Kroniki IV: Koniec dzieciństwa i powracające wspomnienia (autor: Prosiak)

Występują: Gniewomir de Vries [Młody] (Prosiak)

Czas i miejsce: Luty/Marzec, rok 222 po Zaćmieniu. Gdzieś na Wyżynie Karabaku, w nieprzystępnych Górach Wysokich.


Nie wiesz, jak bardzo chciałbym napisać do Ciebie list. Nawet gdyby było to możliwe nie zaryzykowałbym w obawie, że wpadnie w niepowołane ręce. Dlatego podczas codziennych medytacji piszę go na kartach Ki-Shak. Nigdy nie zapomnę widoku Wężowej Wieży i uczucia ulgi i lekkości jaka spłynęła na mój umysł. Gdy wkroczyłem do Hali Inicjacji poczułem się jakbym odnalazł swój drugi dom. Posągi Bogini otaczające, kuszące po mroźnej wędrówce, gorące źródła, był, po czasie spędzonym w nędznym sierocińcu, niby strażniczki wejścia do bajkowego świata. Byłem, śmiertelnie strudzony, ale jakże szczęśliwy.

Gdy Anton zostawiał mnie pod Twoją opieką, rozstałem się z nim bez żalu, podświadomie wiedziałem, że zostawia mnie w możliwie najlepszych rękach. Mimo, że połączyła nas trudna wędrówka i długi czas spędzony razem, był nadal odległy i tajemniczy. Nie wspominał Roberta, ni Julii. Praktycznie od śmierci rodziców szukałem Antona, a i tak przez ten dystans, żegnałem się z nim bez większych emocji, licząc na to, że w końcu znalazłem spokojną przystań.

Kiedy tak podróżuję samotnie przez góry, na długo oczekiwane spotkanie z moimi braćmi, często rozmyślam nad tym, dlaczego nigdy nie rozmawiałem z Tobą o dzieciństwie. Pewnego dnia przy porannej medytacji, wszystko stało się jasne. Świątynia stała się ostoją, ucieczką od dramatycznych przeżyć mojego życia. Jako dziecko trzymałem się tego spokoju, niczym rozbitek trzymający dryfujący kawałek drewna. A z czasem jakoś pomijaliśmy te tematy. Pamiętam koszmary, które nawiedzały mnie przed znalezieniem amuletu, jak w myślach nazywałem sobie wisiorek przedstawiający Wężową Wieżę – pożoga i postacie w ogniu.

Codziennie o poranku wyciszałem się i na prądach Ki-Shak płynąłem w stronę przeszłości, zagłębiając się w odmętach swej pamięci. Z jednej strony chciałem w końcu otrząsnąć się z traum dzieciństwa, z drugiej zaś doskonalić więź z Boginią. Po kilku dniach udało się, odsłoniłem zasłonę przerażenia małego dziecka i zobaczyłem te wydarzenia jakby działy się wczoraj.



S

Ojciec budzi mnie, gwałtownie kaszląc. Nim z mych oczu spada zasłona snu, wypełniają się gryzącym dymem. Sam zaczynam kaszleć i głośno płakać. Jestem sparaliżowany. Tatko bierze mnie na ręce, obraca głowę i krzyczy Dobrawa! Dobrawa! Bierz kwiatuszka, chałupa płonie. Przez łzy i dym wiedzę jednak, że matula się nie rusza, a języki ognia liżą już bok kołyski. Tak, miałem siostrę, kwiatuszka, jak pieszczotliwie wszyscy na nią mówiliśmy. Ojciec wybiega przed dom, kładzie mnie na śniegu i z nieludzkim wrzaskiem „Doooobrawa!” wbiega do płonącej chaty. Dach zawala się, wznosząc w powietrze miliony iskier, a ja tracę przytomność.

Obudziłem się w czystej pościeli w domu jak z bajki. Wszystko jest czyste, a przez duże okna wpada stojące już wysoko słońce. Na obitym jakimś materiałem fotelu, siedzi ubrana w najpiękniejszą, jaką w życiu widziałem, suknię, kobieta – Julia i z troską w oczach spogląda na mnie. Nie pamiętałem nic z poprzedniej nocy. Z czasem dowiedziałem się, że moja rodzina zginęła w pożarze, ale tylko koszmary, pojawiające się od czasu do czasu, przypominały mi to wydarzenie. Dziś, po latach, dzięki jedności z Ki-Shak, odtworzyłem tamtą noc sekunda po sekundzie.

Pewnie zainteresowało by Cię, czy ta wiedza napełniła mnie smutkiem. Sam jestem zdziwiony, ale nie. Może dlatego, że minęły lata i cały ten czas mamą i tatą nazywałem Roberta i Julię? A może dlatego, że nic już z tym nie da się zrobić.

Do dzisiejszego dnia zastanawiałem się nad sensem słów, które wypowiedziałeś, kiedy doskonaliłem pozycję lotosu nad gorącym źródłem:

„Jeśli dojdziesz do ładu z własnym wnętrzem, to co zewnętrzne samo się ułoży.”

Myślę, że przypomnienie sobie tych wydarzeń, to duży krok w tym kierunku.

Wiem, że Tobie mogę tak powiedzieć. Inni uznali by mnie za bezdusznego, ale paradoksalnie, śmierć moich bliskich, musiała się wydarzyć, abym dotarł do Ciebie. Niezbadane są ścieżki Ki-Shak. Czy raduje mnie ich śmierć, bo dzięki niej poznałem Twe nauki? Nie, zdecydowanie nie. Ale dzięki niej, mam motywację, by się rozwijać i aby nie poszła na marne.

Ale znów odpłynąłem w meandry rozmyślań o naturze życia, a w końcu miałem Ci opowiedzieć o dzieciństwie. Zaadoptowali mnie Julia i Robert de Vries. Nie byłem pierwszą sierotą w tym domu. Kiedy tylko doszedłem do siebie, zaraz obskoczyło mnie trzech chłopaków, w tym jeden, myślałem, że śniłem, elf. Ale o nich Ci już mówiłem. Natomiast pominąłem ile im zawdzięczam i skąd bierze się moja miłość i zaufanie do nich. Dalinar, Kejn i Igo, mimo iż wszyscy starsi, silniejsi, mądrzejsi i zainteresowani czymś innym, niż bawienie się drewnianymi konikami, zawsze byli mi ostoją. Nie ważne czy przewróciłem się i obdarłem kolano, czy próbowało mnie uderzyć dziecko, które przybyło wraz z gośćmi taty. Zawsze w magiczny sposób, któryś z nich wyrastał jak spod ziemi i był mi tarczą. Może to jakiś pakt, wiążący sieroty w tym domu, a może zwyczajnie znów Ki-Shak postawiło na mojej drodze tak wspaniałe i mimo młodego wieku lojalne wobec siebie dzieci. Tak czy owak mam nadzieję, że teraz rozumiesz, czemu było mi tak spieszno do spotkania z nimi po latach.

Robert i Julia nadali nam swe rodowe nazwisko, choć wtedy tego nie rozumiałem. Teraz wiem, że było to ogromne wyróżnienie i gdyby nie późniejsze wydarzenia, zapewnienie żywota, o którym pomarzyć mógł tylko zwykły chłop. To kolejna rzecz ukazująca jak niezwykłymi ludźmi byli. Już w wieku kilku lat, nauczyłem się czytać, poznałem podstawy etykiety oraz jazdy konnej. I nie sposób tu nie wspomnieć o Jaromirze. Inni postrzegali go jako służącego Roberta, lecz dla mnie zawsze był bardziej jego lojalnym kompanem niż sługą. To pod jego czujnym okiem, Kejn i Dalinar odbywali swoje lekcje fechtunku, a ja uczyłem się pływać i jeździć konno. Broń jakoś nigdy mnie nie interesowała, tak samo zresztą jak Igo, który był typem mola książkowego i który pochłaniał różne księgi zgromadzone przez Roberta. Jaromir – kolejna ofiara śmierci, która naprowadziła mnie na drogę Ki-Shak.

A skoro znów wspominam o Ki-Shak, trudno nie wspomnieć o pewnym dniu. Mimo iż byłem grzecznym dzieckiem, respektującym nakazy rodziców, zwyczajnie z nudy złamałem zakaz ojca i zakradłem się do jego pracowni. Pewnego dnia, kiedy Dalinar z Kejnem okładali się ćwiczebną bronią, a Igo studiował kolejną księgę, myszkowałem po naszej rezydencji i raz za razem kusiło mnie do tego, by zbadać to co zakazane. I znów nachodzi mnie pytanie, czy tak chciała Bogini, czy zwyczajnie spowodowała to nuda? Niezależnie od przyczyny, znalazłem się w pracowni Roberta, gdzie moim oczom ukazały się regały pełne ksiąg oraz półki zawalone różnego rodzaju przedmiotami, niewiadomego mi zastosowania. A mimo to, wśród stosu różnych rzeczy, mój wzrok przyciągnął mały, niepozorny, pokryty patyną wisiorek. Wisiorek, który potem uratował nam życie. Odruchowo nałożyłem go sobie na szyję i poczułem dziwny spokój i jakby rozlewające się po ciele ciepło. Wtedy do pokoju wszedł ojciec. Myślałem, że będzie zły, lecz on tylko popatrzył na wieżę, wiszącą na mej szyi, uniósł brwi i wyprowadził mnie z gabinetu, prosząc bym już tam nie wchodził. Wspominałem Ci już w klasztorze, że matka zapytała mnie, czy jego chłód mnie nie boli. Nie wiedziałem o co jej chodzi i zdziwiony, odpowiedziałem „Ale mamo, on nie jest wcale a wcale zimny. Jest przyjemny w dotyku”. Mama wyglądała na zaskoczoną. Kiedy wychodziłem z pokoju, usłyszałem jak mówi do Roberta: „-Twój brat musi go zobaczyć”. Na co Robert odpowiedział „-Wiesz przecież, że on odszedł…” Więcej nie usłyszałem, gnając nad jezioro. Wtedy też nie wiedziałem, że mówili o Antonie.

Od momentu, kiedy znalazłem medalik, koszmary związane z ogniem zniknęły, a coraz częściej śniłem o wieży. Lecz po ciągłych sennych pożarach, przyjąłem to jak błogosławieństwo.

Niestety sielanka nie trwała długo i pożar znów odebrał mi rodziców i dom. Tyle wspomnień, tyle strat, tyle smutku i znów muszę podziękować za Twoje słowa, bo z czasem coraz bardziej zaczynam je rozumieć:

„Teraz nie pora myśleć o tym co straciłeś, lepiej pomyśl co możesz zrobić z tym co masz.”

Ale cóż drogi Xin-Xanie, dosyć rozmyślań, bo długa droga do przebycia i czas mi ruszać. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień.




Podróżuję samotnie kolejny dzień i znów wypadało by Ci podziękować. Tym razem za to, że namówiłeś mnie do lekcji posługiwania się liną i kotwiczką w trudnym górskim terenie. Nawet kiedy byłem dzieckiem, podróż z Antonem, który mógł mnie asekurować, była bezpieczniejsza i łatwiejsza niż samotna droga dorosłego i sprawnego mężczyzny.

Kolejny poranek i kolejny dzień bliżej do spotkania z braćmi. Napiszę Ci dziś o dalszych wydarzeniach cementujących naszą braterską przyjaźń. Jak wspominałem w ostatnim liście, nasz świat ponownie legł w gruzach.


...

I

Z deszczu pod rynnę, czyli Bezimienny Klasztor Sierot

Występują: Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 210-211 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Południowy kraniec miasta Mar-Margot, Bezimienny Klasztor Sierot.


Jaromir wyprowadził nas z płonącej rezydencji w noc, która nie była ciemna, lecz upiornie pomarańczowa od łuny bijącej z pogrążonego w płomieniach budynku. Długo staliśmy w milczeniu, nikt nie miał odwagi zadać pytania o rodziców. Lecz w końcu płaczliwymi głosami zaczęliśmy zadawać je raz po raz. Niestety Robert i Julia nie uratowali się z pożaru. Wszyscy z nas pogrążyliśmy się w rozpaczy tym większej, iż straciliśmy rodziców po raz drugi.

Następnie Jaromir zapakował nas na wóz i w przygnębiającej atmosferze zawiózł nas do Mar-Margot, gdzie mieszkała Margaret, siostra naszej mamy, a nasza przybrana ciotka. I tak jak o Julii od dawna myślałem jak o prawdziwej mamie, tak Margaret była dla mnie obcą osobą. Z perspektywy czasu dostrzegam, że byliśmy dla niej tylko nieprzyjemnym obowiązkiem, problemem, z którym sobie trzeba poradzić. Jakie to dziwne, że my dzieci z różnych matek, a nawet tak jak Kejn, który jest innej rasy, potrafiliśmy tak o siebie dbać, a rodzona siostra Julii była jej przeciwieństwem. Jej troska o nas była tylko grą, a każde nasze pytanie o losy rezydencji, która mimo iż spalona, według prawa należała się nam, było zbywane. Nawet Jaromir przestał się nami interesować, o co miałem do niego duży żal. Gdyby nie to, że byłem wtedy dzieckiem, wstydziłbym się teraz takich myśli. Wszak okupił nasze życie swoją śmiercią.

Przepraszam drogi mentorze, że znów wybiegam myślami zbyt daleko do przodu. Ale tak się dzieje, gdy wspominam ludzi wielkich. A mimo że dla innych był służącym, dla mnie w sercu pozostanie wiernym druhem i bohaterem.

Gra ciotki nie trwała długo, a po pewnym czasie oznajmiła, że jej dom jest zbyt mały na dodatkowe cztery osoby i że umieści nas w pobliskim sierocińcu, prowadzonym przez kapłanów Bogini Delidii. Zapewniła nas, że w przeciwieństwie do innych sierot, opłaci nam pobyt i będziemy mogli się tam dalej rozwijać w godziwych warunkach.

Ale jak to mawiał mnich Shen Zu, gdy opił się zbyt dużą ilością klasztornego piwa:

„Fortuna kołem się toczy, dopóki się koło z oski nie wypierdoli.”

Nawet teraz pamiętam Twój zdegustowany wzrok, gdy słyszałeś te słowa i aż uśmiecham się pod nosem, bo zawsze mnie to bawiło. No i wracając do brata Shena, nasze koło wypierdoliło się całkiem niedługo i to kiedy na kole zaznaczona była porażka. Ach, gdybyś mnie teraz widział, zapewne brwi zbiegły by się do siebie i kręciłbyś z dezaprobatą swoją ogoloną głową. Ale znów wybiegam myślami do przodu. Czasem w mojej głowie, mimo medytacji i prób napisania Ci tego po kolei, jakoś pojawia się tam chaos. Tak tak pamiętam:

„Nie wielkim jest ten kto odnajduje się w ładzie, tylko ten, kto robi to w chaosie.”

Jednak mimo to, ja wolę chyba przynajmniej względny porządek. I znowu to robię. Ehh... wracajmy do tematu.

Margaret zaprowadziła nas do Bezimiennego Klasztoru Sierot, mieszczącego się na terenie niegdyś zapewne wspaniałej warowni, która swoje lata świetności miała już dawno za sobą. Mury okalające sierociniec w wielu miejscach miały ogromne wyrwy, część budynków miała zawalone dachy, niektóre nie posiadały którejś ze ścian. Wszędzie kręciły się dzieci, w wieku od kilku do kilkunastu lat, ubrane w kiepskiej jakości ubrania, niejednokrotnie w dziurawych butach. Uwierz mi drogi Xin-Xan’ie, że kiedy spojrzałem w ich smutne oczy, ogarnął mnie niewypowiedziany smutek i strach. Ku naszemu szczęściu, zostawiliśmy tę część sierocińca za sobą i udaliśmy się do tak zwanego górnego zamku, gdzie rezydowali kapłani oraz przeorysza klasztoru, niejaka Carmilla, przed oblicze, której zostaliśmy zaprowadzeni. Wtedy patrzyłem na nią oczami dziecka, lecz gdy pomyślę o niej teraz, to wiem, że jej uroda oraz wyzywający strój, sprowadziły by każdego mężczyznę na manowce. W związku z tym, że ciotka hojnie obdarowała klasztor, mogliśmy się cieszyć specjalnymi względami. Zostaliśmy zakwaterowani w górnym zamku, w pokoju, o którym dzieci, które mijaliśmy, mogą tylko śnić. Zgodnie z obietnicą nie dostawaliśmy ciężkich prac, a Igo i Kejn pomagali w zielarni, do której to pracy sami się zgłosili. Prócz standardowych obowiązków, musieliśmy brać udział w nabożeństwach ku chwale Delidii i zgłębiać wiarę. Cóż mam powiedzieć, obowiązki obowiązkami, modlitwy modlitwami, a ja w całym zamku nie umiałem znaleźć ani jednej zabawki. Co poskutkowało niezbyt miłymi wydarzeniami. Po pewnym nabożeństwie podszedłem beztrosko do kapłana zwanego Gordonem i zapytałem dlaczego muszę się tylko modlić i modlić, a nie mam nawet jednego zwyczajnego konika do zabawy. Gordon w sekundzie stał się czerwony i na odlew uderzył mnie lagą tak, że wylądowałem na posadzce. Dalinar momentalnie, w odruchu obrony brata, rzucił się na kapłana, lecz ten niedbale uderzył go na odlew i kiedy Dalinar upadł, dostał jeszcze kilka kopniaków. Gordon powiedział, że bezwzględnie mamy pracować ku chwale Delidii i w każdym momencie życia pamiętać o jej dobroci i o tym, co jej łaska robi dla tej umęczonej krainy. Postanowiliśmy nie sprzeciwiać się Gordonowi i odgrywać rolę pobożnych wiernych, mimo iż jego zachowanie nie przystawało do tego czego naucza Delidia. Minęło sporo czasu, a my nadal nie wiedzieliśmy co u Jaromira. Zadawaliśmy sobie pytania co z rezydencją, czy będą jakieś środki, aby ją odbudować, no i kiedy będziemy mogli tam wrócić? Wydarzenie z Gordonem skłoniło nas, do napisania, za zgodą Carmilli, listu do Ciotki, w którym opisujemy jak zostaliśmy potraktowani oraz dopytywaliśmy o losy naszego rodowego kasztelu. Mijały tygodnie, a odpowiedź nie nadchodziła. Nasze wszelkie pytania były zbywane i zalecano nam cierpliwość. I wtedy to już powoli w moich braciach zaczęła dojrzewać myśl o ucieczce, czego zrozumieć nie umiałem.
I widzisz, czego bym nie chciał opowiedzieć Ci z dalekiej przeszłości, muszę wspomnieć o Twych naukach z nieodległej przeszłości. Jako dziecko chyba nieświadomie nie chciałem narobić głupot i znowu uśmiecham się pod nosem, kiedy sobie przypomnę słowa:

„Tylko umysł dziecka jest czysty, bo nie został zbrukany otaczającym go światem.”

Może brak chęci buntu wynikał z nieświadomości, ale jakże się wpasował w kolejne Twe słowa drogi mentorze?

„Nie podejmuj żadnej decyzji w gniewie, bo duma i głupota na jednym rosną drzewie.”

Ale znowu chaos wkrada się do mego listu. Postaram się bardziej skupić, choć może być ciężko, bo od kilku minut świstak co chwilę wychyla się z norki i patrzy czy już sobie poszedłem. I na swój sposób mnie to bawi i troszkę rozprasza. Ale do rzeczy.

W niedługim czasie, po porannym nabożeństwie podeszła do nas Carmilla z poważną miną i oznajmiła, że przyszedł list. Niestety nie taki, którego oczekiwaliśmy. Czy wspominałem już o tym, że koło fortuny, delikatnie ujmując, aby Cię bardziej nie drażnić drogi Xin’ie „spadło” z ośki? No właśnie spadło i to z głośnym hukiem. Tak jak spadła na nas wiadomość, że ciotka Margaret zmarła i nie będzie już funduszy na nasze wygodne życie. Oznaczało to nic innego, jak zesłanie do dolnego zamku i ciężka praca na swoje utrzymanie.

I widać, że nie ma mój drogi mentorze definicji na wszystko. Tak jak naiwność i czystość umysłu dziecka może być plusem w jednej sytuacji, w drugiej może być pałką w jego głowę. No może nie dosłownie. Pomyślałem sobie w swej naiwności, że stracimy ciepło i wygodne łóżka, ale poznamy nowe dzieci do zabawy. W swej naiwności i prostolinijnym myśleniu dziecka, nie wziąłem pod uwagę jednego. Że przez cały czasm kiedy my robiliśmy drobne prace, dobrze jedliśmy i spaliśmy w wygodnych łózkach, pozostałe dzieci tyrały na miskę strawy i spały w zimnych budynkach, na twardych pryczach i zwyczajnie zdążyły nas znienawidzić.

Wtedy to drugi raz spotkaliśmy się na terenie sierocińca z agresja słowną, jak i bardziej bezpośrednią. Mimo to mieliśmy tą przewagę, że nas łączyła miłość, a ich nienawiść. Zawsze trzymaliśmy się razem i w ciemno nawet ja wdawałem się w bójki, jeśli któremuś z naszych braci miałaby dziać się krzywda.

Wszak „często nienawiść może przysporzyć sobie największych szkód.”

I tak z czasem przestali nas atakować, a nawet zaczęli darzyć nas szacunkiem. Gordon cały czas pamiętał nam tamten incydent i często wysyłał do ciężkich prac. Pewnego dnia zlecił nam oczyszczenie jednej ze studni, tłumacząc, że na terenie sierocińca są dwie czyszczone na zmianę. Zaopatrzeni w liny, łopaty i taczki do wywozu wydobytego mułu, zaczęliśmy swoją pracę. Na zmianę, we dwóch opuszczaliśmy się do studni, by ładować muł, a dwójka u góry wciągała wiadra z urobkiem. Pod koniec pierwszego dnia zauważyliśmy, że ściana studni w jednym miejscu jest nadwątlona, a w miejscu gdzie brakowało kilku kamieni, było widać jakiś tunel. Postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mianowicie zyskać przychylność Gordona i zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość.

Ale o tym, mój drogi mistrzu, napiszę Ci następnego dnia, słońce już wysoko, a i świstak coraz bardziej nerwowo wygląda ze swej norki. Nie będę go już dłużej niepokoił. Wprawdzie wyruszyłem z tygodniowym zapasem, ale nie ma co mitrężyć, bo nie wiem ile pogoda się utrzyma.


...

No i wykrakałem. Pogoda dziś zdecydowanie nie rozpieszcza. Zaskoczyła mnie śnieżyca, ale na moje szczęście znalazłem małą grotę, w której mogę się schować. Coś czuję, że dziś się stąd nie ruszę. A to oznacza, że ten list będzie chyba długi. Zanim wrócę do opowieści, muszę podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami. Czasem zastanawiam się jak to się dzieje, że zawsze miałeś odpowiedź na wszystko. Czasami nie rozumiałem mądrości, które mi przekazywałeś, ale mam już pewność, że z czasem je zrozumiem. Kiedy powiedziałem Ci o wątpliwościach dotyczących naszego celu, że trwa to już tak długo, uśmiechnąłeś się tylko i rzekłeś:

„Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga wiele czasu. Czas i tak upłynie.”

Niby jest to tak oczywiste i wiadome, lecz mało kto się nad tym pochyla i często rezygnuje zanim zacznie, nie zastanawiając się ile przez zmianę postrzegania mógłby w życiu osiągnąć. Pamiętam jak często otwierały mi się, na pewne sprawy, oczy po Twoich słowach. Były jednocześnie proste, a zarazem niewypowiedzianie głębokie i przemyślane. Już wiem, że będzie brakowało mi naszych rozmów. Minęło kilkanaście dni, a już mi brakuje mi Twojej mądrości.

Wychyliłem się z groty – niebo ma kolor popiołu, w oddali widzę już nadciągającą śnieżycę. Nie pomyliłem się – dziś się stąd nie ruszę. Czas podjąć przerwaną opowieść...

Następnego dnia zameldowaliśmy Gordonowi, że studnia jest dużo bardziej zamulona, niż z początku przypuszczaliśmy i w trosce o zapasy świeżej wody, chcielibyśmy dostać zgodę na prace po wieczornych obrzędach. Gordon z wielką aprobatą przyjął nasze zaangażowanie i wyraził zgodę na działania po zmroku. Dzięki temu dostaliśmy zezwolenie na pobranie dodatkowych latarni i potrzebnego sprzętu. Kapłan wydał też dyspozycję w kuchni, aby przydzielono nam dodatkowe racje żywności.
Śmieszna rzecz, ale wtedy całkowicie nieświadomie zastosowaliśmy się do jednej z Twych mądrości:

„Przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej.”

Już pierwszego wieczora zabraliśmy się do pracy. W godzinach, kiedy jeszcze kilku nadzorców kręciło się po placu, pracowaliśmy, aby było widać efekty naszej pracy, ale gdy tylko aktywność u góry malała, przystąpiliśmy do rozbijania osłabionej ściany. Po ciężkiej pracy, naszym oczom ukazał się wąski tunel prowadzący stromo w górę. Kejn zadeklarował się, że spróbuje się tam dostać i mimo jego elfiej gibkości, sprawiło mu to trochę problemów. Po chwili jednak krzyknął, że jest u góry i widzi ciągnący się już prosto tunel. Zadecydowaliśmy, aby nie szedł dalej, bo było już późno i nie wiedzieliśmy jakie zagrożenia mogą tam na niego czekać. Poszliśmy do kuchni, szepcąc po drodze z podniecenia, aby kolejnego dnia udać się tam razem, po uprzednim zabezpieczeniu pochylni liną. Poszedłem spać pełen wyobrażeń cóż ciekawego możemy tam spotkać. Mimo zmęczenia podniecenie utrudniało zaśnięcie. To było coś wielkiego, nieodkryta tajemnica, a może jakiś skarb. Rano przystąpiliśmy do pracy, niecierpliwie oczekując nocy. Niby dzień do dnia taki sam, a jednak ciągnął się jak tydzień. W końcu o zmroku Kejn wspiął się z liną na pochylnię i wytyczył nam bezpieczną drogę. Mimo, iż podniecony i podniesiony na duchu obecnością starszych braci, poruszałem się w mroku, rozświetlonym tylko nikłym płomieniem latarni, ze sporą dawką strachu. Ciekawość wygrała jednak ze strachem i poruszaliśmy się powoli do przodu.

Tunel ciągnął się przez kilka metrów i naszym oczom ukazały się wąskie, nadgryzione przez ząb czasu, schody. Byliśmy dziećmi, bez większych przeszkód poruszaliśmy się do góry, lecz, mimo małych rozmiarów, musieliśmy iść gęsiego. Po kilku stopniach na ścianie zauważyłem uchwyt na pochodnię, to właśnie do niego Kejn umocował linę, po której wdrapaliśmy się do tunelu ze studni. Schody ciągnęły się w górę zaskakująco długo, aż w końcu doszliśmy do wąskiego korytarza, gdzie poczuliśmy delikatny powiew świeższego powietrza. „Może ten tunel wyprowadzi nas na zewnątrz” - pomyślałem z nadzieją - „za mury tego przeklętego przytułku.” Ruszyliśmy do przodu – Kejn z latarnią szedł pierwszy, za nim kroczył Dalinar, potem ja, a pochód zamykał Igo z drugą latarnią. Kejn szedł powoli, bacznie obserwując widniejący przed nim tunel. W pewnej chwili mocny podmuch wiatru zgasił jego latarnię, a Igo odruchowo przysłonił swoją lampę dłonią i przez kilka nieprzyjemnych sekund staliśmy wystraszeni w głębokim półmroku. Okazało się, że w ścianie korytarza jest wąska szczelina, która nie powstała wskutek upływu czasu, a raczej została przemyślnie zbudowana. Przez szczelinę rozciągał się widok na mury zamku. Nikt z nas nie umiał dokładnie stwierdzić, który fragment murów widzimy, ale zgodziliśmy się, że prawdopodobnie tunel, w którym właśnie się znajdujemy, mieści się gdzieś w murach dolnego zamku. Tak, aby nie stracić drugiego źródła światła, Igo ostrożnie, z osłoniętym płomieniem, przeszedł za punkt obserwacyjny, jak nazwałem sobie szczelinę i odpalił latarnię Kejna. Odetchnąłem z ulgą, bo mimo obecności braci, to jednak mocne światło dwóch latarni napełniało mnie największą otuchą. Korytarz przez chwilę ciągnął się prosto, po czym naszym oczom ukazały się kolejne schody, prowadzące w górę. Dobrze, że Kejn szedł ostrożnie pierwszy, bo nagle, z łoskotem, dwa stopnie, nadszarpnięte zębem czasu, zawaliły się. Na całe szczęście nasz brat poradził sobie z tym problemem z iście elfią gracją. Wyciągnął krok i okrakiem stanął nad ziejącą dziurą. Od tego momentu poruszaliśmy się jeszcze wolniej. Taa.

„Spiesz się powoli” - jakże proste, a jakie mądre.

Ostrożnie dotarliśmy do końca schodów, na szczęście reszta konstrukcji była już stabilna. I tu zobaczyliśmy pierwsze rozwidlenie, droga prowadziła dalej prosto oraz w lewo. Staliśmy tak i zastanawialiśmy się, w którą stronę skręcić, kiedy to Kejn szepnął -„Cisza”. Momentalnie umilkliśmy, a Kejn przez chwilę nasłuchiwał.
- Słyszę jakieś szmery z lewej strony.
- To może chodźmy w lewo - odpowiedział Igo.
- Lepiej nie mieć tego, co wywołuje te szmery, za plecami.

Delikatnie skróciliśmy knoty w latarniach i krok za krokiem, starając się nie wydobywać żadnego dźwięku, ruszyliśmy w lewą odnogę. Dosłownie po kilku chwilach usłyszeliśmy dziwne, w tamtym czasie dla mnie, dogłosy miłosnych uniesień. Z każdym krokiem jęki stawały się wyraźniejsze. Doszliśmy do miejsca, w którym korytarz gwałtownie skręcał, a dziwne odgłosy zdecydowanie dochodziły zza załomu. Kejn postawił latarnię na ziemi i ostrożnie wyjrzał za zakręt. Ręką dał znać, abyśmy zostali, a sam, po cichu niczym kot, udał się dalej. Po kilku chwilach nie wytrzymaliśmy i wychyliliśmy głowy za róg korytarza. Zobaczyliśmy Kejna, który wpatrywał się w jakąś dziurę w ścianie, z której sączyło się delikatne światło. Po chwili obrócił się do nas i dał znak ręką, abyśmy cicho podeszli. Każdy z nas po kolei podchodził do otworu i patrzył do środka. Kiedy przyszła moja kolej, zobaczyłem, przez niewielką dziurkę, sypialnię Carmilli, która tonęła w migoczącym blasku wielu świec. Na łóżku naga kapłanka siłowała się z jakimś ogromnym mężczyzną i oboje przy tym wydawali odgłosy, jakby byli bardzo zmęczeni. Kiedy oderwałem wzrok od dziurki w ścianie, zapytałem chłopaków co oni ćwiczą, ale zbyli mnie tylko gestem i nakazali milczenie.
I widzisz mistrzu, mimo iż oni dokładnie już wtedy wiedzieli jakie to są „ćwiczenia”, nie śmiali się ze mnie, nie używali sobie, a nawet ja z perspektywy czasu domyślam się jak musiało ich korcić. Wiedzieli przez co przeszliśmy i nawet wtedy nie chcieli przysparzać mi więcej przykrości i za to zwyczajnie też ich kocham. Jednak to prawda, że cały świat musi być w równowadze i los wszystkie nasze tragedie zrekompensował nam tak wspaniałymi braćmi. Ale wracam już do mojej opowieści.

Korytarz ciągnął się dalej, a kiedy znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości od wizjera w ścianie, a chłopaki nie skomentowali tego co widzieliśmy, zapytałem
- Nie interesuje was kto to był?
- Nie - odpowiedzieli zgodnym chórem, a Dalinar powiedział, że jemu wystarczy to co widział i że będzie to pamiętał przynajmniej przez miesiąc.

Teraz, po czasie, wiem co zamgliło ich głowy i znowu wygrał umysł dziecka niezbrukany światem… Ale o tym za chwilkę.

Poruszaliśmy się nadal do przodu, kiedy to Kejn gwałtownie przystanął i zaczął się czujnie przyglądać ścianie.
- Daję sobie głowę uciąć, że poczułem powiew z tej ściany.
I począł dokładnie przyglądać się jej, rozświetlając sobie lampą powierzchnię muru. Po kilku chwilach wskazał nam jedną cegłę z całej masy pozostałych, którą wyróżniał tylko wyryty na niej mały krzyżyk. Przyłożył ucho do ściany i nasłuchiwał.
- Cisza.
Po chwili chwycił delikatnie wystającą cegłę, z wydrążonym na niej krzyżem i pociągnął do siebie, a ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, ściana zaczęła się delikatnie odsuwać. Ostrożnie zerknęliśmy do środka i naszym oczom ukazało się pomieszczenie, okryte mrokiem, rozproszonym tylko przez światło księżyca, wpadające przez wąskie okna. W komnacie stały 4 ławy, przed nimi duży ciężki stół, za którym stało skierowane w kierunku ław duże krzesło – wypadałoby chyba nawet powiedzieć tron. Ostrożnie weszliśmy do środka i jak się okazało wyszliśmy z kominka. Na stole stała rzeźba Delidii, ściany zdobiły gobeliny z jej symbolami. Prócz tego, w komnacie były jeszcze dwa solidne kufry i regał z książkami. Po pobieżnym przyjrzeniu się tytułom, stwierdziliśmy, że nie można pozostawić po sobie śladów i wycofaliśmy się przez uchylony kominek, zamykając go za sobą. Najciekawsze jest to, że nikt z nas nie popatrzał co kryją skrzynie. Ale mam na to swoje wytłumaczenie – mi po głowie ciągle chodziło kim był człowiek „ćwiczący” z kapłanką, a moim braciom zapewne umysł przyćmiły jej cycki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że czas wracać, bo nie wiedzieliśmy jak wiele czasu upłynęło, a nie chcieliśmy się zdradzić. W drodze powrotnej przeczucie kazało mi zerknąć jeszcze raz do pokoju kapłanki. Mimo iż bracia chcieli już jak najprędzej udać się do łóżek.

I tu kolejny przykład jak sprawdzają się Twoje mądrości, bo często powtarzałeś:

„Naucz się bardziej ufać innym, ponieważ świat nie jest taki zły, jak myślisz…
…Ale zawsze ufaj swojemu przeczuciu, zanim zaufasz komukolwiek, ponieważ twoje przeczucia rzadko są złe i znasz siebie najlepiej.”


W drodze powrotnej wyprzedziłem zatem Kejna i ponownie przywarłem okiem do dziury nad pokojem Carmilii. Kochankowie, tak już dziś mogę ich nazwać, leżeli pod kocem i prowadzili rozmowę.
- Kracjosie będzie bardzo ciężko. W pół roku 60 dzieci? To jest niemożliwe. Nie będziemy tyle w stanie dostarczyć. Nie wiem, naprawdę nie wiem co mam zrobić. Poza tym, musicie zrobić coś z Grododzierżcą. Osobiście uważam, że pozwala sobie na zbyt wiele. Musicie z nim porozmawiać!
Chciałem słuchać dalej, lecz w pewnym momencie Carmilla obróciła się gwałtownie w moim kierunku, a jej oczy płonęły na niebiesko. Ja wtedy przysiągłbym, ze widzi mnie przez grube zamkowe mury. Odskoczyłem na wyciągnięcie ręki od ściany, zatykając dłonią otwór i czułem jak stróżki ciepłego moczu spływają mi po nogach. Stałem jak sparaliżowany – jeszcze w życiu się tak nie bałem. Nawet strach przed tym jak kazałeś mi zaufać Ki-shak i przeskoczyć czterometrową rozpadlinę, nie równał się z paniką, którą wtedy poczułem. A wiesz, że przed skokiem nogi trzęsły mi się jak trawa na wietrze.
Zatroskany Kejn podszedł do mnie i zapytał - „Młody co jest?”. Przez kilka sekund nie umiałem wydusić z siebie słowa - „Nie wiem” - odbąknąłem. A strach mieszał się ze wstydem, kiedy Kejn spojrzał na moje przemoczone spodnie. „Chcę stąd wyjść” - wyszeptałem. Kejn delikatnie wziął moją dłoń, którą cały czas zatykałem wizjer i sam przytknął oko. Błagalnie wyszeptałem - „Nie patrz, nie patrz.” Po chwili ruszyliśmy bez słów w kierunku studni, a ja przystanąłem na chwilę i wyciągnąłem z buta schowany medalik. Założyłem go na szyję i poczułem jak się odprężam.

Kiedy byliśmy na dnie studni, Kejn zapytał co się stało, a ja opowiedziałem wszystko jak najlepiej zapamiętałem i marzyłem już tylko o tym, by się wykąpać i ułożyć do snu. Wstąpiliśmy jeszcze do kuchni, po dodatkowe jedzenie i dopiero tam zorientowałem się jak byłem potwornie głodny. Kiedy na jadalni zostaliśmy sami, postanowiliśmy, że kolejnego dnia spenetrujemy pozostały chodnik, omijając ten z widokiem na pokój przeoryszy. Mieliśmy nadzieję, że jutro nikt się nami nie zainteresuje.
Ale na dziś to już koniec mistrzu, niebo dalej wyrzuca z siebie miliony płatków śniegu, a ja będę musiał przeczekać tę noc w jaskini. Oby jutro dzień był lepszy od dzisiejszego. Dobranoc.


...

II

Ucieczka do Białej Osady

Występują: Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 212-213 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Bezimienny Klasztor Sierot, a następnie Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki.


Ach mentorze myślałem, że przez ten jeden dzień zwłoki nie będę miał czasu w następnych dniach na napisanie do Ciebie, a tu znowu los pokazał mi, że niczego dokładnie nie można zaplanować. Na szczęście przezorność, którą starałeś się mi wpoić, pozwoli przetrwać mi tą okropnie mroźną noc. Jak to mawiał, zazwyczaj z kwaśną miną, skacowany Shin Zu

„Jutrzejszy dzień ma być szansę lepszy od dzisiejszego, pod warunkiem, że do jego nastania nie dasz się zabić.”

A ja, znając swoje ograniczenia i możliwości, wyruszając w tą trudną drogę, miałem zamiar cieszyć się każdym nadchodzącym dniem, zbliżającym mnie do moich braci.

W nocy obudziło mnie przeszywające zimno, mimo że grota była mała i dobrze osłonięta od wiatru, szczękałem zębami tak mocno, że, mimo usilnych prób, nie potrafiłem tego opanować. Drżącymi rękoma wyjąłem pochodnię i z trudem rozpaliłem. Siedziałem na grubym kocu, z pochodnią między stopami i ogrzewałem sobie dłonie. Pozwoliłem sobie dosłownie na kilka minut takiego luksusu. Ogień z pochodni stopniowo ogrzewał me dłonie i odczuwalnie podniósł temperaturę w małej jaskini. Kiedy tylko przestałem się trząść, zgasiłem ją – była zbyt cenna w takiej podróży, a z powodu rozmiaru i ciężaru nie zabrałem w tą trudną drogę zbyt wielu zapasów. Już jedzenie oraz bukłaki z cienkim winem ważyły swoje. Do tego lina z kotwiczką, tak niezbędna w niektórych momentach wspinaczki, ważyła więcej, niż pozostałe rzeczy. Lecz Śpiąca Bogini dobrze dba o swoje dzieci, a Ki-shak, jeśli dbasz należcie o więź z Boginią, jest hojne. Delikatnie ogrzany usadowiłem się wygodnie w pozycji lotosu i skupiłem się na własnym ciele. Poczułem ciepło i wiedziałem już, że w tej pozycji będę musiał dotrwać do wschodu słońca.

A zatem znów mam czas by pisać do Ciebie zanim wyruszę w drogę. Siedzę tak wsłuchany w wyjący na zewnątrz wiatr i raduję się więzią z Ki-shak. Jak wspominałem w poprzednim liście, zaczęliśmy penetrować odkryty w studni tunel. Następnego dnia chcieliśmy tylko odbębnić codzienne rytuały, apele oraz trudną robotę, żeby tylko móc zagłębić się w niepoznane jeszcze tunele. Jednak tego dnia codzienna rutyna została zaburzona, przez pewne ogłoszenie w trakcie porannego apelu.

Ogłoszono, że następnego dnia odbędzie się Turniej Zwycięzców. To cyklicznie powtarzająca się impreza dla dzieci, która polegała na pojedynkach na kije ćwiczebne, owinięte pakułami, aby dzieciaki nie zrobiły sobie jakiejś poważniejszej krzywdy. Nagrody za wygranie turnieju były różne – od zwiększenia racji żywnościowych, po nawet zwolnienie z ciężkich prac, a czasem nawet przeniesienie do prac w wyższym zamku. Jak nietrudno się domyśleć, chętnych nie brakowało. Mówiło się nawet, że niektórzy zwycięzcy dostąpili zaszczytu zostania akolitami w Czarnej Świątyni. Co dla tych dzieci było jak sięgnięcie po gwiazdkę z nieba. Gwarantowało wyrwanie się z biedy i znaczące podniesienie statusu społecznego. Drugą, łatwiejszą do rozpoczęcia drogą, choć finalnie mniej spokojną, jest wstąpienie do tak zwanych Pierwszych Korpusów. Pierwsze Korpusy były potocznie zwane armią Delidii, choć to zapewne duże uproszczenie. I tak jak w teorii każde dziecko miało szansę zarówno na karierę kościelną, jak i wojskową, to właśnie czempioni Turnieju Zwycięzców mieli dużo łatwiej w tym temacie.

Kiedy tylko Kejn i Dalinar o tym usłyszeli, od razu z wielkim podnieceniem wyrazili chęć wzięcia udziału w turnieju. Igo i ja nie byliśmy zainteresowani. Pozostała dwójka od razu pobiegła się zapisać. Widać było, że brakowało im codziennych ćwiczeń z Jaromirem. Zaraz po tym przystąpiliśmy do ciężkiej pracy przy oczyszczaniu studni. Pracowaliśmy uczciwie w obawie, że ktoś może zainteresować się postępami naszej pracy. Tuż po kolacji odwiedził nas Gordon i z zadowoleniem stwierdził, że doszło do niego, iż pracujemy ciężko nawet po kolacji, kiedy to inne dzieci już dawno mają czas wolny w swoich pokojach. Zachęcił nas do dalszej ciężkiej pracy i obiecał podwójne racje żywności. Widać było, że czysta studnia to priorytet na nadchodzące dni. Widać nasza taktyka, by nie robić sobie z niego już więcej wroga, skutkowała. Zabieg z dodatkowymi godzinami pracy, które i tak mieliśmy zamiar poświęcić na penetracje korytarzy, poskutkował pochwałą z jego ust. W nosie mieliśmy jego pochwały, ale to, że dzięki temu nikt nie czepiał się naszych nocnych wyjść, było nieocenione.

Po wieczornych modłach, kiedy ruch na dziedzińcu zamarł, po raz kolejny wyruszyliśmy w niezbadane tunele. Mimo iż ciągle miałem w głowie demoniczny wzrok Carmilli, dziecięca ciekawość pchała mnie naprzód. Zgodnie z poprzednimi ustaleniami, zrezygnowaliśmy tymczasowo z dalszej penetracji tunelu, gdzie znajdowało się tajne wejście do komnaty z biblioteczką i kuframi. Po wspięciu się na zdradliwe schody, ruszyliśmy ostrożnie do przodu. Tunel ciągnął się zaskakująco długo, ale jeszcze bardziej zaskakujące było to, że kończył się ścianą. To nie miało sensu. Wcześniejsze tunele, jak doszliśmy do wniosku, miały określoną funkcję. Igo rozświetlił mocniej latarnię i zaczęliśmy szukać charakterystycznej cegły ze znakiem. Jako że wiedzieliśmy czego szukać, znaleźliśmy ją dosyć szybko. Umilkliśmy i w spokoju nasłuchiwaliśmy jakichś odgłosów zza muru. Nic, kompletna cisza. Kejn ochoczo przystąpił do wyciągania cegły. I w tym samym momencie mur zaczął się obracać. Kiedy obrócił się na tyle, że powstała szczelina, do naszych oczu napłynęło całkiem jasne światło i odgłosy poruszających się tam osób. Kejn momentalnie przestał poruszać cegłą, a Igo zmniejszył płomień w latarni. Nasłuchiwaliśmy. Było słychać brzęki rozkładanych sztućcy i talerzy. Nie chcąc ryzykować wykrycia, spojrzeliśmy tylko przez powstałą szparę. Naszym oczom ukazała się duża sala biesiadna, o istnieniu której nie mieliśmy nawet pojęcia. Obserwowaliśmy chwilę i zobaczyliśmy krzątające się dzieci, które nakrywały do stołu. Roznosiły talerze i karafki z winem, a całą prace nadzorowało kilku akolitów. Chwilę potem zamknęliśmy przejście. Igo przypomniał sobie, że przecież jutro zaczyna się Karnawał Miłości – trzydniowe święto ku chale Bogini i doszliśmy do wniosku, że stół zastawiony jest dla gości, którzy niechybnie przybędą, jako że ilość nakrywanych miejsc znacznie przewyższała ilość kapłanów rezydujących w sierocińcu. Jako że dosyć szybko uporaliśmy się z tą odnogą, postanowiliśmy jednak ruszyć dalej korytarzem, którego nie zwiedziliśmy dzień wcześniej do końca. Znając drogę, ruszyliśmy już raźniej w tamtym kierunku. Zrobiliśmy tylko krótki przystanek przy wizjerze na pokój Carmilli, ale okazało się, że jej komnata jest pusta. Kontynuowaliśmy nasze zwiedzanie. Korytarz ciągnął się i ciągnął, aż nagle doszliśmy do wąskich schodów, prowadzących dla odmiany w dół. Mając w pamięci dwa zawalone stopnie, które prawie kosztowały zdrowie Kejna, bardzo ostrożnie zaczęliśmy schodzić. Kiedy dotarliśmy na dół, naszym oczom ukazało się znacznie większe pomieszczenie niż te, które dotychczas łączyły się z tunelami. Wyraźnie było czuć wilgoć. Dostrzegliśmy dwa korytarze. Ruszyliśmy jednym z nich i dosłownie po kilku metrach, natrafiliśmy na stare, zapewne kiedyś solidne, okute drzwi. Jednak wilgoć i upływający czas wywarły na nich swoje piętno. Drewno było zbutwiałe, a potężne niegdyś okucia łapczywie pożerała rdza. Można by rzec metaforycznie, że korytarze te były symbolem przemijania. Ku naszemu rozczarowaniu drzwi były zamknięte na klucz. Postanowiliśmy zawrócić i zbadać ostanią odnogę. Po kilkudziesięciu metrach doszliśmy do końca tunelu, który kończył się kratą, a za nią było słychać szum rzeki. W twarz uderzyło nas orzeźwiające świeże powietrze. Dalinar zaparł się i zaczął mocować z kratą, ale, pomimo upływu czasu, pręty były zbyt grube i zbyt głęboko osadzone w murach, aby ustąpiły. Kejn wyszedł z propozycją, aby naruszyć pręty i zostawić sobie ewentualną drogę ucieczki.
Muszę Ci wyjaśnić coś o czym winienem wspomnieć wcześniej, ale mi to umknęło. Jedną z zasad klasztoru było to, iż dzieci z pewnym wypracowanym ekwipunkiem, w wieku 15 lat, zobowiązane były do opuszczenia klasztoru. Kejn osiągnął już ten wiek, ale tylko za wstawiennictwem ciotki, przeorysza zgodziła się, aby nie rozłączać go z rodzeństwem. A wiemy jak długo działały obietnice Carmilli – tylko do momentu, kiedy opłacało się to sierocińcowi. Niedługo Igo miał osiągnąć wiek, w którym mógłby zostać wydalony z sierocińca i obawialiśmy się, że mimo wcześniejszych zapewnień, możemy zostać rozłączeni. Pomysł wydawał się zatem trafiony, ale nasze zapędy ostudził Dalinar.
- Zdajecie sobie sprawę, że raczej nie mamy na to czasu? Studnia może zacząć się podczas naszych prac zapełniać wodą i wtedy nie zobaczymy co jest za drzwiami.

