Kroniki IV: Koniec dzieciństwa i powracające wspomnienia (autor: Prosiak)

Występują: Gniewomir de Vries [Młody] (Prosiak)

Czas i miejsce: Luty/Marzec, rok 222 po Zaćmieniu. Gdzieś na Wyżynie Karabaku, w nieprzystępnych Górach Wysokich.


Nie wiesz, jak bardzo chciałbym napisać do Ciebie list. Nawet gdyby było to możliwe nie zaryzykowałbym w obawie, że wpadnie w niepowołane ręce. Dlatego podczas codziennych medytacji piszę go na kartach Ki-Shak. Nigdy nie zapomnę widoku Wężowej Wieży i uczucia ulgi i lekkości jaka spłynęła na mój umysł. Gdy wkroczyłem do Hali Inicjacji poczułem się jakbym odnalazł swój drugi dom. Posągi Bogini otaczające, kuszące po mroźnej wędrówce, gorące źródła, był, po czasie spędzonym w nędznym sierocińcu, niby strażniczki wejścia do bajkowego świata. Byłem, śmiertelnie strudzony, ale jakże szczęśliwy.

Gdy Anton zostawiał mnie pod Twoją opieką, rozstałem się z nim bez żalu, podświadomie wiedziałem, że zostawia mnie w możliwie najlepszych rękach. Mimo, że połączyła nas trudna wędrówka i długi czas spędzony razem, był nadal odległy i tajemniczy. Nie wspominał Roberta, ni Julii. Praktycznie od śmierci rodziców szukałem Antona, a i tak przez ten dystans, żegnałem się z nim bez większych emocji, licząc na to, że w końcu znalazłem spokojną przystań.

Kiedy tak podróżuję samotnie przez góry, na długo oczekiwane spotkanie z moimi braćmi, często rozmyślam nad tym, dlaczego nigdy nie rozmawiałem z Tobą o dzieciństwie. Pewnego dnia przy porannej medytacji, wszystko stało się jasne. Świątynia stała się ostoją, ucieczką od dramatycznych przeżyć mojego życia. Jako dziecko trzymałem się tego spokoju, niczym rozbitek trzymający dryfujący kawałek drewna. A z czasem jakoś pomijaliśmy te tematy. Pamiętam koszmary, które nawiedzały mnie przed znalezieniem amuletu, jak w myślach nazywałem sobie wisiorek przedstawiający Wężową Wieżę – pożoga i postacie w ogniu.

Codziennie o poranku wyciszałem się i na prądach Ki-Shak płynąłem w stronę przeszłości, zagłębiając się w odmętach swej pamięci. Z jednej strony chciałem w końcu otrząsnąć się z traum dzieciństwa, z drugiej zaś doskonalić więź z Boginią. Po kilku dniach udało się, odsłoniłem zasłonę przerażenia małego dziecka i zobaczyłem te wydarzenia jakby działy się wczoraj.

S

Ojciec budzi mnie, gwałtownie kaszląc. Nim z mych oczu spada zasłona snu, wypełniają się gryzącym dymem. Sam zaczynam kaszleć i głośno płakać. Jestem sparaliżowany. Tatko bierze mnie na ręce, obraca głowę i krzyczy Dobrawa! Dobrawa! Bierz kwiatuszka, chałupa płonie. Przez łzy i dym wiedzę jednak, że matula się nie rusza, a języki ognia liżą już bok kołyski. Tak, miałem siostrę, kwiatuszka, jak pieszczotliwie wszyscy na nią mówiliśmy. Ojciec wybiega przed dom, kładzie mnie na śniegu i z nieludzkim wrzaskiem „Doooobrawa!” wbiega do płonącej chaty. Dach zawala się, wznosząc w powietrze miliony iskier, a ja tracę przytomność.

Obudziłem się w czystej pościeli w domu jak z bajki. Wszystko jest czyste, a przez duże okna wpada stojące już wysoko słońce. Na obitym jakimś materiałem fotelu, siedzi ubrana w najpiękniejszą, jaką w życiu widziałem, suknię, kobieta – Julia i z troską w oczach spogląda na mnie. Nie pamiętałem nic z poprzedniej nocy. Z czasem dowiedziałem się, że moja rodzina zginęła w pożarze, ale tylko koszmary, pojawiające się od czasu do czasu, przypominały mi to wydarzenie. Dziś, po latach, dzięki jedności z Ki-Shak, odtworzyłem tamtą noc sekunda po sekundzie.

