłać do Ernes maga, aby wyśledził zamachowca, czyli mnie, za pomocą śladu jaki zostawia czar teleportacyjny. Ziriel wyraźnie była zmartwiona tymi krokami i powiedziała mi o tym, gdy spotkaliśmy się w Ernes dzień po akcji na Starej Polanie. Uspokoiłem ją, tłumacząc, że wyśledzenie mnie, będzie trudne nawet dla potężnego maga, o ile takowego w ogóle znajdą. Ponieważ od mojej teleportacji minie co najmniej dwa tygodnie, więc magiczne ślady mogą się do tej pory zatrzeć. Po drugie powiedziałem elfce, że znam potężny i bardzo niezawodny sposób, aby uniemożliwić kapłanom Baurusa jakikolwiek kontakt z umarłymi krasnoludami… Czym prędzej udaliśmy się na polanę, a Ziriel wskazała mi miejsce, gdzie leżeli zabici…
Kiedy na moją prośbę elfka oddaliła się na ścieżkę, zacząłem tkać zaklęcie… „Animacja Martwego” jest jednym z czarów, o którym być może wiedzą tylko moi kompani. I tak, dla mojego dobra, powinno zostać. Jest zakazanym zaklęciem, zarówno pod względami moralnymi, prawnymi, jak również wśród wszelakich wiar i religii. Jego forma i potęga zwyczajnie jest niezrozumiana i niedoceniana, a ludzie boją się efektu jaki jego moc niesie ze sobą… Dlatego prawo „cywilizowanych” krain zabrania jego posiadania, co dopiero używania, a często nawet karą za to jest śmierć! Przez to zwyczajnie muszę być bardzo ostrożny i chronić swą wiedzę i potęgę przed tak prymitywnymi i zabobonnymi prawami! Przykładem niewiedzy i nieznajomości magii nekromanckiej, przez prymitywów tworzących te bzdurne zasady, jest choćby jedna z przydatnych cech tego zaklęcia – właśnie w celu chociażby zapobiegnięcia porozmawiania z umarłym…
Stałem nad kupą śniegu, czując, jak przepełnia mnie magia śmierci… Kątem oka widziałem Ziriel, która mimo mojego przyjacielskiego ostrzeżenia, nie mogła oderwać oczu od potęgi mego zaklęcia. Nagle poczułem pod stopami poruszenie i już po chwili sześć leżących tam ciał krasnoludów, powstało z martwych dzięki mej potędze! Me „dzieła”, me „dzieci”, stanęły wokół mnie, a ja mogłem jeszcze przez chwilę obserwować, jak czar zmienia ich oblicza w krwiożercze i głodne rozlewu krwi żywotrupy! Moc mego czaru łączyła ich rozczłonkowane kończyny, a ich twarze przybierały demoniczny, bestialski wygląd. Palce wydłużyły się, a pazury zaostrzyły, tworząc morderczą broń. Kiedy tylko najpotężniejszy z nich zauważył Ziriel, przygotował swe zmutowane ciało do skoku…
„Stój!”, krzyknąłem, a cała szóstka skupiła uwagę na swym twórcy i panie. Na mnie! „Zakopiecie się w tym śniegu, dokładnie tam, gdzie stoicie!”, powoli dobierałem słowa, żeby prymitywne trupy, mogły zrozumieć moje rozkazy. „Będziecie w nim tkwić, dopóki ktokolwiek, poza mną, nie zbliży się do was, a wtedy momentalnie zaatakujecie!”, żywotrupy zawyły, po czym zaczęły drążyć dziury pod sobą. „Macie zabić i rozszarpać na strzępy każdego, poza mną, który zbliży się do was!”, znowu jeden z nich spojrzał z nienawiścią na elfkę, która ze strachu załadowała kuszę… Szybko go powstrzymałem, a Ziriel nakazałem się oddalić bardziej. Kiedy nieumarłe krasnoludy praktycznie zatopiły się w śniegu, pod dębem, uśmiechnąłem się i powoli podszedłem do Ziriel. Elfka była przerażona zarówno moją magią, jak i jej efektami i przyznała, że tylko nasza sytuacja powstrzymała ją, od powstrzymania mnie… Nie bardzo wiem, w jaki sposób chciałaby mnie powstrzymać, ani jak konkretnie miałem tłumaczyć sobie jej słowa, więc zwyczajnie uśmiechnąłem się i zignorowałem te zdania, szydząc w duchu z jej strachu przed nekromancją…
W połowie drogi powrotnej ze Starej Polany, znowu poczułem, jak pogoda daje mi się we znaki. Nie miałem zamiaru po raz kolejny narażać się na chorobę, więc postanowiłem od razu „przenieść” się do pokoju w Adberheim. Następnego dnia, wypoczęty i w pewnym sensie spełniony, wziąłem się do zaległej pracy nad czarami ś.p. Gotreka… Po sześciu dniach zjawił się u mnie Goth i udając, że nic nie wiem, pokrótce, bez szczegółów, streścił mi wydarzenia z Ernes. Potem minęło kilka kolejnych dni, które spędziłem nad nauką nowych czarów, podczas których z Ernes wróciła Ziriel z Dinem. Dziesiątego grudnia, z rana, w obstawie zbrojnych ze świątyni Białego Wilka, opuściliśmy miasto. Naszym celem było Miasto Mgieł i spotkanie z Mordokkiem, a po drodze Dirdighen.