W drodze powrotnej rozgorzała dyskusja na temat tego, że podczas kiedy Kejn i Dalinar będą brać udział w turnieju, my mamy załatwić potrzebne do przebicia się narzędzia. Ale ani ja, ani Igo nie chcieliśmy opuścić zmagań braci. A w mojej głowie zaświtała myśl, że mogę być w końcu przydatny. Zaoferowałem się, że zostanę giermkiem Dalinara. Ten pomysł bardzo mu się spodobał. Kejnowi mniej i usiłował cały obowiązek dostarczenia narzędzi zrzucić na Igo. Kiedy przybyliśmy do kuchni, faktycznie dostaliśmy solidną porcje jedzenia. Dostaliśmy nawet solidną porcję podsuszanej kiełbasy. Wyjedliśmy wszystko do ostatniego okruszka, a Dalinar zarządził szybki sen, aby być wypoczętym na turniej.

Następnego dnia Gordon oznajmił wszystkim zapisanym, że jest dumny z tak licznych zapisów i prawił, że to ogromna szansa na lepsze życie. Mówił, że obecnych będzie wielu wojskowych, którzy będą przyglądać się walkom. Jakby na potwierdzenie jego słów, zobaczyliśmy kilku konnych, odzianych w zbroje, wjeżdżających na teren sierocińca. Do turnieju zostało kilka godzin, a co jakiś czas pokazywali się nowi goście. Byli to zarówno zbrojni, kapłani, jak i urzędnicy miejscy. Widać turniej i Karnawał Miłości to wielkie wydarzenie dla klasztoru.

Na środku dziedzińca, część starszych dzieci przygotowywała teren areny oraz ławy dla widowni. W powietrzu czuć było atmosferę nadchodzącego wydarzenia oraz rosnące podniecenie. Sam byłem troszkę zestresowany, bo nie chciałem zawieść Dalinara w roli giermka. Wszak zawsze mogłem na niego liczyć i zazwyczaj to ja czerpałem z jego pomocy.

Z czasem zaczęli też pojawiać się kupcy ze swoimi wozami. Co jakiś czas akolici odbierali od nich pakunki, płacąc za nie wyrobami, które na co dzień w klasztorze wytwarzały dzieci. A to koce, a to skórzane kubraki, całkiem dużym wzięciem cieszyły się też cegły wypalone w naszej cegielni.

W pewnym momencie, kiedy podnieceni dyskutowaliśmy o turnieju, podszedł do nas Gordon i zwrócił się do Igo.
- Igo, pracowałeś w zielniku. Ten oto szanowny kupiec ma zamówienie na zioła, ale niestety ze względu na przygotowania do Karnawału Miłości, wszyscy kapłani są zajęci, a nie możemy sobie pozwolić, aby tak znakomity kupiec czekał. Sumiennie zrealizuj jego zamówienie.
- Przepraszam drogi Ziggo - Gordon zwrócił się do kupca - ale niestety obowiązki wzywają, zostawiam Cię w dobrych rękach.
Kiedy Gordon odszedł, Ziggo uśmiechnął się do nas. Nie było wątpliwości – to był Jaromir, którego nie poznaliśmy z początku przez gęstą brodę, wąsy oraz głęboko naciągnięty na głowę kaptur. Kiedy tylko zobaczył nasze szeroko otwierające się oczy, syknął tylko nakazując milczenie.
- To cóż, może chłopcy pomożecie w ładowaniu ziół, aby poszło sprawnie? Tam na wozie - wskazał ręką - jest pusta skrzynia. Weźcie ją, abyśmy od razu mogli przystąpić do pakowania.
Ruszyliśmy do wozu, wymieniając ze sobą zdziwione spojrzenia. Niosąc skrzynie, szliśmy za Igo, który prowadził Jaromira do herbarium.
- Dlaczego nas nie odwiedzałeś? - Szepnął Dalinar.
Jaromir dał ręką znać, abyśmy byli cicho i sam począł szeptać.
- Próbowałem się tu dostać cały czas, lecz niestety trudno wejść na teren klasztoru bez zgody Carmilli. Chciałem was stąd wydostać, ale wszystko przepadło. To długa historia, porozmawiamy później, a teraz ruszajmy, aby nie wzbudzać podejrzeń.
- Zabierzesz nas stąd? - wypalił Igo.
- Chciałbym. Tak naprawdę jestem tu po was, a nie po zioła, ale wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie.
Kiedy upewniliśmy się, że w herbarium jesteśmy sami, Jaromir rozpoczął opowieść.
- Jest grono ludzi, którzy interesują się działaniami kościoła Delidii. Wierzą, że kościół nie zajmuje się tym, czym oficjalnie się chwali. Ojciec nigdy nie rozmawiał z wami na takie tematy, może to był błąd. Ale z tym już teraz nic nie zrobimy.
- Wiedziałem, że to oszuści - wypalił Kejn.
- Musicie zachowywać się naturalnie - kontynuował Jaromir. - Nie możecie zdradzić mojej prawdziwej tożsamości, bo wtedy cały plan legnie w gruzach. A chciałbym was stąd wydostać, abyśmy znów mogli być razem. Pewni ludzie potrzebują informacji na temat tego miejsca. Będę musiał was o coś poprosić, a ja w tym czasie zorganizuję waszą ucieczkę.
- Co mamy zrobić? – dopytywał Kejn.
Nim przebrany za kupca Jaromir zdążył odpowiedzieć, nie wiedząc sam czemu, zapytałem nagle czy zna brata naszego ojca. Widać było, że zaskoczyło go to pytanie.
- Dlaczego pytasz?
- Bo rodzicie kiedyś dali mi wskazówkę, abym go odnalazł – odparłem.
- Z tego co wiem to żyje, choć wyjechał dawno i nie mieliśmy długo od niego wieści. Ale nie martw się, to twardy człowiek. Wrócimy do tego tematu później. A tymczasem wróćmy do sprawy, o której zacząłem mówić. Czy macie dostęp do wysokiego zamku? Wiem, z pewnych źródeł, że zostaliście stamtąd przeniesieni.
- Mamy - odparliśmy prawie równocześnie.
- To o co was poproszę, jest bardzo niebezpieczne. Wiem, że w zamku jest pomieszczenie, gdzie przeorysza trzyma wszystkie księgi rachunkowe. To księgi z niebieskimi okładkami. Myślę Igo, że jeśli się tam dostaniesz, to zadanie dokładnie będzie dla Ciebie. Wiem że piszesz szybko, dokładnie i bez błędów. Potrzebujemy kopii pewnych stron. I teraz się skup Igo i zapamiętaj. Dokument nazywa się księgą rozliczeń za rok 208. Interesujący nas rozdział oznaczony jest jako IIA. Skopiuj ten tekst, książkę w nienaruszonym stanie odłóż dokładnie w to samo miejsce. Nikt nie może się zorientować, że wpadła w niepowołane ręce. Kiedy zaniesiecie zioła na wóz, znajdziesz tam przygotowane przybory do pisania i pergamin. Weź go, bo będzie Ci potrzebny. Kiedy sporządzisz kopię, odnajdź mnie i oddaj. Będę się tu kręcił przez następne trzy dni, podczas trwania święta. Słuchajcie, na wozie mam cztery skrzynie, przygotowane specjalnie na waszą ucieczkę. Kiedy dam sygnał, skryjecie się tam pod kocami, a ja was zwyczajnie wywiozę. Koniec święta to najlepszy czas, by wmieszać się w ludzi, którzy będą opuszczać to miejsce. Do tego czasu uważajcie na siebie i zachowujcie się jak dotychczas.

Pożegnaliśmy Jaromira i sami udaliśmy się na dziedziniec, gdzie już zaczęły się pierwsze walki. Na przygotowanych ławach zbierało się coraz więcej gości, toczyli rozmowy, kątem oka przyglądając się toczącym pojedynkom. Po pewnym czasie do walki wywołany został Kejn. Z napięciem oglądaliśmy jego pojedynek. Nie musieliśmy emocjonować się zbyt długo, bo nasz brat nie dość, że szybszy, dzięki treningom z Jaromirem, był zwyczajnie bardziej obyty w walce niż jego przeciwnik. I dosłownie po krótkiej chwili, Gordon wskazał Kejna jako zwycięzcę. Kejn podbiegł do nas, a my wszyscy gratulowaliśmy mu z uśmiechami na twarzach. Dowiedzieliśmy się, że Dalinar będzie walczył jako trzeci, więc wykorzystując ten czas, Igo udał się do szwalni po igły, którymi Kejn chciał spróbować otworzyć drzwi w tunelach oraz siekierę z drewutni, aby w razie niepowodzenia z zamkiem wyłamać drzwi. Okazało się, że nie było z tym problemu – wszyscy zainteresowani byli tylko turniejem i nikt go nie niepokoił. Wiedzieliśmy, że jesteśmy przygotowani na wieczór i spokojnie mogliśmy oglądać dalsze zmagania.

I w końcu nastała dla mnie ważniejsza walka. Wszak wzywany był Dalinar, którego byłem giermkiem. Podbiegłem przed nim po kij, aby dumnym krokiem wnieść mu go na arenę. Ależ byłem dumny – Dalinar to jedyny zawodnik, który miał giermka. Podałem mu kij, ten podziękował mi skinieniem głowy i stanął w pozycji bojowej, a ja udałem się za wyznaczony teren areny, aby z zapartym tchem obserwować starszego brata.

Walka też nie trwała zbyt długo i mimo że Dalinar był wyraźnie wolniejszy od Kejna, znowu obycie z bronią zaowocowało szybkim zwycięstwem. Gordon przerwał walkę i rzekł „Dalinarze, to Twoje pierwsze zwycięstwo.” Podbiegłem do brata, odebrałem od niego kij i dumny jak paw, odniosłem go na stojak na broń. Poklepaliśmy go po plecach, zapewniając, że wykonał świetną robotę.

Druga walka Kejna trwała odrobinę dłużej, widać przeciwnik nie bez powodu dostał się do drugiej rundy. Lecz mimo to, nie starczyło mu umiejętności, aby sprostać naszemu bratu. Ogarnął nas prawdziwy szał radości. Podskakiwaliśmy i krzyczeliśmy głośno jego imię. To był chyba pierwszy taki wybuch radości i szczęścia odkąd zawitaliśmy w to smutne miejsce.

I ponownie został wezwany Dalinar i znów, tym bardziej dumny z powodu wyczynów braci, podałem mu broń. Jego walka, tak jak w przypadku Kejna, trwała dłużej, ale i tu doświadczenie wyniesione z domu dało mu wygraną. Naszym gratulacjom i radości nie było końca.
Widać dzieci nie muszą znać mnisiej mądrości, aby czerpać radość z czyichś sukcesów. Jak życie pokazuje, dorośli mają z tym problem. I chyba dlatego powstała ta sentencja:

„Twój sukces nie jest moją porażką. Twoje szczęście jest moim.”

Po wszystkich walkach na środek wyszedł Gordon i oznajmił, że teraz jest czas, aby zawodnicy odpoczęli, a za godzinę wylosują pary, które zmierzą się ze sobą, aby wyłonić finalistów, którzy zmierzą się ze sobą w następnych dniach. Korzystając z chwili wolnego czasu, snuliśmy plany na wieczór. Na rozmowie minęło nam dosyć sporo czasu, kiedy to usłyszeliśmy gong. Był to znak, że powoli zbliżamy się do ostatnich walk tego dnia. I w tym momencie poważnym tonem odezwał się Igo.
- Słuchajcie, jest pewna rzecz, o której wam nie powiedziałem. Po skończonych walkach, podszedł do mnie Gordon i zaproponował coś w rodzaju zakładu. Jeśli w walce spotkacie się razem i przegrasz Kejnie, odda mi żelazny pierścień, który dostałem od ojca, a który to został mi odebrany zaraz po przybyciu tutaj. Co więcej, powiedział to, zanim oznajmił o losowaniu par. Więc wydaje mi się, że losowanie będzie ustawione.
- Kogo z nas poświęciłeś za pierścień? – zapytał Kejn.
Mimo naszych usilnych tłumaczeń, nie docierało do niego, że Igo zwyczajnie w tym temacie nie miał nic do powiedzenia i że to Gordon z jakiejś przyczyny poświęcił Kejna. Widać nie był taki głupi i widział, że to właśnie Kejn najbardziej przeciwstawia się naukom Delidii, mimo iż tak naprawdę wszyscy tylko udawaliśmy jej wyznawców. Myślę, że chciał też w nas zasiać zamęt i wzajemne zniechęcenie. Na jego gust trzymaliśmy się zbyt blisko siebie, a taką grupą trudniej manipulować. Oczywiście wtedy tego nie wiedziałem i wydawało mi się to zwyczajnie dziwne, ale teraz jak o tym wspominam, jestem przekonany, że właśnie tak było.
- Wiem Kejn, że nie mogę Cie o to prosić – powiedział Igo z miną zbitego psa – ale chciałem, abyś wiedział. – Widać było, że nie podoba mu się ta sytuacja i ciąży mu niczym nieświeży posiłek na żołądku.
Kejn też nie wydawał się zadowolony, ale powiedział po prostu:
- Postaram się być w tym pojedynku najbardziej ciamajdowaty jak potrafię.
Wydawało mi się, że Igo odetchnął z ulgą.

W trakcie tej dyskusji dobiegł głos drugiego gongu, a po chwili usłyszeliśmy nawoływanie.
- Zbierzcie się wszyscy, będzie losowanie!
Kiedy przybyliśmy, Gordon stał na środku i donośnym głosem przemówił.
- Odbyło się już losowanie, przeczytam teraz pary, które będą ze sobą walczyć. Otto, zeszłoroczny mistrz, zmierzy się z Lizą, która nieoczekiwanie zabrnęła tak daleko! Druga para... Cóż za nieoczekiwana sytuacja! Naprzeciwko siebie staną bracia Kejn i Dalinar!
W tym momencie spojrzeliśmy porozumiewawczo na siebie i już wiedzieliśmy, że nie było żadnego losowania.

W pierwszym pojedynku wygrał Otto, aczkolwiek przyszło mu to ze sporym trudem, co było zaskoczeniem dla wszystkich. Aż w końcu nastała ta chwila, kiedy Gordon wezwał na plac boju naszych braci i jak zwykle udałem się z kijem za bratem, ale już z mniejszym entuzjazmem. Czułem, że w tej walce nie będzie nic ze zdrowej radosnej rywalizacji. Przed wyjściem z ringu rzekłem do Kejna smutnym głosem:
- Przepraszam Cię, ale jestem jego giermkiem.
Odsunąłem się za wyznaczony teren i razem z Igo z napięciem obserwowaliśmy walkę. Tym razem bez głośnego dopingu z naszej strony. Po długim oczekiwaniu w końcu rozpoczęła się walka. Dalinar, tak jakby zawahał się chwilę przed uderzeniem Kejna, co zaskoczyło chyba samego elfa, bo spodziewał się skutecznej obrony, a napotkał ogromną w niej lukę. Jego kij z ogromną prędkością uderzył Dalinara w szczękę. Dalinar wyglądał na zamroczonego. Nawet sam Kejn krzyknął „Bracie, nic Ci nie jest?!” Wtedy na arenę wkroczył Gordon z głośnym krzykiem „Stop! Stop! Dajmy mu dojść do siebie.” Po chwili znowu ruszyli do walki. Dalinar ruszył z furią, która zaskoczyła nawet Kejna, lecz ten szybko zmienił taktykę i zwinnym wymachem zaliczył drugie trafienie. Kątem oka spojrzałem na Igo, jego mina była niewyraźna. Kejn chciał wyprowadzić kończące, bardzo szybkie uderzenie, ale zahaczył o jakąś nierówność, stracił równowagę i z sykiem stanął na widocznie bolącej go nodze. Cios Dalinara w końcu trafił elfa. Znów musiał wkroczyć Gordon i na chwilę przerwać walkę. Tym razem to Dalinar pytał Kejna czy wszystko z nim w porządku. Po chwili znowu wrócili do walki, a Kejn wyraźnie powłóczył nogą krzywiąc się z bólu. Dalinar wykonał zamaszyste uderzenie na korpus, lecz nieoczekiwanie Kejn upadł na kolana najwidoczniej nie wytrzymując bólu w nodze. Potężne uderzenie, które albo uderzyło by go w rękę lub zeszło po jego kiju, z impetem wylądowało na jego głowie. Elf padł jak porażony piorunem. Zamarliśmy, a z twarzy Dalinara momentalnie odpłynął grymaś wściekłości i stał się biały jak kreda. Podbiegliśmy do Kejna, a w tym czasie ktoś wylał na niego wiadro wody. Kasłając i plując podniósł się, rozglądając nieobecnym wzrokiem.

Po walce Dalinar trajkotał jak najęty, jaki to nie jest wspaniały, ale że poczuł się nawet zagrożony. Igo i Kejn uciszali jego nieustający monolog. Igo podziękował Kejnowi i oznajmił, że Gordon wywiązał się z zakładu. Odzyskał swoją jedyną pamiątkę po ojcu.

Dalinar był w wyśmienitym humorze, co nie udzielało się Kejnowi, który cały czas delikatnie dawał do zrozumienia, że się podłożył, ale widać on tego nie zauważał. Można powiedzieć, że stał się nie do zniesienia. Nagle też oznajmił, że to on musi zejść pierwszy do studni, żeby zażegnać ewentualne niebezpieczeństwa, czyhające na nas na dole. Igo i Kejn byli wyraźnie jego postawą zrezygnowani.

Postąpiliśmy według wcześniejszych ustaleń, to znaczy ja z Dalinarem wydobywaliśmy glinę, a Igo i Kejn udali się tajnym przejściem, aby przepisać księgę. Ze względu na stan brata ładowałem po pół wiaderka, aby był w ogóle wstanie je wyciągnąć. Z napięciem oczekiwaliśmy na powrót braci. Czas ciągnął się okropnie, ale w końcu usłyszeliśmy ich kroki, a chwilę później pojawili się, oznajmiając, że mają po co poszli. W drodze do jadłodajni przedyskutowaliśmy, że zamknięte drzwi zostawiamy na jutro, a Igo podrzucił przepisane teksty do Jaromira, który zaraz potem zaprzągł konia i wyjechał poza teren sierocińca. Igo potwierdził, że za dwa dni nadejdzie czas ucieczki.

Następnego dnia nadeszła wielka chwila dla mnie i Dalinara. Miał walczyć w pierwszym półfinale z niejakim Mirem. Ja, jako giermek, dostałem nowy obowiązek, nałożenia na brata zbroi byłem i byłem bardziej tym przejęty niż on walką. No i wyszło też na to, że jako giermek spisałem się lepiej niż on jako wojownik. Przeciwnik, po długiej wymianie ciosów, podciął Dalinara i przystawił mu kij pod brodę. Dalinar wzbraniał się od poddania, do momentu, kiedy Mir nie zaczął wciskać mu kija w grdykę. Wtedy to Dalinar uznał jego wyższość.

Ze zniecierpliwieniem czekaliśmy do zmroku, aby zmierzyć się ze starymi drzwiami, zaopatrzeni w siekierkę i igły, którymi Kejn chciał sforsować zamek. Znając już dobrze teren oraz czyhające zagrożenia, sprawnie dotarliśmy do drzwi w podziemiach górnego zamku. Kejn wyciągnął długą igłę do szycia skór i zaczął gmerać przy zamku. Po chwili usłyszeliśmy zgrzyt, widocznie zamek ustąpił. Byłem pod wrażeniem zdolności brata. Igo zaczął podniecony mówić.
- Wyobraźcie sobie jak było by pięknie teraz znaleźć skarb, a jutro damy nogę z Jaromirem.
Jednak to nie skarby czekały za zamkniętymi drzwiami. Kejn nacisnął na klamkę i drzwi z oporem ustąpiły. Ku naszym nosom ruszyła przygnębiająca fala smrodu. Kejn zwymiotował niemal w tej samej chwili, w której otworzył drzwi, a my tylko cudem zwalczyliśmy odruch wymiotny. Kejn czym prędzej zamknął drzwi i dławiąc się wystękał – Igo, Twój skarb chyba zgnił.
Mimo zabawnego komentarza, nikomu nie było do śmiechu. Zakrywaliśmy nosy marząc o tym, by pozbyć się namacalnego wręcz smrodu. Ciekawość jednak wzięła górę nad obrzydzeniem. Zatkaliśmy nosy i elf ponownie otworzył drzwi. Przed nami majaczyło pomieszczenie, na którego środku, gdzieś na granicy światła z latarni, leżała ogromna sterta najwidoczniej gnijących śmieci. Dalinar powiedział, że pójdzie przodem. Ostrożnie ruszyliśmy naprzód. Po chwili uświadomiliśmy sobie, że sterta na środku, to nie śmieci, a sterta zwłok w różnym stadium rozkładu. Tym razem rzygaliśmy wszyscy bez wyjątku. Igo wybiegł za drzwi pierwszy, a Kejn krzyknął „Uciekajmy stąd.” Nie trzeba było nas zachęcać. Nie wiem kto wybiegł ostatni, ale Igo zatrzasnął za nami drzwi. Po chwili Kejn wypalił wzburzonym głosem.
- Nigdy nie wydostaniemy się z tego klasztoru!
- Widziałem ciało Matyldy, która opuściła klasztor miesiąc temu, bo miała 14 lat!
- Przyjrzałem się i widziałem dzieciaki, które opuściły klasztor miesiąc albo dwa miesiące temu!
- Jeśli dzieci, które rzekomo wychodzą na wolność, trafiają tutaj, to my też nie mamy szans na wydostanie się!
- Ja już nie chcę tu nic oglądać – cicho powiedział Dalinar - Chcę już wrócić na górę. - Cały jego entuzjazm i dobry humor znikły w jednej sekundzie.
- Jeśli jutro nie wydostanie nas Jaromir – kontynuował Kejn – to sami musimy stąd uciec albo przez kratę w kanałach albo tu zginiemy!

Wpadłem na pomysł, że skoro już tu jesteśmy, to może nie ma co mitrężyć i należy już spróbować zbudować sobie awaryjną drogę, jeśli plan Jaromira zawiedzie. Wszyscy łaknęli łyka, pozbawionego smrodu, powietrza i przystali na ten pomysł. Spiesznie udaliśmy się w kierunku kraty. Zbyt wystraszeni, żeby kuć i robić hałas, próbowaliśmy wyrwać choć jeden pręt. Niestety, mimo naszych wysiłków, plan nie wypalił, widocznie ktoś zadbał, aby krata osadzona była solidnie. Po około godzinnej walce, wyczerpani i zrezygnowani, poddaliśmy się. Lecz jeden z prętów został mocno poluzowany. Gdyby przyszło nam jednak tędy uciekać, myślę, że dalibyśmy radę.

Szliśmy z powrotem w kierunku studni, kiedy ktoś z nas przypomniał sobie krążące wśród dzieci legendy, obok których do tego czasu przechodziliśmy obojętnie. Czasem dało się słyszeć, że zniknęło jakieś dziecko. Zazwyczaj wytłumaczeniem było, że pewnie w nocy uciekło przez mury, zmęczone trudnym klasztornym życiem. Inna wersja, którą starsi straszyli młodszych, była historia o potworze, zamieszkującym podziemia zamku, który co jakiś czas pożera jakieś dziecko. Okazało się, że

„w każdej legendzie jest ziarnko prawdy.”

Tylko, że ani raczej nie pożarł ich wąż, ani nie uciekli. Zgadzało się jedynie, że zniknęli.

Nikt z nas nie miał ochoty wracać do tego miejsca. Wszyscy liczyliśmy, że jutrzejszego dnia uda nam się zbiec z Jaromirem. Wracaliśmy spiesznym krokiem, kiedy to przed nami, w korytarzu, usłyszeliśmy głośny krzyk. Krzyk cierpienia. Niewątpliwie był to krzyk kobiety. Stanęliśmy jak wryci, a Dalinar upuścił na ziemię siekierkę. Po czym w milczeniu ją podniósł. Przerażeni patrzyliśmy na siebie. A w korytarzu zaległa cisza. Serce biło mi jak oszalałe.
- Musimy stąd uciekać – wyszeptał Kejn. Nim wybrzmiały jego słowa, korytarz znów wypełnił bolesny krzyk. Okazało się, że krzyki dochodziły z pokoju Carmilli. Kejn zerknął przez dziurkę i po chwili wszystko nam zrelacjonował. Naga przeorysza, przywiązana do dwóch filarów, podtrzymujących baldachim łoża, stała cała zakrwawiona, a za jej plecami stały cztery półnagie kapłanki, które raz po raz uderzały jej plecy biczami. Czym prędzej udaliśmy się do wyjścia. Co jakiś czas słyszeliśmy słabnący krzyk bólu Carmilli.

Tej nocy z wiadomych przyczyn zrezygnowaliśmy z kolacji. Chcieliśmy tylko zmyć z siebie odór gnijących ciał i iść spać, żeby jak najszybciej doczekać ucieczki z Jaromirem. Niestety tej nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Wydarzenia w tunelach mocno nami wstrząsnęły. Nie pomagał dodatkowo fakt, że na zewnątrz, kiedy wcześniej nigdy się to nie zdarzało, słychać było pijackie śpiewy i głośne bełkotliwe rozmowy. Sen przyszedł dopiero niedługo przed świtem. Kiedy obudzono nas na poranne modły, czułem się jeszcze bardziej wykończony niż przed snem.

Dalinar chyba lepiej zniósł noc, bo od rana trajkotał jak najęty o wczorajszej walce i o tym, jak to Gordon źle liczył punkty i że walka była ustawiona. To chyba była jednak dobra mina do złej gry, wszak nie walczyli na punkty, a do poddania się.

Igo zaczął wywód na temat tego, że czas na walkę finałową trzeba poświęcić na zorganizowanie jakiegoś jedzenia, bukłaków z wodą i może jakiegoś noża, bo sami nie wiemy ile będzie trwała ucieczka. I chwała mu za to, bo przeczucie go nie myliło. Tylko Kejn upierał się, że trzeba udać się luzować kraty, zapominając chyba, że na czas walk wszystkie prace ustają. Dalinar z troską skwitował - Przepraszam, że uderzyłem Cię tak mocno. - Mimo powagi sytuacji, ten komentarz wywołał uśmiech na mym młodym obliczu. Dalej trwała dyskusja na temat słuszności naszych planów. Kejn upierał się, że lepiej awaryjnie gromadzić te rzeczy po zmroku, gdyby jednak nie udało się ujść z Jaromirem. Bo jeśli uciekniemy z nim, na pewno zadba o to, by niczego nam nie brakło. Rozgoryczony wypaliłem - Tak jak zadbał o nas przez ostanie dwa lata.
I znowu muszę Ci przypomnieć, jak późnej żałowałem tych słów. Mimo, ze wiem, że byłem wystraszonym dzieckiem, te słowa nadal ciąża mi na sercu.

Na śniadaniu przemówił Gordon. - Dziś odbędzie się finałowa walka i wyjątkowo dziś po walce macie czas wolny bez pracy. Ale musicie siedzieć w swoich barakach. Ta sprawa nie tyczy się tylko was. - Wskazał kijem w naszym kierunku.
- Wy macie pilną pracę do wykonania, ale zaczniecie dopiero po zmierzchu. Dziś będziemy mieli wyjątkowego gościa, a będzie to sam Orak-Ar. Dla przypomnienia jest to przywódca Czarnej Świątyni w Mar-Margot. Bardzo ważna osobistość.

Tu należą Ci się pewne wyjaśnienia drogi mentorze, bo chyba wcześniej umknęło to gdzieś w mojej opowieści. Czarna świątynia może być trochę mylącą nazwą, kojarzącą się, czy ja wiem, z wyznawcami bestii z otchłani rodem. Choć po tym co zobaczyliśmy w klasztorze, może faktycznie ta nazwa jest i adekwatna… Natomiast nazwa świątyni, która od lat budowana jest w Mar-Margot, pochodzi stąd, że budowana jest na kształt zigguratu z czarnego kamienia, powszechnego w pobliskich górach, który specjalnie wydobywany jest i sprowadzany na teren budowy.
- Przybędzie tu by uczcić koniec karnawału. Nie wiem czy pojawi się na placu, by zaszczycić was prawie, że swoją boską obecnością – bo wiedzcie, że przez niego przemawia sama Delidia. Na pewno zaś zaszczyci nas swoją osobą w wysokim zamku. Gdyby przypadkiem pojawił się na placu, obowiązkiem każdego z was jest skłonić się i czekać w tej pozycji dopóty was nie minie.

Widać było, że to ważne wydarzenie w klasztorze. Już po śniadaniu zaczęli się zjawiać kupcy, a było ich znaczniej więcej niż w poprzednie dni. Handel odbywał się już nie tylko między kupcami, a kapłanami, ale często pomiędzy samymi sprzedawcami. Około południa, tuż przed walką finałową, w tłumie kupców wypatrzyliśmy też Jaromira. Muszę powiedzieć, że długo wystawiał na próbę naszą cierpliwość i wiarę w jego chęć uratowania nas z tego potwornego miejsca. Jaromir wypatrzył nas i skinął głośno mówiąc. - Chłopcze - zwrócił się do Kejna. - Pomóż mi zapakować koce, które właśnie zakupiłem. Kejn poszedł pomagać kupcowi, po czym wrócił do nas i oznajmił
- Po zmierzchu, kiedy pojawi się ogień, mamy udać się do wozu Jaromira i ukryć się w skrzyniach. Wtedy nas wywiezie.

Osobiście nie byłem zainteresowany walką finałową, dla mnie w finale powinien znaleźć się Kejn, bądź Dalinar. Znudzony, obserwowałem więc okolicę. Faktycznie dookoła było znacznie więcej rycerzy oraz zbrojnych, którzy znacznie bardziej ochoczo sięgali po kufle z piwem i karafki z winem. Miejscami zdarzały się nawet przepychanki, ale prawdopodobnie ich zwierzchnicy tłumili konflikty w zarodku. Po walce plac zaczął szybko pustoszeć, część mniej znakomitych gości, zwyczajnie opuszczała mury klasztoru, a ci ważniejsi zapraszani byli zapewne na ucztę na wysoki zamek.

Zeszliśmy do studni, ale już tylko symulowaliśmy naszą pracę. Czekaliśmy na zmrok i sygnał do ucieczki. Po zmroku wyszliśmy ze studni i ładowaliśmy urobek do taczek, aby mieć możliwość jak najszybciej dostać się do wozu.

Może godzinę po zmierzchu usłyszeliśmy rytmiczne bicie dzwonu. I w noc popłynął krzyk pełen przerażenia - Pożar Pożar! - Na palcu nagle zrobiło się ogromne zamieszanie. Kapłani biegali i nawoływali „Do wiader, dajcie wodę.” Naszym oczom na początku ujawniła się łuna, aby po chwilę zamienić się w wysoko trzaskające płomienie bijące z dachu niskiego zamku. Płomienie łapczywie pożerały coraz większe połacie dachu. Korzystając z zamieszania, ruszyliśmy w kierunku wozu Jaromira. Igo po drodze skręcił tylko po pakunek, ukryty wśród krzaków. Wskoczyliśmy na jego wóz i spiesznie ukryliśmy się, w przygotowanych skrzyniach, naciągając na siebie koce zakupione tego dnia. Poczułem gwałtowne szarpnięcie, kiedy wóz ruszył i donośny krzyk Jaromira – Heja! Heja! – zachęcał konie do szybszego kroku.

W pewnej chwili poczułem gwałtowne szarpnięcie, łoskot, rżenie konia i donośne przekleństwa Jaromira. Ciekawość wygrała, ze strachem wychyliłem się spod koców i moim oczom ukazał się przerażający widok. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie i nim dojechaliśmy do bramy, część płonącego dachu runęła na kramy nieprzygotowanych do odjazdu jeszcze kupców. Nasz koń stawał dęba, widząc przed sobą palące się krokwie, które spadły z góry. Kupcy biegali w panice, a część koni wydostała się ze stajni i bez ładu i składu biegały w panice po dziedzińcu, tratując tych, którzy mieli pecha i znaleźli się na ich drodze.

Nagle za sobą usłyszeliśmy krzyk - Brać ich! To oni! - nie wiadomo było kto woła i kogo chcą powstrzymać. Jaromir usiłował opanować konia, który raz po raz stawał dęba przed płomieniami na swej drodze.

To co wydarzyło się później, znałem tylko z opowieści braci. Lecz dzięki medytacji, zdołałem sobie sam przypomnieć te sceny i zgadzały się z opisem moich braci. W pewnym momencie poczułem gwałtowne wibracje medalionu, a jego przyjemny dotyk, powoli zamieniał się w niewyobrażalny wręcz chłód. Coś kazało mi wstać. Wszystko trwało może z dwie, trzy sekundy, ale dla mnie jakby czas się zatrzymał. Przeraził mnie mój własny krzyk bólu, nie wiedziałem, że z dziecięcego gardła może wydobyć się tak żałosny, a zarazem donośny krzyk. Stałem tam napięty jak struna i w te dwie sekundy zarejestrowałem więcej niż mógłbym dostrzec przez minutę obserwacji. Dokładnie widziałem Jaromira walczącego z koniem, uniesione koce, spod których wszystko obserwowali moi bracia. Jak i gigantyczne straty jakie poczynił błyskawicznie rozprzestrzeniający się pożar. Widziałem stratowanych kupców, stojące przed barakami dzieci z rozdziawionymi buziami. A w następnej chwili pasma ognia lecące z każdej strony w moim kierunku. Tu tracę przytomność i urywają się wspomnienia.

Bracia wspomnieli potem, że usłyszeli mój krzyk i sekundę po tym otaczające nas płomienie zostały zassane przez moją pierś, niczym kurz wciągnięty przez trąbę powietrzną, a ja upadłem między skrzynie. Jaromir nie tracił czasu i gdy tylko płomienie zniknęły, a koń przestał się szarpać, ruszył gwałtownie przed siebie. Nie wiem ile jechaliśmy, ale kiedy obudziłem się, paliła mnie cała klatka piersiowa, a wokoło stali moi bracia, z troską w głosie pytając jak się czuję i co się stało.
- Nie wiem - odpowiedziałem jęcząc z bólu.
Jaromir słabym głosem powiedział do Igo - W tym kufrze jest pergamin i przybory do pisania. Wyciągnij go.
Igo pośpiesznie wykonał polecenie. - Daj mi to – powiedział – i trzymaj pochodnię. Igo spełnił jego prośbę i Jaromir pospiesznie zaczął coś pisać - Wyciągnij pieczęć i wosk. Jest tutaj w tym kufrze. Pod tekstem postawił pieczęć, dał pergamin Igo i z łoskotem spadł z kozła. W tym momencie zauważyliśmy, że z jego pleców sterczą dwa krótkie bełty. Jaromir próbował się podnieść, lecz nie dawał rady.
- Posadźcie mnie – wystękał. Bracia ruszyli mu z pomocą, a ja tylko przyglądałem się temu, zmagając się z własnym bólem.
- Czy możemy Ci jakoś pomóc? – zapytał Kejn.
Lecz Jaromir, jakby nie słysząc pytania, rozpoczął monolog.
- Musicie odnaleźć Vernira. Ruszycie na północ tym szlakiem. Przy wielkim, uschniętym i samotnym dębie musicie skręcić na wschód. Wiecie gdzie jest wschód prawda? Uczyłem was tego – uśmiechnął się słabo.
- Dojdziecie wtedy wąską ścieżką do malej polany, a tam znajdziecie rzekę. Pamiętajcie, musicie iść wzdłuż tej rzeki zgodnie z jej biegiem, cały czas w kierunku zachodnim. Po siedmiu dniach dojdziecie do wioski. Nazywa się Biała Osada. Tam znajdziecie Vernira. Poproście go o pomoc i dajcie mu ten list.
Z jego ust zaczęła toczyć się krew, a jego wzrok stawał się mętny.
- Bełty były chyba zatrute – wyszeptał, a coraz większe stróżki krwi płynęły po jego brodzie.
Leżąc na wozie zapytałem - Jak nazywał się brat mojego ojca?! - Widząc, że moja szansa na dotarcie do tej informacji gaśnie jak płomień wypalającej się świecy, uniesionym głosem krzyknąłem - Jego imię!
- Młody wyluzuj – skarcił mnie Kejn.
- Co, co - bełkotał już prawie Jaromir. - Vernir - wyszeptał - On wam pomoże.
Smutnym wzrokiem popatrzał na nas wszystkich, zakasłał ostatni raz i skonał.

Wspominałem Ci już wcześniej, że wielu postrzegało go jako sługę, a ja w sercu mam go jako najdzielniejszego bohatera. Myślę drogi mistrzu, że właśnie wyjaśniło się dlaczego. I dlatego, też tak mi wstyd przez moje dziecięce oceny. Ale nawet z tak bolesnej historii człowiek mądry wyciąga naukę.

„Dostrzegać swoje błędy – to inteligencja. Przyznawać się do nich – to pokora. Więcej ich nie popełniać – to mądrość.”

Uznaliśmy, że nie ma czasu na pochówek Jaromira, jako że nie wiedzieliśmy jak daleko jesteśmy od klasztoru. Postanowiliśmy złożyć ciało Jaromira na wozie i czym prędzej się oddalić i jeśli los da, pochować go godnie w bezpieczniejszym miejscu. Z trudem wnieśliśmy jego ciało na wóz. Igo chwycił za lejce i ruszył do przodu. Kejn w tym czasie myszkował po wozie, szukając czegoś co może przydać nam się w nadchodzących dniach. Po przejrzeniu skrzyń, znaleźliśmy nowe ubrania, o które zadbał Jaromir, buty, ciepłe płaszcze. Jedzenia niestety nie było zbyt wiele. Widocznie Jaromir planował krótką podróż na wozie. Biedak nie przewidział, że opłaci nasz ratunek śmiercią. Dobrze, że Igo zadbał też o zapasy, lecz wiedzieliśmy, że na planowaną podróż nam tego nie starczy. Beż żadnych oporów, wiedzeni chęcią przetrwania, przeszukaliśmy zwłoki Jaromira. Okazało się, że miał sztylet, krótki miecz i mały mieszek z monetami. Kejn zabrał sztylet i mieszek, a Dalinar ochoczo sięgnął po miecz, twierdząc, że on walczy najlepiej. Zabraliśmy też hubkę i krzesiwo. Znaleźliśmy też naszkicowaną mapę, która nic nam nie mówiła.

Szkic rejonu Karabak - mapa znaleziona w bagażu Jaromira

Igo ni stąd ni zowąd zadał pytanie - Poświęciłeś swój amulet, by nas ratować?
- Nawet nie wiem co się stało, nic nie pamiętam - odpowiedziałem.
- Zainteresowało mnie to, bo wyglądało jak jakaś magia – odparł Igo.
Wszyscy pochyliliśmy się nad mapą, ale jakbyśmy nie patrzeli, nie potrafiliśmy określić na niej naszego położenia. Mimo mroku i zmęczenia, strach przed pościgiem nie pozwolił nam się zatrzymać. Igo powoli prowadził, a my oddalaliśmy się od miejsca, które ostatniej nocy ukazało swoje prawdziwe, skrzętnie ukrywane oblicze. Po kilku godzinach jazdy, naszym oczom ukazał się gigantyczny dąb, którego uschłe konary, niczym pazury, rozpościerały się nad traktem, czekając tylko, by pochwycić nieostrożnego wędrowca. Wyobraźnia i strach podpowiadały mi takie obrazy. Na szczęście był to tylko zwykły, choć faktycznie ogromny, dąb.

Z wielki bólem zdecydowaliśmy, że nie mamy czasu na godny pochówek Jaromira, wozem wjechaliśmy w krzaki. Wyprzęgliśmy konia i obładowali tobołkiem z najpotrzebniejszymi rzeczami. Nasze stare rzeczy owinęliśmy w jeden z koców i cisnęliśmy głęboko w las. Po czym ruszyliśmy wąską ścieżką na wschód. Postanowiliśmy iść tak długo, dopóty nie wypali się jedna pochodnia. Ścieżka była tak mała, że nawet przy świetle pochodni, poruszaliśmy się bardzo wolno. Kiedy jej światło powoli zaczęło niknąć, daliśmy za wygraną i postanowiliśmy odpocząć. Z zebranych koców zrobiliśmy legowisko i przytuleni do siebie, aby ogrzać się jak najbardziej, pogrążyliśmy się w głębokim, po tak wyczerpującym dniu, śnie.

Obudziło nas słońce. Dalinar przytomnie zauważył, że musimy ograniczać się z jedzeniem i tego poranka zadowoliliśmy się jedynie pajdą suchego chleba oraz skromnymi łykami wody z bukłaka. Niestety po kilku godzinach, pragnienie wywołane pożarem i dymem, dawało się we znaki i mimo usilnych chęci, wypiliśmy całą wodę z dwóch bukłaków. Po kolejnych dwóch godzinach, usłyszeliśmy szum rzeki. W końcu ścieżka dotarła do rzeki i tam rozwidlała się na dwa kierunki. Jeden, w górę biegu rzeki na wschód, a drugi z biegiem rzeki w kierunku zachodnim. Według instrukcji zmarłego Jaromira, udaliśmy się ścieżką prowadzącą z jej biegiem. Igo napełnił bukłaki, a ja namoczyłem sobie koszulę zimną wodą i poczułem natychmiast ulgę na swoim sparzonym ciele.

Wędrowaliśmy, a za radą Igo, podzieliliśmy jedzenie na porcje. Podzielone porcje na siedem dni, wyglądały mizernie. Ale wszyscy zgodziliśmy się, że mając wody pod dostatkiem, jakoś damy radę. Tej nocy udało nam się rozpalić ognisko. Nie przypuszczałem, że może to być takie trudne. W rodzinnym domu zawsze to służba rozpalała w naszych kominkach. Jeszcze większa radość z rozpalonego ogniska przyszła w momencie, kiedy w nocy usłyszeliśmy nie tak odległe wycie wilków. Od tego momentu, przed każdym wieczorem, naszym priorytetem było zebranie odpowiedniej ilości opału, tak żeby starczyło na całą noc. Nasze optymistyczne podejście do racjonowania żywności, szybko zweryfikowała rzeczywistość. Piątego dnia zostaliśmy bez jedzenia. A i tak od czterech dni nieustanie byliśmy głodni.

Szóstego dnia głód był już nie do zniesienia, zmęczeni nieustannym marszem, postanowiliśmy zapolować na ryby. Każdy z nas, z naostrzonym patykiem, stanął w rzecze i raz za razem próbował upolować rybę. Nogi drętwiały nam od lodowatej górskiej rzeki, wargi zsiniały, a zęby wygrywały melodię, szczękając o siebie raz po raz. Kiedy zimno zmusiło nas do opuszczenia rzeki, nasz połów był mizerny. Złapaliśmy cztery ryby. Nieporadnie wypatroszyliśmy je, oczyścili z łusek i z zapałem piekliśmy nad ogniskiem. Dziś pewnie nawet bym na taką potrawę nie spojrzał, lecz tamtego dnia było to niczym uczta godna króla.

Z pełnymi brzuchami i wiarą, że jednak nam się powiedzie, ruszyliśmy dalej. W połowie dnia ścieżka, którą podążaliśmy, zdecydowanie się poszerzyła, a z prawej strony dochodziła do niej druga, równie szeroka. Było widać, że znacznie częściej pojawiali się na niej konni, widocznych było wiele śladów podków. Po kolejnych dwóch godzinach, las zaczął się przerzedzać, a w oddali zobaczyliśmy jakieś budynki.

Ale resztę opiszę Ci w następnym liście, pogoda się uspokoiła, a słońce wstaje zza gór. Czas ruszać w drogę.



...

III

Tajemnica Białej Osady i opowieść Vernira

Występują: Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 213-215 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki.


Wczorajszego dnia pogoda była łaskawa, nadrobiłem sporo drogi. Niższe partie gór nie stanowią już dla mnie takiego wyzwania, choć pamiętam o tym, że:

„Ktoś kto lekceważy potęgę przyrody, jest zwyczajnie głupcem.”

Dlatego też nie śpieszę się nadmiernie i uważnie stawiam kroki. U podnóża wysokich gór łatwo o tej porze roku o lawinę. A i zbyt wcześnie obudzony niedźwiedź, byłby niemiłą niespodzianką. Dlatego nie tracę czujności. Nastał kolejny, pogodny ranek, więc odnowię swoją więź z Ki-shak i napiszę kilka zdań do Ciebie.

Ruszyliśmy przed siebie z nadzieją, że docieramy do celu swojej podróży, a po jakimś czasie ścieżka zamieniła się w kiepskiej jakości trakt, do którego z lewej strony dochodziła kolejna odnoga, znacznie szersza, niż mijana uprzednio. Widać było ślady kół wozu. Wkraczaliśmy na jakiś mocniej uczęszczany szlak. Z kroku na krok majaczące na horyzoncie budynki rosły i niedługo po tym rozpoznaliśmy, że jednym z budynków jest młyn. W końcu jesteśmy u celu, pomyślałem, a na myśl o przyzwoitym jedzeniu, aż ślina napłynęła mi do ust. Nawet w klasztorze nigdy nie byłem tak głodny.

Koło młyna stał wóz i kręciło się kilka osób. Dalinar zadecydował, żeby nie iść razem, a Igo zadeklarował, że pójdzie wybadać otoczenie. Z oddali obserwowaliśmy, jak Igo podchodzi do jednego z mężczyzn i zaczyna rozmowę. Oczekiwaliśmy z niecierpliwością. Po krótkiej chwili, rosły mężczyzna, z którym rozmawiał Igo, kiwnął w naszym kierunku, zachęcając abyśmy podeszli. Igo nie dawał jakichś znaków, żeby tego nie robić, więc ruszyliśmy przed siebie. Powolnym krokiem Igo szedł w naszym kierunku. Zatrzymał nas w pewnej odległości od młyna. Do naszych nosów dobiegł zapach strawy. Żołądek wywinął mi kozła. Igo zapytał.
- Co robimy? Zaprosił nas do środka.
- Kupimy od niego chleb – wypalił Dalinar.
Po krótkiej dyskusji ustaliliśmy wersję wydarzeń, które doprowadziły do sytuacji, w której się znaleźliśmy i postanowiliśmy skorzystać z gościny.