Pewnie zainteresowało by Cię, czy ta wiedza napełniła mnie smutkiem. Sam jestem zdziwiony, ale nie. Może dlatego, że minęły lata i cały ten czas mamą i tatą nazywałem Roberta i Julię? A może dlatego, że nic już z tym nie da się zrobić.

Do dzisiejszego dnia zastanawiałem się nad sensem słów, które wypowiedziałeś, kiedy doskonaliłem pozycję lotosu nad gorącym źródłem:

„Jeśli dojdziesz do ładu z własnym wnętrzem, to co zewnętrzne samo się ułoży.”

Myślę, że przypomnienie sobie tych wydarzeń, to duży krok w tym kierunku.

Wiem, że Tobie mogę tak powiedzieć. Inni uznali by mnie za bezdusznego, ale paradoksalnie, śmierć moich bliskich, musiała się wydarzyć, abym dotarł do Ciebie. Niezbadane są ścieżki Ki-Shak. Czy raduje mnie ich śmierć, bo dzięki niej poznałem Twe nauki? Nie, zdecydowanie nie. Ale dzięki niej, mam motywację, by się rozwijać i aby nie poszła na marne.

Ale znów odpłynąłem w meandry rozmyślań o naturze życia, a w końcu miałem Ci opowiedzieć o dzieciństwie. Zaadoptowali mnie Julia i Robert de Vries. Nie byłem pierwszą sierotą w tym domu. Kiedy tylko doszedłem do siebie, zaraz obskoczyło mnie trzech chłopaków, w tym jeden, myślałem, że śniłem, elf. Ale o nich Ci już mówiłem. Natomiast pominąłem ile im zawdzięczam i skąd bierze się moja miłość i zaufanie do nich. Dalinar, Kejn i Igo, mimo iż wszyscy starsi, silniejsi, mądrzejsi i zainteresowani czymś innym, niż bawienie się drewnianymi konikami, zawsze byli mi ostoją. Nie ważne czy przewróciłem się i obdarłem kolano, czy próbowało mnie uderzyć dziecko, które przybyło wraz z gośćmi taty. Zawsze w magiczny sposób, któryś z nich wyrastał jak spod ziemi i był mi tarczą. Może to jakiś pakt, wiążący sieroty w tym domu, a może zwyczajnie znów Ki-Shak postawiło na mojej drodze tak wspaniałe i mimo młodego wieku lojalne wobec siebie dzieci. Tak czy owak mam nadzieję, że teraz rozumiesz, czemu było mi tak spieszno do spotkania z nimi po latach.

Robert i Julia nadali nam swe rodowe nazwisko, choć wtedy tego nie rozumiałem. Teraz wiem, że było to ogromne wyróżnienie i gdyby nie późniejsze wydarzenia, zapewnienie żywota, o którym pomarzyć mógł tylko zwykły chłop. To kolejna rzecz ukazująca jak niezwykłymi ludźmi byli. Już w wieku kilku lat, nauczyłem się czytać, poznałem podstawy etykiety oraz jazdy konnej. I nie sposób tu nie wspomnieć o Jaromirze. Inni postrzegali go jako służącego Roberta, lecz dla mnie zawsze był bardziej jego lojalnym kompanem niż sługą. To pod jego czujnym okiem, Kejn i Dalinar odbywali swoje lekcje fechtunku, a ja uczyłem się pływać i jeździć konno. Broń jakoś nigdy mnie nie interesowała, tak samo zresztą jak Igo, który był typem mola książkowego i który pochłaniał różne księgi zgromadzone przez Roberta. Jaromir – kolejna ofiara śmierci, która naprowadziła mnie na drogę Ki-Shak.

A skoro znów wspominam o Ki-Shak, trudno nie wspomnieć o pewnym dniu. Mimo iż byłem grzecznym dzieckiem, respektującym nakazy rodziców, zwyczajnie z nudy złamałem zakaz ojca i zakradłem się do jego pracowni. Pewnego dnia, kiedy Dalinar z Kejnem okładali się ćwiczebną bronią, a Igo studiował kolejną księgę, myszkowałem po naszej rezydencji i raz za razem kusiło mnie do tego, by zbadać to co zakazane. I znów nachodzi mnie pytanie, czy tak chciała Bogini, czy zwyczajnie spowodowała to nuda? Niezależnie od przyczyny, znalazłem się w pracowni Roberta, gdzie moim oczom ukazały się regały pełne ksiąg oraz półki zawalone różnego rodzaju przedmiotami, niewiadomego mi zastosowania. A mimo to, wśród stosu różnych rzeczy, mój wzrok przyciągnął mały, niepozorny, pokryty patyną wisiorek. Wisiorek, który potem uratował nam życie. Odruchowo nałożyłem go sobie na szyję i poczułem dziwny spokój i jakby rozlewające się po ciele ciepło. Wtedy do pokoju wszedł ojciec. Myślałem, że będzie zły, lecz on tylko popatrzył na wieżę, wiszącą na mej szyi, uniósł brwi i wyprowadził mnie z gabinetu, prosząc bym już tam nie wchodził. Wspominałem Ci już w klasztorze, że matka zapytała mnie, czy jego chłód mnie nie boli. Nie wiedziałem o co jej chodzi i zdziwiony, odpowiedziałem „Ale mamo, on nie jest wcale a wcale zimny. Jest przyjemny w dotyku”. Mama wyglądała na zaskoczoną. Kiedy wychodziłem z pokoju, usłyszałem jak mówi do Roberta: „-Twój brat musi go zobaczyć”. Na co Robert odpowiedział „-Wiesz przecież, że on odszedł…” Więcej nie usłyszałem, gnając nad jezioro. Wtedy też nie wiedziałem, że mówili o Antonie.