Co dzień przywoływałem „Wierzchowca”, do ciągnięcia sani, które zakupili moi kompani, i co dzień siedząc na nich wygodnie, uczyłem się nowych czarów. Przez półtorej tygodnia, do rozstajów przy Dzikich Polach, nie wspominaliśmy o wydarzeniach w Ernes, ponieważ do tego czasu towarzyszyli nam żołnierze Wilka. Kiedy już zawrócili, wszyscy podjęliśmy rozmowę o akcji i zamachu. Każdy był zadowolony z jej przebiegu i końcowego efektu, który po ciężkiej pracy, osiągnęliśmy szybko i bez problemów. Pewnej nocy, kiedy Goth wartował, a ja nie spałem, kończąc naukę, kapłan zagadnął mnie z niepokojem o mój stosunek do Lorsha… Nie przypuszczałem, że do tego dojdzie, ale nie dałem po sobie poznać, że troszkę mnie to zaniepokoiło… Goth opowiedział, że poczuł u mnie „zachwianie” w wierze i jeśli ostatnio wydarzyło się u mnie cokolwiek, co miałoby wpływ na wiarę w Lorsha i jego nauczanie, to powinienem mu o tym powiedzieć! Zapewnił mnie przy tym, że zawsze w razie pytań i wątpliwości powinienem z nim porozmawiać… Postanowiłem skorzystać z naiwności kapłana i „przyznałem” się do „Animacji…” krasnoludów i zastawionej przeze mnie pułapki! Powiedziałem, że może tym zaniepokoiłem boga i zapewniłem Gotha, że prócz tego wszystko jest po staremu i nic się nie zmieniło, dalej jestem szczerym i zatwardziałym wyznawcą… Rozmowa skończyła się i wydawało mi się, że moje zapewnienia odniosły skutek. Poszedłem spać, a w głowie kotłowały mi się różne myśli… Muszę zacząć się „zabezpieczać”, tak na wszelki wypadek…
Ostatni tydzień grudnia i Święto Gwiazd spędziliśmy w podróży, pod gołym niebem. Tej nocy było dość tajemniczo, zadziwiająco jasno na nieboskłonie i inaczej, niźli co roku… Drugiego stycznia dotarliśmy do małej osady Katir, gdzie w końcu spędziliśmy normalną noc i troszkę odpoczęliśmy od siodeł i uciążliwej, zimowej pogody. Kilka dni później, po uzupełnieniu prowiantu, ruszyliśmy dalej, a po tygodniu dotarliśmy do promu i zamarzniętej Rzeki Mgieł. Wtedy to właśnie po raz drugi w mym życiu nie okiełznałem mocy we mnie drzemiącej…!
Chciałem pomóc nam w przeprawie przez lód, żeby nie ryzykować jego załamaniem, więc postanowiłem utkać „Lewitację” na ciężkie sanie i zwyczajnie je pchać w powietrzu. Niestety czar nie udał się, a moc zebrana do jego rzucenia sprawiła, że „pękła mi głowa” z bólu i straciłem świadomość! Ocknąłem się na wozie, ciągniętym przez starego konia i jak się okazało minęło dziesięć dni! Przez ten czas zachowywałem się ponoć, jakbym cofnął się w rozwoju do czasów niemowlęcych, nawet nie panowałem nad swoją fizjologią!!! No cóż… Moc czasami płata figle, a dojście do perfekcji i bez omyłkowej, wielkiej potęgi zajmuje długie lata. Ja cały czas się uczę… W każdym razie, czułem na sobie smród i pragnąłem być już w mieście. Po kilku dniach, przed nami wyrosło Dirdighen, miasto, w którym na pewno spędzimy kilka dni na odpoczynku…