Kiedy podeszliśmy, naszym oczom ukazał się wysoki, może nawet dwumetrowy mężczyzna, o postawnej budowie ciała. Jego ubiór pokryty był od stóp do głowy mąką.
- Czy możemy tu przenocować ? - Zapytał Igo.
- Oczywiście dzieci, zapraszam. Harold-młynarz jestem. - Jego głos był miły i przyjazny, niepasujący trochę do tak rosłego mężczyzny.
- Konia zaprowadźcie do stajni. Pewnie głodni jesteście? Żona coś ugotuje. A gdzie zgubiliście wóz?
- A mieliśmy przygodę – zaczął Igo.
- Koło pękło - wtrącił szybko Kejn. - I musieliśmy go porzucić, a nie mieliśmy siły go naprawić.

Harold zaprosił nas do izby. Pod piecem wesoło trzaskał ogień, było ciepło, przytulnie, a w powietrzu unosił się bajeczny zapach jedzenia. Kiedy weszliśmy do izby, od pieca obróciła się kobieta o miłym spojrzeniu.
- Nieszczęścia wy moje, co wy tu robicie sami na trakcie? Siadajcie, siadajcie – wskazała ręką ławę przy stole.
- Kobieto podaj ciepłej strawy. Widzisz, że strudzeni i głodni – ponaglał młynarz.
Zaraz potem kobieta położyła przed nami miski pełne parującej, pachnącej zupy, w której pływały solidne kawałki mięsa. Zaczęliśmy jeść łapczywie i jedliśmy bez słowa, aż nasze miski były zupełnie puste. Ostatni taki posiłek jedliśmy chyba w rodzinnym domu. Podziękowaliśmy najlepiej jak potrafiliśmy, a kobieta, z uśmiechem na twarzy, dolała każdemu z nas po kolejnej chochli zupy. Oczywiście pochłonęliśmy także dolewkę. Po ciele rozpływało się cudowne ciepło, a powieki zaczęły mi mocno ciążyć.

Młynarz czekał cierpliwie, aż zjemy, po czym zapytał:
- No dobra chłopaki, co wy tu tak naprawdę robicie?
- Podróżujemy do Białej Osady – zgodnie z prawdą odpowiedział Kejn. - W dobrym kierunku zmierzamy?
- W dobrym – odpowiedział Harold. - To dzień drogi stąd, odpoczniecie dziś u mnie, a jutro was tam zabiorę wozem. Wybieram się tam rano z mąką. A dlaczego tam zmierzacie? - nie ustępował.
- Rodzice zapadli na chorobę i już nie mogą się nami opiekować, wyruszyliśmy zatem do stryja – odpowiedział Igo.
- A jak zwie się wasz stryjek? Bo chyba nie dosłyszałem.
- Vernir – odpowiedział Dalinar.
- Vernir powiadacie? Dawno nie słyszałem tego imienia. Pomogę wam go odszukać. Muszę przyznać, że mieliście dużo szczęścia, że bezpiecznie dotarliście aż tutaj. To niebezpieczne tereny, opanowane przez łowców niewolników. Świat stał się bardzo brutalny, może jeszcze się o tym nie przekonaliście, ale niestety wszystko przed wami. A co do Vernira, zaskoczyliście mnie. On od lat nie używa tego imienia. Teraz mianuje się Ragn i jest sołtysem Białej Osady. Jutro się z nim spotkacie. I proszę was, we wsi używajcie tego właśnie imienia.

Mimo wczesnej pory, udaliśmy się na spoczynek i momentalnie zasnęliśmy. Rano obudził nas pogodny głos gospodyni.
- Wstawać, wstawać. Musicie zjeść śniadanie przed podróżą. Zapraszam do stołu.
Nie trzeba było nas długo namawiać. Szybko pozbieraliśmy się i zasiedliśmy przy stole. Śniadanie było równie obfite co smaczne. Zajadaliśmy pajdy świeżego chleba, które moczyliśmy w zupie, która pozostała z wczorajszego obiadu. Po chwili do kuchni wszedł Harold z trójką chłopaków, w wieku kilkunastu lat.
- Czas się zbierać. Przywiążcie swojego konia do wozu i siadajcie.
Jeszcze raz podziękowaliśmy gospodyni za strawę, pożegnaliśmy się i zasiedliśmy na workach z mąką. Podróżowaliśmy w milczeniu, a po pewnym czasie okolica zaczęła się zmieniać. Zaczęły pojawiać się pola uprawne, a chwilę potem pierwsze, mocno rozproszone gospodarstwa. Po pewnym czasie zobaczyliśmy większe skupisko domów, a obok na wzgórzu ruiny zamku. Młynarz skwitował – Dojeżdżamy.

Wioska kiedyś musiała być dobrze chroniona, bo wokół niej rozciągały się resztki grubego, obronnego muru. W centralnym punkcie stała dosyć duża karczma. Nad drzwiami, na wietrze bujał się szyld „Karczma pod Dębem”, a niedaleko stał zupełnie niepasujący, duży murowany dom. Jego ściany były pokryte białą farbą. Kiedyś na pewno prezentował się wspaniale, lecz teraz farba była mocno pociemniała, a gdzieniegdzie odchodziła, ukazując kamień. Lecz i tak dom prezentował się na tle chałup okazale. Przejechaliśmy obok kuźni, gdzie brodaty krasnolud z zapałem wykuwał podkowy. Przed karczmą stało kilka wozów, widać szlak, który przebiegał przez osadę był całkiem ruchliwy.
- No cóż, jesteśmy na miejscu chłopaki. Chodźcie za mną, zaprowadzę was do Ragna.
Zaprowadził nas pod drzwi białego domu i zapukał. Drzwi otworzył mężczyzna w średnim wieku, chwilę rozmawiali po cichu. Harold dał znać ręką, abyśmy poczekali i wszedł do środka. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy przed drzwiami. Po kilku minutach drzwi otworzyły się i młynarz podszedł do nas z mężczyzną, z którym wszedł do budynku.
- Witajcie - odezwał się nieznajomy. - Jestem Ragn, podobno mnie szukacie. Dziękuję Ci Haroldzie, widzimy się za dwa dni. A wy przywiążcie swojego rumaka i wejdźcie do środka.
Kiedy młynarz odchodził, podziękowaliśmy mu i Kejn chciał wcisnąć mu w dłoń kilka srebrnych monet w podzięce.
- Nie mamy dużo, ale chcieliśmy się odpłacić za posiłek.
Harold uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział – Zatrzymajcie, wam się bardziej przydadzą.
- Zapraszam – Sołtys wskazał ręką drzwi.
- Niech poda swoje wcześniejsze imię – powiedział Kejn.
Igo wyciągnął pergamin i podał go Ragnowi - To chyba jest adresowane do Ciebie. Myślę, że wyjaśni sytuację.
Kejn upierał się przy swoim - Nie wejdę, jeśli nie poda swojego imienia.
- Uspokój się – zganił go Igo.
- Jestem spokojny, ale szliśmy tu siedem dni.
Ignorując Kejna, weszliśmy do środka.

Naszym oczom ukazał się całkiem obszerny pokój z kominkiem. Ragn wskazał na krzesła przy stole, zachęcając nas, abyśmy usiedli. Skorzystaliśmy z zaproszenia. Spokojnymi ruchami nabił fajkę, odpalił kawałkiem drzewa wyciągniętym z kominka i rozsiadł się na bujanym fotelu.
- Słyszałem, że szukacie Vernira – powiedział wypuszczając kłęby dymu. - Skąd znacie moje imię?
- Od Jaromira - odpowiedzieliśmy prawie równocześnie - Naszego opiekuna.
Ragn rozwinął list, który wręczył mu Igo, czytał w skupieniu i po chwili rzekł:
- Hm rozumiem, to wszystko wyjaśnia.
- Dla nas nic nie wyjaśnia - przegadywaliśmy się jeden przez drugiego.
- Ty wiesz już coś o nas, a my nadal nic o Tobie – powiedział Igo.
Ragn jakby zignorował nasze słowa i ciągnął dalej - Faktycznie znałem Jaromira. Rozumiem, że nie żyje.
Mimo naszych próśb o wyjaśnienia Ragn ignorował je.
- Zapamiętajcie. Nigdy nie używajcie mojego starego imienia. Jestem Ragn, sołtys Białej Osady. I opiekuję się tym miejscem. Jak się zwiecie?
Przedstawiliśmy się po kolei.
- Daliran de Vries.
- Gniewomir de Vries.
- Igo de Vries.
- Kejn de Vries.
- Miło mi was poznać. Rozumiem, że nie macie się gdzie podziać. Jaromir w liście napisał mi tylko, że powierza was mojej opiece i że jesteście synami Roberta de Vries. Zamieszkacie tu. Będziecie tu bezpieczni. Na terenie wioski funkcjonuje ochronka, do której przygarniamy czasem sieroty. Przed wami długa droga, ale ja wam wszystko wyjaśnię, zwyczajnie musicie mi zaufać. Upraszam was, abyście zwracali się do mnie Ragn, nawet gdy jesteśmy sami. Kiedyś byłem wędrownym rycerzem, lecz to było dawno. Porzuciłem to imię i tamto życie. Kiedyś, gdy będziecie starsi, wszystko wam wyjaśnię. Postaram się wychować was jak własnych synów, a potem, cóż, wasza wola jaka drogę obierzecie. Na ten moment w końcu jesteście bezpieczni. Co wy na to? Zostajecie tu, czy może macie inne plany?
- Zostaniemy parę dni, a później się zobaczy – odpowiedział Dalinar.
- Naszą wioskę odwiedza wielu podróżników, awanturników, kupców. Zazwyczaj zatrzymują się w gospodzie, to często nieciekawe typy. Nie zaglądajcie tam dla waszego dobra, to nie miejsce dla dzieci. Póki co znajdę dla was miejsce w ochronce siostry Celesty i Eugenii – a widząc nasze przerażenie, dodał – spokojnie, to nie siostry zakonne.
- Zapewne widzieliście ruiny zamku - kontynuował - To forteca Manmar, nazywana tak od rodziny, która władała tymi włościami dawno temu. Ochronka znajduje się w dawnym budynku służby. Zgaduję, że skoro jesteście synami Roberta, odebraliście solidne wykształcenie odpowiednie dla swego wieku. Cóż, postaramy się rozwinąć jakoś wasze zainteresowania, a ja postaram się wychować was jak najlepiej potrafię. Jakoś to będzie. Dziś nie mam więcej czasu, ale możecie mi zadać jakieś pytania, bo pewno macie ich sporo.
- A i jeszcze jedno – dodał – nie używajcie tu nigdy swojego rodowego nazwiska. W razie pytań jesteście dziećmi kupca, który po prostu zginął na szlaku, a ja przygarnąłem was do ochronki.
- Czy nasz ojciec mógł mieć wrogów? – zapytał zdziwiony Igo.
- Myślę, że tak, ale nie wiem czy uda mi się kiedykolwiek ustalić jakich. Wiecie Mar-Margot i Biała Osada nie są od siebie aż tak daleko.
Brat mojego ojca chodził mi po głowie od lat, zamieniał się w moją małą obsesję, więc zapytałem:
- Czy wiesz gdzie odnajdę brat Roberta? Jaromir twierdził, że udzielisz mi odpowiedzi.
Ragn wyglądał na zaskoczonego - A dlaczego go szukasz i skąd pomysł, że mogę Ci pomóc?
- Szukam go dlatego, że moja matka sobie tego życzyła, a pytam Ciebie, bo Jaromir wskazał właśnie na Ciebie.
- Postaram się czegoś dowiedzieć, ale to potrwa, a na ten czas nie jestem wstanie Ci pomóc.
Ragn zaprowadził nas do ochronki, gdzie powitały nas dwie starsze kobiety, które opiekowały się tym miejscem. Dostaliśmy osobny pokój, który, po drobnych porządkach, można było uznać za całkiem przytulny. Ochronka pełniła też rolę szkoły dla dzieci tutejszych gospodarzy.

I tak też rozpoczął się nowy etap naszego życia. Z czasem dowiedzieliśmy się, że Biała Osada to wolna miejscowość, która nie podlega żadnemu władyce. Ragn, można powiedzieć, jednoosobowo zarządzał tymi ziemiami. Rozstrzygał spory między mieszkańcami, a kiedy trzeba było organizował zbrojną pomoc. Żył prawdopodobnie z podatków, które nałożone były na gospodarstwa oraz działającą w wiosce gospodę, która, jako że stała na dosyć uczęszczanym szlaku, zapewne przynosiła solidne dochody. Mimo że nieoficjalnie, czasem można było odnieść wrażenie, że Markus, kowal z tutejszej kuźni, był jego prawą ręką i zaufanym przyjacielem. Gospodę prowadził niejaki Ian, a z osób wyróżniających się z osady należy wspomnieć jeszcze dwóch najemników, opłacanych przez Ragna. Byli to Taurus i Norman i dbali o to, aby przyjezdnym do wioski, jeden kufel piwa, czy butelka gorzałki, zbytnio nie pozwoliła szaleć. Dopytywaliśmy o podniszczony budynek, który kiedyś mógł być niewielką kapliczką, lecz nie było w nim żadnych symboli potwierdzających, że mogło to być miejsce kultu.
- Tak, to była w odległych czasach kaplica dawno zapomnianego bóstwa, które teraz wyznaje już naprawdę niewielka grupa ludzi. Nazywano go Dagerrod i był bóstwem wiedzy i opiekunem pustelników. Nie dzielcie się tą wiedzą z nikim, bo to stara wiara, której wyznawanie jest obecnie zakazane – powiedział nam Ragn.

Ragn czasami zabierał nas na objazd po włościach i to wtedy też dowiadywaliśmy się dużo na temat regionu w którym się znajdowaliśmy. Właśnie wtedy miał najwięcej czasu, by odpowiadać na pytania, które nas nurtowały. Często wprawdzie zbywał nasze odpowiedzi stwierdzeniem, że jeszcze mamy na taką wiedzę czas, ale świadomość dostatku w jakim żyliśmy w rodzinnym domu, a potem naszej izolacji w klasztorze, skłaniała go czasem do ukazania nam niebezpiecznych stron życia. I tak dowiedzieliśmy się o tym jak popularne jest niewolnictwo w całym imperium Delidii, że właściciel mógł traktować niewolnika jak przedmiot i zrobić z nim wszystko. Dowiedzieliśmy się trochę o pogromie i ucieczce elfów z tych ziem. I tak jak elfy były pogardzane i prześladowane, to dla odmiany krasnoludy były szanowanym ludem, z którym często robiono interesy. Przynajmniej w Karabaku. Działo się to dzięki ich niebywałej biegłości w wydobywaniu kryształów Amuru, jak i drogocennych kamieni i złota.

Po około trzech miesiącach Ragn oznajmił, że zabiera nas do Grahama - Jeszcze go nie poznaliście. To mój stary przyjaciel. Mieszka w jednym z najdalszych domów w Białej Osadzie, a jako że mam do niego pewną sprawę, wykorzystam to, abyście lepiej poznali okolicę.
Ucieszyliśmy się niezmiernie, bo każda taka wyprawa to była szansa na dłuższe spędzenie czasu z Ragnem i na spokojne rozmowy, kiedy to nie był zajęty sprawami wioski. Kiedy nazajutrz o świcie wyjechaliśmy i zostawiliśmy za sobą zabudowania wioski, Ragn powiedział – Słuchajcie. Widzę, że często kręcicie się w okolicach karczmy. Rozumiem, że jesteście ciekawi świata i ludzi, lecz uważajcie, ponieważ zdarzały się już tam burdy. I muszę wam coś powiedzieć, choć nie wiem czy powinienem... Uważajcie na to co mówicie przy Ianie.
- Masz z nim jakiś konflikt? - dopytywał Igo.
- Wiecie, łączą nas wspólne interesy. Ale to dziwny typ. Przybył tu kilka lat temu i kupił tą gospodę. Czasami kręcą się przy nim podejrzani ludzie. Po prostu uważajcie co przy nim mówicie, bo nie wiem czy przypadkiem dla kogoś nie pracuje.
- A opowiedz nam o Grahamie – dopytywał Kejn.
- Graham to rolnik, który osiadł tu dawno temu, tak samo jak Harold młynarz. Wiecie, ja kiedyś służyłem w wojsku. Byłem wędrownym rycerzem bez włości, a Graham był moim towarzyszem broni. Osiedlił się tu razem ze mną ładny kawałek czasu temu. Założył rodzinę, został rolnikiem i obecnie ma dziesięciu synów. Jego pierwsza żona zmarła w połogu, a z drugą żoną, Rothildą, mają czwórkę dzieci. Wszyscy pracują na famie i mają sporo pracy.
Korzystając ze wspólnego czasu, zadawaliśmy mnóstwo pytań. Igo dopytywał jak został sołtysem. Dowiedzieliśmy się, że ziemie te wygrał w kości. Przy tej krótkiej wymianie zdań, doszło do nas, że nasz ojciec był właścicielem kilku wiosek i zapytaliśmy Ragna, czy może wie, co się z nimi stało.
- Wiecie, Mar-Margot jest kawałek stąd i niestety niewiele wieści trafia do moich uszu. Lecz czasami tam bywam i postaram się czegoś dowiedzieć, lecz w obecnej sytuacji muszę być bardzo ostrożny, by nie wzbudzać podejrzeń.
Rozgorzała dyskusja na temat tego, że cały pożar naszego domu, z perspektywy czasu, to mogło być podpalenie. Wszak powinniśmy zostać prawowitymi właścicielami dóbr po ojcu. Miał kilka tartaków, młyny, wioski. Do czasu osiągnięcia pełnoletności, mógł opiekować się nami Jaromir, lecz z jakiegoś powodu musiał wykraść nas z sierocińca, jak złodziej, co przypłacił życiem. Posłał nas do osoby, która ukrywa się pod wymyślonym imieniem. Dyskutowaliśmy w na ten temat w drodze do Grahama.
- Cóż jest wiele tajemnic, które będę starał się wam wyjawić, lecz nie wszystko naraz – odezwał się Ragn.
- To wszystko jakoś nie pasuje – rozumował Igo – Powinniśmy być właścicielami majątku, a kiedy trafiliśmy do ciotki, traktowała nas jakbyśmy nic nie mieli. To wszystko wygląda tak, jakby jakaś siła czyhała na nas lub na majątek ojca.
- Dlatego też cały czas proszę, abyście trzymali swoje pochodzenie w tajemnicy - skwitował Ragn.
- Takimi słowami też sugerujesz, że coś na nas czyha, dlatego pytamy skąd masz takie podejrzenia - nie odpuszczał Igo.
Widzisz drogi mistrzu. Gdyby ojciec nie chciał nas tak bardzo chronić przed światem zewnętrznym i podzielił się wiedzą na temat pewnych sekretów, może bylibyśmy lepiej przygotowani i nie znaleźlibyśmy się w tak trudnych i zagmatwanych sytuacjach. Miałeś rację mówiąc:

„Zło na świecie płynie niemal zawsze z niewiedzy.”

- Z tego co wiem, powinniście być prawowitymi spadkobiercami po Robercie, dlatego też zalecam ostrożność, bo ta sprawa jest mocno podejrzana. Lecz nie wiem jak była rozpatrywana i dlaczego trafiliście do sierocińca po śmierci rodziców. Potrzebuję czasu, aby zorientować się jak się mają sprawy w mieście, a niestety, jak już wspomniałem, nie bywam tam zbyt często.

W trakcie rozmowy podróż minęła szybko i w końcu dojechaliśmy do domu Grahama. Na przywitanie wyszedł do nas największy człowiek jakiego widziałem w życiu i nie były to moje dziecięce urojenia. Chłop miał dobre dwa i pół metra wzrostu. W parze ze wzrostem szła szerokość w barach i ogromne mięśnie. Krok za nim kroczyła jego żona. Nie wiem gdzie się dobrali, ale w jednym miejscu zobaczyłem najwyższego mężczyznę i najwyższą kobietę jaką kiedykolwiek widziałem.
Ragn przedstawił nas, a Graham swoją liczną rodzinę. Jego dorośli synowie niewiele ustępowali mu posturą, ale żaden nie był tak wysoki jak on.
Szepnąłem do Igo - On to chyba konia dosiada jak kucyka.

Farma była ogromna. Świnie, krowy, kury i jak okiem sięgnąć pola. Nawet dla tak licznej rodziny, było co tu robić przez okrągły rok. Graham zaprowadził nas do domu, który też robił wrażenie. Grzech nazwać by to było kuchnią. Była to raczej sala biesiadna z wielkim stołem, który własnoręcznie wykonał Gragam, jak i większość mebli w tym domu. Specjalnie na tę okazje zabili świniaka, więc uczta zapowiadała się wyśmienicie.
Szybko zaprzyjaźniliśmy się z młodszymi dziećmi i kiedy starsi nadal siedzieli przy stole i popijali piwo, rozmawiając z Ragnem, my radośnie oddawaliśmy się zabawie. Kiedy kładliśmy się spać, biesiada trwała w najlepsze. Gdy obudziliśmy się rano, przekonaliśmy się, że biesiadnicy nie wylewali za kołnierz. Zarówno Ragn, Graham, jego żona oraz trójka najstarszych synów, pochrapywali z głowami wspartymi o stół. Psy wyjadały resztki, a wszędzie unosił się zapach alkoholu. Trzeba przyznać, że jak już się spotkali, to umieli się zabawić. Widząc to reszta synów Grahama oznajmiła ku naszej radości, że na pewno dziś nie wrócimy do Białej Osady, sądząc po stanie i ojca i sołtysa. Porwaliśmy resztki jedzenia ze stołu i wybiegliśmy na podwórze.
Z całej gromady do gustu przypadli nam najbardziej Will i Ron, pewnie dlatego, że byli podobnego wieku. I to właśnie z nimi udaliśmy się w las, aby bawić się w polowanie, a po południu w podchody. Zabawa trwała w najlepsze, kiedy nagle usłyszeliśmy głośny krzyk Willa – Aaaaaaaaaa! Pomocy! Ratunku!
Nie wiedząc co się stało, pobiegliśmy w kierunku krzyku. Kiedy dobiegliśmy do miejsca, z którego wydobywał się krzyk, naszym oczom ukazała się duża, głęboka na kilka metrów dziura, na dnie której z bólu zwijał się Will, trzymając się za nogę.
- Aaaaa! Moja noga! Złamałem nogę!

Dziura :)


Od razu zadeklarowałem, że pobiegnę po pomoc, a Dalinar wybrał się ze mną. Biegiem ruszyliśmy w kierunku domu, dwa kroki przed nami biegł Ron. Z głośnym krzykiem wbiegliśmy do gospodarstwa.
- Pomocy! Pomocy! Will spadł do dziury!
- Potrzebujemy liny i jakiejś pochodni! – krzyczałem.
Graham i Ragn zerwali się szybko. Gospodarz zakrzyknął na dwóch najstarszych synów, którzy zabrali solidny powróz i pochodnie. Ron ruszył biegiem w kierunku lasu, a my za nim. Po chwili stanęliśmy nad rozpadliną, na dnie której jęczał Will. Szybko przywiązali linę do drzewa i opuścili na dół. Graham chciał schodzić już po syna, ale gdy tylko podszedł na skraj rozpadliny, wszystko zaczęło się osuwać. Z dołu jęknął Will, który widocznie dostał spadającymi kamieniami.
- Ja tam mogę zejść - zadeklarował Kejn - Jestem lżejszy.
Kejn, przy pomocy liny, sprawnie zszedł na dół. Gdy był na dole, Graham zrzucił mu zapaloną pochodnię. Kejn podniósł ją i rozświetlił panujący na dole mrok. Okazało się, że tam gdzie ziemia się nie zawaliła, widniał korytarz – jakby jakiś podziemny tunel. Kejn wbił pochodnię w osypaną ziemię i ostrożnie zaczął badać nogę Willa.
- Ma złamaną nogę! - Z dołu zakrzyknął Kejn.
Pomógł mu wstać. Will kuśtykał na jednej nodze, wspierając się ciężko na Kejnie. Elf obwiązał wokół niego linę, położył go delikatnie plecami do osuwiska i polecił go wciągnąć. Graham pociągnął za linę i Will, w akompaniamencie krzyków bólu, został wciągnięty do góry. Zaabsorbowani wciąganiem Willa, nie zauważyliśmy, że Kejn zabrał pochodnię i zniknął w tunelu. Kiedy spojrzeliśmy na dół, z tunelu biło migoczące światło pochodni. Po sekundzie usłyszeliśmy krzyk Kejna
- Coś tu jest!
- Kejn! Wracaj do mnie! – krzyczał Ragn.
Ale dostrzegliśmy tylko, iż migające światło oddala się od krawędzi tunelu, więc Kejn szedł dalej.
Dosłownie po chwili światło zaczęło się przybliżać i z tunelu wyszedł elf.
- Co tam jest? – dopytywał Ragn.
- Niewiele – odkrzyknął z dołu Kejn - Tunel biegnie kilka metrów i kończy się ścianą.
- Zabierzcie Willa do domu - wydał polecenie Graham – Kejn, zostań na dole, schodzimy do ciebie.
- Ty zostajesz – powiedział do Rona Graham - Pilnuj liny.
Po chwili wszyscy udaliśmy się po osuwisku do Kejna.
- Chłopaki idziecie za mną i nie dotykamy niczego – mówił dziwnie podniecony Ragn – Ruszajmy.
Dosłownie po kilku metrach korytarz kończył się murem, ozdobionym kamienną płytą, z wyrzeźbionymi w dziwnym języku słowami. Pod słowami, w kamieniu, znajdowała się misternie wyrzeźbiona róża, z której spływała kropla krwi.

Symbol Zakonu Atolla


- Jak mogłem na to nie wpaść. Szukaliśmy cały czas w złym miejscu – powiedział Ragn do Grahama - Kamienna tablica mówiła prawdę. Musimy to sprawdzić.
- No to próbuj – odpowiedział Graham.
Vernir, zwany Ragnem, wypowiedział kilka słów w dziwnym języku. Minęło kilka sekund przejmującej ciszy, gdy nagle usłyszeliśmy jakieś dwa słowa wypowiedziane w tym samym języku, tak jakby sama tablica była autorem tych słów. Płyta zaczęła migotać w blasku pochodni, po czym znikła. Z naszych ust wydobyło się westchnienie zarówno zachwytu, jak i zaskoczenia. Ragn podniósł wyżej pochodnię i naszym oczom ukazała się sala. Ragn obrócił się do nas i szepnął – Cii. Niczego nie dotykajcie - ucinając nasze pytania.
Wszedł do środka pierwszy i zaczął rozświetlać pochodnie zatknięte w uchwyty na ścianach. Nie miałem wątpliwości, że byliśmy w jakiejś starej krypcie. Po drugiej stronie pomieszczenia znajdował się sarkofag, którego płytę zdobiła płaskorzeźba rycerza z mieczem w dłoni. Obok sarkofagu, na podłodze, stał duży, okuty, solidny kufer. Za Ragnem wszedł Graham. Vernir obrócił się do nas i powiedział:
- Chłopaki uklęknijcie i oddajcie hołd temu człowiekowi - Po czym sami uklękli.
Wykonaliśmy polecenie, a Kejn zapytał - Gdzie my jesteśmy? Co to za grobowiec?
- Jeszcze nie jesteśmy pewni, ale prawdopodobnie jest to jeden z ostatnich władców twierdzy Manmarr, której ruiny górują nad naszą osadą.
Ragn wstał, podszedł do kufra i otworzył go, a my z ciekawością zaglądaliśmy mu przez ramię. W środku było kilka zabezpieczonych materiałem ksiąg. Ragn delikatnie począł rozwijać pakunki. Naszym oczom ukazały się jakieś księgi, dwa płomienne sztylety oraz coś co spodobało nam się najbardziej, to jest sporej wielkości niebieski kryształ, opleciony srebrnymi, misternie wykonanymi drucikami, który jarzył się wewnętrznym blaskiem.
- Dobra chłopaki, zabieramy się stąd - Podniósł tylko zawiniątko z kryształem, a resztę owinął w materiał, ułożył w kufrze i zamknął wieko - Porozmawiamy o wszystkim w gospodarstwie.

Po wyjściu z dołu, pościnaliśmy kilka większych gałęzi, aby go zamaskować i udaliśmy się do gospodarstwa.
- Słuchajcie chłopaki – Powiedział Ragn w drodze, ale nie daliśmy mu dokończyć i chórem odpowiedzieliśmy
- Pod żadnym pozorem nie możemy o tym mówić!
- Nie wiemy dokładnie co to jest, ale prawdopodobnie coś czego szukaliśmy tu od wielu lat. Prowadzimy pewne badania na temat historii tej fortecy.
- Dawno umarł? - wypalił Dalinar.
- No wiecie, z tego co wiemy forteca została zniszczona około 500 lat temu.
- Pięćset lat temu! – zakrzyknął zdziwiony Dalinar.
- A co to za klejnot? - dopytywaliśmy się.
- To nie klejnot, a kryształ. Tego typu kryształy zwane są kryształami Amuru i są wydobywane w rejonie Karabaku. Ale ja nie znam ich właściwości.
Dotarliśmy do domu i z troską zapytaliśmy się co u Willa. Dowiedzieliśmy się, że nogę trzeba nastawić, a lekarz jest daleko stąd, w Mar-Margot i sprowadzenie go zajmie zbyt dużo czasu. Wszyscy obawiali się, że Will zostanie kaleką. Z pomocą przyszli Kejn i Igo. Kejn zaoferował, że pomoże w nastawieniu nogi, bo praktykował takie rzeczy zanim trafił do rodziny de Vries, a Igo sporządził napar z ziół, który miał zmniejszyć ból. Kejn zadziwiająco dobrze poradził sobie z nastawieniem i usztywnieniem złamanej kości. Resztę musiał zrobić czas.
Wieczorem Ragn podziękował nam za pomoc, lecz większość pytań zbywał. Następnego dnia, koło południa, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i wyruszyliśmy do Białej Osady. W drodze zapytaliśmy w jakim języku zapisane były słowa na tablicy, która znikła wraz ze ścianą. Dowiedzieliśmy się iż był to język, jednego z dawnych zakonów rycerskich.

Od wydarzeń na farmie Grahama minęło kilka tygodni. Zauważyliśmy, że Ragn znacznie częściej niż dotychczas, opuszczał konno wioskę. Ale zmęczeni już ciągłym zbywaniem, nie dopytywaliśmy o nic. Wszak na wszystko przyjdzie czas.
Jakiś czas później do wioski zawitał wędrowiec. Pewnie nie zwróciłby naszej uwagi, gdyby nie fakt, że nie nocował w karczmie, a pozostał gościem Vernira. Miał około pięćdziesięciu lat, przyjechał na siwym, pięknym koniu, a ubrany był zdecydowanie lepiej niż wszyscy dotychczasowi goście i nosił się cały na czarno. Któregoś dnia Celesta oznajmiła nam, że sołtys zaprasza nas na obiad. Tam też przy stole siedział tajemniczy nieznajomy.
- Siadajcie, małżonka zaraz poda obiad. To jest Anton - przedstawił nam gościa - Mój dobry znajomy, z którym od dawna się nie widzieliśmy.
Anton nie był zbyt rozmowny, lecz zagaił do nas skąd się tu znaleźliśmy.
- Korzystamy z dobroci Ragna - odpowiedział Igo.
- Jesteśmy sierotami.
- Podróżowaliśmy z kupcem, który pozgarniał nas z rozbitych rodzin i niestety zmarło się mu w drodze i zostaliśmy bez opieki.
- Skierował nas tu młynarz – dodał Kejn.
- Ragn to poczciwy człowiek, na pewno wszystko się ułoży, no a teraz jedzmy nim wszystko wystygnie.
Po chwili wtrącił - Widzę, że sprawnie posługujecie się sztućcami. To rzadkie w tych czasach.
- Jesteśmy dobrze uczeni w tutejszej szkole – odpowiedział Kejn.
- A no tak, to dwie wspaniałe kobiety – odpowiedział Anton.
Anton nie zadawał już do końca obiadu więcej pytań. Podziękowaliśmy za obiad i udaliśmy się do swoich zajęć. Następnego dnia tajemniczy gość wyjechał.

Minęło kilka miesięcy. Ragn coraz więcej czasu spędzał wraz z krasnoludem Markusem na terenie ruin fortecy. Ściągnął nawet z miasta grupę kamieniarzy, którzy odzyskiwali z fortecy kamień i zwozili go do wioski. Ponoć Ragn chciał wybudować coś w wiosce. Nie widywaliśmy się z nim prawie wcale, a przy rzadkich spotkaniach zbywał jak zwykle nasze pytania. Czas biegł leniwie na nauce i pracy, którą przydzielała nam Celesta oraz oczywiście zabawie. Od czasu do czasu Celesta wysyłała nas do prac w karczmie, a to przy rozładunku zaopatrzenia, a to do sprzątania, a czasami nawet do obsługi, jeśli było wyjątkowo tłoczno. Pewnego dnia, kiedy właśnie pomagaliśmy, w karczmie było bardzo tłoczno, bo do wsi zawitała sporo grupa być może najemników, być może jakiś żołnierzy. Wszyscy pod bronią, a z oczu patrzyło im tak, że strach było ich obsługiwać. Z każdym wypitym kuflem byli coraz głośniejsi i coraz mniej przyjemni. Ian podszedł do nas i ostrzegł - Uważajcie na nich. Mam do takich typków nosa. Może być awantura.
Z czasem miejscowi zaczęli wychodzić ukradkiem. A pijatyka przybierała na sile. Jeden rzucił dzbanem o ścianę, inni wybuchnęli śmiechem i bili mu brawo. Po chwili do karczmy wszedł Ragn i Markus, jak spod ziemi pojawili się Norman i Taurus. Usiedli z boku i nerwowo przyglądali się sytuacji. Z każdą chwilą sytuacja się zaogniała, co rusz było słychać krzyki, że dziś sobie poużywają na wioskowych kobietach. W końcu zaczepili Normana, w ruch poszła broń i w kilku ruszyli na najemnika. Mimo że obyty w boju, w końcu padł cięty w ramię - polała się krew. Ale jak to mówią

„Nawet szermierz dupa, kiedy wrogów kupa.”

Ktoś jeszcze w miarę trzeźwy z tej kompanii uspokoił agresorów, ale wiedzieliśmy, że spokój nie potrwa długo. Gospodarz pomógł wstać Normanowi i poszli na zaplecze. Taurus, widząc co się dzieje i jaką przewagą mają potencjalni agresorzy, też się wycofał. Ragn wstał i próbował załagodzić sytuację
- Spokojnie mości panowie! – krzyknął - Karczmarzu piwa dla tych panów. Na koszt sołtysa!
Podniósł się tumult i głośne wiwaty. Ktoś rzucił w Ragna garścią srebrników.
Ragn skinął na nas. Podeszliśmy.
- Chłopaki umiecie jeździć konno?
- Ja potrafię – odpowiedział Igo.
- Dobrze. W stajni jest mój koń. Jedź jak najprędzej do Grahama i powiedz co tu się wyprawia. Spiesz się, a wy obsługujcie ich dalej.
Wydawało się, że czas stoi w miejscu. Żołdacy byli coraz bardziej pijani i agresywni, a Igo nie wracał. Ponownie skinął na nas sołtys i powiedział:
- Trzeba udobruchać to towarzystwo, bo znowu komuś stanie się krzywda. Przed chwilą szarpali już Iana, mimo iż mieli darmowe trunki. Powiem im, że umiecie ich rozśmieszyć. Wymyślcie coś, jakieś piosenki, poopowiadajcie głupoty. - Z przerażeniem zgodziliśmy się. Cóż było począć?
- Panowie – głośno rzekł Ragn - Mamy tu grupę kuglarzy, są miejscowi, ale naprawdę zabawni. Kiedyś występowali nawet przed księciem.

Już wtedy domyśliłem się, że będzie kiepsko, bo w naszym smutnym życiu niewiele mieliśmy wspólnego z radością, a sam wiesz mistrzu jak jest z kłamstwem.

„Są trzy rzeczy, których nie można ukryć na długo: Słońce, Księżyc i prawda.”

A prawda była taka, że nawet nie wiedzieliśmy, co to oznacza rozśmieszać ludzi.
Ktoś z tłumu krzyknął:
- O czym ty pierdolisz! Dawać dziwki!
- Spokojnie, dajmy im szanse, niech nas rozbawią!” - powiedział ktoś inny.
Kierowany aktem desperacji, wdrapałem się na bar i starałem się głośno opowiedzieć kawał, który słyszałem w sierocińcu, a który mnie nie bawił, lecz starsze chłopaki się śmiały. Miałem nadzieję, że i tu zadziała.
- Czy wiecie jak daleko stąd jest do Zargah?
- No nie wiemy. Trochę jest, a co to kurwa ma być za pytanie. - Z tłumu padła odpowiedź.
- Tak daleko jak dziecku bez rąk do adopcji. - Odpowiedziałem.
Z jednej strony odczułem ulgę, bo zebrani wybuchnęli śmiechem, a jeden nawet spadł z krzesła, a z drugiej solidną gulę w gardle, bo wiedziałem, że na tym repertuar moich żartów się kończy.
Kiedy śmiech ucichł, stało się to, czego się obawiałem. Padły okrzyki:
- Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!
- Dobry jest mały.
- Karczmarzu nalej im piwa!
- Dawaj następny! No co jest?!
Byłem tak zestresowany, że nie wiem nawet co robili Kejn i Dalinar, ale chyba nic śmiesznego, bo po chwili było słychać niezadowolone buczenie i krzyki: - Wymyślcie coś nowego, to już było!
Ogarniała mnie panika. Na szczęście w tym momencie do karczmy otworzyły się drzwi i wszedł Igo. Zaraz zanim, mocno schylając się, Graham, a za nim ośmiu jego synów i żona. Wszyscy opatuleni płaszczami, jeden dzierżył grabie. Uwaga awanturników przerzuciła się na nowo przybyłych. Ktoś z nienawiścią splunął na ziemię.
- Kurwa, wieśniaki.
Graham zwrócił się do Iana:
- Karczmarzu, my po robocie. Dajcie no moim chłopakom piwa, zasłużyli sobie.
Synowie Grahama zaczęli rozmawiać między sobą, strasznie zaciągając, o jakichś rolniczych sprawach, a to o zbiorach, a to o cieleniu krowy. W ich kierunku padło jeszcze kilka razy „wypierdalać”, po czym zbrojni stracili nimi zainteresowanie.

Nagle, sprawnie jak na swoją posturę, zerwał się Graham. Płynnym ruchem odrzucił połę płaszcza, spod którego wyciągnął solidny, bojowy topór i wbił go w czaszkę pierwszego z brzegu najemnika. W jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powstali wszyscy synowie olbrzyma oraz jego żona. W tym samym momencie, krasnolud Marcus podniósł spod stołu ciężki młot i rozłupał głowę kolejnemu najemnikowi. Praktyczne w tej samej sekundzie, Ian podniósł zza baru kuszę i strzelił w kolejnego. Rozpętała się prawdziwa jatka. Zaskoczeni i pijani najemnicy nie wiedzieli co się dzieje. Niewiele później, żona Grahama spod płaszcza wyciągnęła nabitą kuszę i strzeliła komuś w brzuch. W tym czasie płaszcze odrzucili też synowie i wydobyli ukryty pod nimi oręż. Nim Ian ponownie naciągnął kuszę, nie miał już do kogo strzelać. Przerażeni uciekliśmy na zaplecze, skąd wyglądaliśmy przez drzwi. Karczma wyglądała jak po ogromnym świniobiciu – wszędzie krew, wnętrzności, a nawet poodcinane ogromnym toporem Grahama kończyny. Graham metodycznie dobijał rannych.
Po chwili odezwał się Jan:
- Co z nimi zrobimy?
- To co zawsze - ku naszemu ogromnemu zdziwieniu odpowiedział Ragn.
Sołtys obrócił się do nas i powiedział:
- Chyba czas spać.
Nie potrzebowaliśmy więcej zachęt, żeby wyjść z zakrwawionej, przesiąkniętej odorem śmierci karczmy. Sprzątanie szło nad wyraz sprawnie, bo zanim opuściliśmy karczmę, połowa ciał załadowana była już na wozy.
Kiedy wstaliśmy rano, po nocnej jatce nie było śladu, wozy zniknęły, a zakrwawiona ziemia przed karczmą była zasypana. Celesta rano ze współczuciem powiedziała:
- Moje biedne dzieci, musieliście oglądać takie sceny. Dobrze, że sołtys czuwa i wygrali ten pojedynek, bo kto wie ilu mogli skrzywdzić w wiosce. Zróbcie sobie dwa dni wolnego od nauki i pobądźcie na świeżym powietrzu.

Tydzień później odwiedził nas Ragn.
- Chłopaki, wybierzemy się na przejażdżkę. Ubierzcie się ciepło, bo będziemy obozować poza wioską. Prowiant już spakowałem.
Wóz załadowany był ciepłymi kocami, prowiantem, a z tyłu leżał spory namiot. Wyruszyliśmy na wschód w kierunku Mar-Margot. Przez dłuższą część dnia jechaliśmy w milczeniu. W końcu Ragn się odezwał:
- Chłopaki, wiem, że wydarzenia z ostatniego tygodnia to był dla was szok, lecz czasami trzeba wyprzedzić atak. Ja znam ten typ ludzi, nie raz miałem z takimi styczność i wielokrotnie walczyłem z tego rodzaju szumowinami. W tych czasach ten kto szybciej uderzy wygrywa.
Widać doskonale znał powiedzenie:

„Czasami najlepszą obroną jest atak.”

- Tak to niestety wygląda. To byli zbrodniarze. Rozpoznałem wielu z nich po tatuażach. To rozbójnicy, którym w głowie tylko rabunek, gwałt i morderstwo. W Białej Osadzie jedynym sędzią jestem ja. Jako że jesteśmy wolną osadą, nie mamy zapewnionej pomocy z zewnątrz, więc musimy bronić się sami.
- Rozumiemy Cię – przytaknął Kejn - Należało się tym drabom.
Po dłuższej chwili Ragn zmienił temat.
- Chciałbym zabrać was w jedno miejsce i coś pokazać, podróż potrwa kilka dni.
- Czy jedziemy do miasta? - dopytywaliśmy.
- Dobrze orientujecie się w terenie. Tak, jedziemy w tym kierunku, ale naszym celem nie jest miasto. To będzie nasza pierwsza lekcja.
Na temat celu naszej podróży był milczący, ale chętnie opowiadał o należytych zachowaniach w podróży. O tym, kiedy rozpalać ogniska, a kiedy nie. Jak chronić się przed dzikimi zwierzętami oraz przed tym, by nie zostać zauważonym, kiedy tego sobie nie życzymy. Nadmienił, na których okolicznych traktach można liczyć na względny spokój, bo były patrolowane przez żołnierzy Delidii, a na których zachować wzmożoną czujność, bo były nawiedzane przez różne bandy i łowców niewolników. Starł się przekazywać przydatną wiedzę.
Po pewnym czasie dojechaliśmy do rozstajów dróg i skręciliśmy na północ. Podążaliśmy tym traktem prawie cały dzień, aż dojechaliśmy do wąskiej ścieżki. Ragn bez słowa skierował wóz w jej kierunku. Ścieżka była wąska i pięła się coraz bardziej w górę. Momentami wóz ledwo się mieścił, a jego koła niebezpiecznie zbliżały się do krawędzi stromo opadającego w dół zbocza. Co jakiś czas było widać daleko w dole szlak prowadzący na północ. Po pewnym czasie wjechaliśmy na zalesione wzgórze, a spomiędzy drzew rozpościerał się wspaniały widok.
- Jesteśmy na miejscu, nazbierajcie drewna na ognisko, tu będziemy obozować. Nie wiem ile tu spędzimy czasu, może dzień może dwa, zależy jak wymierzyłem.
Wszystkie nasze pytania zbywał tylko stwierdzeniem.
- Spokojnie, wszystkiego dowiecie się w swoim czasie.

Ścieżka, którą przybyliśmy, biegła dalej w góry. Później zrozumieliśmy dlaczego rozbiliśmy obóz właśnie tu. Mieliśmy wrażenie, że ukształtowanie terenu daje nam doskonały wgląd na szlak, biegnący na północ, równocześnie osłaniając nas przed widokiem z dołu. Spokojnie przespaliśmy noc, chronieni przed chłodem nocy ogniskiem i smacznie spaliśmy w namiocie, owinięci ciepłymi kocami. Jakże przyjemny był to biwak, w porównaniu z nocami, które spędziliśmy podczas podróży do Białej Osady. Po posiłku Ragn rzekł:
- Obserwujcie szlak.
I tak ułożyliśmy się wygodnie na plecach i obserwowaliśmy szlak biegnący poniżej w oddali. Był całkiem mocno uczęszczany. Co jakiś czas przejeżdżały wozy kupieckie oraz samotni konni. Przejechało nim też kilku zbrojnych, zapewne patrol kościoła Delidii.
- Czego wypatrujemy? – zapytałem.
- Powiem wam. Wydaję mi się, że dziś już tego nie zobaczymy i musimy spędzić tu jeszcze jedną noc, ale spokojnie, jesteśmy dobrze zaopatrzeni.