Od momentu, kiedy znalazłem medalik, koszmary związane z ogniem zniknęły, a coraz częściej śniłem o wieży. Lecz po ciągłych sennych pożarach, przyjąłem to jak błogosławieństwo.

Niestety sielanka nie trwała długo i pożar znów odebrał mi rodziców i dom. Tyle wspomnień, tyle strat, tyle smutku i znów muszę podziękować za Twoje słowa, bo z czasem coraz bardziej zaczynam je rozumieć:

„Teraz nie pora myśleć o tym co straciłeś, lepiej pomyśl co możesz zrobić z tym co masz.”

Ale cóż drogi Xin-Xanie, dosyć rozmyślań, bo długa droga do przebycia i czas mi ruszać. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień.




Podróżuję samotnie kolejny dzień i znów wypadało by Ci podziękować. Tym razem za to, że namówiłeś mnie do lekcji posługiwania się liną i kotwiczką w trudnym górskim terenie. Nawet kiedy byłem dzieckiem, podróż z Antonem, który mógł mnie asekurować, była bezpieczniejsza i łatwiejsza niż samotna droga dorosłego i sprawnego mężczyzny.

Kolejny poranek i kolejny dzień bliżej do spotkania z braćmi. Napiszę Ci dziś o dalszych wydarzeniach cementujących naszą braterską przyjaźń. Jak wspominałem w ostatnim liście, nasz świat ponownie legł w gruzach.

I

Jaromir wyprowadził nas z płonącej rezydencji w noc, która nie była ciemna, lecz upiornie pomarańczowa od łuny bijącej z pogrążonego w płomieniach budynku. Długo staliśmy w milczeniu, nikt nie miał odwagi zadać pytania o rodziców. Lecz w końcu płaczliwymi głosami zaczęliśmy zadawać je raz po raz. Niestety Robert i Julia nie uratowali się z pożaru. Wszyscy z nas pogrążyliśmy się w rozpaczy tym większej, iż straciliśmy rodziców po raz drugi.

Następnie Jaromir zapakował nas na wóz i w przygnębiającej atmosferze zawiózł nas do Mar-Margot, gdzie mieszkała Margaret, siostra naszej mamy, a nasza przybrana ciotka. I tak jak o Julii od dawna myślałem jak o prawdziwej mamie, tak Margaret była dla mnie obcą osobą. Z perspektywy czasu dostrzegam, że byliśmy dla niej tylko nieprzyjemnym obowiązkiem, problemem, z którym sobie trzeba poradzić. Jakie to dziwne, że my dzieci z różnych matek, a nawet tak jak Kejn, który jest innej rasy, potrafiliśmy tak o siebie dbać, a rodzona siostra Julii była jej przeciwieństwem. Jej troska o nas była tylko grą, a każde nasze pytanie o losy rezydencji, która mimo iż spalona, według prawa należała się nam, było zbywane. Nawet Jaromir przestał się nami interesować, o co miałem do niego duży żal. Gdyby nie to, że byłem wtedy dzieckiem, wstydziłbym się teraz takich myśli. Wszak okupił nasze życie swoją śmiercią.

Przepraszam drogi mentorze, że znów wybiegam myślami zbyt daleko do przodu. Ale tak się dzieje, gdy wspominam ludzi wielkich. A mimo że dla innych był służącym, dla mnie w sercu pozostanie wiernym druhem i bohaterem.

Gra ciotki nie trwała długo, a po pewnym czasie oznajmiła, że jej dom jest zbyt mały na dodatkowe cztery osoby i że umieści nas w pobliskim sierocińcu, prowadzonym przez kapłanów Bogini Delidii. Zapewniła nas, że w przeciwieństwie do innych sierot, opłaci nam pobyt i będziemy mogli się tam dalej rozwijać w godziwych warunkach.