Noc ponownie przebiegła spokojnie i następnego dnia znowu obserwowaliśmy trakt. Około południa usłyszeliśmy coś jakby grzmoty. Nastawiliśmy uszu, bo burza w górach to nic przyjemnego i mogło to się zakończyć tragicznie, ale po chwili zorientowaliśmy się, że to nie grzmot, a rytmicznie wybijany rytm, prawdopodobnie na ogromnych bębnach.
- Ukryjcie się za kamieniami i obserwujcie uważnie szlak – powiedział Ragn - To cel naszych obserwacji.
Z południa, od strony Mar-Margot, wylała się istna rzeka ludzi. Na przedzie kolumny widoczna była ogromna ilość zbrojnych, na koniach i pieszo, dało się rozróżnić rycerstwo we wspaniałych zbrojach, a na ich plecach spoczywały czerwono-czarne płaszcze, barwy Delidii. Za nimi jechały wozy, załadowane pakunkami. Pochód wydłużał się i wydłużał, w końcu pojawiły się też niezliczone wozy z ludźmi zakutymi w kajdany. Pochód miał już ponad kilometr. Naprawdę ogrom ludzki zrobił na nas piorunujące wrażenie. Nie wszyscy zmieścili się na wozach i za nimi, na powrozach ciągnięto setki skutych ludzi, mężczyzn, kobiet, dzieci i starców.
- Ci którzy tu jadą – zaczął Vernir - to Karawana Łez, roczny trybut Karabaku dla Ambardu.
- Ci wszyscy ludzie kierują się do Amabardu, aby zostać tam niewolnikami, służyć świątyni, zostać straconym lub złożonym w ofierze.
- Karabak, jak każda inna prowincja, co roku musi oddawać taki trybut. Są to różni ludzie, więźniowie wojenni, przestępcy, ale najczęściej niewolnicy. Często jak widzicie są to dzieci. Być może i wy bylibyście tam, gdybyście nie opuścili sierocińca.
- Potęga Ambardu opiera się na niewolnictwie.
W tym czasie, kiedy Ragn to wszystko mówił, pochód rósł i rósł. Pochód miał dobre kilka kilometrów i przelewał się traktem niczym żywa rzeka.
- Dawno temu, zanim jeszcze chodziłem po tym świecie, kiedy to wyznawano innych bogów, a w których wiara teraz jest zakazana, niewolnictwo było rzadkością. Lecz teraz to rzecz powszednia. Z roku na rok jest coraz trudniej, bo aby zapłacić trybut, trzeba prowadzić nieustanne podboje. Przez co czasy są takie niespokojne.
- Mimo że na osiem miast Karabaku mówi się państwa-miasta, tak naprawdę jesteśmy własnością Dominium Delidii i każdy musi wywiązać się z trybutu. Jako że coraz trudniej spełniać żądania Ambardu, miasta Karabaku zacieśniły współpracę. Mówi się nawet o powstającej koalicji tych miast, co nie w smak jest Ambardowi.
Ragn nagle zmienił temat.
- Jak wam wspominałem, lata temu byłem rycerzem, żyłem z wojaczki. Kiedy poznałem waszego ojca Roberta, zostaliśmy przyjaciółmi, a ja wstąpiłem na służbę do pewnego bractwa. Było to tajemne bractwo, zwane Bractwem Atolla. Symbolem tego bractwa jest krwawa róża. Obecnie bractwo jest tajne, lecz kiedyś funkcjonowało jako zakon, który niestety upadł około 400 lat temu.
- Kto to jest Atolla? – dopytywałem.
- Dojdziemy do tego - odpowiedział Ragn.
- Czy nasz ojciec też był w tym bractwie? - zapytał Igo.
- Tak. Jesteśmy bardzo rozproszeni i nie znamy tożsamości wielu członków. Musi tak być, inaczej byśmy nie przetrwali. Jesteśmy bezlitośnie tępieni przez zakon Delidii.
- Długo przed Zaćmieniem – kontynuował opowieść Vernir – Zakon Atolla był jednym z tak zwanych walczących zakonów, które wchodziły w skład państwa zwanego Wielkim Dominium. Zakon ten władał południem tego państwa, na które spoglądacie oraz sporym obszarem na północy.
- To były doskonałe czasy dla ludzkości, dzięki rządom dynastii Arkanidów i Gotrydów. Ale niestety królestwo rozpadło się na mniejsze państwa. Tragonię, Arkanię i Norishię.
- Niezaprzeczalnym faktem, choć już coraz mniej znanym, jako że kościół dba o to, by zatrzeć wiedzę o dawnych czasach, jest to, że Zakony Krwi, bo tak nas nazywano, niosły prawo i naukę dla ludzkości. Biała Osada jest enklawą, która zapewnia wam bezpieczeństwo, lecz wkrótce zapewne wyruszycie w świat, który już tak przyjazny nie jest.
- Setki lat temu ta kraina była domem dla milionów istnień, lecz wyniszczające wojny, które przyszły z północy i z zachodu kontynentu, zniszczyły ją doszczętnie. Legendy mówią, że jest to wina nowych Bogów, takich jak Delidia, którzy zstąpili z niebios i przynieśli ludzkości ciemne wieki.
- A czy Ty wierzysz w jakieś bóstwo? – dopytywał Dalinar.
- Mogę powiedzieć, że jako członek zakonu, oddaję cześć starym bogom. Jest ich wielu, oni są cały czas pośród nas, ale dojdziemy do tego.
- A jacy są inni bogowie? – dopytywał Kejn - Bo my całe życie słyszymy tylko o Delidii.
- Zaraz do tego dojdziemy, spokojnie – kontynuował opowieść Ragn.
- W wyniku tych wojen, które dla nas pozostają już tylko legendami, Tragonia i Las Leredeon, który przez wieki był domem elfów, przestały istnieć. Jakby tego było mało, starzy bogowie pokarali ludzkość w miejscu, od którego wszystko to się zaczęło. Legendy głoszą, że w swoim gniewie Bogowie przepołowili ziemię, co spowodowało trzęsienia ziemi oraz rzeki ognia, które zniszczyły cały zachód. W miejscach, gdzie kiedyś było ogromne morze, wyrosły wielkie góry, a żyzne dotąd ziemie, zalały głębokie wody.
- Dymy i trujące opary przez lata dziesiątkowały kolejne narody, a kolejnym ciosem dla ludzkości było Zaćmienie, o którym wspominałem wcześniej, które trwało wiele lat. Głód oraz coraz to nowe wojny domowe niszczyły tamten świat. Sroga Północ, gdzie żyjemy my, to najbardziej wysunięta prowincja państwa, w zamierzchłych czasach zwanego Arkanią.
- Czy każdy wolny człowiek może zostać niewolnikiem? - dopytywał Dalinar.
- Tak, przecież ja, zanim trafiłem do Roberta, byłem pojmany – odpowiedział Kejn.
- Są grupy ludzi, którzy tak zarabiają na życie – odparł Ragn - Potrafią napadać na słabszych, zniewolić i zwyczajnie ich sprzedać na targu niewolników. Wielu ludzi wierzy, że jedynym ratunkiem jest wiara w Delidię, jako że jej zakony trzymają względny porządek. Lecz zaufajcie mi, starsi Bogowie nadal są z nami i wspierają swoich wyznawców. Choć wyznawcy muszą się z tym ukrywać, inaczej zginą posądzeni o herezję.
- Bóg Malakus, Elios i Zhak to pozostali nowi Bogowie, którzy tolerowani są przez wyznawców Delidii. Możliwe, że w sierocińcu słyszeliście o tych bogach.
Faktycznie tak było, byliśmy nauczani w tej kwestii, lecz nigdy nie zwracaliśmy bacznie na to uwagi. Nasze skupienie było tylko na pokaz. Kapłani opowiadali raz, czy dwa, o pozostałych prawdziwych bogach. O Eliosie - Bogu wojny, Zhaku, który jest Bogiem ognia oraz o Malakusie - Bogu sprytu, a może bardziej oszustwa.
- Jak powstali nowi Bogowie? - zapytałem.
- Cóż, jeśli zapytałbyś kapłanów Delidii, otrzymałbyś odpowiedź, że byli zawsze, może pod innymi imionami, może się nie ujawniali, a zstąpili, bo świat potrzebował ich boskiej interwencji. Niektóre legendy głoszą, że był jeszcze jeden Bóg – Praojciec, tak go nazywamy. Mówią, że przybył z północy, a służyły mu stalowe demony, które potrafiły bez trudu rozedrzeć najtwardsze nawet mury ludzkich fortec. Mówi się, że to właśnie ten bóg zniszczył odwieczny Lererdeon.
- Mówi się też, ze po Zaćmieniu do naszego świata przybyły potężne, złe istoty, zwane Koszmarami lub Cieniami. Podobno pochodzą z innego świata, gdzie nie ma życia, ani śmierci. Na ziemi są też ludzie, którzy potrafią czerpać z ich mocy, w celu osiągnięcia własnych korzyści. Osobiście z podań wiem o dwóch takich kultach. Jeden to Bractwo Cienia, a drugi zwie się Kultem Nicości.
- To jeszcze nie koniec nastających dla ludzkości nieszczęść, bo później na północy pojawiła się Plaga. Kraj, zwany Norishią, obecnie opanowany jest przez złe duchy i demony, których władcą jest istota zwana Królem Kości.
- Przepraszam. – Przerwałem - Czy jest coś mniej przygnębiającego w tej historii? Bo mam już dosyć.
- Tak, jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie oddają cześć Bogini Delidii. Delidia, Malakus, Zhak oraz Elios toczą walkę z Kultami Cienia. Ludzie wierzą, że tylko wojska i kapłani tych Bogów są wstanie przynieść światło na te tereny i obronić ich przed koszmarami nocy.
- Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałem wspomnieć, mianowicie o majątku waszych rodziców. Obecnie majątek Roberta i Julii został przejęty przez rodzinę Morres i Żółtą Dłoń. To gildie kupieckie, mające duży wpływ na Mar-Margot.
- Jak udało się im tego dokonać – dopytywaliśmy.
- Nie wiem do teraz, czy Robert zginął w wypadku, czy było to celowe działanie. Próbowałem się dowiedzieć, ale nie chcę ryzykować waszego ujawnienia. A to utrudnia sprawę.
- Myślisz, że mamy jakieś szanse na odzyskanie majątku? – dopytywał Igo.
- Przede wszystkim myślę, że musicie dorosnąć i poznać zasady rządzące tym światem. Jak już wiecie, życie w tych czasach jest bardzo trudne. Jeśli teraz wysunęlibyście takie żądania, po prostu znikniecie. W najlepszym przypadku traficie do Karawany Łez.
- Dlaczego rejon Karabaku zwany jest Rejonem Skazy? - zapytał Kejn.
- Pewny nie jestem, ale ponoć te góry powstały wskutek ogromnego uderzenia z niebios i są niczym skaza na uprzednim terenie. Ale to tylko moje domysły.
- Przed pożarem naszego domu, ojciec chciał, abym studiował magię. – Zaczął wywód Igo. - Myślę, że taka była jego wola, ale czy sądzisz, że jest szansa, abym pobierał takie nauki? Czy jest to rzecz, która wymaga dużych nakładów finansowych, jakiegoś statusu społecznego?
- Cóż, zazwyczaj wymaga to sporej ilości złota i rekomendacji. Ale znając Roberta, skoro o tym wspomniał, zapewne o to zadbał. Niedługo przyjdzie czas, abyście wyruszyli z Białej Osady, by zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem. Górski Gryf to siedziba magów, gdzie szkolą adeptów tej sztuki. Myślę, że to o tym miejscu wspominał Twój ojciec.
- Tak, Górski Gryf! - krzyknął podniecony Igo.
- W odpowiednim czasie zasięgnę języka i o wszystkim Cię poinformuję Igo.
- Czy mógłbyś nam więcej opowiedzieć o bractwie Atolla? - Dopytywał wyraźnie zaintrygowany tym tematem Dalinar. - Czym się zajmujecie w tych czasach, jakie macie ideały?
- Obecnie staramy się zgłębić naszą historię, przypomnieć to co jest zapomniane, można by rzec, że jesteśmy poszukiwaczami dawnej wiedzy. Mamy nadzieję, że jeśli odkryjemy zapomniane tajemnice Zakonów Krwi, może w dalekiej przyszłości uda nam się przywrócić świetność tej krainie. A jednocześnie będzie to szansa na zrzucenie jarzma Delidii.
- Nie jesteśmy już wojownikami, a przynajmniej większość z nas. Dlatego też, jako że wierzymy w to, że twierdza Manmarr była siedzibą naszego zakonu, badamy jej ruiny, wierząc, że znajdziemy pogrzebane w niej sekrety zakonu. Musimy być bardzo ostrożni w tym co robimy, bo przypuszczamy, że Ian jest szpiegiem i donosi o wszystkim co dzieję się na szlaku i osadzie.
- Dlaczego go nie usuniecie? – dopytywał Kejn.
- Bo to zbyt niebezpieczne. Ian najpewniej nic nie wie o naszej działalność, bo zapewne już dawno byśmy nie żyli. A usunięcie go, zrodziłoby wiele pytań i ściągnęło niechciany wzrok na naszą osadę. Musi być tak jak jest. Jak na razie się sprawdza.
Po chwili zapytaliśmy o dawnych Bogów, a Ragn zaczął opowiadać:
- W dawnych czasach wyznawano wielu bogów, zazwyczaj każdy czcił jednego, ale wierzył też w pozostałych. Byli bogowie, których domeną była walka, płodność, rolnictwo, handel. Oczywiście zdarzały się też wojny na tle religijnym, ale nie były zbyt częste. A przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo. Wszystko zmieniło się, kiedy na ziemie zstąpili nowi Bogowie.
- Jak to zstąpili? – dziwił się Kejn.
- Cóż, mówi się, że sama Delidia zaszczyca swą obecnością Ambard, a nawet przechadza się ulicami tego miasta. Natomiast ja tam nigdy nie byłem i nie wiem czy to prawda.
- Czy brat naszego ojca też jest w zakonie? - zapytałem.
- Brat waszego ojca to specyficzny człowiek. – zaczął odpowiadać Ragn - Więcej podróżuje, niż można go zastać w jego domu i nic nie wiem na temat tego, jakoby miał być członkiem naszego bractwa.
- Czy byłoby nietaktem, gdybym zapytał, czy człowiek, z którym jedliśmy u Ciebie posiłek, należy do bractwa? - zagaił Kejn.
- Anton nie jest członkiem naszego bractwa, lecz wie o nas i jest moim przyjacielem. Zawsze mogę liczyć na jego pomoc.

Nazajutrz wróciliśmy do Białej Osady. Nasze życie toczyło się monotonnym rytmem przez następne miesiące. Nastała ciężka, mroźna zima, a potem przyszła wiosna. Pewnego słonecznego dnia Vernir zabrał nas na przechadzkę. Doszliśmy do polany i grzejąc się w wiosennym słońcu, zaczęliśmy rozmowę.
- Słuchajcie, chciałbym, abyście wyruszyli ku swemu przeznaczeniu. To już jest najwyższy czas, bo tu już niczego nowego się nie nauczycie. Poczyniłem pewne przygotowania.
- Kejn i Dalinar. Wy wyruszycie do Karhanu. Jest to miasto najemników. Mieszka tam mój znajomy, mistrz Varius. Podejmiecie tam naukę władania bronią białą i dystansową. A już on sam zdecyduje, jaki kierunek będzie dla was najlepszy. W podróży unikajcie używania nazwiska de Vries, jak i chwalenia się poznaną tu wiedzą.
- Ty Igo niedługo też wyruszysz. Do Górskiego Gryfa. Twój ojciec załatwił formalności i opłaty już lata temu. Oczekują Cię tam.
- Hurrraaa! - Zakrzyknął Igo, przerywając na chwilę monolog Ragna.
Nagle, za nami usłyszeliśmy głos:
- Ty Gniewomirze, wyruszysz ze mną, do miejsca, które nawiedza Cię w snach.
Obróciliśmy się zaskoczeni, a kawałek dalej, na polance, stał Anton.
- Tam wszystko zrozumiesz. My wyruszymy jutro rano.
- Nie wiem jak długo potrwa wasza edukacja – kontynuował Ragn - Zwłaszcza Twoja Igo. Chciałbym, jeśli Bogowie pozwolą, abyśmy się spotkali w tej osadzie za 7 lat od dzisiaj.
- Czy przez siedem lat będziemy mieli ze sobą jakiś kontakt? – zapytał Kejn.
- Myślę, że możecie się skontaktować listownie z Igo i odwrotnie. Zarówno Górski Gryf, jak i Mistrz Varius są znani. I poczta dotrze do adresatów.
- Dowiedzieliśmy się, gdzie zmierzają oni, a ja? - dopytywałem.
- Tego dowiesz się w drodze. Ty nie będziesz się mógł z nimi kontaktować.
- Nie możemy zostawiać młodego na siedem lat - oburzyli się pozostali.
- Spokojnie – odparł Anton - Będzie w dobrych rękach. Jestem waszym stryjem, bratem Roberta.
- Musimy sobie przysiąc, że za siedem lat się tu spotkamy - rzekł Dalinar i wszyscy złożyliśmy uroczystą przysięgę. W powietrzu było czuć powagę tej sytuacji.

Następnego dnia pożegnaliśmy się, a ja uroniłem kilka łez. Lecz szukałem tego człowieka tak długo, że pewien ciężar spadł mi z serca. W końcu, po tylu latach, spotkałem stryja, naszego jedynego, żyjącego krewnego.

Nastała długa wędrówka, która zaprowadziła mnie do Ciebie, drogi mentorze, do Twoich mądrości oraz więzi z Ki-shak. To był piękny czas. Teraz w końcu jestem w drodze, by wypełnić daną siedem lat temu obietnicę. Zatem ruszam na spotkanie braci.


Kroniki V: Powrót do Białej Osady (autor: Prosiak)

Występują: Tsume de Vries [Młody] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Marzec, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.


I w końcu nastał czas spotkania. Siedem lat to okres dłuższy, niż ten, który pamiętałem z wcześniejszego życia. Radość przepełniała moje młode serce. Dobrze wymierzyłem czas i miałem jeszcze pewien zapas. Wierzyłem głęboko, że bracia też dotrzymają obietnicy. To nawet nie była wiara, a pewnik. Miałem przeczucie, że Kejn i Dalinar zatrzymają się w karczmie przed Mar-Margot i jako że udało mi się dotrzeć tam przed planowanym czasem, postanowiłem na nich poczekać. Był początek marca 222 roku po Zaćmieniu.

Przeczucie nie myliło mnie, kiedy piłem piwo w sali jadalnej, do karczmy weszło dwóch zbrojnych i już po chwili rozpoznałem w nich braci. Kejn podrósł jeszcze trochę i nabrał mięśni. Jego twarz, z racji tego, że był elfem, na moje oko nie zmieniła się prawie wcale. Ubrany był w brygantynę, u pasa wisiał miećz, a przez ramię miał przewieszony łuk. Znad jego ramienia, z kołczanu wystawały lotki strzał. Dalinar kroczył w ciężkiej zbroi folgowej, w dłoni dzierżył włócznię, a przez plecy miał przewieszoną tarczę. Przez te siedem lat znacznie wyciągnęło go w górę. Był na pierwszy rzut oka wyższy niż ja, a w zbroi prezentował się na solidnego, mocnego mężczyznę. Jego twarz jak zwykle pogodna, a wzrok ciekawy świata. Ja chyba zmieniłem się bardziej, bo z początku mnie nie poznali, lecz po chwili ich brwi uniosły się w zaskoczeniu i padliśmy sobie w ramiona. Staliśmy tak chwilę, patrząc na siebie, widząc przed sobą nie wystraszone dzieci, a mężczyzn.

Jako że jako jedyny nie miałem z nimi kontaktu, dowiedziałem się, że są umówieni z Igo w karczmie w Ogon Gryfa w samym Mar-Margot. Opowiedzieliśmy sobie w skrócie co się z nami działo i wyruszyliśmy na spotkanie z Igo. W drodze bracia dzielili się ze mną tym czego dowiedzieli się o świecie przez te lata. Ja, jako że siedem lat spędziłem na odludziu, chętnie słuchałem. Opowiadali o corocznej kampanii wojennej prowadzonej przez imperium Delidii, która odbywa się zawsze po żniwach. Armie kościoła ruszają na przygraniczne, niepodbite jeszcze państwa, aby szerzyć światło Delidii i wyzwalać z mroku ciemne ludy. I tak jak w to, że są żadni krwi i nowych terenów, mieściło się w moim pojmowaniu, to przez dotychczasowe obcowanie z kościołem nie bardzo dawałem wiarę w historię o wyzwalaniu z ciemnoty.

Dojechaliśmy do miasta i przejeżdżając przez Mar-Margot, miałem wrażenie, że miasto się zmieniło. Nigdy nie było tu jakoś czysto, ale z tych kilku wizyt z ojcem zapamiętałem je inaczej. Teraz dosłownie wszędzie cuchnęło, ilość żebraków aż raziła w oczy. Na każdym rogu ulicy można było spotkać kapłana Delidii, głoszącego żarliwe kazania i nawołujących do wiary w Boginię. Na rynku stało kilkanaście szubienic, na których wisiały ciała w różnym stanie rozkładu. Każdy miał tabliczkę, na której była wypisana zbrodnia jakiej się dopuścił. Ludzie zwali je potocznie kostusiami. Spojrzałem na tabliczki: bluźnierca, morderca, gwałciciel, bluźnierca, bluźnierca, bluźnierca i odwróciłem głowę z odrazą. Przechodzący ludzie zdawali się ich nie zauważać. Widocznie egzekucji było tak dużo, że ludzie zwyczajnie zobojętnieli na ten widok.

W końcu dotarliśmy do umówionej karczmy. Gospoda była obskurna, zadymiona i śmierdząca potem niemytych ciał. Lecz miała jedną zaletę - było w niej tłoczno i gwarno, więc nikt nie zwracał na nas uwagi. Lustrowaliśmy wzrokiem pomieszczenie, kiedy w ciasnym kącie dostrzegliśmy Igo. Siedział nad winem, wysoki i szczupły, w przyzwoitym mieszczańskim ubiorze. Wokół pasa zwisało mu kilka małych sakiewek. Nosił gęstą, lecz w przeciwieństwie do mnie, zadbaną brodę, która na pierwszy rzut oka dodawała mu lat. Myślę, że wyrósł na całkiem przystojnego młodzieńca.
- Chłopaki tutaj! - Zakrzyknął i machnął w naszym kierunku dłonią.
Przecisnęliśmy się przez ciżbę i usiedliśmy w ciasnym kącie. Powitaniom nie było końca.
- Karczmarzu! – krzyknąłem donośnie.
Po chwili zjawił się karczmarz.
- Witajcie w mojej skromnej karczmie i czujcie się jak u siebie w domu.
- Strawy – rzekłem - oraz czegoś do zwilżenia ust.
- Mogę zaoferować gulasz i kaszę ze skwarkami.
- Wyśmienicie. Weźmiemy wszystko razy cztery. A potem coś specjalnego.
- Mogę przygotować kąsek udźca - zaproponował karczmarz.
- Nie kąsek, a cały udziec – pouczyłem karczmarza. - I do udźca dwa dzbany piwa i dwa dzbany wina.
- Oczywiście, oczywiście. – Przytakiwał karczmarz. - Jakieś lokalne trunki?
Nie orientując się w jakości tutejszych alkoholi, zaryzykowałem stwierdzenie:
- Chyba do udźca nie podasz nam jakichś sików?
- A no oczywiście, wedle życzenia, podam zatem wino pontarskie.
Nie miałem pojęcia czy będzie dobre, ale skoro zmienił je z proponowanego wcześniej, na pewno będzie lepsze. I było. Tak samo jak przez to, że siedem lat spędziłem w klasztorze i nie miałem pojęcia czy moja sakiewka udźwignie taki wydatek. Dziękuję Ci zatem mistrzu, że nie pożałowałeś mi grosza. Jak później okazało się, moja zachcianka w postaci pontarskiego wina kosztowała chyba więcej, niż cała reszta. Na szczęście starczyło monet.
Karczmarz oddalił się, a my przyglądaliśmy się sobie z ogromnymi uśmiechami na twarzy.
- Gniewomirze, ale wyrosłeś – obejmował mnie Igo.
- Mam do was prośbę – zwróciłem się do braci. - Nie zwracajcie się już do mnie Gniewomir, bo od pewnego czasu przybrałem imię Tsume, ale o tym opowiem na osobności.
Już po chwili podeszła do nas całkiem ładna dziewczyna, niosąc kubki i dzban z piwem.
- Proszę to dla was – powiedziała z pokorą, wzrok cały czas wbijając w podłogę. Na jednym z odsłoniętych ramion wypalone miała niewolnicze piętno.
- To od mojego pana dla Was, strawa będzie za niedługo. Gdybyście mieli ochotę, abym ogrzała wasze ciała, to jestem do waszych usług. - Ukłoniła się głęboko i odeszła.
Ujęliśmy kufle i wypiliśmy za nasze spotkanie.
- Opowiadajcie, opowiadajcie – ponaglał jak zwykle podnieconym głosem Dalinar.
- Może niech zacznie najstarszy – zaproponowałem.
- Stęskniłem się za wami – odpowiedział Kejn.
I nim daliśmy mu dalej opowiadać, już wszyscy naraz mówiliśmy jak za sobą tęskniliśmy i oczekiwaliśmy tego spotkania. Kejnowi łamał się głos, jakby nie wiedząc od czego zacząć, a widząc to Dalinar, ze swoją wrodzoną żywiołowością, podjął opowieść.
- Cóż, Igo co nieco wie, bo wymienialiśmy korespondencję, ale opowiem to jeszcze raz tobie Tsume. Pierwsze pięć lat spędziliśmy na ciężkim szkoleniu, aby zostać najemnikami. Karhan to miasto, gdzie jest bardzo dużo kompanii najemników, można by rzec, że z nich się utrzymuje. My trafiliśmy do kampanii Variusa. Varius kiedyś był niewolnikiem, lecz w Karhanie istnieje prawo mówiące o tym, że jeśli najemnik odsłuży dziesięć lat i na to zapracuje, może się wykupić. Jemu się to udało, co więcej założył swoją kompanię, do której trafiliśmy za poleceniem Ragna. Z biegiem czasu zaczęliśmy wykonywać dla niego zlecenia, typowy żołnierski fach. Fortuny na tym się nie dorobiliśmy.
- Widząc wasze zbroje i ekwipunek, chyba jednak powodziło wam się całkiem dobrze. - Przerwałem mu.
Dalinar kontynuował opowieść, lecz mocno ściszył głos.
- Mogę wam też powiedzieć, że dowiedzieliśmy się co nieco na tematy, o których opowiadał nam Ragn.
- Dalinarze, te tematy poruszymy później, w pokoju. - Ponownie mu przerwałem.
- A i jeszcze jedno, w Karhanie znani jesteśmy jako Kejn i Dalinar z Celebornu.
- To tak jak ja nie jestem już znany jako Gniewomir, a właśnie Tsume.
- Igo opowiadaj – zachęcałem najstarszego brata.
- Cóż, moje siedem lat minęło na nauce. Dzięki pieniądzom ojca trafiłem w znakomite ręce. Przez ten czas nabyłem pewnej praktyki w posługiwaniu się magią. Oczywiście nie jestem jakimś arcymagiem, ale co nieco się tam nauczyłem. Ukończyłem szkolenie z całkiem dobrym wynikiem, poznałem ciekawych ludzi, niestety czas, podczas którego mogłem tam przebywać w ramach nauki, dobiegł końca. Te lata upewniły mnie tylko w przekonaniu, że to była dobra decyzja i że nadal chcę zgłębiać tę wiedzę.
Igo skończył swoją krótką opowieść, zatem postanowiłem opowiedzieć o moich losach.
- Do szczegółów przejdziemy już na osobności, teraz tylko powiem wam, że Anton zabrał mnie do miejsca, które przedstawiał wisiorek, który przez tyle lat mi towarzyszył.
- To miejsce jest tu? W Karabaku? – dopytywał Dalinar.
- No i na tym moja opowieść się na razie kończy, wszystko co więcej będę mógł wam powiedzieć, opowiem na osobności.
Po chwili Kejn zaczął dyskusję z karczmarzem na temat dużego pokoju dla nas, niestety, jako że dużymi krokami zbliżały się pierwsze w tym roku dni targowe, karczma była pełna. Musieliśmy się zadowolić spaniem na ziemi w pokoju Igo. Po trzech tygodniach spania w górach, często pod gołym niebem, nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu.
- Jakie plany? – zapytał Dalinar.
- Myślę – odpowiedziałem. - Że jak na razie naszym planem jest solidnie się upić, dobrze najeść i nacieszyć się swoim towarzystwem. - Ściszonym głosem dodałem. - A plany na przyszłość omówimy bez tylu uszu dookoła.
Starałem się zachować ostrożność wedle twych nauk drogi mentorze.

„Roztropnym jest ten pszczelarz, który nie drażni pszczół, zwłaszcza jeśli za chwilę chce okraść ich ul z miodu.”

Po pewnym czasie do stołu podano wino i udziec. Rozkoszowaliśmy się jedzeniem i napitkiem. Wino było naprawdę wyborne.
- Karczmarzu! – zawołałem.
- Tak?
- Chciałem się rozliczyć.
- To może rano panie, bo nie wiem czy jeszcze czegoś nie domówicie.
- Wolałbym teraz, bo nie wiem jak wiele udźwignie mój mieszek.
- A tak, oczywiście. To będzie 70 srebrnych ambardów.
Odliczyłem żądaną kwotę, zabraliśmy resztę udźca oraz napitków i udaliśmy się do pokoju. Nadal nie wiedziałem, czy zapłaciłem dużo czy mało. Długa droga przede mną. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wydałem fortunę, a uświadomił mi to Dalinar.
- Wydałeś właśnie mój tygodniowy żołd.
- Co w tym dziwnego? – Chyba lekko podchmielonym głosem powiedział Igo. - Cztery noclegi, wyborne jedzenie i wino i leci.
Wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

Rozsiedliśmy się w ciasnym pokoju i na skrzyni, jako prowizorycznym stole, rozstawiliśmy kubki oraz dzbany z piwem i winem.
- No Tsume, opowiadaj – zachęcali mnie bracia.

Podjąłem swoją opowieść, bacznie się pilnując, bym nie zdradził braciom tego, co nie mogło trafić do uszu innych niż tylko członków naszego klasztoru.
- Pamiętacie moją dziecinną obsesję na temat brata naszego ojca. Dobrze się stało, że drążyłem ten temat i w końcu poznaliśmy Antona. Tak jak już wspomniałem na dole, Anton zaprowadził mnie w miejsce, które utrwalone było na moim wisiorku. Anton, jak i nasz ojciec, był szlachcicem, co więcej studiował kiedyś arkana magiczne. Lecz pewne wydarzenie skłoniło go do porzucenia zarówno rodziny, jak i studiowania magii. Znalazł on pewien starożytny manuskrypt, który po latach doprowadził go do odkrycia i odkopania tablic, zwanych później Tablicami z Ramun. Anton dotarł do osób, które od lat szukały choćby wzmianki o tych tablicach. I tak dotarł do Śpiącego Zakonu i został jego sojusznikiem. Zakon ten składa się z mnichów, którzy czczą Śpiącą Boginię.
- Śpiącą Boginię? - Zdziwił się Dalinar. - Nie kojarzę jej z panteonu.
- Cóż Dalinarze, raczej jej tam nie znajdziesz, bo to ona stworzyła panteon – odpowiedziałem.
- Nie ma większego Boga nad Vergena - odpowiedział Dalinar.
- Dalinarze, nie czas teraz na teologiczne dysputy.
Nie dane mi było kontynuować, bo Igo rozpoczął inny temat.
- Bracia, musimy zrozumieć, że przez siedem lat nasze światopoglądy się zmieniły, świat się zmienił, widziałem już ludzi zapatrzonych w bogów i nie chciałbym abyśmy się obrażali.
- Ale kto się obraża? – zapytał Dalinar.
Też patrzyłem na niego zdziwionym wzrokiem, chyba nie myślał, że z powodu odmiennego zdania na temat Bóstw, będę bratu skakał do gardła.
Muszę Ci rzec mistrzu, że zaskoczyły mnie obawy Igo. Przy jego światłym umyśle myślałem, że domyśli się, że skoro Dalinar wiedział już od Ragna, że kiedyś wyznawanych było wiele Bóstw, i że skoro Dalinar poszedł tą drogą, to jest świadomy co religia może zrobić z człowiekiem.
Mimo, iż nie znam nazw dawnych bóstw, mogę sobie wyobrazić, że rolnik będzie wyznawcą dla przykładu Boga słońca, a nocny strażnik odpowiednio Boga księżyca. Rolnik będzie chwalił słońce za to, że mogą dojrzewać jego plony, równocześnie będzie wdzięczny strażnikowi za to, że ten zapewnia mu bezpieczny sen. Strażnik będzie wdzięczny za światło księżyca, za to że rozświetla mroki nocy i przegania to co w tych mrokach mogło by dybać na strażnika, równocześnie dziękując rolnikowi za to, że ma co kupić do jedzenia, by wyżywić swoją rodzinę. Obydwoje żyją w symbiozie, choć każdy wielbi inne Bóstwo.
- Igo, po pierwsze to nie jestem zapatrzony w żadnego boga, a po drugie nie zamierzam się obrażać. Spieszę dalej z wyjaśnieniami. Tam dokąd zaprowadził mnie Anton, znajduje się miejsce, gdzie zostałem mnichem.
Wszyscy byli zaskoczeni i robili zdziwione miny.
- Ty mnichem? - dziwił się Dalinar. - Myślałem, że będziesz czerpał z życia pełnymi garściami.
- A dlaczego miałbym nie czerpać? – odpowiedziałem zdumiony, bo zupełnie nie wiedziałem o co mu chodzi.
- Myśleliśmy, że mnisi mieszkają w jakiejś jaskini.
Zastanawiałem się skąd przyszło im to do głowy, że uczułem się siedem lat sztuki walki oraz więzi z Ki-shak po to, by potem siedzieć w jaskini.
- Macie zatem chyba błędne zdanie o mnichach. Ale wracając do tematu – ciągnąłem niezrażony ich ignorancją. - Mnisi na podstawie starych podań, zapisków i strzępków historii, starają się odnaleźć pewien artefakt zwany Włócznią Przeznaczenia. Sądzą, że za sprawą włóczni, będą w stanie obudzić Boginię, która przywróci światu równowagę. A wracając do tego co powiedział Igo, o urażeniu czyichś religijnych uczuć, my nie jesteśmy typowymi kapłanami, nie modlimy się codziennie do Bogini, ani nie piszemy pochwalnych pieśni na jej cześć. Nie na tym to wszystko polega. Każdy mnich odnajduje swoją drogę poprzez życie, a kluczowa tu jest medytacja i to właśnie medytacja jest jedyną formą modlitwy do Bogini. Natomiast jak postrzegam świat, czy na przykład inne bóstwa, jest sprawą indywidualną każdego z mnichów. Nic nie wiem o Bogu, o którym wspomniał Dalinar. Myślę, że dowiem się, jeśli zechce nam coś o nim opowiedzieć. Dla mnie osobiście Śpiąca Bogini to tylko nazwa, coś pozwalające uczynić bardziej namacalnym pewną siłę, która scala i otacza cały świat. Tak postrzegam to ja.
- Rozumiem, że w obecnej sytuacji nie możesz obnosić się z tym, że jesteś mnichem? - Dopytywał Kejn.
- Absolutnie nie, stąd prośba o rozmowę na osobności. Nasz zakon jest na zakazanym indeksie kościelnym, co oznacza, że takich ludzi jak ja, kościół Delidii ściga i zabija. Ale podsumowując, celem wszystkich mnichów z mojego klasztoru jest zdobycie Włóczni Przeznaczenia lub pomocy w szukaniu informacji na jej temat. I moim celem w życiu jest to samo.
- Ile już lat zakon szuka Włóczni? – dopytywał Igo.
- Kilkaset. – Odpowiedziałem.
- Czyli jest duża szansa, że za naszego życia też jej nie odnajdą – powiedział.
- Owszem, ale dla mnie to nie ma znaczenia, bo to droga jest celem – odparłem. - I jeszcze jedno Igo. To, że nasz zakon jest na zakazanym indeksie Delidii, nie oznacza, że mnisi walczą z kościołem Delidii, czy też innym.
Z każdym kuflem piwa rozmowa stawała się coraz bardziej chaotyczna. Chłopaki zadawali pytania, równocześnie przekrzykując się, a ja już sam nie wiedziałem komu na co odpowiadać. Postanowiłem więc zakończyć temat.
- I na koniec odpowiem wam dlaczego zmieniłem imię. To po prostu tradycja klasztoru, że po przejściu inicjacji, wybieramy sobie nowe imię. Ja wybrałem Tsume, co w języku tesijskim, a przez siedem lat miałem okazję poznać ten język w mowie i piśmie, oznacza „szpony”.

Po mojej próbie wyjaśnienia tego co robiłem przez tyle lat, do opowieści przystąpił Dalinar.
- Pamiętacie naszą rozmowę z Ragnem, kiedy pierwszy raz pokazał nam niewolników pędzonych w Karawanie Łez? Wspominał wtedy o starej wierze, lecz sam nie miał zbyt dużej wiedzy w tej dziedzinie. Udało mi się tę wiedzę zgłębić w Karhanie. Spotkałem osoby, które bardzo dobrze znały panteon dawnych bóstw, a które teraz niestety zostały już zapomniane. Na szczęście jest więcej ludzi takich jak ja, którzy chcą wynieść dawnych bogów na piedestał i ukazać, iż Delidia to zło, a my żyjemy w ciemnych wiekach. Panteon jest szeroki, lecz teraz nie będę się o tym rozwodził, bo o tym można mówić godzinami. Ja odnalazłem jednego, który mnie zainspirował, by podążać za jego naukami. To Vergen, sprawiedliwy Bóg, który wspiera najemników, żołnierzy, po prostu ludzi, którzy żądają sprawiedliwości.
- Przepraszam, że Ci przerwę – rzekłem. - Jeszcze kilka la temu, gdy usłyszałbym Twoje słowa o pojedynczych osobach, które chcą zmieniać świat, uznałbym to za jakieś mrzonki. Dziś Cię rozumiem i chcę Cię zapewnić, że myślę w podobnych kategoriach.
Igo kręcił z niedowierzaniem głową.
- Jak mogliście się wpakować w taką kabałę?
- Igo, to nie żadna kabała, ten świat istnieje od tysięcy lat i stworzyli go właśnie bogowie – odpowiedział Dalinar.
Miałem wrażenie, że Igo uważa, że ktoś nakładł nam do głowy bzdur, a my w swej naiwności podążamy ku zatraceniu.
- Daj rękę Igo – powiedziałem.
Chwyciłem mocno jego szczupłą dłoń i przyłożyłem do blizny, która powstała na wskutek wchłonięcia ognia przez mój wisiorek.
- Dotknij mocno i powiedz co czujesz.
- Coś tam jest.
- Tak, to mój medalion – odpowiedziałem.
- Ale czego to niby dowodzi? - Nie ustępował Igo.
- Moim zdaniem tego, że począwszy od tego, że znalazłem go w miejscu, gdzie nigdy nie powinno mnie być, poprzez to, że usłyszałem przypadkiem rozmowę rodziców o Antonie, w końcu to, że amulet uratował nam wszystkim życie podczas pożaru w klasztorze Delidii, świadczy o tym, że to po prostu było mi przeznaczone od samego początku. Gdy znalazłem się w klasztorze, skończyły się też dziwne sny.
- Dobrze, dobrze, ja rozumiem, że na świecie są moce, których nie rozumiemy – mówił Igo. - Obawiam się jedynie, ze jesteście zbyt zaślepieni w waszych poglądach, które przez tyle lat wlewano do waszych głów, młodziutkich i niedoświadczonych niestety.
Muszę przyznać, że jego słowa sprawiły mi przez chwilę przykrość. Bo myślałem, że brat będzie wspierał nas w naszych decyzjach. Ale szybko mi przeszło, zrozumiałem, że jako mag, być może bardziej naukowo patrzy na świat. Może po prostu nie ma tam miejsca na mistycyzm.
- Wasze poglądy są niebezpieczne i można za nie zginąć – ciągnął Igo.
- Ale my chcemy zmieniać świat na lepsze, a życie w ogóle jest niebezpieczne – kontynuował Dalinar.
- Życie wojownika jest tak samo niebezpieczne. Idzie na wojnę i najprawdopodobniej zostanie zabity. - odrzekł na to Igo.
- Jeśli chcesz wieść bezpieczne życie Igo, zostań skrybą, zamknij się w domu i przepisuj zwoje.
Dyskusja szła w złym kierunku i zniecierpliwiony i rozdrażniony całą sytuacja Dalinar uciął temat.

„Ignorowanie naszej własnej niewiedzy jest źródłem wielu nieporozumień.”

Chyba podzielę się tą myślą z Igo, może się nad tym pochyli…
Jako że nie miałem ochoty słuchać już jego zrzędzenia, ani jak obraża moje i Dalinara przekonania, zapytałem jakie mają plany. Szybko ustaliliśmy, że trzeba zgodnie z planem udać się do Białej Osady, spotkać z Ragnem, a następnie dowiedzieć się co stało się z naszymi rodzicami oraz ich majątkiem.

Nasze dyskusje przerwało pukanie do drzwi. Z głupkowatym uśmiechem Kejn otworzył i powiedział – Zapraszam, zapraszam. Do pokoju weszły dwie, całkiem ładne niewolnice, niosąc tacę z winem i jedzeniem. Kiedy tylko odstawiły tacę, rozebrały się i zaczęły swoje obowiązki. My piliśmy i korzystaliśmy z ich wdzięków. Dosyć szybko zwaliłem się na ziemię - młody wiek nie szedł w parze z taką ilością alkoholu. Na szczęście, nim padłem, zdążyłem pochędożyć. To był cudowny wieczór.

Rano wstaliśmy z niewielkim bólem głowy. Dalinar zaproponował, że przed wyruszeniem do Białej Osady, chciałby spojrzeć na klasztor, w którym spędziliśmy dwa lata. Mimo obaw, że ktoś może nas rozpoznać, postanowiliśmy symbolicznie pożegnać się z tym upiornym miejscem.
Przed wyruszeniem z karczmy, Dalinar zapytał mnie, czy potrafię walczyć, jako że nie dostrzegł przy mnie broni.
- No właśnie. Co robią mnisi, kiedy nie siedzą w jaskiniach? - Dalej szydził Igo.
- Nie siedzimy w jaskiniach - nie chciałem się wdawać w kolejną, głupią pyskówkę.
Ale jako że:

„Zemsta smakuje najlepiej na chłodno.”

Przyjdzie czas, że i ja sobie poszydzę.
Igo nie odpuszczał i dopytywał czy wiem jak wygląda to czego szukam.
Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie, ale tak jak to w sumie klasztor znalazł mnie, tak, jeśli Ki-shak mnie poprowadzi, to będę wiedział czego szukam.
- Co to jest Ki-shak? - zapytał Kejn.
- Czy mnisie mają jakieś moce? – równocześnie zapytał Dalinar
- Ki-shak to moc, którą obdarowuje nas Bogini. Zespajamy się z nią poprzez medytację. I odpowiadając na Twoje pytanie, tak, potrafię walczyć. Nie mam już 9 lat.
- Chodzi mi o to, czy ktoś cię przeszkolił?
- Oczywiście, że przeszedłem ciężkie treningi – odpowiedziałem.
- Jaką bronią walczysz? - dopytywał Dalinar.
- Właściwie to nie potrzebuję broni. Moją bronią jest moje ciało.
Starałem się ignorować docinki Kejna i Igo.
- Widzę, że musicie zobaczyć na własne oczy, abyście przestali szydzić – chyba wino z poprzedniego dnia jeszcze nie wywietrzało, bo zachowywali się jak dwa pajace. - Więc skupcie się chwilę i popatrzcie na moje dłonie.
Uniosłem dłoń na wysokość twarzy i przywołałem moc Ki-shak. Moje paznokcie, w szybkiej przemianie, pogrubiły się i wydłużyły, zamieniając w szpony. Sprawnym ruchem wbiłem je w stojące nieopodal krzesło i podniosłem do góry.
- Dlatego też nazywam się Tsume.
Bracia nie skomentowali zbytnio tego pokazu.
Dalinar dopytywał jak daję sobie radę w walce z uzbrojonym przeciwnikiem, kiedy nie noszę zbroi. Odpowiedziałem tylko, że moje ciało może być zbroją i uciąłem temat.
Straciłem chęć do rozmowy.

Przed wyruszeniem uzupełniliśmy zapasy i ruszyliśmy w drogę. Podjechaliśmy do sierocińca. Straszył z daleka swymi poszczerbionymi murami, a głowę nawiedzały złe wspomnienia. Zjechaliśmy ze szlaku i podjechaliśmy do Bezimiennego Klasztoru Sierot. Wjechaliśmy przez bramę, strażnik dłubał w nosie i po chwili wytarł energicznie swoją zdobycz o kubrak. Po placu kręciło się kilku nadzorców i sporo dzieci. Zobaczyłem w tych dzieciach siebie. I zastanawiałem się jaki los je spotka. Czy wstąpią do Pierwszych Korpusów, czy może skończą w tunelach jako kupka szmat i gnijącego mięsa? Tak czy siak jeszcze o tym nie wiedziały, ale czekało ich kilka lat pracy za marny kawałek chleba, a później śmierć czy to na froncie, czy też w gnijącej dziurze.
Podszedł do nas jeden z dozorców i zagaił:
- Witajcie panowie, witajcie w klasztorze sierot. W czym mogę pomóc?
- Chciałbym zakupić zioła i chcę się dowiedzieć czy takie posiadacie i w jakich cenach – kłamał gładko Igo.
- Oczywiście, większość popularnych ziół mamy cały rok – odpowiedział dozorca.
- Potrzebuję rumianku, nagietku i pokrzywy.
- Oczywiście posiadamy te zioła w cenie jeden srebrny ambard za pęczek. Przynieść?
- Nie, nie. Chcemy się tylko zorientować, bo planuję większe zakupy – łgał Igo.
- A powiedzcie mi panie, jak nazywa się wasz przeor? - zagaił Dalinar.
- Kalines – odpowiedział mężczyzna.
- Ja jestem tu nowy, ale przeor nadzoruje klasztor gdzieś tak od 5 lat.
- Umówić panów na audiencję?
- Nie, nie. Myślałem, że sprawuje tu władze kto inny, widać się pomyliłem – odparł Dalinar.
- Nasz klasztor oferuje też świetne koce, buty i kubraki...
Kiedy oni prowadzili rozmowę, rozglądałem się po okolicy. Budynek, który spłonął podczas naszej ucieczki, był nieudolnie odbudowany, a na murach pojawiły się małe drzewka. Dzieciaki wydawały się jeszcze bardziej wychudzone niż za czasów naszego pobytu. Chyba wydarzenia ostatnich lat niekorzystnie wpłynęły na już i tak zaniedbane wcześniej miejsce.
- Nie, nie, dziękujemy, interesują nas tylko zioła. Bywaj.
Kiedy byliśmy już daleko za bramą, Dalinar odezwał się ponurym głosem:
- Pamiętacie to pomieszczenie na dole? Musimy coś z tym zrobić – w jego głosie brzmiała determinacja. - Powiem wam, że z chęcią spaliłbym to wszystko i zrównał z ziemią.
- Z jednej strony tkwi ciągle zadra w mym sercu, ale co z tymi dzieciakami? – dopytywał Igo.
- Jak co z dzieciakami, przecież one wszystkie tam idą na rzeź.
- Nie wszystkie, część pozostaje i służy w klasztorze – bronił swojej opinii Igo.
- Jak nie wszystkie! – pomstował Dalinar - Jedne idą do armii Delidii, a inne trafiają do trupiarni.
- Po prostu nie chcę spalić dzieci – ciągnął Igo.
- Ale nikt nie mówił o spaleniu dzieci – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.
- Mówię o zniszczeniu tego miejsca – kontynuował Dalinar.
- Żeby dowiedzieć się o tym co tu się dzieje, musimy pobyć trochę w mieście i złapać jakieś kontakty – ciągnął Igo. W Białej Osadzie się niczego nie dowiemy, ani o klasztorze, ani o majątku rodziców.
- Ja mówię o dłuższej perspektywie, a nie o tygodniu, czy dwóch. Mówię o planach na przyszłość – sprostował Dalinar. - Vergen naucza, aby dążyć do sprawiedliwości, a w moich oczach sprawiedliwość wymaga, aby zrównać to miejsce z ziemią i zabić tych kapłanów za czyny, których się dopuszczali.
- No bez przesady – prawie zakrzyknął Igo. - Były osoby, które nam tam pomagały i to nie znaczy, że mamy je wszystkie spalić.
Powoli zaczynałem martwić się o Igo, tak jak wczorajsze przytyki położyłem na karb alkoholu, to dzisiejsze twierdzenie, że ktoś nam tu pomagał, zakrawało na jakąś kpinę. Może nieustanna nauka skomplikowanych arkanów magicznych pomieszała mu w głowie. Lub jego młody umysł wypierał tak jak ja kiedyś pewne rzeczy.
- Nie przypominam sobie, żeby ktoś nam tu pomagał – warczał Dalinar.
- I dlatego chcesz palić ludzi?
- Igo, posłuchaj raz dokładnie co on mówi – wtrącił się Kejn. Widać, mimo że wczoraj razem urządzali sobie podśmiechujki, dziś Igo irytował i Kejna. - Chce spalić budynki, nie ludzi.
- Igo słyszy to co chce słyszeć – wściekał się Dalinar. - Oczywiście, że te dzieci są niewinne i powinny zostać najpierw wyprowadzone, aby...
Igo nie dał mu dokończyć zdania i szyderczo mówił:
- Tak, tak, a na świecie nie powinno być głodu, wojen i wszyscy powinni być bogaci tak? To co wy mówicie, jest zwyczajnie naiwne.
- Naiwne to jest to, że liczysz na to, że poznasz moc wszystkich czarów zanim skonasz, a i tak się tego uczysz – odparowałem zdenerwowany.
- Nie chcę się z wami kłócić, ale mam wrażenie, że ktoś nakładł wam jakichś bzdur do głowy i nie macie do tego żadnego krytycznego podejścia. - skwitował Igo.
Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że idea służbie jakiemuś wyższemu bytowi przekraczała pojęcie Igo. Być może złe doświadczenia z kościołem Delidii wywarły na nim takie piętno, że nie umiał zaakceptować wyboru braci, by służyć jakiejś większej idei i to nie z powodu frazesów natłuczonych do głowy, a z potrzeby serca. Dalinar od dawna szukał wiedzy o starych Bogach, a mną od początku życia, mimo że drogą krętą i smutną, do Bogini prowadziło Ki-shak. Mam nadzieję, że kiedyś Igo przejrzy na oczy wszak

„można widzieć, a być ślepym.”

- Dlaczego używasz liczby mnogiej. Czy ja powiedziałem, że chcę spalić jakichś kapłanów, pomijając fakt, że nikt tak nie powiedział? - zapytałem. - Nie. Powiedziałem, że jeśli jest to dla niego ważne, to jestem gotowy mu pomóc. Bo w dupie mam tych kapłanów, ale nie mam w dupie brata.
- Myślałem Igo, że będziesz chciał mi pomóc – żalił się Dalinar.
- Zawsze wam pomogę, ale w jakichś sensownych działaniach – bronił się Igo.
- Igo, jestem wstanie zrozumieć chęć jego zemsty i właśnie po to, żeby to wykonał bezpieczniej, to mu pomogę. Ani nie mam w tym interesu, ani nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby, ani nie jestem ogarnięty chęcią zabijania, ale jeśli to dla niego ważne, to mu pomogę. - Rzekłem.
- Ja też uważam, że ktoś kto jest odpowiedzialny za zabicie tych dzieci, powinien ponieść karę i to by było sprawiedliwe – ciągnął Igo. - Ale spalenie tego budynku tego nie gwarantuje!

Kłótnia przedłużała się, każdy zostawał przy swojej racji. Dyskusję przerwał nadjeżdżający z tyłu wóz.
- Witajcie wędrowcy. Widzę, że zmierzacie na zachód. - Zagadnął woźnica.
- A dokąd to zmierzasz ze swoim dobytkiem? – zapytał Kejn.
- Do osady Nori – widząc naszą konsternację, dodał - To dwa dni drogi stąd.
Z tyłu wozu siedziało dwóch osiłków w skórzanych zbrojach i z pałkami przy boku.
- Wy pewnie do Białej Osady zmierzacie?
- Jedziemy w tym kierunku co Ty – wymijająco odpowiedział Kejn.
- To może razem pojedziemy? Czym dalej od miast, tym drogi niebezpieczniejsze. Ponoć coraz częściej zbójcy tu grasują.
- Zbójcy grasują wszędzie – odparł Kejn.
- To faktycznie dobry pomysł, by ruszyć razem.
Woźnica zwrócił się do mnie - Jak chcesz panie, możesz zasiąść na wozie. Wygodniej będzie niż we dwóch na koniu.
Chętnie skorzystałem z zaproszenia.
Droga minęła mijała nam szybko, a kupiec chętnie opowiadał o sobie. Był stolarzem i żył ze sprzedaży swoich wyrobów. Zapytał nas, czy aby przypadkiem nie chcieliśmy w Mag-Margot nabyć licencji. Kiedy zorientował się, że nie wiemy o czym mówi, wytłumaczył, że krążą pogłoski, że władze chcą ukończyć Czarną Świątynie w tym roku, a brakuje rąk do pracy i chętnie wydawane są licencje na odłów niewolników. Ponoć w przyszłym roku miasto ma odwiedzić namiestnik Ambardu, Najwyższy Kapłan Delidii Rankor i wszystko musi być gotowe. Kolejne dwa dni podróżowaliśmy razem, aż nastał czas rozstania. Pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę.

Nasza podróż trwała jeszcze kilka dni, kiedy to naszym oczom ukazała się Biała Osada. Wcześniej o tym nie wspominałem, ale granicę wioski stanowił ogromny dąb, zwany przez mieszkańców Dębem Powitalnym. Widniała na nim tablica „Witamy w Białej Osadzie”. Tym razem przywitała nas nie tylko tablica, ale ogromny smród i dwa trupy, wiszące na rzeczonym dębie, z przytroczonymi drewnianymi tabliczkami zwanymi „kostusiami”. „Bluźnił”, „kradł” - informowały tabliczki na wisielcach. Ciała musiały już wisieć sporo czasu, a kruki, które gęsto obsiadły ciała, wykonały już sporo pracy. Krakały na nas złowieszczo, jakby chciały odstraszyć nas od swojego stołu.

Igo zaproponował, żeby nie jechać od razu do Ragna, tylko zatrzymać się w gospodzie jako zwykli podróżnicy. Zgodziliśmy się, że będzie to rozsądne, bo coś tu było nie tak. Przez dwa lata naszego pobytu w osadzie, nikogo tu nie powieszono. Kiedy zbliżyliśmy się do wioski, dostrzegliśmy, że osada została rozbudowana. Lecz nowe domy nie pasowały do tych, które znaliśmy z naszego pobytu. Były to na byle jak sklecone rudery. Podjechaliśmy do karczmy, uwiązaliśmy konie i raźno wkroczyliśmy do środka. Ian stał za barem, czas go nie oszczędził i postarzał się mocno. Wytężył wzrok i zaprosił do stołu. Po chwili podszedł, a my poprosiliśmy o jadło i napitek. Ian, jak miał w zwyczaju, przyglądał się nam chwilę bacznie i poszedł po piwo. Po chwili wrócił z piwem, wielką miską kaszy okraszonej skwarkami oraz pajdami chleba i miską smalcu. „Smacznego, mości panowie” - powiedział i odszedł do swoich zajęć. Po pewnym czasie Ian podszedł do nas i zapytał czy czegoś jeszcze nam trzeba. Przyglądał się na przez chwilę i zapytał:
- To Ty Dalinarze?
- Tak, ja. Nie poznałeś mnie?
- A gdzie reszta ? - spytał karczmarz.
- Przy stole – nie poznajesz nas?
- Igo? Kejn? Gniewomir?
- Tak, to my.
- Jestem zaskoczony. Co was tu sprowadza? Ile to już lat minęło? Pięć?
- Siedem – odpowiedział Dalinar.
- Ale ten czas leci. Co was tu sprowadza?
- Przejeżdżaliśmy niedaleko i postanowiliśmy zobaczyć co tu u was słychać.
- Cóż to za powitanie przyszykowaliście dla przybyłych? - dopytywał Kejn.
- Aa to widzieliście...
- Trudno nie zauważyć.
Ian przysiadł się do nas i westchnął.
- Troszkę się tu pozmieniało, od czasu, kiedy stąd wyjechaliście. Osada się rozbudowała.
- A Ragn jest dalej sołtysem? - zagaił Kejn.
- Nie, Ragna nie ma. Nowy sołtys nazywa się Ranfeld. Jest zarządcą z ramienia barona Friedricha von Baumanna. Dwa lata temu powiedziano nam, że baron objął te tereny we władanie, w tym Białą Osadę. Dostał te ziemie w lenno od władz kościelnych.
- Ale przecież te ziemie należały do Ragna.
- Ano należały. Ale kościół jest jedynym właścicielem wszystkich ziem i podarował te ziemie baronowi, który ma siedzibę parę dni drogi stąd. To bohater wojenny.
- Co z Ragnem? – dopytywał złym głosem Kejn.
- Wiecie, Ragnowi to od samego początku się nie podobało, bo to były jego ziemie. Ale baron wspaniałomyślnie zostawił go na swoim stanowisku. Ale teraz Ragna już nie ma.
- Co się z nim stało? - dopytywaliśmy.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Był naszym opiekunem, chyba możesz coś powiedzieć między nami po starej znajomości – zachęcał Igo.
Ian bardzo ściszył głos i wykrztusił z siebie:
- Przyjechali jacyś ludzie i zabrali go. Kilka miesięcy temu przyjechali w nocy i go zabrali, było ich może ze dwudziestu. Wyszliśmy z Normanem przed karczmę, wyciągnęli go związanego jak świniaka i odjechali.
- A mieli jakieś symbole? - pytał Kejn.
- W którą stronę go wywieźli? - dopytywał Igo.
- No na wschód, a w którą stronę mieli go wywieźć?
- A Graham dalej na farmie mieszka?
- A Graham tak. Wprawdzie siadają mu kolana, ale tak teraz jego syn Iktorn tam zarządza.
- A jak tam nowy sołtys? – dopytywał Igo.
- Ragna wywieźli, a ty się dopytujesz o nowego sołtysa – zapytał z niedowierzaniem Kejn.
- A no nie ma źle, wprawdzie wprowadza nowe porządki, ale cóż rzec, przybył może z dwa tygodnie temu.
- I co wywieźli wam sołtysa i nikt się tym nie interesuje?
- Nie no, posłaliśmy pismo do barona i jaśnie pan zajmuje się sprawą. Przyjechali z nowym nowym sołtysem żołdacy barona, ale co tu mieli znaleźć? Dwóch z nim zostało do pilnowania porządku, reszta odjechała.
- A co z tą dwójką na drzewie? - Dopytywał Dalinar.
- A to już inna historia. Do wsi zajechało kilku rycerzy, wiecie, z Walczącego Zakonu Świętego Jeremiego. Zatrzymali się u mnie w gospodzie. Przywieźli ze sobą dwóch więźniów, ciągnęli ich na powrozach za końmi. A później całą wieś wezwali na świadków, sąd zrobili, powiesili tych dwóch i zakazali ściągać przez 30 dni.
- Dostaniemy pokój karczmarzu? – zapytałem.
- Oczywiście, dla was zawsze. Jedzcie na mój koszt. A gdzie się wybieracie? – dopytywał jak zwykle ciekawski Ian.
- Przede wszystkim chcieliśmy spotkać się z Ragnem. Myśleliśmy, że powspominamy stare czasy.
- A jak tam w Karhanie? Bo Ragn wspominał, że wysłał was na szkolenie.
- Tak. Spędziliśmy tam kilka lat w pewnej kompanii najemników, ale teraz wyruszyliśmy podbijać świat na własną rękę. – odpowiedział w swoim stylu Dalinar.
- Ku chwale Delidii – powiedział Ian, gdy odchodził.
- Ku chwale - odpowiedzieliśmy odruchowo.
- Trzeba udać się do Markusa, do jego kuźni – zaproponował Igo.
Kończyliśmy posiłek, dyskutując o najbliższych działaniach. Nim wyszliśmy z gospody, podszedł no nas karczmarz i wręczył nam klucz do pokoju ze słowami:
- Zostańcie moimi gośćmi jak długo chcecie.

Wyszliśmy z gospody i ruszyliśmy w kierunku kuźni. Mężczyzna, który tam pracował, to zdecydowanie nie był Markus, chyba że przez ostatnie siedem lat urósł o ponad pół metra. Na spotkanie wyszedł nam starszy, dobrze zbudowany mężczyzna. I zapytał w czym może pomóc.
- Witajcie kowalu, szukamy krasnoluda Markusa.
- A ja tu nowy jestem, stary kowal opuścił wioskę jakieś trzy miesiące temu i mości baron zatrudnił mnie na jego miejsce.
- A nie wiecie, gdzie udał się poprzedni kowal? Do Mar-Margot, czy może gdzieś dalej? - pytał Dalinar.
- A to ja nie wiem. Baron kazali tu przyjechać, to przyjechałem, a starego kowala już tu nie było.
Udaliśmy się w kierunku ochronki, aby spotkać się z siostrami, które nas wychowywały, ale na naszej drodze czekał człowiek, którego oblicza nie kojarzyliśmy.
- Dobry dzień, dobry dzień – przywitał nastając.
- Dobry dzień – odpowiedzieliśmy i minęliśmy go zmierzając do celu.
- Poczekajcie mili panowie – zawołał za nami. - Nie znam was.
- My ciebie też nie znamy - odpowiedzieliśmy chórem i niezrażeni ruszyliśmy dalej.
- Sołtysem jestem tutaj, a wy kim jesteście?
Obróciliśmy się w jego kierunku i przystanęliśmy.
- Podróżnymi.
- Widziałem przez okno, że się tu kręcicie, to wyszedłem zapytać czy wam czego nie trzeba.
- Od kiedy to sołtys oprowadza podróżnych? – zapytał Kejn.
- A no taki mamy tu obyczaj.
- Niczego nam nie trzeba – podziękował Igo.
- Bywaj zatem - powiedział Kejn.
Sołtys, niezrażony, kontynuował dalej. Jego wścibstwo w obecnej sytuacji, która spotkała Ragna, zaczęło mi działać na nerwy.
- Co was tu sprowadza? Jesteśmy małą miejscowością i wszyscy się tu znamy.
- Nocleg – odpowiedziałem z kwaśną miną.
- A to w gospodzie musicie pytać.
- Już byliśmy, a że w tej dziurze nie ma nic innego do roboty, to po prostu spacerujemy.
- A no tak, no tak. Jakbyście czegoś potrzebowali, było by wam co potrzebne, to zachodźcie. Widzicie ten biały dom? – wskazał ręką na dom Ragna - Tam mnie znajdziecie.
Po tym niewinnym w jego rozumowaniu geście, kończyła mi się cierpliwość i postanowiłem postarać się, aby przestał się nami interesować. Może jak zobaczy w nas zwykłych prostych żołdaków odpuści.
- Pomoc w czymkolwiek powiadasz? – zagaiłem.
- A no postaram się...
- Dziwki macie? – nie dałem mu jednak dokończyć zdania.
Jego oczy aż się rozszerzyły z niedowierzania.
- Ale czemu mnie o to pytacie? Ja jestem sołtysem.
- No pytam, bo potem nie będzie mi się chciało chodzić do Twego domu. No to krótko, dziwki macie, czy nie macie?
- Nie, nie - Odpowiedział widocznie zniesmaczony.
- W ogóle? - Dopytywałem.
- Ja tam nie wiem, ja tu się takimi rzeczami nie zajmuję – bronił się sołtys.
- Jesteś sołtysem i nie wiesz czy w wiosce są dziwki? - pytałem z udawanym zdziwieniem.
- Panowie, zmieńmy temat, ja tu tylko z ramienia barona...
- Baron zabrania dziwek? – ponownie nie dałem mu skończyć
- Jak potrzebujecie dziewki... – zająknął się.
Moją grę przerwał Kejn.
- A dawno jesteście tu sołtysem?
- Nie, nie dawno.
- Bo w karczmie się o was dobrze mówi... - Nęcił Kejn.
Sołtys wyraźnie poczuł się dowartościowany.
- A tak, Ian to pobożny człowiek.
- Yo ile jesteście tym sołtysem? Bo Ian zachwala, że i ruch większy w wiosce i że sama wioska się rozrasta.
- A będzie już ze dwa tygodnie – odpowiedział sołtys.
- Dwa tygodnie. To już rozumiem dlaczego nie macie dziwek, ale i na dziwki przyjdzie czas. Wiadomo, że tam, gdzie karczma, musi być dupczenie – ciągnąłem.
Tego już sołtys nie wytrzymał.
- Tak, tak, no ja już was zostawię. Muszę udać się do swoich obowiązków.

Ruszyliśmy w końcu do ochronki. Wiele się tu nie zmieniło. Weszliśmy do sali, w której pobierało nauki pięcioro dzieciaków. Celsesta podniosła głowę znad książki i odprawiła nas ruchem dłoni. Znając jej zwyczaje wiedzieliśmy, że musimy poczekać, aż skończy nauczanie. Czekaliśmy cierpliwie i w końcu do nas wyszła.
- No, no, no, kogo ja tu widzę. Moje chłopaki! Co was tutaj sprowadza?
Przywitaliśmy ją.
- Sentyment.
- Nie spodziewałam się, że kiedyś nas odwiedzicie.
- A my nie spodziewaliśmy się, że zastaniemy taką sytuację.
- Wiecie – jej oblicze pobladło.
- Dowiedzieliśmy się trochę od Iana, ale bez większych szczegółów – powiedział Dalinar.
- Przyjdźcie wieczorem, ja skończę zajęcia z dzieciakami, posprzątam trochę, napijemy się wina i porozmawiamy.
Nawiedził mnie jakiś niepokój, a nauczyłeś mnie mistrzu, żeby ufać swoim przeczuciom. Nie wiem nawet dokładnie, czy było to przeczucie, czy raczej wpływ ostatnich wydarzeń w tym miejscu. Ale wiedziałem, że potrzebujemy informacji, a osób, którym mogliśmy ufać, było jak na lekarstwo. Wprawdzie uważałem, że nowy sołtys raczej jest pionkiem w tej grze, ale

„Lepiej dmuchać na zimne.”

Z jakichś przyczyn odszedł też Markus i obawiałem się o bezpieczeństwo naszej dawnej nauczycielki.
- Mam złe przeczucia, posiedzę sobie na ławeczce do zmroku i tu się razem spotkamy – oznajmiłem.
Moim bracia poszli do karczmy, a ja zanurzony w rozmyślaniach o tym co tu się wydarzyło, oczekiwałem zmierzchu. I tylko dwie myśli zaprzątały mój umysł. Albo kościół dowiedział się o tym, że Ragn był członkiem Zakonu Atolla (do tego pasowała by też ucieczka Markusa) albo, tak jak obiecał, interesował się naszym majątkiem i nadepnął komuś nieodpowiedniemu na odcisk. Niestety moje rozmyślania nie mogły przynieść rozwiązania tej sytuacji.

O zmierzchu z karczmy przyszła cała trójka i weszliśmy do ochronki. Celesta ugościła nas winem.
- Nic się nie zmieniłaś Celesto, widać, że czas Ci służy - komplementował ją Dalinar.

I nie był to naciągany komplement. Chyba wszyscy żywiliśmy do tej kobiety ciepłe uczucia. To jedyna już, po naszej matce, kobieta, która, mimo że obca, potrafiła obdarzyć szczerym uczuciem wszystkie dzieci, które trafiały pod jej dach. To wręcz nieprawdopodobne, jak jej sierociniec różnił się od tego, z którego uciekliśmy.
- Jesteście nazbyt uprzejmi – powiedziała z naturalną skromnością i głośno westchnęła.
- A gdzie Eugenia? - Zapytaliśmy o jej siostrę, która pomagała w wychowaniu.
- Niestety zmarła parę lat temu. Suchoty – powiedziała smutno i minęło trochę czasu, gdy znów się odezwała.
- Nie wiem czy jest rozsądne, abyście tu zostawali – ciągnęła z obawą w głosie. - Vernir mocno wierzył, że przybędziecie.
- I tak też się stało – odpowiedział Kejn. - Lecz nie spodziewaliśmy się zastać takiego stanu rzeczy. Witają nas trupy na powitalnym drzewie. Vernir uprowadzony, a Markusa nie ma, opowiadaj co się dzieje.
- Zacznę od początku – powiedziała Celesta zmęczonym głosem. - Dwa lata temu baron dostał te ziemie w lenno od Kościoła – potwierdzała opowieść Jana. - Podłamało to Vernira, bo był to kolejny cios po tym jak parę lat wcześniej zmarła jego żona. Ostatnimi czasy Vernir był bardzo podniecony waszym przybyciem, nie umiał się go doczekać. Myślałam, że do tego nie dojdzie, a wy faktycznie zjawiliście się. W ostatnim czasie udawał się często do Mar-Margot. Uparł się, że rozwiąże zagadkę śmierci Roberta. Nie wtajemniczał mnie w szczegóły, ale bywało, że spędzał tam tydzień, a czasem nawet dwa. Jakieś trzy miesiące temu wyruszył do miasta po raz ostatni. Mówił, że chyba w końcu coś ma i musi spotkać się z niejakim Kościejem. Było to po rozmowie, którą przeprowadził w tutejszej gospodzie, z jakimś nieznajomym. Niestety nie podzielił się ze mną kim byli zarówno rozmówca jak i Kościej. Wrócił z miasta po może dwóch tygodniach, był w podłym nastroju. Był też ranny. Powiedział mi – zamyśliła się na chwilę - To trudne...
- Dwa dni potem - zmieniła wątek - Markus wyjechał bez pożegnania. Zaskoczyło mnie to, lecz Vernir nie chciał o tym ze mną rozmawiać.
Nie wiem czy smutek w jej głosie, czy to, że w pewnym momencie nie dokończyła zdania o tym co rzekł jej Vernir, uświadomiło mi, że po śmierci żony Ragna, musieli się do siebie znacznie zbliżyć.
- Słuch po Markusie zaginął. W następną noc zbudził mnie hałas. Tętent kopyt, pokrzykiwania. Do wsi zajechało kilkunastu zbrojnych jeźdźców. Otoczyli Biały Dom i po chwili wywlekli go na zewnątrz. Z gospody wybiegł Ian i Norman, ale tak szybko jak wyszli, wycofali się do gospody. Nie dziwię im się, nie mogli nic poradzić przeciw takiej bandzie. Ze strachem oglądałam te sceny przez okno. Spętali go, przerzucili przez konia i odjechali w kierunku Mar-Margot. Już więcej go nie widziałam – powiedziała z bólem w głosie.
- Mieli jakieś symbole? - zapytał Dalinar.
- Było ciemno, ale raczej nie. Bardziej wyglądali na zbirów, niż najemników spod jednego sztandaru, czy tym bardziej wojsko. Pomóżcie mu – powiedziała łamiącym się głosem, a oczy zaszkliły się jej.
Nie miałem już wątpliwości. Celesta kochała Vernira.
- Musicie go odnaleźć.
- A może Graham coś wiedział? – dopytywaliśmy.
- Rozmawiałam z Grahamem. Był zaskoczony wydarzeniami, a o wyprawach Vernira nie wiedział nic. Tak samo zaskoczyła go wiadomość o wyjeździe Markusa.
Dopytywaliśmy o Kościeja, tajemniczego rozmówcę w karczmie, o raz jeszcze o wydarzenia z tej sądnej nocy, której zniknął Ragn. Niestety Celesta nie potrafiła nam powiedzieć nic nowego. Przytłaczało mnie to, że kolejna osoba, która była nam bliska i chciała nam pomóc, ma poważne problemy i z dużą dozą prawdopodobieństwa, może być martwa. Moja droga usiana jest najwyższym poświęceniem tych, których uda mi się pokochać. Mimo, że trudno to zaakceptować, wierzę, że ich poświęcenie ma jakiś głębszy cel.
Celesta potwierdziła też słowa Iana, że nowy sołtys, Ranfeld, przybył dwa tygodnie temu, wraz z dwoma ochroniarzami i zamieszkał w Białym Domu. Niestety nie wiedział nic o tym jak ma się postępowanie, które rzekomo prowadzi baron w sprawie porwania Vernira.
- Co stało się z rzeczami Ragna? - Dopytywaliśmy zawzięcie. - Może miał jakieś notatki, coś co mogło by nam pomóc?
- Cóż, wszystko co było w Białym Domu, przeszło na własność nowego sołtysa wraz z posiadłością – ze smutkiem w głosie odpowiadała Celesta. Lecz teraz, jeśli się tak zastanowię, to być może jest coś co mogło by wam pomóc. Vernir prowadził jakiś dziennik. Wielokrotnie przyłapałam go na tym, gdy coś w nim zapisywał, lecz zawsze, gdy się zjawiałam, kończył pisanie i odkładał go. Nigdy nie zapisywał nic w mojej obecności.
Widać było, że wszystkim zależy na rozwiązaniu tej sprawy. Nie trzeba było czekać długo na pierwsze decyzje.
- Kejnie, może byłbyś wstanie zakraść się do domu i poszukać tego dziennika? - zapytał wprost Dalinar.
- Byłbym i nawet już o tym pomyślałem, tylko musimy to dobrze zaplanować.
- Musimy być ostrożni, jesteśmy zapewne bacznie obserwowani – rzekł Igo.
- Może umówmy się z sołtysem w trójkę w karczmie, a Ke… - Dalinar nie dokończył, bo Igo w tym momencie wtrącił „I spalmy go.” – ukazując co myśli o potencjalnych planach Dalinara.
- Co ty masz z tym paleniem Igo. – warknął Dalinar, a my pomimo powagi sytuacji parsknęliśmy śmiechem.
Celesta patrzyła na nas zaskoczona. Lecz szybko opanowaliśmy się i wróciliśmy do obmyślania planu.
- Kejn w tym czasie – kontynuował Dalinar - mógłby przetrząsnąć Biały Dom.
- Jeśli to coś może pomóc, to była to czarna książeczka. – wtrąciła Celesta - Zwykle zapiski prowadził na dole, na stole przy kominku.
- Myślę, że koniecznie musimy go zdobyć. Może to da nam jakiś trop – stwierdził Dalinar.

Wróciliśmy do karczmy, gdzie Ian zaproponował nam strawę, lecz nikt z nas nie miał apetytu. W pokoju Dalinar dopytywał, czy mamy jakiś pomysł, jak zająć czymś sołtysa, by Kejn mógł zrobić swoje.
- Może powinniśmy zapytać Celesty, czy nowy sołtys objeżdża swoje włości – powiedziałem.
- Ragn często wyjeżdżał – pociągnął temat Dalinar - może nowy sołtys też ma to w nawyku.
Tego wieczoru nie siedzieliśmy długo. Postanowiliśmy, że rano zasięgniemy języka u Celesty i wybierzemy się do Grahama. Dowiedzieliśmy się od niej, że Ranfeld wyjeżdża znacznie częściej niż Ragn. To typowy urzędnik, który wszystko musi skontrolować. Zbiera się zazwyczaj rano i wraca na wieczór, choć zdarzały się dni, kiedy wracał nazajutrz. Dowiedzieliśmy się też, że zazwyczaj podróżuje sam, a jego ludzie pilnują porządku w wiosce. Ku naszej uldze nie mieszkali w Białym Domu, tylko w zaadoptowanym na areszt budynku. Zadecydowaliśmy, że Kejn będzie prowadził obserwację z domu Celesty, skąd miał znakomity widok na Biały Dom, a my udamy się do Grahama.

Graham rozpoznał nas od razu. Szedł o kulach, utykając mocno na jedną nogę. Po krótkim powitaniu zasypaliśmy go pytaniami. O wydarzenia z wioski, Vernira i Markusa.
- Tak naprawdę nic nie wiem, nie wiedziałem nawet o tym, że Vernir jeździł do Mar-Margot. Podejrzewam, że Markus wyjechał po skonsultowaniu tego z Vernirem. Ja sam dowiedziałem się o wszystkim dopiero dwa dni po tym jak go zabrali. Oczywiście z synami przeczesywaliśmy teren oraz odwiedziliśmy miejsca, gdzie czasem się spotykaliśmy. Leśniczówkę i zrujnowany tartak. Niestety nie natknęliśmy się ani na Vernira, ani na Markusa.
- Myślisz, że to może mieć coś wspólnego z Zakonem Atolla? – dopytywaliśmy.
- Wątpię, gdyby tak było, ja i moja rodzina już byśmy nie żyli.
- A kojarzysz kogoś o przezwisku Kościej? – zapytałem.
Graham zamyślił się i szukał czegoś w swojej pamięci.
- Nie wiem czy to nie był przypadkiem towarzysz broni Vernira, kiedy ten jeszcze wojował na Zachodzie.
- Mówił coś o nim może albo go opisywał? - dopytywałem - To prawdopodobnie ostatnia osoba, z którą się widział.
- Kojarzę go tylko z opowieści, które czasem snuliśmy przy gorzałce, niestety nic więcej nie wiem. Myślę, że Markus wiedziałby więcej, był bliższym przyjacielem Vernira niż ja. Niestety nie mam pojęcia, gdzie mógłby się udać. Gdybyście potrzebowali kogoś do pomocy, no wiecie do bitki albo żeby kogoś poobserwować, to dajcie znać, chętnie pomożemy.
- Nie mam żadnego punktu zaczepienia na ten moment - ponuro powiedział Igo.
Wspólnie ustaliliśmy, że możemy wykluczyć barona von Baumanna oraz Kościół Delidii. Baron zwyczajnie mógł usunąć go z urzędu, gdyby tylko chciał, a Kościół Delidii torturował by go tak długo, aż ten wydałby wszystkich. Zatem pozostała sprawa naszego majątku. Zawiedzeni, że nie posunęliśmy się w swych poszukiwaniach do przodu, wróciliśmy do karczmy.

Zmierzchało już, a Kejna nie było. Zamówiliśmy jedzenie i napitek, a Ian zagadywał.
- Gdzie to jeździliście chłopaki?
- A byliśmy odwiedzić stare kąty i krzaki – mówił Igo - Bawiliśmy się tu często w chowanego.
- No tak, wspomnienia wracają – powiedział Ian - Poznaliście już sołtysa?
- Poznaliśmy – odpowiedział Igo.
- Gdzie Kejn? – dopytywał Ian?
- Nie ma go w pokoju? – zapytałem zdziwionym głosem.
- Nie widziałem, żeby wracał do karczmy, ale może byłem na zapleczu.
- Pewnie już śpi – odparł Igo - Ostatnio coś źle się czuł.
- No nic, ja wam życzę dobrej nocy. Czas zamknąć gospodę.
- Dobrej nocy i tobie - odpowiedzieliśmy i udaliśmy się do pokoju.
W pokoju na piętrze zaniepokojony Igo wyraził swoją obawę, czy aby Kejn nie wpadł w jakąś pułapkę. Uspokoił go Dalinar, mówiąc, że Kejn wie co robi. Po jakimś czasie ktoś zapukał do drzwi.
- To ja Kejn.
Otworzyliśmy mu i czekaliśmy na relację.
- No i jak? - Dopytywał zniecierpliwiony Dalinar.
- No słabo, bo w trakcie mojego przeszukiwania przyjechał do domu.
- Przyjechał i co?
- No i nie zdążyłem obszukać parteru, a na piętrze nie znalazłem kompletnie nic. Oprócz tego. – rzucił na stół sakiewkę. - Przyda nam się. - stwierdził.
- Nie uważasz, że to ryzykowne i może się zorientować, że zniknęła mu sakiewka? - dopytywałem.
- Co mnie to obchodzi.
„Jeśli tak ma wyglądać niezostawianie za sobą śladów, to nie wróżę nam świetlanej przyszłości.” – pomyślałem.
Kejn pośpiesznie policzył monety, a było tam około dwudziestu złotych ambardów.
- Będzie na dziwki – powiedział.
- Przyda się – przytaknął Igo.
Ich beztroska coraz bardziej mnie porażała. Z racji wieku to ja byłem najmłodszy, ale miałem wrażenie, że jest na odwrót.
- Dzielić to, czy zatrzymać? - powiedział Kejn.
-Zróbmy wspólny fundusz – zaproponował Igo.
Kejn skinął głową.
- Jesteś przekonany, ze nie zorientował się, że tam byłeś? - zapytał Igo.
- Nie - zapewnił elf.
- Czy jest szansa, że to była sakiewka Ragna i była na tyle dobrze ukryta, że nowy sołtys nawet o niej nie wie? - zaciekawił się Dalinar.
- Była ukryta, ale nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytanie.
- Gorzej, jeśli dziś pojechał zbierać daniny i będzie chciał dorzucić do sakiewki - mamrotałem dalej niezadowolony.
- Cóż stało się, to się stało – rzekł Igo - No przecież nie będziemy tego zwracać.
Ach mój drogi mistrzu, jakże bardzo się pomylił. Znowu przeczucie mnie nie zawiodło. Ale znów wyprzedzam fakty.
- Zastanówmy się co dalej - zaproponował Igo.
- Jak co dalej? – powiedziałem - Musimy poczekać, aż znów wyjedzie i przeszukać parter.
- Miałem przez chwilę zamiar przeszukać dół razem z nim, ale jutro by się okazało, że znowu potrzebują sołtysa – powiedział z uśmiechem Kejn.
„Uff, choć tu użył głowy” - pomyślałem. W jego fachu powinien mieć bardziej rozwinięte instynkty samozachowawcze oraz szersze pojmowanie stwierdzenia „nie zostawiać po sobie śladów”. Zabrana sakiewka, a nawet tylko przelotna myśl o zabiciu sołtysa, jasno wskazywała, że mało co go obchodzi.
Przez pewien czas spieraliśmy się co robić. Ja optowałem za czekaniem na kolejną okazję, lecz reszta chciała to zrobić nawet dzisiejszej nocy. Co z nimi jest nie tak?
W pewnym momencie wpadł mi do głowy pomysł.
- W sierocińcu zajmowaliście się ziołami, może moglibyście zrobić jakąś mieszankę, którą można by było dodać do paszy konia i niech, powiedzmy za kilka kilometrów po wyjeździe, koń dostanie jakichś boleści. Nie mówię, że ma zdychać, bo co biedny koń zawinił, ale żeby po prostu nie dało się na nim jechać. Raczej konia nie zostawi. I trochę potrwa zanim wróci lub będzie musiał może nawet gdzieś przenocować.
- Jest to na tyle niepewne, że bym tego nie robił – odparł Igo.
Po długiej dyskusji ustaliliśmy, że czekamy do następnej okazji. I poprosiliśmy Kejna, żeby nie zrobił nic przez co będziemy musieli uciekać z osady.

Rano udaliśmy się na śniadanie. Jak zwykle ciekawski Ian dopytywał co mamy zamiar robić tego dnia.
- Może udamy się do lasu zapolować na jakiegoś bażanta – odparł Igo.
- Można tu polować? – dopytywałem - Bo to chyba las barona.
- Najlepiej spytajcie sołtysa - odpowiedział Ian.
- Prawdopodobnie jutro będziemy odjeżdżać. Czas poszukać jakiejś roboty - powiedział Dalinar.
Ian zasugerował nam, że może baron będzie miał pracę dla naszej grupy. Rozważaliśmy nawet czy się tam nie udać. Bo jeśli miał coś wspólnego ze zniknięciem Vernira, dobrze by tam było powęszyć. Jednak, po rozważeniu wszystkich za i przeciw, zdecydowaliśmy się, przynajmniej na ten moment, porzucić ten pomysł. Uznaliśmy, że jeśli nie uda nam się z pamiętnikiem, trzeba będzie swe kroki skierować w stronę poszukiwania Kościeja. Dalinar zaproponował, że w Mar-Margot poprosi kapłanów swego kościoła o pomoc w zdobyciu informacji. Jako że działali w konspiracji, mogli nam pomóc, nie zwracając na nas uwagi ciekawskich oczu i uszu innych. Uznaliśmy, że to chyba na ten moment dobry pomysł. Chyba, że pamiętnik, którego szukamy, rzuci nowe światło na sprawę.

Tak jak poprzedniego dnia, Kejn udał się do domu Celesty, żeby obserwować dom sołtysa, a my bez celu włóczyliśmy się po lesie, aby nie rzucać się w oczy. Po południu wróciliśmy do karczmy, aby zjeść obiad. Ian znów dopytywał o Kejna – tym razem sprzedaliśmy mu bajeczkę, że, jako jedyny posługujący się łukiem, został, aby coś upolować, bo my tylko płoszymy mu zwierzynę. Postanowiliśmy już nie wychodzić, więc zamówiliśmy dzban piwa i wspominaliśmy czasy sprzed rozstania. Pod wieczór do karczmy wszedł Kejn, dosiadł się do nas i oznajmił, że znalazł pamiętnik, ale szybko ostudził nasze podniecenie. Okazało się, że wszystkie zapisane karty z dziennika zostały wyrwane i ostały się tylko puste. Cały wysiłek na nic. Okazało się, że pamiętnik najzwyczajniej w świecie stał wśród innych książek. Zastanawialiśmy się jaki sens był w tym, aby ktoś wyrywał kartki i odkładał dziennik na swoje miejsce. Kejn z prostotą zaproponował, abyśmy przesłuchali sołtysa. Na to, ku mojej radości, nie zgodził się nikt. Już ustaliliśmy, że prawdopodobnie sołtys nie odegrał w tym żadnej roli, a moglibyśmy sobie na głowę ściągnąć tylko problemy. Cała sytuacja tak nas skołowała, że Igo zaczął nawet podejrzewać o spisek Markusa i nawet to co mówił miało sens. Czym więcej dyskutowaliśmy, pojawiało się więcej pytań niż odpowiedzi. Nawet Celesta nie uszła naszej uwadze - zdesperowani podejrzewaliśmy już nawet ją. Sytuacja była nieciekawa. I wtem Dalinara olśniło, a ja po prostu poczułem się jak głupek. To było takie proste. Vernir, kiedy usłyszał konnych, którzy przybyli go pojmać, sam wyrwał kartki i prawdopodobnie spalił, żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Ten wniosek wszystkim wydawał się najbardziej prawdopodobny, a po słowach Dalinara wręcz oczywisty. Nie mieliśmy już czego szukać w Białej Osadzie. Czas było wyruszyć na poszukiwanie Kościeja.

Mam nadzieje drogi mistrzu, że nie zanudziłem Cię swoją opowieścią. Jeśli tylko sytuacja się rozwinie, znów do Ciebie napiszę.



Kroniki VI: Pamiętnik Vernira (autor: Prosiak)

Występują: Tsume de Vries [Młody] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Koniec marca, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.


I tak kolejny dzień mistrzu objawił mądrość nauk, które zgłębiałem w klasztorze.

„Rzeczy ledwie dostrzeżone w czasie dnia, nie sformułowane wyraźnie myśli, wypowiedziane mimochodem słowa, które przeszły bez echa, wracają w nocy w namacalnym kształcie i stają się tematem snów, jakby w zadośćuczynieniu za to, że wzgardzono nimi na jawie.”

Tak, zdrowy sen to podstawa. Wstaliśmy wypoczęci i od razu w naszych głowach powstały nowe idee oraz przypomniało nam się to, o czym przez ostanie dwa dni nie nawet nie wspominaliśmy. Nim zeszliśmy na śniadanie, ja zaproponowałem, aby przepytać Celestę czy zbrojni tylko wtargnęli do domu Ragna i go wyciągnęli, czy też przeszukiwali dom. To dałoby nam troszkę światła na to, czy Ragn mógłby się przeszukania obawiać i utwierdziło w tym, że to on zniszczył karty dziennika. Igo zwrócił uwagę na fakt, który z jakichś przyczyn cały czas nam umykał. Mianowicie spotkanie Vernira z nieznajomym w karczmie, po którym to podniecony opowiedział Celeście o Kościeju.

Wiesz dobrze mentorze, że czasem w porannych medytacjach nasz umysł, niby sam od siebie, zagłębia się w różne tematy, wspomnienia, idee, które czasem wydają się nie na miejscu, a czasem zaskakują nas samych. Właśnie tego ranka, podczas medytacji, wróciła do mnie wizja rzezi w karczmie. Może nawet nie samej rzezi, a jej początku. Nikt nic nie powiedział, a wszyscy w ciągu jednego uderzenia serca byli gotowi do zadawania śmiertelnych ciosów, a podczas drugiego uderzenia serca już mordowali. Kiedy skończyłem medytację, zastanowiłem się nad tą wizją. I po latach doszło do mnie, że aby przeprowadzić taką akcję, trzeba być doskonale zorganizowanym i potrafić komunikować się tak, aby potencjalne zagrożenie nie miało o tym pojęcia. Uznałem, że rozsądnie by było wypracować taką metodę dla naszej czwórki i podzieliłem się tym pomysłem z braćmi. Chyba już nawet nie powinienem być zaskoczony, że Igo musiał znów szydzić. „Bogini, daj mi proszę cierpliwości. O siłę nie proszę, bo go zabiję” - pomyślałem. Dopytywał czy będą to sygnały dymne, czy świetlne, a może musi mrugnąć pięć razy. Nerwy mi puściły i wyzwałem go od cymbałów. Kejn zażegnał naszą małą kłótnię i stwierdził, że to dobry pomysł. Opowiedział, że w Karhanie, na kilku misjach, komunikowali się w taki sposób i trzeba będzie opracować podobną metodę dla naszej grupy. Igo i tak cały czas głupio dogadywał. Niezrażony dogadywaniem Kejn uzupełnił jeszcze mój pomysł o dodaniu do naszego systemu komunikacji specyficznych słów, które naturalnie można by wpleść w rozmowę tak, aby rozmówca niczego nie podejrzewał, a dla nas byłby to jasny sygnał. Postanowiliśmy pochylić się nad tym tematem, kiedy zakończymy sprawy w Białej Osadzie. Spakowaliśmy swój skromny dobytek i udaliśmy się na śniadanie.

W dalszym ciągu męczyła mnie sakiewka, którą ukradł Kejn. Zasugerowałem, aby nie nosił jej przy sobie, tylko gdzieś ukrył. Ian podszedł do stolika, przywitał się i powiedział, że poda śniadanie. Nim odszedł, zagadnął go Dalinar.
- Cóż Ianie, będziemy chyba się powoli zbierać, mimo iż bardzo smuci nas to co stało się z Ragnem, nic nie udało nam się tu dowiedzieć. Została tylko jedna sprawa. Ktoś wspomniał nam, że niedługo przed uprowadzeniem Ragna, spotkał się w Twojej gospodzie z nieznajomym, może wiesz coś na ten temat?
Na moje oko Ian teatralnie się zamyślił i dosyć szybko odpowiedział, że nie kojarzy takiego faktu. Tłumaczył się, że to dawno temu, że sporo miał gości i musiał przeoczyć. „Tak, sporo gości w środku ciężkiej zimy” - pomyślałem - „przybywa jeden z nielicznych obcych do karczmy, a ten wścibski od zawsze dziadyga, akurat tego obcego nie zapamiętuje”. Śmierdziało mi krętactwem na odległość. Nie dość, że w mojej opinii, łgał na ten temat, to jeszcze śmiał dopytywać skąd wiemy, że z kimś rozmawiał. Oczywiście zignorowaliśmy jego pytanie, chyba wszystkim rzuciło się w oczy jego krętactwo. Jeszcze raz wypytaliśmy o noc porwania, ale Ian opowiedział dokładnie to samo. Pokrywało się to też ze słowami Celesty, więc wiedzieliśmy, że w tej kwestii raczej nie kłamie. Kiedy karczmarz odszedł od stolika, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że kłamie.
- Pamiętacie Olafa? – zapytałem.
- No pamiętamy, ale co on ma do tego? - zapytał Dalinar.
To, że musiałem im tłumaczyć co mam na myśli, zaskoczyło mnie, lecz Tobie mistrzu wytłumaczę, jako że nie jesteś w temacie. Biała Osada to mała wioska. Większość ludzi nie ma czasu na przesiadywanie w karczmie. Ciężko pracują całymi dniami, a na kufelek piwa pozwalają sobie sporadycznie. Jak zwykle w takiej sytuacji musi zdarzyć się wyjątek potwierdzający regułę. Tym wyjątkiem był Olaf. Co wieczór chlał w karczmie, często do nieprzytomności, nie awanturował się, więc Ian pozwalał przekimać mu z głową na stoliku do rana. Rano zazwyczaj zjawiała się z wozem żona i zawoziła go na pole. Cykl się powtarzał, z tą różnicą, że czasem, zanim stracił świadomość, zdołał uwalić się na konia, a ten, znając drogę i zwyczaje właściciela, niespiesznie zawoził go do domu.
- Bo, kiedy byliśmy dziećmi, pił tu codziennie, Dalinarze - odpowiedziałem zniecierpliwiony - może jakimś zrządzeniem losu nie był w tym momencie kompletnie pijany i coś zobaczył, usłyszał...
Doszliśmy do wniosku, że nie zaszkodzi sprawdzić tego tropu.

Po śniadaniu udaliśmy się do Celesty, która ponownie dała nam znać, że porozmawiamy kiedy skończy zajęcia z dziećmi. Czekaliśmy, wygrzewając się w całkiem mocno grzejącym jak na tę porę roku słońcu. Po około godzinie Celesta zaprosiła nas do środka.
- Planujemy opuścić osadę w celu dalszego poszukiwania Ragna, lecz zanim to zrobimy, chcielibyśmy jeszcze o coś zapytać. Mianowicie, czy napastnicy tylko ujęli Vernira, czy też po jego pojmaniu przeszukiwali domostwo?
- Jak tak teraz się nad tym zastanowię, to dokładnie tak było. Wprawdzie nie trwało to długo, ale po tym jak wywlekli Ragna, kilku weszło do domu i spędzili tam może kwadrans.
- A powiedz mi, jak myślisz, jak duża jest szansa, że dociekliwy i wścibski Ian przeoczył fakt rozmowy Vernira z nieznajomym, o którym nam mówiłaś? - zapytałem.
- To zależy ile było ludzi - odparła Celesta. Ale to faktycznie podejrzane i niepodobne do Iana. A co z notatnikiem? Odszukaliście go?
- Tak, lecz nic w nim nie było, tylko puste kartki. Zapiski zostały wyrwane. Powiedz nam Celesto, bo widziałaś to wydarzenie, czy Ragn miał na tyle czasu, aby wyrwać strony i cisnąć je do kominka?
- Tak, myślę, że tak. Ci bandyci nie weszli do środka od razu. Zabarykadował się i chwilę trwało zanim sforsowali drzwi. Niestety nic więcej nie wiem. Vernir miał swoje tajemnice.
- Musiał mieć - odpowiedziałem - żeby mógł Cię chronić.
- Żeby mógł chronić nas wszystkich - ze smutkiem odpowiedziała kobieta.
- Tu już raczej więcej nie dowiemy się Celesto i będziemy wybierać się na poszukiwania Kościeja. Poszukiwania rozpoczniemy w Mar-Margot, bo to jedyny punkt zaczepienia. Gdyby pojawiło się coś ważnego podczas naszej nieobecności, możesz spróbować się z nami skontaktować. Będziemy w karczmie Ogon Gryfa. List zaadresuj do Dalinara z Celebornu.
Dopytaliśmy się też o dom pijaczyny Olafa, ale na szczęście mieszkał całkiem blisko. Przed wyruszeniem w drogę wpadliśmy jeszcze na pomysł, by porozmawiać z Normanem, ochroniarzem. On też mógł widzieć tego człowieka, a jako że mieszkał w karczmie, najpierw udaliśmy się do niego, a Olafa postanowiliśmy zostawić na koniec.