Ale jak to mawiał mnich Shen Zu, gdy opił się zbyt dużą ilością klasztornego piwa:

„Fortuna kołem się toczy, dopóki się koło z oski nie wypierdoli.”

Nawet teraz pamiętam Twój zdegustowany wzrok, gdy słyszałeś te słowa i aż uśmiecham się pod nosem, bo zawsze mnie to bawiło. No i wracając do brata Shena, nasze koło wypierdoliło się całkiem niedługo i to kiedy na kole zaznaczona była porażka. Ach, gdybyś mnie teraz widział, zapewne brwi zbiegły by się do siebie i kręciłbyś z dezaprobatą swoją ogoloną głową. Ale znów wybiegam myślami do przodu. Czasem w mojej głowie, mimo medytacji i prób napisania Ci tego po kolei, jakoś pojawia się tam chaos. Tak tak pamiętam:

„Nie wielkim jest ten kto odnajduje się w ładzie, tylko ten, kto robi to w chaosie.”

Jednak mimo to, ja wolę chyba przynajmniej względny porządek. I znowu to robię. Ehh... wracajmy do tematu.

Margaret zaprowadziła nas do Bezimiennego Klasztoru Sierot, mieszczącego się na terenie niegdyś zapewne wspaniałej warowni, która swoje lata świetności miała już dawno za sobą. Mury okalające sierociniec w wielu miejscach miały ogromne wyrwy, część budynków miała zawalone dachy, niektóre nie posiadały którejś ze ścian. Wszędzie kręciły się dzieci, w wieku od kilku do kilkunastu lat, ubrane w kiepskiej jakości ubrania, niejednokrotnie w dziurawych butach. Uwierz mi drogi Xin-Xan’ie, że kiedy spojrzałem w ich smutne oczy, ogarnął mnie niewypowiedziany smutek i strach. Ku naszemu szczęściu, zostawiliśmy tę część sierocińca za sobą i udaliśmy się do tak zwanego górnego zamku, gdzie rezydowali kapłani oraz przeorysza klasztoru, niejaka Carmilla, przed oblicze, której zostaliśmy zaprowadzeni. Wtedy patrzyłem na nią oczami dziecka, lecz gdy pomyślę o niej teraz, to wiem, że jej uroda oraz wyzywający strój, sprowadziły by każdego mężczyznę na manowce. W związku z tym, że ciotka hojnie obdarowała klasztor, mogliśmy się cieszyć specjalnymi względami. Zostaliśmy zakwaterowani w górnym zamku, w pokoju, o którym dzieci, które mijaliśmy, mogą tylko śnić. Zgodnie z obietnicą nie dostawaliśmy ciężkich prac, a Igo i Kejn pomagali w zielarni, do której to pracy sami się zgłosili. Prócz standardowych obowiązków, musieliśmy brać udział w nabożeństwach ku chwale Delidii i zgłębiać wiarę. Cóż mam powiedzieć, obowiązki obowiązkami, modlitwy modlitwami, a ja w całym zamku nie umiałem znaleźć ani jednej zabawki. Co poskutkowało niezbyt miłymi wydarzeniami. Po pewnym nabożeństwie podszedłem beztrosko do kapłana zwanego Gordonem i zapytałem dlaczego muszę się tylko modlić i modlić, a nie mam nawet jednego zwyczajnego konika do zabawy. Gordon w sekundzie stał się czerwony i na odlew uderzył mnie lagą tak, że wylądowałem na posadzce. Dalinar momentalnie, w odruchu obrony brata, rzucił się na kapłana, lecz ten niedbale uderzył go na odlew i kiedy Dalinar upadł, dostał jeszcze kilka kopniaków. Gordon powiedział, że bezwzględnie mamy pracować ku chwale Delidii i w każdym momencie życia pamiętać o jej dobroci i o tym, co jej łaska robi dla tej umęczonej krainy. Postanowiliśmy nie sprzeciwiać się Gordonowi i odgrywać rolę pobożnych wiernych, mimo iż jego zachowanie nie przystawało do tego czego naucza Delidia. Minęło sporo czasu, a my nadal nie wiedzieliśmy co u Jaromira. Zadawaliśmy sobie pytania co z rezydencją, czy będą jakieś środki, aby ją odbudować, no i kiedy będziemy mogli tam wrócić? Wydarzenie z Gordonem skłoniło nas, do napisania, za zgodą Carmilli, listu do Ciotki, w którym opisujemy jak zostaliśmy potraktowani oraz dopytywaliśmy o losy naszego rodowego kasztelu. Mijały tygodnie, a odpowiedź nie nadchodziła. Nasze wszelkie pytania były zbywane i zalecano nam cierpliwość. I wtedy to już powoli w moich braciach zaczęła dojrzewać myśl o ucieczce, czego zrozumieć nie umiałem.
I widzisz, czego bym nie chciał opowiedzieć Ci z dalekiej przeszłości, muszę wspomnieć o Twych naukach z nieodległej przeszłości. Jako dziecko chyba nieświadomie nie chciałem narobić głupot i znowu uśmiecham się pod nosem, kiedy sobie przypomnę słowa:

„Tylko umysł dziecka jest czysty, bo nie został zbrukany otaczającym go światem.”

Może brak chęci buntu wynikał z nieświadomości, ale jakże się wpasował w kolejne Twe słowa drogi mentorze?

„Nie podejmuj żadnej decyzji w gniewie, bo duma i głupota na jednym rosną drzewie.”

Ale znowu chaos wkrada się do mego listu. Postaram się bardziej skupić, choć może być ciężko, bo od kilku minut świstak co chwilę wychyla się z norki i patrzy czy już sobie poszedłem. I na swój sposób mnie to bawi i troszkę rozprasza. Ale do rzeczy.

W niedługim czasie, po porannym nabożeństwie podeszła do nas Carmilla z poważną miną i oznajmiła, że przyszedł list. Niestety nie taki, którego oczekiwaliśmy. Czy wspominałem już o tym, że koło fortuny, delikatnie ujmując, aby Cię bardziej nie drażnić drogi Xin’ie „spadło” z ośki? No właśnie spadło i to z głośnym hukiem. Tak jak spadła na nas wiadomość, że ciotka Margaret zmarła i nie będzie już funduszy na nasze wygodne życie. Oznaczało to nic innego, jak zesłanie do dolnego zamku i ciężka praca na swoje utrzymanie.

I widać, że nie ma mój drogi mentorze definicji na wszystko. Tak jak naiwność i czystość umysłu dziecka może być plusem w jednej sytuacji, w drugiej może być pałką w jego głowę. No może nie dosłownie. Pomyślałem sobie w swej naiwności, że stracimy ciepło i wygodne łóżkam ale poznamy nowe dzieci do zabawy. W swej naiwności i prostolinijnym myśleniu dziecka, nie wziąłem pod uwagę jednego. Że przez cały czasm kiedy my robiliśmy drobne prace, dobrze jedliśmy i spaliśmy w wygodnych łózkach, pozostałe dzieci tyrały na miskę strawy i spały w zimnych budynkach, na twardych pryczach i zwyczajnie zdążyły nas znienawidzić.

Wtedy to drugi raz spotkaliśmy się na terenie sierocińca z agresja słowną, jak i bardziej bezpośrednią. Mimo to mieliśmy tą przewagę, że nas łączyła miłość, a ich nienawiść. Zawsze trzymaliśmy się razem i w ciemno nawet ja wdawałem się w bójki, jeśli któremuś z naszych braci miałaby dziać się krzywda.

Wszak „często nienawiść może przysporzyć sobie największych szkód.”

I tak z czasem przestali nas atakować, a nawet zaczęli darzyć nas szacunkiem. Gordon cały czas pamiętał nam tamten incydent i często wysyłał do ciężkich prac. Pewnego dnia zlecił nam oczyszczenie jednej ze studni, tłumacząc, że na terenie sierocińca są dwie czyszczone na zmianę. Zaopatrzeni w liny, łopaty i taczki do wywozu wydobytego mułu, zaczęliśmy swoją pracę. Na zmianę, we dwóch opuszczaliśmy się do studni, by ładować muł, a dwójka u góry wciągała wiadra z urobkiem. Pod koniec pierwszego dnia zauważyliśmy, że ściana studni w jednym miejscu jest nadwątlona, a w miejscu gdzie brakowało kilku kamieni, było widać jakiś tunel. Postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mianowicie zyskać przychylność Gordona i zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość.

Ale o tym, mój drogi mistrzu, napiszę Ci następnego dnia, słońce już wysoko, a i świstak coraz bardziej nerwowo wygląda ze swej norki. Nie będę go już dłużej niepokoił. Wprawdzie wyruszyłem z tygodniowym zapasem, ale nie ma co mitrężyć, bo nie wiem ile pogoda się utrzyma.



Kroniki V: Powrót do Białej Osady (autor: Prosiak)

Występują: Gniewomir de Vries [Młody] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Marzec, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.