Z dzbanem piwa zapukaliśmy do drzwi Normana. Pukanie trzeba było ponowić, bo nie reagował. Po chwili zza drzwi usłyszeliśmy zaspane.
- Kto tam? Co jest?
- To my Normanie – odpowiedział Dalinar.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął rozespany Norman. Cuchnęło od niego alkoholem, twarz była napuchnięta i czerwona, widać było, że chyba popija regularnie.
- Jacy my?
- Nie poznajesz nas? - zdziwił się Dalinar - To ja, Dalinar.
- To naprawdę wy?
Kejn wyciągnął przed siebie dzban wina i właściwie bez zaproszenia minął Normana i wszedł do środka. Ten jakby się ocknął i dopiero wtedy zaprosił nas do siebie.
W pokoju śmierdziało tak, że od razu otworzyliśmy okno. Norman zrobił półokrągły gest ręką i zachęcił nas, abyśmy usiedli. Pokój prezentował się jeszcze gorzej niż właściciel. Na łóżku, prócz brudnej pościeli, walały się rożne części garderoby, a jedyne krzesło w pokoju miało tylko trzy nogi. Kilka dzbanów i kufli leżało na ziemi. Miecz niedbale rzucony pod ścianę, a zbroja krzywo zawieszona na wieszaku. Oj strasznie się Norman zaniedbał. Nalaliśmy mu do kubka piwa i Norman za jednym razem opróżnił go i aż sapnął z ulgą. Najemnik narzekał, że bez Ragna to nie to samo. Wypytaliśmy czy kojarzy jakieś szczegóły z nocy porwania sołtysa. Mieliśmy nadzieję, że może on powie coś co innym umknęło. Dodał jedynie, że na pewno byli dobrze uzbrojeni i że byli zawodowcami, najpewniej najemnicy. Lecz tak jak inni, którzy widzieli to wydarzenie, nie dał nam niczego czym moglibyśmy podążyć. Zmieniłem temat.
- Czy kojarzysz może, bo w końcu często bywasz w karczmie, sytuację, która miała miejsce około dwa, trzy tygodnie przed porwaniem Ragna? Ponoć spotkał się z jakimś przyjezdnym i sporo rozmawiali.
- Niech no pomyślę. To mogło być w czasie, o którym wspominasz. Był tu przejazdem taki kupiec, z którym rozmawiał. Co ja mogę więcej powiedzieć... Siedzieli, dyskutowali. Ale o ja mogę więcej powiedzieć. Nie wiem skąd przyjechał, ale wyruszył na zachód.
Wypytywałem czy to możliwe, że Ian przegapił kupca w swojej karczmie, ale Norman stwierdził, że mało prawdopodobne, po czym dodał, że jego zdaniem zrobiła to Żółta Dłoń, bo taki styl działania jest w stylu tej gildii. Był przekonany, że jeśli to Żółta Dłoń, to lepiej zapomnieć o Ragnie, bo zapewne nie żyje.
Pożegnaliśmy się i wyszliśmy na zewnątrz. Nie kryliśmy rozczarowania. Postanowiliśmy zabrać rzeczy, kupić dzban piwa i wyruszyć do Olafa. To była nasz ostatnia nadzieja. Kejn poszedł zakupić zapasy na drogę, a my wynieśliśmy swój skromny dobytek i siodłaliśmy konie. Bez wylewnych pożegnań opuściliśmy gospodę i ruszyliśmy do Olafa.

Gospodarstwo, w którym mieszkał, było zaniedbane. Nasz obecność nie umknęła gospodyni.
- A czego wy tutaj?
- Witaj dobra kobieto - pogodnym głosem przemówił Dalinar - Szukamy twojego męża, Olafa.
- A co on znowu narobił? - spytała przestraszona kobieta.
- Nic nie nabroił, wszystko jest w porządku, zamienimy z nim kilka słów i jedziemy dalej.
- Olaf!!! - wydarła się kobieta.
Chwilę później otworzyły się drzwi domu i wyszedł Olaf. Widać, że alkohol regularnie dawkowany przez lata zrobił swoje, popuchnięta czerwona twarz, widoczne braki w uzębieniu. Twarz poorana bliznami i złamany nos.
- Tak kochanie?
- Ci panowie tutaj, do ciebie – odpowiedziała gospodyni.
- Witajcie, witajcie.
- Chcieliśmy zapytać o sołtysa, wiesz przecież, że przygarnął nas lata temu, a teraz chłopa w wiosce nie ma - ciągnął miłym głosem Dalinar.
- To wy od barona jesteście? - powiedziała kobieta.
Nie wyprowadziliśmy jej z błędu. Żona szturchnęła Olafa i ponagliła go: - No odpowiadaj panom, odpowiadaj.
- Powiedz no nam Olafie. Zanim Ragn zaginął kilka tygodni wcześniej, sołtys rozmawiał w karczmie z kupcem, może przypadkiem byłeś w karczmie i mógłbyś nam coś o tym powiedzieć.
- No Ragn często z kimś gadał.
- No, ale chyba nie często gadał z kimś nowym w karczmie? - dopytywał Kejn.
- No był taki jeden, taki kruczoczarny, płaszcz niebieski miał.
- Dobra kobieto, bo zależy nam na informacji, a widzę, że Twojemu mężowi ciężko. Moglibyśmy prosić o pięć kubków? - zagaiłem.
- No Olaf, coś taki nieuprzejmy? Zapraszam do środka. Nie ma tu za czysto. To nie takie progi, jak u pana barona.
Weszliśmy do środka, panował tam nieład nie mniejszy niż na podwórzu. Stół aż kleił się od brudu, a kiedy chciałem usiąść na jednym z krzeseł, gospodyni szybko wskazała mi inne, bo te ponoć było krzywe i pęknąć mogło. Przy tym komentarzu Olaf zarobił z łokcia.
Pijaczyna łapczywie wypił nalany mu kubek i od razu wstąpiło w niego nowe życie.
- Ano był ubrany na niebiesko. Akurat się przebudziłem stolik obok. Mówili o tym, o tym... no jak to było. O, o, on był Artur, Artur się sołtys do niego zwracał – mówił nieskładnie. - Nie, nie Artur, ale Arturo. Coś tam mówili, hmm ciężko mi pomnieć, o jakimś z kości, o jakichś kościach, może do gry.
- A może o Kościeju? - zapytaliśmy.
- Tak, tak o koścu. Kościec to był. Coś mówili, że jedzie na zachód, ale nie wiem kto, a potem zjawił się Ian i powiedział, że mi starczy i zawinął mnie.
Zapytaliśmy jeszcze czy Ian może rozmawiał z kupcem, lecz tego już Olaf nie widział, natomiast z całą pewnością Ian mu usługiwał. Naprawdę chciałem zamienić z nim kilka słów, a najchętniej obić mu mordę. Daliśmy kobiecie dziesięć srebrnych ambardów i wyszliśmy z chałupy.

Razem z Kejnem mieliśmy podobne zamiary co do Iana. Ja może mniej drastyczne, ale mimo to, pewnie gdyby doszło do tej wizyty, to przystałbym nawet na metody Kejna. Igo był przeciwny. Uważał, że od Iana nie uzyskamy jakichś ważnych wiadomości, a jeśli faktycznie szpieguje dla ważnych i groźnych ludzi, ściągniemy sobie na głowę kłopoty. Dalinar poparł go w tej kwestii, stwierdzając, że Ian nigdzie nie ucieknie, a jeśli sami nic nie wskóramy w Mar-Margot, w ostateczności można wrócić i docisnąć karczmarza. Czas było ruszać do miasta. Wsiadłem na konia z Kejnem i ruszyliśmy w drogę. Musieliśmy przejechać ostatni raz przez osadę, jako że dom Olafa był po jej zachodniej stronie.

Kiedy opuszczaliśmy Białą Osadę na wschodzie i byliśmy blisko Powitalnego Dębu, na którym nadal wisiały dwa kostusie, z krzaków wyszedł człowiek i stanął nam na drodze. Był to nowy sołtys Ramfeld.
Pamiętasz, kiedy w poprzednim liście mówiłem Ci, że miałem złe przeczucie co do sakiewki, którą zwinął Kejn, ale nie chciałem wyprzedzać faktów? Właśnie dochodzimy do tego momentu. Mimo, że ostatecznie sprawa rozstrzygnęła się na naszą korzyść, wiedziałem że kradzież jej była ruchem pochopnym. Ale znów wyprzedzam wydarzenia.
Sołtys stał na drodze i zawołał do nas. Bo dzieliło go od nas kilkanaście metrów. Po chwili dostrzegliśmy, że zza Powitalnego Dębu wyszli dwaj jego ludzie i mierzyli do nas z nabitych kusz.
- O witajcie, zatrzymajcie się proszę na chwilę.
Widząc wymierzone w nas kusze zatrzymaliśmy się.
- Macie chyba coś co należy do mnie - rzekł poważnym głosem - Albo raczej do pana barona.
- My? - zapytaliśmy z udawaną niewinnością.
- Przestańmy się czarować, jeden z mych ludzi widział jak włamujesz się do mojego domu.
- Na pewno nie - odparł spokojnie Kejn.
- Na pewno tak - odparł z jeszcze większą pewnością sołtys - Zabrałeś coś co należy do pana barona. Czego szukaliście w mym domu? Mogliście po prostu powiedzieć.
Nastało długie milczenie.
- To jak, dogadamy się, czy moi ludzie mają działać?
Kejn szepnął do mnie - „Na mój znak skaczemy z konia na prawą stronę.”
Kejn myślał szybko, ale chyba niezbyt rozsądnie. Mimo że nie znam się na broni, to wiem, że kusza to śmiertelna broń, nawet dla wojów w zbroi. Nie mówiąc już o siedzącym na koniu, w samym ubraniu, Igo. My może bylibyśmy bezpieczni, ale nie postawiłbym życia braci wierząc to, że kusznicy wystrzelą odruchowo w znikające cele. Byłem napięty i wiedziałem, że jeśli Kejn skoczy, zrobię to samo, aby nie stać się łatwym celem. Miałem tylko nadzieję, że jednak zrezygnuje z tego pomysłu. Pomyślałem, że będziemy chyba musieli ten incydent przedyskutować. Mieliśmy być za siebie pewni, tak jak za dawnych lat. A takie działanie niepotrzebnie narażało Dalinara i Igo na poważne niebezpieczeństwo. Uwolniłem moc Ki-shak i otoczyłem swe ciało niewidzialnym pancerzem, choć wiedziałem, że na moim poziomie wtajemniczenia, będzie to mizerna ochrona przed nadlatującym bełtem.
- Moja propozycja jest taka. Oddajcie to co ukradliście baronowi, a mój pan się o niczym nie dowie. Jeśli jednak nie dogadamy się, wierzcie mi, że nie pożyjecie długo. Powiedźcie czego szukaliście w moim domu. Jeśli to należało do poprzedniego sołtysa, na pewno się dogadamy. Dla mnie liczy się własność barona.
- Najpierw powiedz co stało się z poprzednim sołtysem - zażądał elf.
- Nic o tym nie wiem, jestem prostym urzędnikiem z Mar-Margot.
- Czy to nie baron objął we władanie ziemie należące do Ragna? Czy to nie zbyt wielki zbieg okoliczności, że dostaje ziemie od kościoła, a nagle potem znika sołtys? - dopytywał Dalinar.
- Pan baron to bardzo potężny człowiek, mógł pozbyć się go w każdej chwili. Jest panem i władcą tych ziem od prawie dwóch lat i wszystko tutaj należy do niego.
- Wcześniej należało do Ragna, a jak widać własność nie jest tu zbyt szanowana - odparł Dalinar.
- Prawem jest Delidia, a Kościół w jej imieniu - odpowiedział Ramfeld - Widocznie Bogini tak chciała. Może zróbmy tak, pojedziemy do domu i weźmiecie to czego szukacie, a wy położycie tu na trawie to co zrabowaliście.
- Szukamy Ragna - odpowiedział Kejn.
- Niestety ja go nie mam.
- To powiedz kto go ma.
- Niestety nie mam pojęcia.
- W twoim domu był pamiętnik Ragna - powiedział Dalinar - Czy wiesz gdzie go znajdziemy?
- Nie mam pojęcia, ale możecie tam sobie pójść i go poszukać. Kompletnie mi na tym nie zależy i jeśli go tylko znajdziecie, to możecie go sobie zabrać. Co wy na to? Mieszek, który ukradliście, zawiera znaczną sumę pieniędzy i pochodzi z podatków dla pana barona.
- Skąd wniosek, że my go mamy? - dopytywał Kejn.
- A stąd, że go tam nie ma, więc musiałeś go zabrać. Każdy z nas chce dojść do porozumienia, wy chcecie pamiętnik, a ja chcę odzyskać własność barona.
Było widać, że sołtys zaczyna się denerwować. Jego głoś nie był już taki stanowczy jak na początku.
- Daj nam chwilę, musimy to przedyskutować – powiedział Dalinar.
- Pamiętajcie, jeden fałszywy ruch i moi ludzie was zastrzelą, a wierzcie mi strzelają celnie.
Bez gwałtownych ruchów zbliżyliśmy konie do siebie. Ustaliliśmy, że brzmi to na uczciwą propozycję. Zawsze istniała możliwość, że jeśli spokojnie będziemy mogli szukać, znajdziemy wyrwane kartki, które może jednak nie zostały spalone. Tylko Kejn optował za zabiciem sołtysa i żołnierzy barona, więc zapytałem, którego z nas poświęci na te dwa strzały. Kejn marudził, że wydawał ze swoich i zostanie bez grosza przy duszy. Nie wierzyłem w to co mówi - dwóch ludzi mierzy w nas z kuszy, a ten rozwodzi się nad kilkoma srebrnymi monetami. Te siedem lat jakoś źle na niego wpłynęło, a myślałem, że to z Igo coś jest nie tak. Dalinar słusznie zauważył, że pieniądze zarobimy, a to jedyna okazja, żeby dokładnie przeszukać dom Vernira i być może dowiedzieć się w końcu czegoś o jego losie.
- Przystajemy na Twoją propozycje, tylko bez żadnych numerów i niech opuszczą kusze. My nie mamy w ręku broni.
- Dobrze, ale najpierw oddajcie własność mojego pana.
- Moment, moment. Połowa teraz, a połowa po przeszukaniu.
- Dobrze, ale jeden z was zostaje tutaj z moimi ludźmi, jako powiedzmy zabezpieczenie.
Zgłosiłem się na ochotnika. Jako jedyny byłem nieuzbrojony, co mogło uśpić czujność strażników i jako jedyny w razie problemów mogłem walczyć mimo braku tej broni, o czym oni nie wiedzieli.

„Dezinformacja i zaskoczenie to potężna broń.”

Kejn odliczył dziesięć złotych monet i rzucił sołtysowi.
- Dobrze to ten bez broni zostaje z nami. Moi ludzie będą go mieli na oku, a ja jadę z wami. Ruszajmy zatem, bo sytuacja jest niezręczna dla nas wszystkich.
- Uwaga, schodzę z konia - poinformowałem kuszników, aby przypadkiem źle nie odczytali moich ruchów. Zeskoczyłem i podszedłem do nich, a bracia wraz z sołtysem ruszyli w kierunku jego domu.
Na odchodne Dalinar powiedział: „Nie rób niczego głupiego Tsume”.
- Posłuchaj swojego kolegi - rzekł jeden z kuszników.
- No chyba mogę sobie tylko pogrzebać w zębach - skwitowałem.

Czas mijał, a strażnicy zaczynali się niecierpliwić.
- Długo ich nie ma. Może faktycznie zaciukali Ramfelda?
- Spokojnie, to duży dom, a szukają małego pamiętnika – odrzekłem.
- Ta, na pewno, temu elfowi to źle patrzało z oczu – splunął pierwszy.
- Parszywe elfy, im nigdy nie można ufać – powiedział drugi.
- Podróżuję z nim. Faktycznie jest trochę dziwny, ale spokojnie, sołtysowi nic nie grozi.
- Delidia powinna je wszystkie wytępić – rzucił ponownie drugi ze strażników.
- Ku chwale Delidii – powiedziałem odruchowo.
- Ku chwale Delidii – odpowiedzieli gorliwie drugi.

Zaczęło być coraz zimniej. Strażnicy przebierali nogami, raz po raz przeklinając. Nie byłem do końca pewny jak skończy się cała ta awantura, więc przywołałem moc Ki-shak, aby ogrzać swoje ciało. Nie mogłem być sztywny z zimna. Kiedy zobaczyłem, że cała czwórka wraca, przywołałem moc ochronną i czujnie obserwowałem co się wydarzy.
- No panowie. Tu się pożegnamy. Jak obiecałem, nie doniosę o tym baronowi. Szkoda, że nie przyszliście do mnie od razu, bo oszczędzilibyśmy sobie tej niewygodnej sytuacji. Ruszajcie w swoją stronę.
Bracia podjechali do mnie, a ja ruszyłem pieszo obok konia, aby być osłoniętym, gdyby jednak Sołtys nie dotrzymał słowa. Na szczęście był człowiekiem słownym i po chwili kusznicy udali się w kierunku wioski. Kiedy odjechaliśmy kawałek, Dalinar wyraźnie wkurzony zapytał.
- Kejn wyjaśnisz nam jak to się stało, że sołtys zorientował się, że go obrabowałeś?
- Nie mam pojęcia – powiedział elf.
- Łatwo przyszło, łatwo poszło – odpowiedział Igo.
- Chciałem przypomnieć, że kiedy jako jedyny oburzyłem się na to, że zabrał sakiewkę i nas to naraża, stwierdziliście, że jestem głupi.
- Ja tak nie powiedziałem, milczałem, bo zdałem się na umiejętności Kejna. To Kejn tak powiedział. Mało tego Kejn – ciągnął Dalinar - zostawiłeś ślady w jego gabinecie.
- Na pewno nie – szedł dalej w zaparte Kejn. Co miał powiedzieć...
- Następnym razem jak udasz się po informacje, to przynoś informacje, a nie czyjeś sakiewki złota – powiedziałem zdenerwowany.
- Aaa tam, przesadzacie.
Co za zakuty łeb. Rozumiem nawet, że mógł negować moją ocenę jego pracy, bo widocznie bardziej ufał swoim instynktom, niż mojej ocenie, ale on negował rzeczywistość i to co już miało miejsce. Nie wychodziłem z podziwu dla jego beztroski. Oby kiedyś nie kosztowała nas zbyt dużo.

„Świadomość swoich słabości może być też Twoją siłą.”

W jego przypadku nieświadomość swoich braków może być naszym gwoździem do trumny. Hm, czyżbym wymyślił swą pierwszą naukę, którą może tak jak Ty, przekażę jakiemuś adeptowi? Musze powiedzieć, że nawet mi się podoba. No może wymaga jeszcze drobnych szlifów. Może kiedyś ktoś powie: jak to mawiał Tsume „Nieświadomość swoich braków może być przyczyną klęski.”
Znowu się zapędziłem mentorze... Już wracam do tematu.
- No nie przesadzamy – denerwował się Dalinar - posłaliśmy Ciebie, bo wierzyliśmy, że zrobisz to dobrze, a zostaliśmy wykryci szybciej niż bym się spodziewał.
- Bo po pierwsze widzieli go, a po drugie, co ważniejsze, ukradł sakiewkę – broniłem swojej racji, iż od początku kradzież była błędem.
Kejn wzdychał ze zrezygnowaniem. Dalej nie docierało do niego, że naraził nas na poważne problemy.
- Nie zostawiłem żadnych śladów – upierał się.
- No no, tak jak upierałeś się, że nikt cię nie widział – odparłem.
- Myślę, że to dobra lekcja na przyszłość – powiedział Dalinar - dopiero wyruszamy ku naszym przygodom, myślę, że musimy być ostrożniejsi w naszych działaniach.
Mam nadzieję, że Kejn też wyciągnął z tej lekcji wnioski, a teraz przemawiała przez niego urażona duma. Było by to dobre dla nas wszystkich. Bo jeśli nie będziemy mogli na sobie polegać, to przepadliśmy na długiej drodze, zanim postawimy na niej pierwszy krok.

W drodze do Mar-Margot pogoda znacznie się pogorszyła, cały czas atakował nas wiatr i deszcz ze śniegiem. Gdy przekroczyliśmy bramy miasta, które po prostu ostatnio odrzucało nas swoim smrodem, brudem i ubóstwem, teraz na myśl wygodnego noclegu, jawiło się niczym najpiękniejsze miejsce na tym łez padole. Z ulgą wynajęliśmy pokój w Ogonie Gryfa, gdzie w końcu można było się dobrze ogrzać i wysuszyć, nie wspominając już o napełnieniu brzuchów ciepłą strawą. Ku naszemu zadowoleniu dostaliśmy duży, czteroosobowy pokój. Perspektywa spania na podłodze, jak uprzednio, nie martwiła mnie zbytnio, ale co wygodne łóżko, to wygodne łóżko. Opłaciliśmy pokój na kilka dni z góry, posililiśmy się i po krótkim odpoczynku, wyruszyliśmy na miasto. Kejn, Igo i ja udaliśmy się na poszukiwanie Markusa oraz załatwialiśmy drobne sprawunki dla Igo. A Dalinar wyruszył na spotkanie z kapłanami Vergena. Jako że działali w głębokiej konspiracji, nie mogliśmy być obecni na tym spotkaniu z wiadomych przyczyn. W związku z tym, że zima ustępowała już miejsca wiośnie, kupcy szerokim strumieniem przybywali do miasta, wiele ulic i uliczek zamieniało się w targowiska, a handlarze zaczepiali nas na każdym kroku. Było tłoczno i gwarno i nie znając tego ogromnego miasta, pytaliśmy ludzi o kuźnie i niejednokrotnie trafialiśmy już do tej, którą odwiedziliśmy już jakiś czas temu. Do końca dnia obchodziliśmy miasto. Odwiedziliśmy kilka kuźni i warsztatów płatnerskich, lecz nie znaleźliśmy Markusa. Nikt też o nim nie słyszał. Z rozmów na rynku wychwyciliśmy kilka rozmów, między innymi o nowym władcy miasta, Grododzierżcy, którym był niejaki Talinas, półelf. Było słychać głosy niezadowolenia, że jak to półelf może zasiadać na tak znacznym stanowisku. Niezadowoleni z efektów naszych poszukiwań, udaliśmy się do karczmy.

Dalinara jeszcze nie było. Zjedliśmy kolację i udaliśmy się do swojego pokoju. Zaczynaliśmy się niepokoić, na szczęście cały i zdrowy przyszedł późnym wieczorem. Daliśmy mu zjeść kolację, bo jak sam przyznał, od rana nie miał nic w ustach. Kiedy zaspokoił głód, podjął opowieść.
- Dobrze było wrócić do świątyni i spotkać się z wiernymi oraz z kapłanami Vergena. Zawsze to jest dobra okazja, by umocnić swoją wiarę.
- Dalinarze – przerwał mu Kejn – Konkrety, prosimy cię.
- A gdzie Ci się spieszy? Mamy dzban wina i całą noc przed sobą - mówił spokojnym, zadumanym głosem, tak innym od zazwyczaj radosnego i mało poważnego tonu.
- Wierni cię tak zmęczyli? - dopytywał Igo z głupim uśmieszkiem na twarzy.
- Nie, spędziłem ten dzień na rozmyślaniach i modlitwie.
- Mówisz poważnie? - zapytał Kejn - Niczego się nie dowiedziałeś?
- Chciałbym przypomnieć, jakbyście zapomnieli, że jestem kapłanem i to należy do moich obowiązków.
- Właśnie próbuję o tym zapomnieć – z kwaśną miną odpowiedział Igo.
Nadal zastanawia mnie skąd u niego taka niechęć zarówno do powołania Dalinara jak i mojego.
- Dajcie mu się wypowiedzieć – zrugałem Kejna i Igo - Brat dzieli się z wami ważnymi dla niego wydarzeniami, a wy mu ciągle przerywacie.
- No cóż, postaramy się czegoś dowiedzieć, to znaczy kapłani i osoby, które sprzyjają naszej sprawie. Wiadomo, to duże miasto i nie ma gwarancji, że znajdą Kościeja, ale podejmą ten wysiłek, aby spróbować nam pomóc. W Towarzystwie Kupieckim Karabaku jest pewna osoba, zwie się Justus, który być może też mógłby coś wiedzieć o różnych kompaniach najemników. Natomiast pytałem też kapłanów, czy nie mieli by dla nas zajęcia. Moglibyśmy się przysłużyć kościołowi Vergena, a że sami nie śmierdzimy groszem, może uda się podreperować nasze budżety.
- Będziemy czyścić latryny – tym razem szydził Kejn.
- Jeśli cię to nie interesuje, to mogę już o nic nie pytać, a ty zajmij się latrynami jak masz taką ochotę.
- Nie unoś się – powiedział Kejn - Jest już prawie północ, a ty strasznie rozciągasz temat. Powiedz lepiej, kiedy będziesz coś wiedział.
- Jeśli kapłani się czegoś dowiedzą, skontaktują się ze mną, a jutro, najlepszym co na ten moment możemy zrobić, jest udać się do Justusa. Tyle. Zanim pójdziemy spać, mam jedno pytanie – kontynuował Dalinar - Właściwie do ciebie Igo, bo ty pracowałeś u skryby. Czy Ragn mógł używać atramentu, który jest niewidoczny gołym okiem, ale da się go jakoś odczytać?
- Pokaż pamiętnik.
Igo otworzył książeczkę i przyglądał się pustym stronom pod światło i z różnych kątów. Po chwili wstał, przyniósł kawałek zwęglonego drewna z kominka i ostrożnie zaczął zamazywać jedną ze stron. Patrzeliśmy w napięciu jak po kilku ruchach pojawiają się pierwsze słowa. Nie był to żaden tajemny atrament, a zwyczajnie wgłębienia, które powstały z poprzedniej kartki, gdy Ragn pisał piórem. Już drugi raz Dalinar pokazał, że potrafi jasno rozumować. Widać i wizyta w świątyni może oczyścić umysł równie dobrze jak medytacja. Igo kilka minut ze skupieniem pracował nad kartką. Gdy skończył, ponaglaliśmy go, aby to odczytał. Igo przysunął sobie lampę i zaczął czytać:

[pismo spokojne, dokładne] Kościoła. Chociaż to jest duża niewiadoma, bo to sprytne skurwysyny.
Nie widzę też motywu. Kościej to stary i sprytny gnat – nie mogę mu ufać – ale jest mi winien
przysługę, a on należy do tych co zawsze spłacają długi. Jutro wyjazd.


[chaotycznie] Pułapka. Pułapka. Pułapka!!!!! Stary durniu durniu!!!!!!!!!!!!!!!! Jak moo

[spokojniej] Mija dzień od powrotu. Rana się goi. Miałem szczęście. Kościej zdradził – nigdy bym
nie pomyślał. Znamy się 20 lat.


[spokojnie] Jest drugi dzień. Myślę, że będzie już spokojnie. Na wszelki wypadek odszedłem
od mojej ukochanej – nie przeżyłbym, gdyby coś jej się stało.

Do rzeczy. Fakty są takie, że nie mieli szans mnie rozpoznać – primo: w Mar-Margot nikt
nie zna Vernira, oprócz Kościeja. Kościej zna Vernira z II brygady Trabeńskiej. Kościej nie wie
gdzie mieszka Vernir – może co do niego się pomyliłem, ale Arturo by mu mnie nie zdradził.
Nie miałby nawet okazji, bo wyruszał na zachód, a ja ruszyłem niezwłocznie do miasta.
Secundo – gdyby mnie śledzili, to już by mnie znaleźli. Zgubiłem trop, jak mi starzy bogowie mili.
Fakt #1 bezsprzeczny jest, że Kościej zdradził z własnej woli – albo nie miał wyjścia i musiał
zdradzić. Faktem #2 kluczowym jest, że coś w tym wszystkim śmierdzi, bo ewidentnie chciał
wybadać skąd znam tę sprawę. Fakt #3 jest taki, że zapytał mnie czy przysłał mnie Camaral,
żeby sprawie uciąć łeb.
Skoro chciał mnie wybadać i pytał o takie sprawy, to gówno wie. #4 Nie ma pojęcia kto
mnie przysłał. Muszę pomyśleć.

Marcus wyjechał wczoraj. To był chyba dobry ruch, ale może pochopny. Jednak ostrożności
nie zawadzi – wszyscy wiedzą, że to mój najbliższy przyjaciel, mimo że krasnolud.
#5 Brodaty mówił, że Camaral to ten czarny skurwiel, łowca nagród i żebym się w to
nie mieszał. #6 Jestem za stary, żeby do niego się zbliżyć, bo nikt takiemu dziadowi z brzucholem
nie da zlecenia. #7 Camaral rozmawia tylko ze swoimi porucznikami, kolejna sprawa.
#8 Gdybym miał kilku młodszych, bitnych chłopaków, mógłbym go podejść! #9 Marcus mówił,
że gdyby zdobyć jego zaufanie, to można by go jakoś rozegrać sprytnie. Tak, żeby ten cholerny
mięśniak coś sypnął – to jest kluczowe! To chyba mój ostatni świadek i szansa. Zastanowię się.

Przez chwilę miałem głupią myśl – na wiosnę przybędą chłopaki. Jak im to powiedzieć,
żeby ich nie narażać?
Może spróbuję ich tam jakoś zaczepić, żeby zarobili trochę na siebie i nabyli doświadczenia?
A potem, kiedy już będą wyżej w hierarchii, powiem im całą prawdę i sami docisną kapitana?
Muszę pozostawić to w tajemnicy, bo chłopaki gotowi pójść na żywioł, a to nie o to chodzi.
Szczególnie Kejn albo Dalinar, oni mogą chcieć szybkiej zemsty. Nie rozumieją… Ale jest to plan!

Do diaska. Jak mogłem być takim idiotą. To są dzieci. W dodatku Roberta.
Nie.
Załatwię to po swojemu, mam jeszcze trochę znajomości.

Najpierw pójdę do_____________________________________________________
[chaotyczna kreska w dół do końca kartki]


- Cały czas mieliśmy to pod nosem. Dobrze, że po to wróciliśmy.

Pamiętasz mistrzu jak mówiłem, że na nasze szczęście nieroztropność Kejna obróciła się na naszą korzyść? Sam musisz przyznać, że tak było. Gdyby nie to, nigdy byśmy już tego nie przeczytali. Wprawdzie wyjątkowo nie lubię tego powiedzenia, ale tym razem się doskonale sprawdziło:

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.”

- No, to chyba wiemy gdzie musimy się nająć – powiedziałem.
Po kolei wskazałem na nich palcem.
- Ty masz szansę
- Ty masz szansę
- Ty masz szansę
- A ja jestem w dupie.
- Dlaczego? – zapytali zdumieni.
- Bo ty jesteś wojownikiem, ty jesteś wojownikiem, ty magiem, a ja jestem nikim.
Oczywiście chodziło mi o to, że ze względu na to, iż naszym zakonem interesuje się kościół Delidii, musiałem uchodzić za nikogo. Wiedziałem, że wyszkoliłeś mnie dobrze, lecz nie chciałem ukazywać swoich umiejętności, bo zawsze istniało ryzyko, że ktoś zorientuje się skąd biorą się moje umiejętności. Zwyczajnie chciałbym używać ich najbezpieczniej jak potrafię.
- Wystarczy, że jesteś przydatny dla grupy – powiedział Igo.
- Niby w czym ? - dopytywałem.
- Nie masz żadnych umiejętności przydatnych w kompanii? - pytał Dalinar.
- Mam, ale nie mogę ich ujawniać.
- Niby czemu? – zapytał Dalinar.
Z pamiętnikiem mu poszło, nie powiem, ale chyba tak intensywnie nad tym myślał, że doznał jakiegoś zaćmienia.
- Bo mój zakon, tak jak i Twój kościół jest na indeksie Delidii. Ty też nie możesz iść w miasto i nawracać.
- Po co żeś się w ogóle w to wkręcił? – dopytywał Igo.
- Po gówno! - nie wytrzymałem już kolejnego przytyku.
- A nie możesz ubrać zbroi, wziąć miecza i udawać, że jesteś wojownikiem? - pytał Dalinar.
- Nie mogę, bo takie są zasady mojego zakonu.
- Ale wspinasz się, jeździsz konno, możemy powiedzieć, że w naszej kompanii jesteś zwiadowcą – ciągnął Dalinar.
- W sumie tak, każdy w grupie ma swoje zadanie i dobrze wychodzi nam ta współpraca. Dobrze uporządkujmy to co jest w tych notatkach – powiedziałem.
- Arturo daje znać Ragnowi, że pojawia się Kościej.
- Kościej miał przekazać Ragnowi jakieś informacje.
- Kościej zdradził Ragna, ale nie wiemy czy z własnej woli, czy został do tego zmuszony.
- Moim zdaniem Kościej myślał, że Ragna przysłał Camaral, bo ma coś wspólnego ze sprawą śmierci lub majątku naszych rodziców i wysłał Ragna, bo dowiedział się, że ktoś węszy i żeby Ragn uciął tej sprawie w łeb.
- Kościej nie wiedział, że sprawą interesuje się Ragn i nie ma nic wspólnego z Camaralem. A wręcz przeciwnie, że chce mu zaszkodzić. Z czego wynika, że Camaral jest nad Kościejem.
- A kim, w tym wszystkim jest brodaty? - zadał pytanie Dalinar.
Po krótkim zastanowieniu się przyjęliśmy, że chodzi o Markusa.
- Ewidentnie Camaral wie coś o sprawie naszych rodziców. Musimy go docisnąć – powiedział Dalinar.
- Nie, nie, nie – powiedziałem - Proszę oddać mi tę kartkę. Teraz dochodzimy do tego, że ty i ty - wskazałem na elfa i kapłana - Zaczynacie milczeć i słuchacie.
Wziąłem kartkę od Igo i zacząłem czytać
„ Muszę pozostawić to w tajemnicy, bo chłopaki gotowi pójść na żywioł”.
- I tu kończy się wasza rola, bo ty już mówisz, że musimy go docisnąć.
„Szczególnie Kejn albo Dalinar, oni mogą chcieć szybkiej zemsty. Nie rozumieją… Ale jest to plan!”
- Ale on był stary, dlatego się go obawiał. Ja bym go tam docisnął – stwierdził Dalinar.
- Rozumiem, że chcesz docisnąć kogoś, kto ma swoich poruczników, jest łowcą nagród i trzęsie miastem?
- Daj spokój - powiedział Kejn - Przecież się zgrywamy, nie możesz nam zarzucić braku rozsądku.
O Śpiąca Bogini. Właśnie to mogłem mu zarzucić, ale postanowiłem nie drążyć.
Dyskutowaliśmy jakie podjąć kroki i w związku z tym, że Mar-Margot to ogromne skupisko ludzi i zbieranie informacji przez kapłanów może sporo potrwać, zdecydowaliśmy się zatrudnić u Camarala. Liczyliśmy, że tam też dowiemy się czegoś o Kościeju. Tu wszyscy byliśmy zgodni, że należy mu się kara za zdradę Vernira i nawet ja przychylnie się wypowiedziałem, kiedy znów wpadła wzmianka, żeby go docisnąć. Zgodziłem się na to pod warunkiem, że uznam, że jest to w zasięgu naszych możliwości. A tak naprawdę nie wiem na co było nas stać, jako że razem nie stanęliśmy jeszcze w boju. Co więcej, jak na razie nasze poczynania szły średnio. Kejn dał się nakryć, a my wszyscy wpadliśmy w zasadzkę sołtysa. Mam świadomość, że musimy się jeszcze sporo nauczyć, a przede wszystkim nauczyć się współpracować. Było grubo po północy, gdy kładliśmy się spać...

Po oszczędnym śniadaniu, wybraliśmy się do Justusa. Siedziba Towarzystwa Kupieckiego Karabaku mieściła się w dzielnicy handlowej. Zajmowała całkiem spory teren, na którym mieściły się rożne warsztaty i zakłady rzemieślnicze. Sama siedziba to bogata duża willa z ładnym dziedzińcem. Widać było, że gildia opływa w dostatek. Ruch w tym miejscu był spory, co chwilę mijaliśmy kupców i rzemieślników, którzy załatwiali tu jakieś interesy. Jeden z napotkanych kupców wskazał nam drogę do Justusa, a po przedstawieniu sprawy, jeden ze strażników zaprowadził nas pod jego drzwi. Udaliśmy się na pierwsze piętro pod jego gabinet, gdzie w środku panował przepych. Grube dywany, piękne malowidła. Wszędzie kręciło się sporo niewolników dbających o porządek. Strażnik wszedł do środka i po chwili zaprosił nas przed oblicze Justusa. Naszym oczom ukazał się duży pokój. Każda ściana zastawiona była regałami, na których stały setki ksiąg oraz zrulowanych pergaminów. Na środku, za ogromnym biurkiem, na bogato zdobionym tronie, siedział starszy mężczyzna z wydatnym brzuchem i tłustymi policzkami, a jego palce zdobiły cenne pierścienie. Kiedy weszliśmy, ogołacał zdobioną misę pełną pieczonego mięsiwa.
- Witajcie, witajcie. Podejdźcie bliżej, wzrok już nie ten. Mówiono mi, że jakiś interes do mnie macie. Potrzebujecie się zatrudnić w jednej z naszych kompanii?
- Dobrze rozpoznałeś panie – rzekł kapłan - Szukamy jakiegoś zajęcia. Chcielibyśmy dowiedzieć się jakie są kompanie w mieście, gdzie moglibyśmy się zahaczyć i dorobić nieco.
- A wy co żołnierze jacyś?
- Tak, byliśmy najemnikami w Karhanie. Potrzebujemy dorobić trochę grosza.
- Ooo Karhańczycy. Takich to zawsze miło spotkać. Witajcie w moich skromnych progach. A w jakiej kompanii służyliście?
- W kompanii Variusa.
- Aaa kojarzę, kojarzę, czyli żyjecie z wojaczki. Coś by się dla was znalazło. Jest tu taka ekipa, prowadzą cały czas nabór. Zwą się Białą Kompanią. Nasza gildia często korzysta z ich usług. Głównie ochraniają karawany, wprawdzie wiąże się to z częstymi podróżami, ale wy wyglądacie na takich, którzy podróżować lubią. Dlatego też polecam właśnie ich.

- A kto tam jest dowodzącym? – dopytywał Dalinar.

- Obecnie dowodzącym jest Kapitan Mario.
- A są jeszcze inne kompanie w mieście?
- A są, ale dla Karhańczyków chyba ta była by najodpowiedniejsza.
- A jeśli chodzi o łowców nagród są też tu w mieście?
Justus splunął z obrzydzeniem.
- Łowcy nagród? Wiecie, nasza gildia się tym nie zajmuje. To brudna robota najczęściej, a wy mi na takich nie wyglądacie. Skoro już pytacie, to wiedzcie, że możecie popytać u Camalarczyków.
- Gdzie można ich spotkać?
- Camaralczyków, z tego co kojarzę, to w Niskiej Dzielnicy, od strony zachodu. Ich siedziba mieści się w karczmie Bakarak.
- Skąd taka dziwna nazwa? – dopytaliśmy.
- Camaral jest ich kapitanem, ale ja dalej sugeruję wam Białą Kompanię, przemyślcie to. Rezydują niedaleko, dosłownie dwie ulice stąd, na ulicy Mieczowej. Jeśli zdecydujecie się na nich, to pozdrówcie kapitana i powiedzcie, że Justus was poleca.
- Dziękujemy zatem za radę i miłego dnia – pożegnaliśmy się.

Chłopaki rwali się w drogę do Camaralczyków. Ja upierałem się, żeby najpierw zatrudnić się w Białej Kompanii, żeby w miarę szybko coś zarobić, bo za niedługo wylądujemy na ulicy i będziemy żebrać. Wprawdzie nie miałem pojęcia o tym jak działają takie kompanie, ale szła wiosna i karawany ruszają codziennie, a zbiegów raczej nie ma codziennie - rozumowałem. A pieniądze były nam coraz bardziej potrzebne. Znowu zostałem zbesztany, ale zgodzili się chociaż odwiedzić Kapitana Mario, skoro byliśmy nieopodal jego siedziby. Udaliśmy się zatem do ich siedziby, gdzie przyjął nas sierżant kompanii i przedstawił warunki w jakich przyszłoby nam pracować. Standardowo podpisuje się kontrakt na trzy miesiące, oferują nocleg i wyżywienie, plus 60 srebrnych ambardów na miesiąc, plus czasami jakąś premię, zależnie od wykonywanego zlecenia. Te trzy miesiące przypominają troszkę pobyt w wojsku. Po prostu jesteśmy do ich dyspozycji i wykonujemy ich rozkazy. Bogatsi o nową wiedzę podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że musimy się zastanowić i jeśli się zdecydujemy na pewno wrócimy. Zgodziliśmy się, że trzy miesiące pod rozkazami odbierze nam swobodę działania i nie możemy na to sobie pozwolić. Postanowiliśmy udać się do Camaralczyków. Dopytaliśmy o drogę do karczmy Bakarak i wyruszyliśmy w tamtym kierunku.

Po dostaniu się do Niższego Miasta, z każdym krokiem przybliżającym nas do siedziby Camaralczyków, otoczenie stawało się coraz bardziej niemiłe i podejrzane. Jak bardzo ta dzielnica różniła się od okolic siedziby Białej Kompanii... Zewsząd wylewał się na nas brud i biedota tej dzielnicy. Na każdej ulicy siedzieli żebracy i krzątały się brudne dzieci. W końcu dotarliśmy pod gospodę. Zaskoczył nas jej widok. W tej okolicy domy były solidne, murowane i wysokie. Ni jak nie pasowało to do mijanych przed momentem byle jak skleconych domów, a nawet mijanych czasem zbudowanych byle jak szałasów. Gospoda była naprawdę solidna i duża. Nad drzwiami wisiał szyld z napisem Bakarak, a pod spodem wyryty był kubek i dwie kości do gry. Przy wejściu do budynku stało czterech ochroniarzy o nieprzyjemnych gębach. Weszliśmy do środka nieniepokojeni. Karczma była ogromna, przynajmniej w porównaniu do tych, które dotychczas widziałem, a nie było ich zbyt wiele. Wyróżniała się tym, że nie było prawie w ogóle małych stolików, tylko duże ławy, mieszczące do dwunastu ludzi. Mimo rozmiarów, karczma była prawie, że pełna. Przy stolikach ludzie pili, grali w karty, kości i obmacywali skąpo ubrane dziewki. Po karczmie uwijało się też sporo kobiet z tacami, które pracowicie, jak mrówki, kręciły się między stolikami, donosząc co chwilę kufle z piwem i parujące misy z jedzeniem. Wypatrzyliśmy wolne miejsce i usiedliśmy. Nie minęło wiele czasu, kiedy nie wiadomo skąd, na kolanach elfa pojawiła się wyzywająco ubrana kobieta, prawiąca mu komplementy.
- On nie ma kasy – rzucił Igo.
Uśmiech na twarzy kobiety zniknął jak płomień zdmuchniętej świecy, wstała gwałtownie i odeszła, patrząc na nas z pogardą. Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Czyżby w końcu ktoś wyciągnął kij wrażony w dupę maga? Po chwili podszedł służący i grzecznie zapytał.
- Co podać?
- Podaj po piwie. Potrzebujemy pogadać z Camaralem. Szukamy roboty. Czy jest tu ktoś od niego z kim możemy pogadać? – odpowiedział Dalinar.
- Oczywiście, powiem panu gospodarzowi. Zaraz przyniosę piwo.
Po chwili służący wrócił z piwem.
- Pan gospodarz za chwilę podejdzie.

Sączyliśmy piwo, oczekując na naszego rozmówcę. Troszkę to trwało, ale po jakimś czasie koło naszego stolika, pojawił się wysoki, postawny mężczyzna w kolczudze.
- Witajcie. Jestem Torsten. Szukaliście ponoć roboty?
- Tak. Nazywam się Dalinar. Razem z moimi towarzyszami szukamy dobrze płatnej roboty. Doszły nas słuchy, że tu można taką dostać.
- A wiecie czym się zajmujemy?
- Słyszeliśmy, że jesteście łowcami głów.
- Zgadza się, przesiądźmy się tam – wskazał ręką pustą ławę.
Zebraliśmy swoje kufle i usiedliśmy we wskazanym miejscu. Po chwili karczmarz przyniósł dzban piwa.
- Mieczem robić umiecie?
- Tak, byliśmy najemnikami w Karhanie.
- No wiecie, my tu najemnikami nie jesteśmy, mamy trochę inne metody działania i zlecenia.
- No cóż, chcemy zarobić więcej niż najemnicy, bo młodzi jesteśmy i mamy swoje potrzeby.
- Długo służyliście w Karhanie?
- Ostanie pięć lat.
- A wy? - wskazał na mnie i Igo.
- Ja jestem ich zwiadowcą.
- Rozumiem, a ty czym się zajmujesz? – wyczekująco patrzył na Igo.
- Magią.
- Czarownik, ooo. Zabiliście kiedyś człowieka?
- Oczywiście – odpowiedział jak na mój gust zbyt szybko Igo.
- Bo słuchajcie. My zajmujemy się szukaniem różnych zbiegów i zasadę mamy jedną: żywych nie sprowadzamy. Chyba, że jest taka potrzeba, gdy na przykład nasz mocodawca ma takowe życzenie. Ale tak to nigdy. Może jesteście i z Karhanu i może robicie mieczem. Ale to jest robota specyficzna i wasze umiejętności musimy sprawdzić. Wpadnijcie następnego dnia, to mały teścik zorganizuję. Bądźcie o podobnej porze.

I tak pełen obaw oczekuję następnego dnia drogi mistrzu. Być może będzie to pierwszy sprawdzian moich umiejętności bojowych od momentu opuszczenia klasztoru. Czuję lekki strach. Ale to chyba dobrze bo

„Kto twierdzi, ze nie zna lęku albo głupcem jest albo kłamie.”

Mam nadzieję, że po jutrzejszym dniu będę miał co opisywać. Czas się dobrze wyspać, bo może być ciężko.



Kroniki VII: Zawód Łowca Nagród – kłopoty w Zimowym Ogrodzie (autor: Prosiak)

Występują: Tsume de Vries [Młody] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Kwiecień, rok 222 po Zaćmieniu. Miasto-Państwo Mar-Margot.

I ponownie stanęliśmy przed drzwiami Bakaraka. Skłamałbym mówiąc, że nie miałem obaw. Wiedziałem, że będziemy obserwowani, a ja nie chciałem bez potrzeby ujawniać swoich umiejętności. Nigdy nie wiadomo kto będzie patrzył. A miałem wrażenie, że ludzie u Camaralczyków mogli widzieć już wiele i mieli szansę rozpoznać, gdzie nauczyłem się walczyć.

Weszliśmy do karczmy, gdzie od razu dostrzegł nas Torsten i skinieniem ręki przyzwał do siebie.
- Mamy tu małą arenę i chciałbym sprawdzić jak robicie mieczem.
- Jako grupa? – dopytywałem.
- Nie, nie. Indywidualnie.
Wzbierał we mnie niepokój.
- Wiesz, Igo jest magiem i zazwyczaj nie staje w bliskim zwarciu z wrogiem. Zawsze walczy przy wsparciu naszej drużyny – mówił Dalinar.
- Wiadomo, wiadomo. On będzie miał inny test. Na pewno ma już w zanadrzu jakieś zaklęcie, jak my to mówimy, rozpierdalające. No ale to zaprezentujecie się już na arenie. Chodźcie za mną.
Zaprowadził nas do jednych z drzwi i poprowadził przez małe pomieszczenie, w którym przebywało czterech wartowników. Pilnowali oni zejścia schodami w dół, które znajdowało się na końcu tego pomieszczenia. Na dole znajdowało się podobne pomieszczenie jak powyżej, gdzie siedziało dwóch strażników. Tosrsten obrócił się do nas i powiedział:
- Tu musicie zostawić broń. Na arenie nie walczymy na broń ostrą. Nie narażam niepotrzebnie zdrowia moich ludzi.
Chłopaki zostawili broń i Torsten poprowadził nas dalej. Za drzwiami, ku naszemu zdziwieniu, rozpościerała się druga, ogromna sala. Wprawdzie wcześniej słyszeliśmy przytłumioną muzykę i gwar, ale myślałem, że dochodzi z góry gospody. Myliłem się jednak, bo to po prostu była prawie że bliźniacza sala do tej górnej, gwar i muzyka dobiegały właśnie z niej. Nie musieliśmy przechodzić przez całą salę, bo Torsten zaraz skręcił w pobliskie drzwi i krótkim korytarzem poprowadził nas do pomieszczenia, gdzie umiejscowiona była niewielka arena. Muszę powiedzieć, że gospoda u góry robiła wrażenie, lecz ogrom tego miejsca, pod poziomem ziemi, to dopiero było coś.
Arena otoczona była ławami, które na pierwszy rzut oko mogły pomieścić około czterdziestu widzów. W pomieszczeniu widać było jeszcze inne drzwi, niż te którymi się dostaliśmy, stąd wniosek, że podziemna sieć pomieszczeń musiała być jeszcze większa. Po chwili właśnie z jednych drzwi wyszedł bogato ubrany człowiek w obstawie dwóch zbrojnych i zasiadł na jednej z ław. Niedługo potem zwrócił się do nas Torsten.
- Będziecie wchodzić na arenę pojedynczo i moi ludzie sprawdzą na co was stać. Nie chcemy się tu ranić, nie o to chodzi. Chcemy ogólnie wybadać wasze obycie z bronią. Dla ciebie magu będzie troszkę inne zadanie, bo oczywiście wykluczam rzucanie czarów na moich ludzi. Mamy tutaj taką specjalną kukłę, na której zaprezentujesz zaklęcie rozpierdalające. Tam stoi kosz z bronią ćwiczebną, wybierzcie sobie co tam chcecie i zastanówcie się nad tym jak chcecie walczyć, bo macie chwilę czasu – po tych słowach udał się do siedzącej na ławkach trójki ludzi.
- Jeśli chcecie, mogę przed walką wezwać moc Vergena i pobłogosławić nas – powiedział kapłan.
- Chętnie przyjmę błogosławieństwo Twego boga – powiedziałem, po czym Dalinar w skupieniu i ciszy pomodlił się.
Po chwili wrócił do nas Torsten i zapytał:
- No chłopaki, który pierwszy?
- Ja - odpowiedział Dalinar i zszedł na arenę.
Kilka oddechów później usłyszeliśmy szczęk podnoszonej kraty i na arenę wszedł człowiek, w skórzanej ćwiekowanej zbroi oraz skórzanym czepcu. W jednej ręce dzierżył ćwiczebny miecz, a w drugiej małą, okrągłą tarczę. Po chwili obaj dali znać, że są gotowi i Torsten dał sygnał, aby walka się zaczęła.
Początkowo walczący obchodzili się na arenie, obserwując swoje ruchy i miałem wrażenie, że kapłan przyjął postawę bardziej defensywną, a jego przeciwnik nastawioną raczej na szybkie ciosy. Wymieniali uderzenia, lecz oboje skutecznie się zasłaniali. Dalinar, widząc że będąc w defensywie, walka wydaje się być nie do rozstrzygnięcia, coraz bardziej stawiał na otwarte ataki. Zmiana taktyki sprawiła, że walka nabrała dynamiki i pierwsze ciosy zaczęły dosięgać obu wojowników. Wydawało się, że lepiej idzie człowiekowi Torstena, jego uderzenia były czystsze, lecz nie miały zbyt wielkiego impetu. Dalinar potrzebował tylko jednej okazji i gdy się nadarzyła, z szerokiego zamachu uderzył bokiem kija w głowę przeciwnika. Ten aż przysiadł, a zaraz po tym usłyszeliśmy głos Torstena:
- Stop, stop! Wystarczy. Następny.
Na arenie Dalinar zamienił się z Kejnem, a na arenę wszeł kolejny Camaralczyk. Jego wyposażenie praktycznie nie różniło się od jego poprzednika. Kejn, też tak jak jego przeciwnik, walczył długim mieczem. Ta walka skończyła się zanim dobrze się rozkręciła. Elf błyskawicznym zrywem doskoczył do przeciwnika, ten zaskoczony chyba jego szybkością, nie zdołał sparować ciosu i oberwał końcem miecza w dłoń, w której trzymał miecz. Nim jego z jego rozwartej dłoni broń upadła na piasek, dało się słyszeć głośne „Kuuuuurwaaa!” z jego ust, a od strony Torstena:
- Stop, stop. Wystarczy.
Ranny wojownik ledwo opuścił arenę.
- Dobra. Ty już nie musisz walczyć – wskazał na mnie ręką - Wierzę, że dasz sobie radę równie dobrze jak oni.
Kamień spadł mi z serca.
- Muszę tylko zobaczyć co ma w zanadrzu ten wasz czarodziej. Wnieść kukłę! - krzyknął - A ty pamiętaj magu, zaklęcie rozpierdalające!
Igo zszedł na arenę i czekał na manekina. Kiedy kukła stała już na miejscu, Igo wyciągnął dłoń, a z jej środka wyleciała wiązka ognia, która odrzuciła lekko manekina, po czym znikła, lecz cały manekin stanął w płomieniach. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że pierwszy raz w życiu widziałem działanie magii. I byłem pod wrażeniem.
- O ho! Ho! - odezwał wie Torsten - Nie było to wprawdzie zaklęcie rozpierdalające, ale dokładnie coś takiego miałem na myśli. Chłopaki, było dobrze. Test numer jeden zdany. Spotkajmy się tu wieczorem, wtedy poddam was testowi numer dwa. Zjawcie się bez sprzętu, bez zbroi i broni.
- Na czym polega ten drugi test i jakie są warunki zatrudnienia? – pytał kapłan.
- Cóż, co do szczegółów drugiego testu to zobaczycie, ale jeśli go przejdziecie, to zatrudnię was. Jeśli chodzi o warunki to oferuję wam stałe zakwaterowanie i wyżywienie, bo robota dla łowcy nagród nie trafia się każdego dnia, a jeść coś musicie. Dobrze też, żebyście mieli gdzie spać. Po drugim teście ocenię co z was za ziółka i na podstawie tego przydzielę wam pierwsze zlecenie. Każde zlecenie wyceniane jest indywidualnie. W przypadku gdy musicie udać się gdzieś dalej, dodatkowo dostajecie pieniądze na utrzymanie podczas podróży. Dbamy o swoich ludzi. Jeśli uznacie, że nie podołacie jakiemuś zadaniu, możecie odmówić. Nie ma problemu. A i jeszcze jedno, za każde wykonane zadanie zawsze jest premia od szefa, to jest najlepsze dziwki na trzy dni.
- Czy każde z tych zleceń jest zgodne z prawem? - dopytywał się Igo.
- Oczywiście, nasze zlecenia pochodzą głównie od Grododzierżcy lub Kościoła, więc samo to jest gwarantem tego, że działamy w imię prawa. My tylko jesteśmy przedłużeniem woli Delidii. Jako członkowie naszego bractwa dostajecie medalion łowcy nagród, który jest szeroko respektowany. Zasada numer jeden: musicie mieć dowód, że wykonaliście zlecenie. Nie ma dowodu, nie ma nagrody. Zasada numer dwa: zlecenia wykonujecie zgodnie z obowiązującym prawem. Czasem, ale o tym już informujemy, należy udać się do władcy czy pana na terenie ziem, na których będziecie pracować i o tym fakcie ich poinformować. Jeśli złamiecie prawo, nie będziemy was chronić. To chyba już wszystko, więc odpocznijcie i spotkajmy się wieczorem.

Zadowoleni z wyników testu udaliśmy się do Ogona Gryfa, gdzie zjedliśmy obiad i udaliśmy się do swego pokoju.
- Dalinarze, czy mógłbyś nam powiedzieć coś o zadaniu od swojego kościoła, bo w sumie ostatnio nie dokończyłeś tematu? – zapytałem.
- Niestety nie, bo jeszcze sam nie poznałem szczegółów, nadmienili tylko, że w niedługim czasie być może zwrócą się do mnie o pomoc. Na razie skupmy się na tym co mamy tu do zrobienia, a jeśli będzie okazja, by przysłużyć się kapłanom w tym mieście, ja będę to tego dążył, gdyż jest to jeden z moich celów.
- Ja myślę, że naszym celem jest dowiedzenie się co stało się z Vernirem i jak będzie taka możliwość, uratowanie go, a w szerszej perspektywie dowiedzenie się co stało się z naszymi rodzicami. Czy zginęli w wyniku wypadku, czy, jak obawiam się, raczej ktoś mógł w tym maczać palce – przerwał wypowiedź kapłana Igo.
- Owszem, lecz dla Dalinara jest to cel zapewne bardziej przyziemny, niż uduchowiony – wtrąciłem.
- Martwi mnie, że mówimy o celach jakichś kapłanów – kontynuował Igo, lecz mu przerwałem.
- Nie jakichś kapłanów, tylko teraz jest to cel Twojego brata, czego w tym nie rozumiesz?
- No z tego co powiedział, nie jest to jego cel, tylko cel kapłanów – kontynuował Igo.
- No, jako że też jest kapłanem, to też jest to jego cel – tłumaczyłem.
- Moim celem jako kapłana jest szerzenie wiary w Vergena i przywracanie jego świetności. Jeżeli ktoś nie chce mnie wspomóc w działaniach na rzecz świątyni, to ja nikogo nie zmuszam, więc w czym problem.
- Więc ja ci to wytłumaczę, bo widzę, że masz z tym problem – podniósł głos Igo. - Chodzi o priorytety. W pierwszej kolejności wymieniasz jakichś kapłanów.
- Nie możesz mu narzucać jego priorytetów – tłumaczyłem.
- Ale naszym celem powinno być dowiedzenie się co stało się z naszymi rodzicami – ciągnął Igo.
- No ale przecież wszystkim nam o to chodzi – rzekł Kejn.
- No jemu o to właśnie nie chodzi – mag oskarżycielsko wskazał na kapłana.
- Ale widzisz, moim celem życia nie jest tylko wyjaśnienie co stało się z naszymi rodzicami – mówiłem.
- Dokładnie – powiedział Dalinar. - Choć teraz dokładnie po to tu jestem, a jednym z moich celów jest też, aby upadł Bezimienny Klasztor Sierot.
- Każdy człowiek ma wiele celów – ponownie przerwał Igo. - Tylko moja dyskusja wzięła się stąd, że w pierwszej kolejności zacząłeś wymieniać jakichś kapłanów.
- Nie, nie, nie Igo. To ja zapytałem o ewentualny cel tej pomocy dla kapłanów, on w ogóle nie poruszył tej kwestii – rzekłem.
- Dokładnie – zgodził się ze mną Dalinar. - Zastanawiam się skąd Twoja awersja Igo do tego – dopytywał dalej - Nie mogę stwierdzić, że magowie to najbardziej godne zaufania osoby, a mimo to nie podważam twojej osoby i nie okazuję Ci braku zaufania.
- Za chwilę dojdziemy do tego, że elfowie też nie są godni zaufania, więc może skończmy ten temat – zaproponował Kejn.
- Aaaa i tu się mylisz Kejn. Nie wiem czy Cię to interesuje, ale cały mój cel opiera się w dużej mierze na starożytnej wiedzy elfów i ich pismach. I w ich wiedzę i starożytną mądrość wierzymy.
- Ponieważ jesteśmy jedyną humanoidalną rasą, która jest długowieczna.
- I tu się mylisz - ponownie mu przerwałem. -I to też wynika z waszych pism. Kiedyś ludzie też byli długowieczni i nasza misja polega na tym, by przywrócić dawny ład.
- Jaka nasza misja? – zapytał Igo.
Dalinar i Kejn wybuchnęli śmiechem.
- Nasza, w sensie moja i mojego klasztoru. Przepraszam Igo, że nie użyłem zwrotu misja moja oraz moich braci z klasztoru. Nie mówiłem o Tobie Igo.

Zmieniłem temat, bo sytuacja stawała się gęsta. Kiedy Dalinar wspominał o tym, że jego celem jest zniszczenie klasztoru sierot, przypomniała mi się jedna rzecz z naszej przeszłości. Jaromir w przeddzień naszej ucieczki i swojej śmierci, zlecił nam przepisanie wycinka z jakiejś księgi. Podzieliłem się tym wspomnieniem, bo może to pomogłoby nam jakoś zaszkodzić klasztorowi. Niestety nikt z nas nie umiał znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia, by wykorzystać ten fakt.
- Co myślicie na temat naszego testu? – zapytał Dalinar.
Ponownie mu przerwałem.
- Muszę się do czegoś przyznać – powiedziałem poważnie.
Igo jak zwykle, kiedy próbowałem podjąć poważny temat, przerwał mi w szyderczy sposób:
- Bawisz się siusiakiem?
Tym razem postanowiłem się nie denerwować i lekceważąco odpowiedziałem:
- A ty nie? Obawiam się tego, że ten drugi test może polegać na zabiciu kogoś, nie wiem, na przykład niewolnika, a ja w życiu nie zabiłem człowieka.
- Popracujemy nad tym – spokojnie odpowiedział Kejn - Nie panikuj.
- Nie panikuję, tylko chciałbym od was dostać jakąś radę.
Kejn pokazał gdzie wbić sztylet, aby zabić. Czasami zaskakiwało mnie jacy są niedomyślni...
- Nie o to mi chodzi jak zabić, tylko jak sobie z tym poradzić psychicznie! - wykrzyczałem mu w twarz.
- Wydaje mi się, że tyle przeszedłeś w życiu, że dasz sobie z tym radę – odrzekł Kejn.
- Nie masz co o tym rozmyślać na zapas, na to nie da się przygotować – powiedział Dalinar.
Na koniec wtrącił się Igo, który według mojej wiedzy też nikogo nigdy nie zabił.
- Trzeba zrobić to co koniecznie – powiedział takim głosem, że chyba sam nawet w to nie wierzył.
- Nooo to mnie przekonałeś Igo. Najlepiej zaklęciem rozpierdalającym – drwiłem.
Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu. Po pewnym czasie odezwał się Igo.
- Tak sobie pomyślałem, że może będziemy musieli podróżować i że przydałaby się nam mapa. Może zorientuję się czy można gdzieś taką nabyć i ile kosztuje.
Stwierdziliśmy, że to dobry pomysł, ale najpierw chciałem ustalić jak stoimy z gotówką.
Kejn był w czarnej dupie. Od początku pobytu tutaj płaciłem za niego. Dalinar miał 60 srebrnych ambardów, ja 93, a Igo miał 2 złote ambardy, lecz zaznaczył, że część jeszcze dzisiejszego dnia wyda, na potrzebne mu do czynienia magii składniki. Zaproponowałem oszczędzanie. Bo jeśli tak dalej pójdzie, najdalej za tydzień wylądujemy na bruku. A nie wiadomo, kiedy wpadnie jakieś zlecenie. Dalinar podjął jeszcze sprawę tego, że musimy zachować uwagę o czym rozmawiamy w obecności osób trzecich, zwłaszcza przy Camaralczykach. Był pod dużym wrażeniem tej organizacji.
- Powiem wam, że coś mi tu śmierdzi – wypalił nagle kapłan - Że kazali nam przyjść bez zbroi i broni.
- Może testem będzie to, czy tam wieczorem dotrzemy bez sprzętu – zgadywałem - Albo też mamy być zawsze przygotowani do działania i nieważne czy kazał zabrać sprzęt czy nie, mamy go mieć – głośno myślałem.
- Źle to będzie wyglądać, jeśli nie wykonamy pierwszego polecenia od chłopa, u którego staramy się o pracę – mówił Igo.
- No niby tak, ale nie znaczy, że jak pracodawca da ci zlecenie, to masz je zrobić bezmyślnie, nie dbając o swoje bezpieczeństwo – oponował Dalinar.

Po dosyć burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy jednak iść bez sprzętu. Tak dobraliśmy godzinę wyjścia, aby Igo załatwił swoje sprawy i od razu potem udać się do Bakaraka. Naszym pierwszym celem był sklep z jakimś magicznym dziadostwem. Weszliśmy do sklepiku, a w środku unosił się specyficzny zapach suszonych ziół i dziwnych esencji, aż wierciło w nosie. Na półkach pełno było jakichś figurek, kryształków, rzeczy, których przeznaczenia się nie domyślałem. Pod sufitem suszyły się przeróżne rośliny. Sklepik prowadziła około czterdziestoletnia kobieta o imieniu Jahira, w pstrokatej sukni, zdobionej falbankami, w różnych kolorach. Osobliwy był to strój. Igo kupił trochę siarki i innych składników, ja zaciekawiony rozglądałem się po sklepie. Mimo iż nie wiedziałem czemu służą te przedmioty, atmosfera tego sklepu dobrze na mnie wpływała. Było w niej coś z mistycyzmu i tajemnicy. Później Igo poprowadził nas do kartografa. Okazało się, że kartograf nie ma żadnych gotowych map, które nas interesowały, natomiast za odpowiednią opłatą oraz jeśli damy mu wystarczającą ilość czasu, może nam je przygotować. Podana przez niego cena skutecznie ostudziła nasze zapały. Chciał 12 złotych ambardów. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak jestem biedny i że jednak też będę musiał w przyszłości rozglądać się za gotówką, bo jedzenie to nie wszystko. Podziękowaliśmy za informację i udaliśmy się w kierunku karczmy Bakarak. Kiedy dochodziliśmy na miejsce, już zmierzchało. Wszyscy rozglądaliśmy się czujnie i było widać, że zarówno Kejn, jak i Dalinar, niekomfortowo czują się bez swojego rynsztunku.

Karczma przywitała nas ciepłem, światłem i muzyką, a klientów było jeszcze więcej niż z rana. Torsten siedział przy stole z dwójką najemników i kiedy tylko weszliśmy do karczmy, podniósł wzrok i od razu nas zobaczył. Swoim zwyczajem ręką dał znać, abyśmy podeszli. Najemnicy wstali i odeszli.
- Siadajcie, byłem ciekawy czy się pojawicie. Nie marnujmy zatem czasu i chodźmy, bo chcę wam coś pokazać.
Wstał i wyszedł na zewnątrz, a my ruszyliśmy za nim.
- Strasznie jesteś tajemniczy – rzekł kapłan.
- Przyzwyczaisz się – odpowiedział pogodnym głosem Torsten - Taka specyfika pracy. Chodźcie.
Ruszyliśmy na zachód, jeszcze bardziej oddalając się od centrum Dolnego Miasta.
- Tak się zastanawialiśmy, dlaczego kazałeś nam przyjść bez zbroi i bez broni – zagadywał Dalinar.
- Zaraz zobaczycie, cierpliwości.
Kejn skierował 4 palce dłoni w kierunku oczu, a potem jednym wskazał za plecy. Byliśmy śledzeni.
- Słuchajcie jest takie miejsce, do którego chciałbym was zaprowadzić. Nazywa się Sierp i Młot. To pewna gospoda. Paskudne i brudne miejsce... O już prawie jesteśmy.
W oddali majaczyła gospoda, już stąd było słychać głośne, pijackie śpiewy.
Najemnik nie szedł dalej w kierunku gospody, tylko skręcił w ciemny zaułek. Postanowiłem, wykorzystać wiedzę, którą przed chwilą przekazał nam Kejn i uwiarygodnić moją rolę zwiadowcy w jego oczach.
- Powiedz mi, tych czterech ludzi, którzy nas śledzą, są od ciebie, czy nadal mam się niepokoić?
- Tak, to moi ludzie, byłem ciekawy czy ich zauważycie.
Wkroczyliśmy z nim w zaułek. Stało w nim kilku ludzi, jeden z nich miał pochodnię.
- Chodźcie, nie bójcie się.
Podeszliśmy dalej i zobaczyliśmy, że mrok skrywa większą grupę ludzi, część całkiem przyzwoicie uzbrojonych. Do zaułka weszło też za nami kolejnych czterech, prawdopodobnie tych, którzy nas śledzili.
- Dobra, to przed nami to gospoda „Sierp i Młot”, o której wam mówiłem. Zjeżdżają tu po ciężkich tygodniach roboty ci skurwiali górnicy. Przepijają tu całe wypłaty, przegrywają w karty, przegrywają w kości. Nie ukrywam, że ich bardzo nie lubimy, bo przez nich nasz szef traci kupę kasy.
- Jak przegrywają, to tracicie kasę? - zapytał Kejn.
- No tak, bo nie przegrywają tego w naszej karczmie. Sprawa jest taka, jak już powiedziałem wcześniej, że bardzo ich nie lubimy.
Dał ręką jakiś znak i z zaułka czterech ludzi wyprowadziło konie.
- Chcę sprawdzić czy macie jaja. Jeśli wjedziecie nago do tej karczmy na koniach i w środku krzykniecie „karczmarzu piwa”, to macie tę robotę.
- Czemu ma to służyć? – zapytał Igo.
- Jaja sobie z nas robisz? – zapytał Kejn.
- Jestem bardzo poważny – powiedział faktycznie poważnym tonem.
Chyba wszyscy chcieli usłyszeć tą rozmowę, bo podeszli bliżej. Okazało się, że w zaułku, prócz nas, jest jeszcze około 20 zakapiorów. Niektórzy z się uśmiechali, widząc naszą konsternację.
- Zastanówcie się nad tym, macie minutę.
- Ale jak nago?
- Normalnie nago.
Część z zebranych ludzi się zaśmiała.
- Ciekawe czy mają jaja? – powiedział głośno ktoś z tłumu.
- Zgłosiliśmy się do was, aby szukać zbiegłych ludzi za pieniądze, czemu ma służyć ten test? – zapytał Igo poważnym tonem.
- Praca, którą macie wykonywać jest ciężka i wymaga wielu poświeceń.
- Gdybym chciał się dostać do grupy cyrkowców, to zgłosiłbym się do grupy cyrkowców, a wy chyba cyrkowcami nie jesteście – ciągnął Igo.
Najemnik zignorował tę uwagę i podszedł do swoich ludzi rzucając przez ramię:
- Zastanówcie się.
- No i tu kończy się chyba nasza przygoda z gildią – mówił elf. Moim zdaniem chcą sobie zapewnić darmowy ubaw, a z nas zwyczajnie się nabijają. To nie ma nic wspólnego z poświęceniem, ani z pościgiem za zbiegiem. To jakaś farsa. Trzeba sobie dać z nimi spokój.
- Nie powiem, ogólnie byłoby to ciekawe – powiedziałem - Tylko też nie widzę w tym sensu.
- No, no, widziałem błysk w twoim oku Tsume – skwitował Dalinar.
- Nie ma to sensu, a dodatkowo nie przysporzy mi to satysfakcji. Satysfakcję to teraz dałoby mi zanurzenie sztyletu w jego żebrach – posępnie stwierdził Kejn.
- Co? Ty masz jakieś chore zapędy – skwitowałem.
- Jeśli mielibyśmy tam po prostu wejść i nakłaść kilku gościom po mordach to to rozumiem, ale jeździć na koniu z gołym pindolem, to jest absurdalne – rzekł kapłan.
- Jednak trzeba przyznać, że jest to zabawne – mimowolnie się śmiałem - Nie no, trzeba sobie odpuścić.
- No chyba, że zapytamy ile za to płaci – wypalił Igo.
Parsknęliśmy śmiechem, a ja skomentowałem:
- Czyli jesteś dziwką, a teraz liczy się tylko kwestia ceny – śmiałem się nadal.
- Przybyliśmy do nich, żeby zarabiać – pogrążał się Igo.
- Ale nie na kupczeniu własnym ciałem – odpowiedziałem, a słowa ledwo były zrozumiałe przez nasz śmiech.
- No panowie, jaka decyzja? – odezwał się Torsten.
- Jeśli szukasz ludzi, którzy mają tam wjechać i nakłaść kilku górnikom po mordzie to wchodzimy w to – rzekł Dalinar.
- Natomiast, jeśli szukasz błaznów do wymachiwania kutasem, poszukaj ich sobie gdzie indziej – skwitował Kejn.
- Jesteśmy poważnymi ludźmi, szukającymi poważnej roboty – kontynuował Dalinar.
- Choć nie powiem, że mi sam pomysł się podoba – wtrąciłem.
- Jeśli się odważycie wejść tam bez broni i obić gębę tym ludziom, może się na to zgodzimy. To co wchodzicie, czy wymiękacie?
- Teraz rozmawiamy o zadaniu dla mężczyzn – stwierdził kapłan.
- A nie dla cyrkowców – skwitował Kejn - A możemy wjechać na koniu?
- Róbcie co chcecie.
- Dobrze, tylko daj nam się przygotować.
Pochyliliśmy się, a Dalinar wypowiedział słowa:
- Błogosławię nas w imieniu Vergena.
- Plan jest prosty, wjeżdżamy do środka, rozwalamy co się da i spierdalamy. Nie dajmy się tam zabić.
Dosiedliśmy koni, Igo wyszeptał jakieś słowa i obok niego zmaterializowało się jego dobicie. W tym momencie było dwóch Igo na dwóch koniach. Coraz bardziej podobała mi się ta cała magia. Ciekawe jakie jeszcze zaklęcia potrafił. Po chwili ruszyliśmy w kierunku karczmy, pogoniłem konia, by wydostać się naprzód i gnałem w kierunku drzwi. Dawno nie pędziłem tak na koniu, niesamowite uczucie. Przed samymi drzwiami koń stanął dęba, lecz byłem na to przygotowany. Przednimi kopytami roztrzaskał drzwi i ruszył do środka. Przywołałem pancerz Ki-shak. Po tym co później się stało, dziękowałem Bogini za jej łaskę. Reszta potoczyła się błyskawicznie, z rozpędem wjechałem w jakieś stoły, łamiąc je i rozrzucając na boki. Za sobą usłyszałem obłąkańczy krzyk Kejna:
- KARCZMARZU PIWA! KURWAAAA!
Szybki rzut oka na karczmę uświadomił mi, że nie jest dobrze. W karczmie było kilkudziesięciu pijanych i wściekłych już teraz górników. W ruch poszły stołki, kufle i taborety. Nie wiem kiedy zrzucili z koni mych braci. Ale ja dostałem ciężkim stołkiem i tylko cudem udało mi się uniknąć zalania przez ogrom ludzi. Po chwili widziałem już kątem oka, że moi bracia nie mieli tyle szczęścia. Dzięki mocy Ki-shak spadające ciosy nie były aż tak bolesne i miałem cień szansy na uniknięcie obrażeń. Znów kątem oka zerknąłem w kierunku moich braci. Żaden z nich nie stał. Nie widziałem, gdzie leży Kejn, ani Igo. Natomiast widziałem Dalinara, który leżał i był kopany przez wściekłych górników. Zapatrzyłem się o chwilę za długo i straciłem czujność. Dostałem potężny cios w głowę i gdyby nie piecza Bogini, na pewno byłby to mój koniec. Dzwoniło mi w głowie i widziałem wszystko jak przez mgłę. Widziałem, że już im nie pomogę, ale chciałem spróbować uratować choć siebie. Skoncentrowałem się, by wykonać odskok w kierunku drzwi i w tym momencie do środka, z głośnym krzykiem wdarli się z uniesionymi pałkami ludzie Torstena.
- Napierdalać!!!
Skoczyłem za nich, lecz w locie dostałem pałką w głowę. Ponownie mnie zaćmiło i na chwilę straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, ludzie Torstena nie zajmowali się już górnikami, którzy nie mieli z nimi szans, tylko demolowali wnętrze. Ponownie ocknąłem się na zewnątrz, kiedy byliśmy niesieni przez Camaralczyków. Poprosiłem, by mnie postawili i chwiejnym krokiem szedłem sam. Moi bracia nie mieli siły i przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy. Ale żyli, bo słyszałem ich donośne jęki. Na pierwszy rzut oka najgorzej wyglądał Kejn. Jednego oka nie było widać wcale, a drugie miało wielką, czarną obwódkę.

Zaprowadzili nas do budynku przy gospodzie Bakarak i ułożyli moich braci na siennikach w jakimś pokoju. Mieli posiniaczone twarze i potargane ubrania.
Czuwałem nad nimi, ale w końcu i ja uległem senności. Kiedy obudziliśmy się, nad nami stała kobieta, która zaczęła smarować nas jakimiś mazidłami i robić okłady. W południe przyszła druga kobieta i zmieniła okłady oraz przyniosła picie.
Później do pokoju z szerokim uśmiechem na twarzy wszedł Torsten.
- Chyba to było lepsze niż gołe fiuty – z bólem powiedział Kejn.
- No, nie wierzyłem, że tam wejdziecie. Przegrałem przez was sporą sumkę pieniędzy – ale powiedział to rozbawiony i bez żalu. - Jak się czujecie?
- Fatalnie - jęknął Igo.
- Spokojnie, morda nie szklanka, jak mówią Camaralczycy. Dojdziecie do siebie. To wasza kwatera.
- Górnicy chyba też długo nie pokopią.
- Ano nie, jebane brudasy. Może czegoś ich to nauczy. Siedzą całą zimę i ryją w tej ziemi i zamiast na wiosnę przyjść do dobrego lokalu, wydawać na czyste kobiety, które się nimi zajmą, to wydają to w tym jebanym Sierpie i Młocie. Cóż witajcie w domu, chyba tak mogę powiedzieć. Kurujcie się, bo i tak nie mam dla was narazie roboty, ale już powoli zacznę się rozglądać w sam raz za czymś dla takiej grupy jak wy. Nie wiem jak tam z waszym zdrowiem, ale jutro dostaniecie podarek od szefa. Zaakceptował was w naszym gronie. A i jeszcze jedno - wyciągnął coś zza paska i położył na stoliku.
Były to cztery wisiorki w kształcie kamiennej dłoni, a pośrodku niej wyrzeźbiony kot z wielką grzywą.
- Jesteście jednymi z nas, mieszkacie i jecie za nasze. To jest symbol, który mówi że jesteście Camaralczykami. Odpoczywajcie, bo widzę, że tego potrzebujecie.
Już miał wychodzić, ale odwrócił się do nas ponownie:
- Idzie wiosna, a z wiosną zawsze robi się ruch w interesie. Zasada jest prosta, jak mówiłem wcześniej. Każda robota płacona jest ekstra, informuję was o celu, a wy bierzecie robotę albo ją odrzucacie. Odmowa nie jest mile widziana, ale wiadomo, że mogą być zlecenia, gdzie będziecie uważać, że temu nie podołacie. Z „Sierpem i Młotem” to była dobra robota, bo pokazaliście, że jaj wam nie brakuje, więc dogadamy się jakoś. Na dole karczmarz poda wam strawę, a te dwie kobiety zajmą się waszą rekonwalescencją. Są od nas. Tylko mi ich nie ruchajcie, bo one są od innych rzeczy. No nic, bywajcie - i po tych słowach wyszedł.
Powiem szczerze, że nigdy nie spodziewałem się, że ucieszy mnie widok kilkunastu zbrojnych wbiegających z okrzykiem do karczmy.
- No, nie spodziewałem się, że to będzie tak wyglądało – skwitował poobijany Igo.
- Jak mawiał Shen Zu po pijaku:

„Nawet szermierz dupa, kiedy wrogów kupa.”

- Ale nigdy nie zapomnę ich min, kiedy krzyczałem „karczmarzu kurwa piwa!” - powiedział uśmiechnięty Kejn Bez Oka.
- No, ich szok trwał krótko – odpowiedziałem.
- No mniej więcej tyle ile lot krzesła, który zrzucił mnie z konia – śmiał się Kejn.
Dwa dni spędziliśmy na leżeniu w łóżku. Jako że z Kejnem czuliśmy się najlepiej, wyruszyliśmy do Ogonu Gryfa po nasz dobytek. W gospodzie, gdy zobaczył nas karczmarz, dopytywał czy z resztą wszystko w porządku, bo wyglądamy licho. Powiedzieliśmy, że tak. Gospodarz przekazał, że był ktoś i dopytywał o Dalinara. Zapakowaliśmy dobytek i ruszyliśmy do naszej nowej kwatery.

Zanim wrócę do opowieści, opiszę Ci miejsce, do którego trafiliśmy. Tak jak mówiłem wcześniej, budynek ten był niejako przyklejony do Bakaraka. Na siłę też można było go nazwać karczmą, lecz wewnętrzną, dostęp do której mieli tylko Camaralczycy. Dostępu do niej bronił zawsze uzbrojony strażnik, z kuszą pod ręką. Mieliśmy do dyspozycji pokoje sypialne, jak i salę jadalną. Karczmarz, to były weteran wojenny, potężny chłop, który na wojnie stracił dłoń. Lecz zawsze był czujny. Pod barem leżała gotowa do użycia kusza. A w zasięgu zdrowej ręki solidny topór. Prowadzić karczmę pomagało mu kilku niewolników. Mogliśmy tu coś zjeść i napić się za darmo. Prócz nas mieszkało tu około 30 Camaralczyków. Oj, na świętoszków to oni nie wyglądali. Nie obnosili się wprawdzie ze swoimi profesjami, ale kiedy zaczęli już traktować nas jak swoich, bez skrępowania prowadzili rozmowy w naszej obecności. I można tu było znaleźć wszystkich, od rabusiów, po morderców, na paserach kończąc. My nie mogliśmy przy nich się zapominać, wszak w założeniu w końcu mieliśmy wystąpić przeciw Camaralowi.

Dwa dni później, kiedy właśnie rozmyślałem nad tym jaką naukę wyciągnąć z akcji w karczmie, podesłano nam obiecaną premię. Były to cztery piękne i bardzo chętne kobiety. I w mych rozmyślaniach nad nauką z tej kabały zadałem sobie pytanie: „Czy to zwiad jest kluczowy, czy wzwód?”, ale po chwili doszedłem do wniosku, że „Wszystko jedno, bo i bez tego i bez tego, efektywnie nie powalczysz.”
Skończyłem rozmyślania i poszedłem korzystać ze wzwodu. No ale znów się zagalopowałem.
Po powrocie, przekazaliśmy Dalinarowi, że ktoś o niego pytał. Oświadczył, że musi się wybrać do świątyni Vergena i poprosił Kejna, by mu towarzyszył. Elf zgodził się i wyruszyli natychmiast. Nam z Igo czas płynął miło na piciu piwa i towarzystwie kobiet. Nawet nie wiem ile czasu minęło, kiedy przybył kapłan z Kejnem i oświadczyli, że zapraszają nas na piwo do dobrej karczmy. Ruszyliśmy za nimi, domyślając się, że nie chcą rozmawiać tutaj.
Wylądowaliśmy w lokalu mieszczącym się niedaleko. Była to pijalni, gdzie podawali różnego rodzaju trunki. Mistrz Shen Zu zapewne by się tam odnalazł. Zwała się „Czysta Gospoda”. Faktycznie było to idealne miejsce, by porozmawiać. Były nawet miejsca pod zadaszeniem, ale już poza karczmą, gdzie uliczny gwar dobrze zagłuszał nasze słowa.
- Moim braciom w wierze udało się uzyskać nieco informacji na temat Kościeja. Nie ma tego dużo, ale i tak nakazałem zaprzestać już poszukiwań, żeby nie narażali się już więcej. Myślę, ze jakoś już sobie poradzimy. Kościej jest paserem, sprzedaje różnego rodzaje przedmioty, ale i informacje. Uważany jest za osobę bardzo niebezpieczną i ponoć ma też powiązania ze światem przestępczym. Zalecono mi ostrożność w jakichkolwiek z nim kontaktach. Mieszka w Niskim Mieście, niedaleko oberży „Złamany Kufel”, ale niestety nie wiem gdzie dokładnie. Ponoć tam można o niego popytać – skończył swoją opowieść Dalinar.
- Tylko czy on nam jeszcze jest potrzebny? – zastanawiałem się na głos.
- Właśnie sam się nad tym zastanawiałem i jeszcze raz studiowałem notatkę Vernira – powiedział Dalinar - I uważam, że powinniśmy go przepytać, bo mam przeczucie, że jednak nie zdradził z własnej woli.
Znowu rozgorzała dyskusja nad notatką, która, miałem wrażenie, prowadziła nas donikąd.
Wyszedłem z pomysłem, aby, kiedy dostaniemy zlecenie, dowiedzieć się czegoś na temat naszego celu właśnie od Kościeja. Igo znowu snuł teorię, że to się dla nas skończy tak jak dla Ragna. Nie miałem pojęcia jak połączył ze sobą te dwie sprawy. To się kupy nie trzymało. Skoro pracowaliśmy dla Camaralczyków to naturalne jest, że możemy szukać informacji o naszym celu. A on jak katarynka powtarzał, że skończymy jak Ragn. Poddałem się.
Dalinar zaproponował, żeby za jakiś czas wysłać Kejna, aby dowiedział się gdzie mieszka Kościej i żeby go obserwował. Zaproponowałem, abyśmy dziś dosiedli się do Camaralczyków mieszkających z nami w karczmie i spróbowali jakoś wyciągnąć informacje o Kościeju. O dziwo na ten plan przystali. Tak też zrobiliśmy, poszliśmy do wspólnej sali i dosiedliśmy się do grupy najemników. Dowiedzieliśmy się od nich, że Camaral otrzymuje zlecenia od Grodzodzierżcy, ale też często trafiają się zadania zlecone przez Kościół Delidi. Camaral czerpał jednak główne zyski nie ze ścigania zbiegów, a z hazardu. Podlegało mu czterech poruczników: Torsten, Sato, Marta i Zambin. Każdy z nich odpowiadał za inny rodzaj działalności. Torsten miał pod sobą łowców, Sato był odpowiedzialny za ochronę, Marta, jak można było zrozumieć z ostrożnych słów o niej, trzymała pieczę albo nad zabójcami albo nad złodziejami, a może i nad tymi i nad tymi. Zambin podobno doglądał interesów Camarala. Rozmowa toczyła się w miarę swobodnej atmosferze, przeplatanej cichymi, acz niewybrednymi żartami na temat Marty, która podobno była piękną kobietą, ale też śmiertelnie niebezpieczną. Ponoć swojemu poprzedniemu kochankowi poderżnęła gardło. Niestety nie udało nam się wybadać nic na temat Kościeja. Pewnie dlatego, że nasi rozmówcy nie znali tej osoby. Zagadywali nawet, żeby szepnąć o nich Torstenowi, a skoro oni z taką prośbą zwracali się do takich żółtodziobów jak my, to musieli nic nie znaczyć oraz niczego nie wiedzieć. Kiedy rozwiązały im się języki, wspomnieli jeszcze o Nubrimusie. Twierdzili, że to czarownik i bezpośredni doradca Camarala. Dowiedzieliśmy się co nieco o Żółtej Dłoni. Najemnicy twierdzili, ze Camaralczycy są o wiele mniejsi od tej gildii, lecz nie wchodzą sobie w drogę. To ponoć właśnie Żółta Dłoń trzęsła całym podziemiem Mar-Margot. Dowiedzieliśmy się też, że do Bakaraka jest specjalnie, osobne wejście dla co znamienitszych gości. Jako że było już późno, a nasi rozmówcy nie mogli udzielić nam ciekawszych informacji, pożegnaliśmy się i poszliśmy spać.

Dni mijały na odpoczynku i leczeniu odniesionych w Sierpie i Młocie ran. Około dwa tygodnie później wezwał nas do siebie Torsten. Udaliśmy się do niego, ale mimo że byliśmy już znani obsłudze karczmy i przyszliśmy bez broni, to w dolnej części gospody, przed wejściem na spotkanie z Torstenem, zostaliśmy przeszukani. Widać poważnie podchodzili do kwestii bezpieczeństwa. Najemnik siedział w tak zwanej Sali Królewskiej, czyli w zasadzie podziemnej części karczmy. W związku z wczesną godziną karczma, zarówno u góry, jak i na dole, była prawie pusta. Dosłownie kilkanaście osób grało w karty. Jak zwykle czujny Torsten zauważył nasze przybycie, uśmiechnął się szeroko, wstał i ruszył w naszym kierunku.
W tym momencie przy jednym ze stolików obudził się mężczyzna w czarnej zbroi i białym płaszczu. Rycerz Pierwotnego Zakonu, czyli Inkwizycji Delidii.
- O Torsten – rzekł do przechodzącego najemnika. Bez cienia wątpliwości był to inkwizytor – teraz ujrzeliśmy jego symbole na płaszczu. Był mocno podpity i chwiał się na nogach.
- O, poruczniku Ramzes. Witajcie – odezwał się Torsten – Chłopaki, to jest porucznik Ramzes, rycerz Zakonu Delidii.
Mężczyzna obrócił się do nas i zmierzył nas nieobecnym wzrokiem. Był to postawny mężczyzna, w czarnej, płytowej zbroi, bogato rzeźbionym napierśniku. Sama jego zbroja była cenniejsza zapewne niż kilka wiosek.
- Poruczniku, kolejka na koszt szefa.
- Bardzo dobrze Torsten, będzie ci to wynagrodzone. Niech Delidia ma cię w swojej opiece.
- Ku chwale Delidi – odpowiedział Torsten.
Widać było, że nawet w takim miejscu ich pozycja jest nie do podważenia. Jako jedyni goście w tym miejscu mieli przy sobie broń, która w tym momencie niedbale leżała pod stołem.
- Chodźmy na bok - szepnął Torsten i zaprowadził nas do pustego stolika.
W tym czasie Ramzes głośno domagał się kolejnej kolejki.
- Jak w ogóle się czujecie? Jak wasze zdrowie? – dopytywał najemnik.
Zapewniliśmy go, że doszliśmy już do pełnej sprawności po wydarzeniach z Sierpa i Młota i czekamy z niecierpliwością na pierwsze zlecenie.
- To dobrze, dobrze. Było kilka fajnych zleceń, ale ze względu na wasz stan zdrowia musiałem przydzielić je innym. Teraz mam jedno zlecenie, tylko nie wiem czy się go podejmiecie, bo jest... hmm... nietypowe. Zwykle nie podejmujemy się tego typu spraw. To bardziej wyjaśnienie pewnej sprawy, niż polowanie na głowę zbiega. Ale zacznę od początku. Jest takie miejsce, nazywa się Zimowy Ogród. To cmentarz. Znajduje się na północy miasta, w zasadzie już za murami. Ten cmentarz to jedyne legalne miejsce poza murem, gdzie w Mar-Margot odbywają się pochówki. Zwykle ceremonie pogrzebowe w mieście przeprowadzają kapłani Delidii w jednych z licznych świątyń Pani Światła. Kapłani, korzystając z mocy Delidi, odprawiają obrządek, po czym ciała są palone. Są jednak pewni ludzie, którzy zgodnie ze starą tradycją, chowają zmarłych w ziemi. Czynią tak często bogatsze rody, które stać na rodzinne krypty, mauzolea i tak czynić nakazuje im rodowa tradycja. Na początku Kościół chciał wyplenić tę tradycję, ale w końcu odpuścił, a teraz nawet często co znakomitsi Kapłani Delidii, gdy ci dokonują żywota, chowani są w ziemi. Ale przejdźmy do rzeczy. W Zimowym Ogrodzie od pewnego czasu dochodzi do włamań. Część nowszych krypt ostatnimi czasy została zbezczeszczona. Mam tu na myśli kradzież i to kradzież nie pamiątek rodzinnych, czy biżuterii, lecz zwłok. Zwłok tyle co pochowanych. W ciągu ostatnich trzech tygodni stało się to trzy razy. Z tego co mi wiadomo Kościół ignorował te doniesienia, jednakże ostatnio zniknęło z rodzinnej krypty ciało Lady de Erd, a jako że była ona bliska kręgom kościelnym i znacznym darczyńcą, wzbudziło to zainteresowanie Kościoła. Zazwyczaj nasze działania polegają na dostarczeniu głowy przestępcy, tym razem jednak nie wiemy kto jest przestępcą. Mało tego, Kościołowi zależy, aby tę sprawę załatwić możliwie dyskretnie. Dowiedzieć się kto za tym stoi i ująć tę osobę, jeśli to osoba. Jeśli to duża grupa ludzi, dacie mi znać i dostaniecie wsparcie. Za rozwiązanie sprawy dostaniecie trzydzieści złotych ambardów.
W tym momencie wiedziałem co mieli na myśli najemnicy, z którymi piliśmy we wspólnej sali, że ludzie Torstena, nie mają zleceń często, ale jak się trafi to na bogato. Dalinar wspominał kiedyś, że w pierwszą noc po spotkaniu w karczmie po latach, przehulałem jego tygodniowy, najemniczy żołd. Pieniądze oferowane nam za rozwiązanie tego zadania, to była mała fortuna. Po podziale powinno mi w końcu starczyć na własnego konia. Rozmyślałem, ale jak mawiałeś mistrzu:

„Nie dziel skóry na niedźwiedziu, póki ten biega po lesie.”

- Dodatkowo – kontynuował porucznik - jeśli sprawę doprowadzicie do końca, zachowując dyskrecję, przewidziana jest pewna premia. Co o tym myślicie?
- No cóż, nie tego się spodziewaliśmy – rzekł Dalinar - Ale podejmiemy się tego zadania i postaramy się dowiedzieć kto za tym stoi.
- To dla was – najemnik postawił na stole misternie rzeźbiony, niewielki posążek, przedstawiający gryfa. - To znak Grododzierżcy. Oznacza on, że pracujecie dla władz tego miasta. Ten znak powinien rozwiązać języki osobom, które nie będą chciały z wami współpracować, lecz używajcie go jak najrzadziej. Oczywiście po wykonaniu zadania, jest do zwrotu. Mam nadzieję, że nie pomyliłem się decydując się dać to zlecenie wam. To nie robota dla mięśniaków, lecz ludzi którzy potrafią też pomyśleć. Ale dzięki magii Igo oraz jeśli wasz zwiadowca jest tak dobry, jak wy w walce, to myślę, że sobie poradzicie.

Pożegnaliśmy się i udaliśmy się na obiad, a po posiłku zdecydowaliśmy się wyruszyć do Zimowego Ogrodu. Po około pół godzinie, dojechaliśmy pod bramę cmentarza. Były to wysokie na prawie cztery metry wrota, teraz rdzewiejące i zaniedbane, lecz kiedyś zdobienia na bramie musiały robić ogromne wrażenie. Od bram, w jedną i drugą stronę, ciągnęło się ogrodzenie do wysokości około jednego metra, zbudowane z solidnego kamienia, z którego na wysokość dwóch metrów, gęsto sterczały, zakończone ostro, stalowe słupki. Za czasów świetności tego miejsca całość musiała robić wrażenie.
Niedaleko bramy znajdował się budynek, przywodzący na myśl strażnicę, wąski, jednopiętrowy, z dachem opadającym na każdą z czterech ścian. Było przy nim kilka miejsc do przywiązania koni oraz miejsce na wóz. Prawdopodobnie tu ludzie uczestniczący w pogrzebie zostawiali swe wierzchowce i też tu z wozu została zdejmowana trumna, by zanieść ją na miejsce pochówku. Przed samym cmentarzem stał duży posąg gryfa. Widać było, że rzeźba jest bardzo stara. Motyw gryfa przewijał się też w zdobieniach cmentarnej bramy.
Zapomniałem wspomnieć Ci mentorze, że gryf widnieje w godle Mar-Margot i stąd tyle odniesień, czy to w nazewnictwie, czy właśnie sztuce.
Postanowiliśmy objechać cały cmentarz, aby zobaczyć w jakim stanie jest ogrodzenie i czy nie ma w nim jakichś dziur, przez które można by bez problemów wynosić zwłoki. Zaczęliśmy jechać wzdłuż murów. Zaskoczyło nas jak rozległy jest ten cmentarz, bo jeden bok na oko ciągnął się ponad kilometr. Przez kraty, co jakiś czas, było widać duże grobowce, przypominające czasem budynek w środku ogrodu. Grobowce te musiały należeć do naprawdę zamożnych ludzi, bo niektóre otoczone były dosłownie małymi ogródkami, z własnymi ścieżkami, ławeczkami i staranie przyciętymi żywopłotami.
W niektórych miejscach, tam gdzie cmentarz był mniej zadbany, trawa rosła wyższa. Mimo dnia i dobrej pogody, cmentarz spowity był mgłą, co niestety ograniczało naszą obserwację. Objechaliśmy mury cmentarza, ale nie znaleźliśmy wyrwy w ogrodzeniu, a główna brama była jedyną prowadzącą drogą na cmentarz.

Postanowiliśmy dowiedzieć się kto mieszka w strażnicy, jak roboczo nazwaliśmy budynek przed wejściem do cmentarza. Drzwi były zamknięte, a na drzwiach kołatka. Zakołataliśmy kilka razy, a po chwili z wewnątrz usłyszeliśmy kroki i drzwi się otworzyły. Stanął w nich zaspany człowiek w mundurze straży miejskiej, a jego oddech ział wonią alkoholu.
- Dzień dobry, przepraszam, zdrzemnęło mi się – cały się trząsł. - Proszę poczekać, płaszcz wezmę, bo w piecu przygasło – poszedł do środka i wrócił po chwili z narzuconym na siebie płaszczem. - Witajcie, o co chodzi?
- Chcielibyśmy zapytać, dobry człowieku, czy mógłbyś nam wskazać grób Lady de Erd? - zapytał kapłan.
- Lady de Erd – zamyślił się strażnik – Aaa, Lady de Erd, no tak – przyjrzał się nam podejrzliwie. - A dlaczego go szukacie? Kim wy jesteście?
- Zostaliśmy wynajęci, by rozejrzeć się po okolicy, gdyż rodzina Lady jest zaniepokojona tym co się wydarzyło i poprosili nas, abyśmy przyjrzeli się sprawie.
- Aa, jeśli tak, to was zaprowadzę.
- Prowadź dobry człowieku – zachęcaliśmy go.
- Jestem Lothar – przedstawił się strażnik - I pilnuję tego cmentarza.
W drodze do grobowca Lady, cały czas braliśmy lekko Lothara pod włos, z jednej strony nadmieniając, że bogate rodziny się niepokoją i rzekomo mają pretensje do strażników cmentarza, a z drugiej, że my nic do niego nie mamy, rozumiemy że przecież jedna osoba nie może pilnować tak dużego terenu i obiecywaliśmy mu pomóc, jeśli tylko i on pomoże nam. Taktyka chyba działała, bo powoli jawiliśmy mu się jako ludzie, którzy rozumieją jego ciężką pracę i nie popieraliśmy niesłusznych oskarżeń, a dodatkowo chcemy pomóc usunąć ten bajzel.
Lothar widząc w nas wsparcie, nie wiadomo czemu przyjął, że jesteśmy od Diuka de Erd, męża zmarłej arystokratki i prosił, abyśmy szepnęli dobre słowo o nim, o jego pracy i o tym, że cała straż miejska zaangażowana jest w rozwiązywanie tej sprawy. Kejn nie wyprowadzał go z błędu mówiąc, że właśnie Diuk oczekuje od nas raportu. Po tych słowach strażnik jeszcze chętniej udzielał nam odpowiedzi na zadawane pytania. Wypytaliśmy go ile to już trwa i ile było przypadków kradzieży. Zauważono to pod koniec zimy, a przypadków było pięć. Postanowiliśmy zbadać wszystkie pięć grobowców, a Lothar powiedział, że nas do nich doprowadzi.
Po chwili doprowadził nas do dużego grobowca, gdzie dach z przodu wspierał się na czterech rzeźbionych kolumnach, a wejścia do grobowca strzegły duże, zdobione, metalowe drzwi.
- O, to tutaj, grobowiec rodziny de Erd. Zastaliśmy go z otwartymi drzwiami. Robiłem obchód. To było cztery dni temu, a pochowana została dzień wcześniej. Cóż, mogę otworzyć drzwi, jeśli panowie chcecie zobaczyć środek.
I po chwili wyjął duże koło, na którym wisiało mnóstwo większych i mniejszych kluczy i zaczął szukać właściwego. Po chwili znalazł odpowiedni klucz i otworzył. Dowiedzieliśmy się, że drzwi były brutalnie otwarte, za pomocą jakichś narzędzi, ale kowal już to naprawił i wstawił nowy zamek.
Weszliśmy do środka, w krypcie stało osiem sarkofagów. Od strażnika dowiedzieliśmy się, że po zdarzeniu sam nie był w środku, tylko od razu zgłosił włamanie sierżantowi, a sierżant bezpośrednio Diukowi. Słyszał natomiast, że gdy Diuk wszedł do grobowca, płyta z sarkofagu Lady de Erd była odsunięta, a ciała nie było. Nasze oględziny niewiele dały, w krypcie kręciło się przez kilka dni, z powodu pogrzebu, wiele osób i szukanie jakichkolwiek poszlak było z tego powodu utrudnione. Poprosiliśmy Lothara, aby prowadził nas do kolejnych obrabowanych grobów.
Zaprowadził nas do zwykłego grobu, gdzie widać było, że miejsce pochówku zasypane jest w miarę świeżą ziemią.
- Tu pochowany jest pewien kupiec, a raczej był pochowany. To też stało się na moim obchodzie, jakieś dwa dni po pogrzebie, ktoś wykopał ciało.
- A takie ciała, to w trumnach się chowa? - dopytał Igo.
- Zazwyczaj chyba w całunie, ale to raczej grabarzy pytajcie. Znajdziecie ich na Grabarskiej. Herman i Synowie.
Potem zaprowadził nas do trzeciego mauzoleum, które w porównaniu z pierwszym było malutkie. Oznajmił, że tu ciało znikło około miesiąca temu i włamanie zauważył jego zmiennik Matijas. Dopytywaliśmy, czy tu też drzwi były wyłamane, ale tego nie wiedział, nie orientował się też ile czasu po pogrzebie ciało zniknęło, ale zadeklarował, że może poszukać w dziennikach. Po oględzinach stwierdziliśmy, że drzwi były nienaruszone. I tu plan się trochę rypnął przez nieuwagę Kejna.
- Konkrety, konkrety, bo pan Grododzirżca nie będzie czekał.
Strażnik momentalnie zmienił ton.
- Jak to Grododzierżca? Mówiliście, że od pana Diuka jesteście.
- Kto tak mówił? – usiłował ratować sytuację elf.
- No wy, ja nie wiem czy powinienem z wami rozmawiać. Jakiś list polecający macie, że jesteście z ratusza?
- Mamy nawet coś więcej niż list, to prawda co mówi mój kompan – Dalinar wyciągnął w jego kierunku statuetkę.
- O najmocniej panów przepraszam, bo tu taka konspiracja – pośpiesznie zasalutował.
- Tak więc nic się nie zmienia - dobrotliwym głosem ciągnął Igo - Musimy sobie pomagać. Grododzierżca słyszał, że strażnicy to dobrzy ludzie.
- Tak! Tak! – z zapałem przyznał strażnik.
- Lecz uznał, że potrzebujecie naszej pomocy, dlatego też musisz powiedzieć swojemu kompanowi, że będziemy się tu teraz często pojawiać.
- Oczywiście, oczywiście – widać było, że awansowaliśmy społecznie w jego postrzeganiu.
- Nie możecie wspominać o tym swojemu sierżantowi, gdyż nie wiemy czy przypadkiem nie jest w to zamieszany. Mówimy to tylko tobie i Matijasowi. Jak upewnimy się, że sierżant jest czysty, wtedy udamy się i do niego. Do tego czasu nie piśnij ani słówka, gdyż sprawa jest omawiana w najwyższych kręgach władzy w Mar-Margot – przekonująco ciągnął Dalinar. - My teraz trochę się tu rozejrzymy, a ty przygotuj rejestry.
- Oczywiście, wy panowie teraz tu trochę powęszycie – powiedział konspiracyjnym szeptem - A ja przygotuję rejestry i napalę w piecu, bo wygasł. A i jakby jakiejś herbatki trzeba było albo coś mocniejszego, hmm na żołądek, to tylko powiedźcie.
- Cieszę się, że jesteś bardzo pomocną i kompetentną osobą, na właściwym miejscu. Zostanie to przekazane – nęcił kapłan.
Strażnik stanął na baczność i szybkim krokiem udał się do strażnicy. Dalinar zbeształ elfa za nieostrożną wypowiedź o Grododzierżcy.
- Nie ma tego dobrego, co by na dobre nie wyszło – powiedziałem odruchowo, choć mi też nieostrożność elfa się nie podobała.
- Wniosek jest jeden, ktoś kradnie trupy i to zaraz po pogrzebie. Trzeba się dowiedzieć kiedy jest następny i tyle – powiedział Dalinar.
- Są na świecie ludzie, którzy czerpią korzyści z energii życiowej – zaczął Igo. - I wykorzystują ciała do tworzenia magii. Nie twierdzę, że mamy tu do czynienia z czymś takim, bo rzadko kto to praktykuje. I w niektórych rejonach jest to zakazane.
- Druga opcja – wtrącił się Dalinar - To nieumarli, o tym też trzeba powiedzieć. Te istoty potrzebują ciał, aby je zjadać, bądź wykorzystać w inny sposób.
Negowałem wersję kapłana, bo nie było żadnych śladów krwawej uczty.
- Są różne istoty, o różnej sile, inteligencji i odmiennych celach – tłumaczył Dalinar.
Elf absolutnie nie przyjmował do wiadomości, że mogą działać tu jakiekolwiek siły przedstawione przez Igo i Dalinara. Ci dwaj, nie chcąc ciągnąć kłótni, ucięli temat. Ustaliliśmy, że trzeba będzie od grabarzy dowiedzieć się, kiedy jest następny pogrzeb, ale najpierw chcieliśmy przejrzeć księgi Lothara i dopytać o to jak wyglądają tu pogrzeby, jako że nikt z nas w naszym młodym życiu, nie uczestniczył w pogrzebie. Ruszyliśmy do strażnicy, a gdy weszliśmy, Lothar właśnie dorzucał do pieca. W środku było już ciepło. Mały pokój był skromny.
- Jak mógłbym jeszcze pomóc ludziom Grododzieżcy, którego bardzo szanuję? Bardzo!
- Chcielibyśmy przejrzeć rejestry – poinformował Dalinar.
- Proszę, proszę – rozwinął pergamin i rozłożył go na stole. - To są informacje z ostatnich czterech miesięcy.
Pochyliliśmy się nad pismem. Porównaliśmy daty pochówków w trzech grobach, które odwiedziliśmy. Wynikało z tego, że wszystkie ciała znikały co tydzień. Wytypowaliśmy ostatnią datę od najstarszej zauważonej kradzieży i postanowiliśmy tam sprawdzić. Wprawdzie było to 9 dni wcześniej, ale trudno przypuszczać, że ludzie chowani na tym cmentarzu umierać będą co tydzień.
To był dobry strzał, bo drzwi pierwszego grobowca były zamknięte, ale nie na zamek. Pod naciśnięciu klamki otworzyły się, a naszym oczom ukazały się dwa sarkofagi. Jeden był pusty. Kejn przyjrzał się wnętrzu i stwierdził, że jego zdaniem były tu trzy obute osoby. Nic więcej nie był w stanie stwierdzić. Dalinar pouczył Lothara, aby nikomu tego nie zgłaszać, gdyż to my jesteśmy uprawnieni do przekazywania wieści o śledztwie. Wiedzieliśmy zatem, że zwłoki wykradano mniej więcej co tydzień. Postanowiliśmy sprawdzić jeszcze pochówki między tymi datami. Obejrzeliśmy pozostałe i nasza teoria o tygodniowych odstępach legła w gruzach. Na pozostałe 7 grobów, które ni jak miały się do tygodniowych okresów, dwa były okradzione. Doszliśmy do wniosku, że kradzieże dzieją się od dłuższego czasu, a dopiero niedawno zostały zauważone. Drugim pewnikiem było to, że ciała znikają raczej krótko po pochówku. W drodze do karczmy dyskutowaliśmy jakie podjąć dalsze kroki. W pierwszej chwili chcieliśmy zwyczajnie zasięgnąć języka u grabarzy, ale wtedy znowu zaczęłyby się pytania, co więcej, jak przytomnie zauważył Igo, jest realna groźba, że ktoś kto wykrada zwłoki, jest informowany, kiedy będzie pogrzeb. I mogą to być informacje właśnie od grabarzy. Zaniechaliśmy więc tego pomysłu. Na pewno nie można im było ufać.
Udaliśmy się na spoczynek i postanowiliśmy, że ze świeżymi umysłami podejmiemy rano kolejne kroki.
Muszę Ci przyznać mistrzu, iż mimo to, że do Camaralczyków dostaliśmy się z osobistych pobudek, droga do realizacji naszego celu zapowiada się ciekawie. Z niecierpliwością czekam nowego dnia.



Kroniki VIII: Porywacze zwłok (autor: Prosiak)

Występują: Tsume de Vries [Młody] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Kwiecień, rok 222 po Zaćmieniu. Miasto-Państwo Mar-Margot.

Nastał kolejny dzień, zima była już całkiem w odwodzie i może nadejście wiosny cieszyłoby, gdyby nie to miasto. Wraz ze spływającym śniegiem, po ulicach płynęły rzeki brudu, które brała ze sobą powstająca z roztopów woda. Chodzenie gdziekolwiek równoznaczne było brodzeniu w brudnej brei. No ale cóż, taka jest kolej rzeczy, a skoro tak być musi, to nie będę się nad tym rozwodził.

Wieczorem poprzedniego dnia z grubsza obmyśliliśmy plan działania. Lecz mi jedna rzecz nie dawała spokoju. A co jeśli ciała w ogóle nie są wynoszone poza teren cmentarza? A co jeśli są „używane” na terenie cmentarza? Wszak

„najciemniej pod latarnią.”

Teren cmentarza był ogromny, a niektóre mauzolea były wielkości małych domów. Objechaliśmy mur i nie widzieliśmy widocznych wyrw, przez które można by wygodnie wynieść ciało, a dwumetrowy płot na pewno tego nie ułatwiał. Wiem, że nie sprawdzaliśmy płotu metr po metrze, czy na przykład nie ma jakichś obluzowanych prętów, ale z tego co zaobserwowaliśmy był kompletny. Dodatkowym argumentem było to, że wiedzieliśmy już, co przyznali sami strażnicy, iż cmentarz kontrolują pobieżnie, gdyż zwyczajnie jedna osoba nie ma możliwości skontrolować całego terenu dokładnie. Podzieliłem się moimi pytaniami z braćmi i o dziwo Igo przyznał, że jest to prawdopodobne, a Dalinar dorzucił kilka słów od siebie:
- Jeżeli, tak jak wspominałem, są to jakieś istoty z cmentarza, to ta teoria ma jak najbardziej sens.
Nie posiadając wiedzy o rzekomych istotach, próbowałem to zanegować:
- Przecież ustaliliśmy, że były ślady butów, co wskazuje raczej na żywych.
- Są różne istoty i nie jest powiedziane, że nie mogą mieć butów – odpowiedział kapłan.
Z tym argumentem nie miałem zamiaru dyskutować, jako że nawet nie miałem pojęcia o czym mówi. Muszę wypytać go kiedyś o te byty.

„Kiedy mówisz, powtarzasz tylko to, czego się wcześniej dowiedziałeś. Kiedy słuchasz, uczysz się czegoś nowego.”

Na myśl o śladach, które dostrzegliśmy z trudem na posadzce jednego z mauzoleów, przyszła mi do głowy jedna myśl. Zaproponowałem, abyśmy zmienili plan działania i jeśli dowiemy się o pogrzebie, pozwolić ukraść zwłoki, a wtedy, na podmokłej ziemi, jak na dłoni znajdziemy tropy, które zaprowadzą nas do tych, którzy je wykradają. Złodzieje nie będą świadomi naszej wiedzy i będziemy mogli ich poobserwować i zrobić dokładny zwiad. Bo zaczajenie się na nich i ewentualna konfrontacja pomijała ten element. A jak kończy się misja bez zwiadu, przekonaliśmy się już w „Sierpie i Młocie”. Tłumaczyłem im, że z każdego wydarzenia trzeba wyciągnąć lekcje, a najważniejszą lekcją z tamtej nocy był fakt, że zwiad jak i w pewnych okolicznościach wzwód, tą myśl zachowałem dla siebie, jest niezbędny.
Kejn od razu był na nie, chciał śledzić porywaczy od samego grobu. Bał się, że pogoda może nam popsuć plany, że deszcz zatrze ślady i będziemy w ..., no wiadomo gdzie. Przerywał mi i nie dał dokończyć, w jego stylu chciał iść na żywioł. Nasza rozmowa przerodziła się w kłótnię, za którą skarcił nas Igo. Poniosło mnie, bo sam nie pamiętał jak co chwilę szydził z moich pomysłów. Kazałem mu wyciągnąć kij z dupy. Bo jak on pajacuje, to jest dobrze, ale jak my się kłócimy, to w jego opinii zachowujemy się jak pięciolatkowie. Wymagałem od niego choć odrobiny konsekwencji.
- A co jeśli jednak wynoszą ciało poza cmentarz? – przerwał naszą dyskusję Dalinar - Będziesz w stanie ich dalej wytropić?
- Nie, ale wtedy będziemy wiedzieli, którędy wynoszą ciała i stamtąd możemy niepostrzeżenie, bez wizyty na cmentarzu, ich śledzić – odparłem.
Nie skończyłem nawet swojej myśli, a Kejn znów zanegował mój pomysł.
- Tak, bo ty zakładasz, że oni chodzą jak mrówki i mają jeden punkt zbiorczy. Nie wiemy o co tu chodzi, może nie są zorganizowani, może działają chaotycznie?
Traciłem ochotę na dalszą rozmowę po tych słowach. Tak, ktoś chaotycznie chodzi po cmentarzu ze zwłokami. Nie wiem czy nie przemyślał tego co mówi, czy zwyczajnie jego chęć działania na żywioł brała górę i wszelkimi możliwymi sposobami chciał przeforsować swój plan. Ale dalsza dyskusja, kiedy ktoś ciągle ci przerywa, zanim dokończysz myśl, a dodatkowo non stop słyszysz przytyki Igo w swoim kierunku, skutecznie zniechęca do dalszej rozmowy. Postanowiłem dać im zadecydować. Wszak jestem młodzikiem, któremu napięcie, spowodowane brakiem kobiet, wpływa na ocenę sytuacji i zbyt emocjonalne prowadzenie dyskusji. Dla wyjaśnienia drogi mentorze, to nie moje przemyślenia, a właśnie jeden z przytyków, kiedy się unosiłem. A unosiłem się nie przez braki łóżkowe, a przez nieustanne przerywanie mi wypowiedzi.
Stanęło na pomyśle Kapłana, to jest Kejn i ja mieliśmy obserwować grób świeżo pochowanej osoby, a Igo i Dalinar mieli czekać w ukryciu, gdybyśmy uznali, że potrzebujemy z jakichkolwiek powodów ich pomocy.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Igo wyruszył na cmentarz, aby dowiedzieć się od Lothara, czy tego dnia odbył się pochówek. Igo wrócił po pewnym czasie i oznajmił, że następnego dnia, około południa, planowany jest pogrzeb kupca z rodziny de Mart. Ustaliliśmy, że w dniu pogrzebu, Igo uda się do przypadkowego grobu w pobliżu i zajmie się jego sprzątaniem. Zaobserwuje czy nie wydarzy się coś ciekawego, a dodatkowo ustali dobre miejsce do obserwacji. Korzystając z tego, że do kolejnego dnia pozostało sporo czasu, ustaliliśmy plan działania na noc po pogrzebie. I tak jak to, że ja i Kejn mamy obserwować grób z bliska się nie zmieniło, musieliśmy ustalić, gdzie znajdować się będą nasi bracia. Wybór Dalinara padł na lasek koło cmentarza, a Igo i ja byliśmy w tym zgodni. Kejn negował ten pomysł, a nigdy nie zastanawiając się nad konsekwencjami, nagle stwierdził, że las to zły pomysł, bo złodzieje mogą ich tam najść w drodze na cmentarz. Tym razem to my zignorowaliśmy jego obawy i zostaliśmy przy tym, że czekają w lasku. W średniej atmosferze wywołanej całym dniem kłótni udaliśmy się na spoczynek.

Nazajutrz, koło południa, Igo udał się na cmentarz, a my ze zniecierpliwieniem oczekiwaliśmy jego powrotu. Czas dłużył się okropnie na oczekiwaniu, rozmowa od dnia poprzedniego nam się nie kleiła. Po powrocie Igo zdał relację, że na samym pogrzebie nie wydarzyło się nic zaskakującego. Rodzina miała opłacone płaczki, wydawało się, że nikt zaś nie obserwował z oddali pogrzebu. Natomiast ważną informacją było to, że po przeciwnej stronie alei był grobowiec z wąskimi oknami, skierowanymi w kierunku mauzoleum, w którym dziś składano ciało. Ustaliliśmy, że Kejn postara się sforsować zamek grobowca i stamtąd obserwować okolicę. Zasugerowałem, abyśmy jednak sami podjechali na cmentarz i ocenili, czy nie znajdziemy dodatkowego miejsca do obserwacji, jako że w dwóch w jednym miejscu ograniczamy sobie możliwości działania. Gdyby coś poszło nie tak, może się okazać, że ani Kejn, ani ja, nie możemy zareagować z racji tego, że jesteśmy w jednym miejscu. Dalinar zasugerował, by wybrać się razem i ustalić też miejsce oczekiwania w lesie. Tak, abyśmy dokładnie wiedzieli, gdzie w razie czego się szukać. Już jadąc wokół cmentarza wiedzieliśmy, że oczekiwanie w lesie będzie, delikatnie mówiąc, niekomfortowe. Roztopy sprawiły, że cały teren zamienił się w małe moczary, gdzie woda sięgała do łydek. Znaleźliśmy w lasku małe wzniesienie, gdzie było względnie sucho i można było przetrwać noc, nie brodząc w błocie. Uznając, że to dobre miejsce, wybrałem się z Kejnem, by ustalić miejsce obserwacji na cmentarzu. Podjechaliśmy pod bramę cmentarza, uwiązaliśmy konia i poszliśmy zorientować się, czy uda się znaleźć jakiś dobry, dodatkowy punkt obserwacyjny. Na szczęście niecałe dwadzieścia metrów obok było wysokie mauzoleum z płaskim dachem. Kejn otworzył bez większych problemów wskazany przez Igo grobowiec. A ja ustaliłem, że mauzoleum znajdujące się niedaleko i jego dach, to doskonałe miejsce obserwacyjne. Zadowoleni ruszyliśmy w kierunku bramy. Po drodze minął nas prawdopodobnie Matijas - drugi ze strażników opiekujących się cmentarzem. Szedł z latarnią. „Ku chwale Delidii” - rzekł w naszym kierunku. Odpowiedzieliśmy „Ku chwale”. Minęliśmy ignorując go. Zanim doszliśmy do koni, Kejn oznajmił, ignorując wcześniej ustalony plan, żeby zaczaić się już teraz. Wybiłem mu to z głowy. Po pierwsze plan był inny niż zakładaliśmy, a po drugie właśnie kręcił się tam Matijas. On chyba naprawdę kocha ryzyko. Niechętnie przyznał mi rację i udaliśmy się do Bakaraka.

Zdaliśmy relację braciom z naszych ustaleń i po kolacji wybraliśmy się do wcześniej ustalonego miejsca w lasku koło cmentarza. Na odchodnym Dalinar wzniósł modlitwę do swego boga o pomyślność naszych działań i rozstaliśmy się. Pod osłoną nocy przeszliśmy przez ogrodzenie i ostrożnie udaliśmy się na wcześniej ustalone pozycje. Kejn znikł w grobowcu, a ja wspiąłem się na mauzoleum. Nastąpił czas oczekiwania. Ułożyłem się wygodnie na dachu i wpatrywałem się w mrok. W pewnym momencie wydawało mi się, że z okienek grobowca, w którym był Kejn, mignęło światło, ale trwało to na tyle krótko, że uznałem to zwyczajnie za zmęczenie oczu od wpatrywania się w czerń nocy. Co jakiś czas zerkałem jednak w kierunku mauzoleum. Po pewnym czasie zamajaczyła przed nim postać Kejna, który nerwowo dawał mi znać, abym tam podszedł. Pomyślałem, że może mi się jednak nie wydawało i faktycznie coś tam błysnęło i może Kejn miał więcej szczęścia podczas tej krótkiej jeszcze obserwacji i ma jakieś istotne informacje. Ostrożnie podszedłem do niego, a ten szybko wciągnął mnie do grobowca.
- Trup – oznajmił.
- Co trup?
- No leży tu. Jak wczoraj otwierałem zamek, nie zerkałem do środka, a teraz widzę, że leży tu trup.
- Świeży?
- Właśnie, że nie świeży – odparł Kejn - Musi tu sporo leżeć, bo jest wysuszony. To jakiś najemnik, może złodziej. Miał przy sobie broń.
- No to niech leży – odpowiedziałem.
- Skoro leży tu już nie wiadomo ile, to co mnie to obchodzi. Nie zajmujmy się czymś, co nie dotyczy sprawy. Wracam na dach, bo jeszcze przez starego trupa utkniemy tu jakby się zjawili. Wyjrzałem przez małe okienka, na dworze nie było oznak niczyjej obecności, powoli uchyliłem skrzypiące drzwi i udałem się na swój punkt obserwacyjny.

Około północy, od południa, nadeszła zakapturzona postać. Minęła mój posterunek, nie będąc świadoma mej obecności. Lecz ku mojemu zaskoczeniu, zignorowała grobowiec, w którym tego dnia pochowano ciało i szła dalej. Zgodnie z założeniami, ostrożnie ruszyłem za nią. Korzystając z dobrodziejstwa Ki-shak, bezszelestnie jak cień sunąłem za postacią. Nieznajomy, jak się później okazało, podążał jeszcze jakiś czas w górę cmentarza, po czym oparł się o jeden z grobowców i na coś czekał. Już po chwili nieopodal z mroku wyłoniła się druga postać. Bez zbędnych rozmów wpadli sobie w ramiona, namiętnie się całując. Po chwili rozłożyli koc, no i... hmm... zaczęli miłosny taniec w pozycji horyzontalnej. A figur znali tyle, że przestał mi doskwierać chłód nocy i czułem, że płonę. Bogowie, czemu wystawiacie me oczy i uszy, o tak uszy zwłaszcza, na takie próby, kiedy to dopiero niedawno poznałem smak kobiety i krew aż zaczęła się we mnie gotować? Zastanawiałem się dlaczego ktoś robi to na cmentarzu ? Chwilę później otrzymałem odpowiedź.
- Ismaelu – zdyszanym głosem wyszeptała kobieta - Jak bardzo było mi tego brak.
- Za trzy dni w Wiklinowym Koszyku? - odpowiedział mężczyzna.
- Nadal musimy uważać, inaczej ojciec obedrze mnie ze skóry.

No cóż, młoda para kochanków. Zrobią to nawet na cmentarzu, jeśli to jedyna możliwość. Zostawiłem ich dalsze uniesienia i wróciłem na posterunek. Tej nocy nic się już nie stało. Przed samym świtem zeskoczyłem z dachu i udałem się do kryjówki Kejna. Oznajmiłem, że czas się zbierać. Na co Elf odparł, że chce ciało zbadać, przy odrobinie większej ilości światła. Zostawiłem go, udając się do braci, aby nie niepokoili się naszą nieobecnością. Zdałem krótką relację z wydarzeń z nocy oraz z tego co znalazł Kejn, rozmawiając żartobliwie o tym, jak to rzeczony Ismael udał się na cmentarz z pełnym worem, a wracał już z pustym.

Minęło sporo czasu. Kiedy skończyły się już nam sprośne tematy, z początku zaczęliśmy się nudzić, a potem martwić i nerwowo spoglądaliśmy w stronę cmentarza. W końcu w zasięgu wzroku pojawił się Kejn. Ale coś było nie tak i to cholernie nie tak. Elf szedł z wysiłkiem w kierunku płotu, powłócząc nogami niczym pijany. W pewnym momencie bezwładnie upadł na twarz. Ruszyliśmy biegiem w kierunku płotu, nie zastanawiając się czy ktoś nas może zobaczyć. Przedostaliśmy się na drugą stronę i podbiegliśmy do leżącego brata. Zaczęliśmy go delikatnie cucić. Kejn otworzył oczy i błądził nimi dookoła.
- Trucizna – wskazał na nadgarstek – Grobowiec... trucizna... kurwa – jęczał.
Dalinar przyklękł i zmówił modlitwę do Vergena.
- Z mocą Vergena spowolniłem truciznę i jej działanie, lecz nie zneutralizowałem jej. Musimy znaleźć medyka, który jest wstanie sporządzić antidotum. Zyskałem dla niego trochę czasu, ale nie wiem ile.
- Zbierajmy się do Bakaraka – zasugerowałem - Camaralczycy mają swojego konowała.

Z ogromnym trudem, ledwo przytomnego Kejna przerzuciliśmy przez ogrodzenie. Potem chwyciliśmy go pod ramiona i na wpół idąc, na wpół go wlokąc, ruszyliśmy w kierunku miejsca, gdzie niedaleko cmentarza o tej porze można już było wynająć dorożkę. Kejn słaniał się raz po raz co kilkadziesiąt kroków, torsje pozbawiały go resztek sił. W końcu udało nam się wsadzić go do powozu. Woźnica, nie zdający sobie sprawy z powagi sytuacji, żartował na temat ilości alkoholu, którą musiał wlać w siebie elf minionej nocy. Dojechaliśmy sprawnie pod noclegownię przy Bakaraku. Podszedłem do Ivo, gospodarza.
- Macie tu jakiegoś konowała?
- Wracacie z akcji? - dopytywał karczmarz.
- Tak, prawdopodobnie został otruty – oznajmiłem.
- Dobra połóżcie go w pokoju i zróbcie mu opaskę ze szmaty namoczonej w zimnej wodzie, a ja lecę po kogoś, kto się na tym wyznaje.
Po pewnym czasie do pokoju, razem z Ivo, wszedł podejrzanie wyglądający człowiek. Ostatnie co bym o nim pomyślał to to, że jest lekarzem. Cały pokryty różnymi tatuażami, z brakami w uzębieniu. Na myśl przywodził raczej oprycha, a nie konowała. Ale szybko i z wprawą przystąpił do działania. Ivo podał mu garnek z wrzątkiem, a przybyły człowiek zaczął do niego wsypywać różne składniki, z przypiętych do pasa sakiewek. Mieszał chwilę wszystko dokładnie, po czym kazał wypić to elfowi.

- To antidotum na popularne trucizny. Jeśli trafię, przeżyjesz, lecz jeśli to jakaś mniej znana trutka, umrzesz – z rozbrajającą szczerością odpowiedział medyk - Niestety nie mam pojęcia co to mogło być i pracuję po omacku. A teraz pij.
Kejn pił wywar. Widać, że z każdym łykiem walczył, by nie zwrócić tego co wypił na podłogę. Po chwili, gdy opróżnił kubek, zapadł w sen.
- Kolejne kilka godzin jest kluczowych – oznajmił konował - Jeśli się obudzi, będzie żył. Niestety nic więcej nie mogę zrobić. Zwyczajowo biorę za taką usługę jednego złotego Ambarda, ale wiem, że jesteście nowi i nie śmierdzicie groszem, więc poczekam. Lecicie mi złotego Ambarda, nie zapomnijcie o tym.
Zapewniłem go, że nie zapomnimy i podziękowałem za pomoc. Następne godziny mijały w napięciu. Co jakiś czas ciało elfa wpadało w drgawki, a na jego czole ukazywały się ogromne krople potu. Z godziny na godzinę drgawki i pot występowały rzadziej. Po kilku godzinach Kejn otworzył oczy. Odetchnęliśmy z ulgą.
- Co tam się stało? Co narobiłeś? - dopytywał Igo.
- Nic nie narobiłem. Szedłem tropem tego martwego człowieka i chciałem przeszukać grobowiec.
- Może byłaby jakaś sakiewka – odparłem zgryźliwie, mając w pamięci wydarzenia z Białej Osady.
- Eh, zbadałem ciało i zobaczyłem tę ranę i mnie zaciekawiło. Chciałem odsunąć płytę z grobowca i nawet nie wiem skąd mnie ukłuło.
- Całe szczęście, że przy mocy Vergena udało mi się spowolnić działanie trucizny – skwitował Dalinar.
- Wisisz konowałowi złotego ambarda – oznajmiłem.
- A kim była osoba, za którą poszedłeś? - dopytywał elf.
- Nie uwierzysz! Para kochanków grzmocących się godzinę na kocu.
- Ciągle myślę kto i po co zabezpieczył tak ten sarkofag – kontynuował Kejn.
- W dupie mam kto i po co to zrobił! Mamy inne zadanie! - Chciałem uciąć tę rozmowę.
- No wiem, ale po co ktoś zabezpiecza tak sarkofag? – nie dawał za wygraną elf.
- Nie interesuje mnie to na ten moment, a ty już pokazałeś!
- Tsume co się z Tobą dzieje? – ledwie słyszalnie wyszeptał Kejn.
Chyba się przesłyszałem. Co się ze mną dzieje? Raz naraził nas przez swoją pazerność w Białej Osadzie, a teraz prawie dał się zabić i to ze mną coś się dzieje? Ale zostawiłem te przemyślenia dla siebie, nie chciałem zaogniać sytuacji.
- Igo – zaczął kapłan - Może udasz się dowiedzieć, czy nie będzie nowego pogrzebu?
- Mogę tak zrobić.
- Kurwa panowie, nie uważacie, że to jest ważne? – kontynuował elf.
- Ale co? - zapytał Igo.
- No, że ten sarkofag jest tak zabezpieczony – dalej ciągnął Kejn.
- W jakim kontekście naszej sprawy jest to ważne? – zapytałem spokojnie, utrzymując nerwy na wodzy.
- No w kontekście naszej nie...
- Więc skoro nie ma to nic wspólnego z naszą sprawą, to na razie nas to nie interesuje – skwitowałem.
-Kejn możemy się tym zainteresować ale kiedy już skończymy nasze zadanie – dodał Dalinar

Stwierdziliśmy, że po nocy wszystkim nam się przyda sen. Po obiedzie Igo poszedł na cmentarz dowiedzieć się, czy nie szykują się jakieś nowe pochówki. Po pewnym czasie wrócił z ciekawymi nowinami.
- Cóż Kejnie. Twoje przygody miały dodatkowy skutek – relacjonował Igo - Strażnik znalazł tego trupa i uznali go za winnego kradzieży zwłok i uważają sprawę za zamkniętą.
Dalinar z niedowierzaniem kręcił głową, a ja powiedziałem w jego kierunku:
- Masz rację.
- Co masz rację?! – wzburzył się Kejn. - Jeśli mówicie o mnie to słucham.
- Tak, mówiliśmy, że sam nie możesz chodzić, bo co idziesz to jakaś kabała.
- Pewnie wy jesteście bez skazy – z pretensją odpowiedział Elf.
- Dwa razy puściliśmy cię samego i dwa razy coś się stało – powiedział kapłan.
- Ty nie będziesz miał pieczy nad moją osobą – wzburzył się Kejn.
- Ale to wpływa na nasze bezpieczeństwo – wtrąciłem.
- Ja nie zrobiłem nic, żeby narażać wasze bezpieczeństwo – kontynuował Kejn.
- Jak to nie!? - zaczynałem się denerwować - Widzieli cię, jak okradasz sołtysa, a potem mierzyli do nas z kusz, więc chyba jednak naraziłeś nas na niebezpieczeństwo! Teraz spaliłeś nasz plan i nie możemy działać otwarcie jak dotychczas, bo wszyscy uznali, że mają już winnego!
- Teraz mamy lepiej – odparł Kejn.
- Jak niby lepiej? – dopytywałem.
- Podejrzewam, że ci, którzy kradną zwłoki, wiedzą, że są bezkarni - starał się przekonywać mnie elf.
- Właśnie podejrzewasz tak jak podejrzewałeś, że nikt cię nie widział, kiedy wchodziłeś do domu sołtysa – ciągnąłem.
- Tóbcie sobie sami – oburzył się jak dziecko Kejn – nie potrzebujecie mojej pomocy.
- Nie o to chodzi. Chodzi o to, żebyś wyciągnął jakieś wnioski z tych wydarzeń i postarał się więcej nie popełniać tych błędów.

„Kto nie wyciąga wniosków z przeszłości, skazany jest na powtarzanie błędów.”

- Nie, ja sobie tu będę odpoczywał, a wy załatwcie sami tę sprawę – ciągnął naburmuszony Kejn.
- Pewnie i może jeszcze będziesz chciał zgarnąć swoją część nagrody? - zapytałem.
- Nie chcę żadnych twoich pieniędzy, pyskaczu mały, skurwiały! - wykrzyczał Kejn w moim kierunku.
Zignorowałem ten przytyk i kontynuowałem.
- Wracając do narażania nas na niebezpieczeństwo, jeśli następnym razem będzie do nas mierzyło dwóch kuszników, to zastanów się jakie to będzie miało konsekwencje dla nich – wskazałem ręką na Igo i Dalinara - - że to Ty i ja zeskoczymy z konia.
- Nie drążmy już tematu – powiedział Igo.
- Nie, bo trzeba mu uświadomić, że jego czyny wpływają na nasze bezpieczeństwo – nie dałem się uciszyć.

Po tej nieprzyjemnej, lecz moim zdaniem potrzebnej wymianie zdań, postanowiliśmy, że nasz plan zostaje bez zmian. Tego dnia znów mieliśmy zaczaić się przy grobowcu. A jeśli nic się nie wydarzy, prawdopodobnie będziemy zmuszeni poczekać do następnego pogrzebu i zmienić obiekt obserwacji. Na końcu rozmowy znów wypłynął temat elfa.
- Uważam, że przez zachowanie Kejna i jego samowolne działanie, po raz drugi jesteśmy w dupie – zaczął Dalinar.
- Jakie samowolne działanie? - dopytywał elf, mimo iż chwilę wcześniej zostały mu opisane jego działania.
- No takie, że nie mające nic wspólnego z naszym celem - odpowiedział kapłan.
- KURWA! Które dwie inicjatywy nie były związane z zadaniem? – wyraźnie wściekły dopytywał Kejn.
Przez chwilę pomyślałem, że może trucizna jeszcze mąci mu umysł i proste fakty nie dochodzą. Po czym stwierdziłem, że to chyba nie to, bo przed zatruciem też zawsze nie czuł się winny.
- Pierwsza to sakiewka w Białej Osadzie. Byłeś po informacje, a nie sakiewkę. A druga, byłeś w grobowcu, po to, aby obserwować, a nie go penetrować! - też się wydarłem skoro spokojem nie dochodziło.
- Wydaje mi się, że jestem wam niepotrzebny – zaczął znowu tą samą śpiewkę.
- Każdemu może zdarzyć się przecież potknięcie - Igo starał się załagodzić sytuację.
- Oczywiście – odparł Dalinar – lecz trzeba o tym jasno powiedzieć i uświadomić sobie te potknięcia.

W nerwowych nastrojach położyliśmy się spać, bo czekała nas kolejna długa noc. Wieczorem bez zmian udaliśmy się na cmentarz. Aura była wyjątkowo nieprzyjemna. Zaczął padać deszcz, więc, korzystając z mocy Ki-shak, co jakiś czas dogrzewałem swoje ciało. Do świtu nic się nie wydarzyło. Zrezygnowany, opuściłem dach grobowca, a po drodze poinformowałem Kejna, że udaję się do lasu. Po chwili usłyszałem za sobą kroki elfa. Wróciliśmy do pokoju i doszliśmy do wniosku, że troszkę błądzimy. Ale, że do głowy nie przychodziło nam inne rozwiązanie sprawy, postanowiliśmy dalej sprawdzać czy nie odbędą się nowe pogrzeby. Jednak musieliśmy troszkę zmienić nasze postępowanie. Strażnicy uznawali temat za zamknięty, a z obawy czy nie są w całą sprawę jakoś wplątani, nie chcieliśmy na nich naciskać. Dalinar zadeklarował, że po śniadaniu uda się na cmentarz, by tam obserwować, czy nie będzie nowego pochówku. Zadeklarowałem, że zmienię go po obiedzie, kiedy trochę odeśpię. Tak też postąpiliśmy. Położyłem się na zasłużony spoczynek.

Po obiedzie udałem się na cmentarz niedaleko bramy, gdzie na ławce siedział Dalinar. Podszedłem do niego.
- No jestem, idź się wyspać.
- Słuchaj Tsume. Widziałem się z Lotharem i powiedziałem mu, że Grododzierżca poprosił nas, abyśmy jeszcze mieli oko na cmentarz, w razie gdyby pojawili się jacyś naśladowcy.
- A ktoś był w strażnicy? Może z wiadomością o pogrzebie? - odrzekłem.
- A to chodźmy się razem zapytać, bo jeśli faktycznie jutro będzie tu pogrzeb, to nie mam po co tu siedzieć, tylko idę z Tobą do karczmy.
Od Lothara dowiedzieliśmy się, że faktycznie kolejnego dnia ma odbyć się pogrzeb. Uprzedziliśmy go, że jeszcze pewnie jutro dla bezpieczeństwa się pokręcimy, lecz zapewne już nic się nie wydarzy. Ruszyliśmy w kierunku naszej noclegowni. W pewnym momencie naszła mnie myśl. A jeśli pilnujemy w złych godzinach? Podzieliłem się swoimi obawami z Kapłanem i ten stwierdził, że dobrze zbadać ten trop. Wróciliśmy do strażnicy i poprosiliśmy Lothara, by otworzył pilnowany przez naz grobowiec. Argumentując, że wprawdzie sprawca został pojmany, ale nie wiemy czy działał sam. Wszak wyniesienie i przerzucenie przez płot zwłok mogło być dla jednej osoby trudne do wykonania. Lothar niechętnie, ale przystał na naszą prośbę, stwierdzając, że rozpocznie obchód wcześniej dzisiejszego dnia. Otwarł nam bramę mauzoleum i okazało się, że groby są jednak nienaruszone. Podziękowaliśmy mu i wróciliśmy do braci.

Na miejscu rozgorzała dyskusja, że ciało według naszych obserwacji dawno powinno już zniknąć. Kejn wrócił do tematu tego, że może strażnicy robią jednak tylko dobrą minę do złej gry i tylko pozornie z nami współpracują, a tak naprawdę ostrzegli sprawców o tym, że węszymy i żeby sobie odpuścili. Wszyscy przystaliśmy, że to prawdopodobne i że trzeba będzie w dobrym momencie dać znać, że śledztwo zostało zakończone i w tajemnicy robić swoje. Plan wyglądał następująco: tej nocy wartujemy, jak gdyby nigdy nic. I jeśli nadal się nic nie wydarzy, po jutrzejszym pogrzebie informujemy Lothara, że w związku z tym, że na cmentarzu już jest spokój, Grododzierżca uznał śledztwo za zamknięte, a znalezione ciało jest ciałem sprawcy tego występku. Po czym będziemy już w ukryciu prowadzić obserwację nowego grobu. Kejn zagadnął Igo, aby ten poszedł z nim na miasto, bo potrzebuje łomu. Każdy z nas wiedział po co i chyba już nikt nie miał siły, aby wyperswadować ten pomysł Elfowi. Igo dał kilka monet Kejnowi i ten udał się na zakupy, a my na spoczynek. Kolejna noc niestety nie przyniosła rozwiązania. Noc minęła spokojnie, z tą różnicą, że było znacznie cieplej. O świcie wraz z Kejnem wróciliśmy do lasku. Ustaliliśmy, że czas wdrożyć plan B i że po pogrzebie poinformujemy Lothara o zamknięciu śledztwa.

Nim udaliśmy się do karczmy, Kejn zapytał cza kojarzymy herb, na którym widnieje koń naprzeciwko gryfa. Nic mi to nie mówiło, natomiast Igo miał co nieco do powiedzenia na ten temat. W drodze do karczmy opowiedział nam o rodzie posługującym się tym herbem.
- To herb rodziny von Trakk. Był to kiedyś bardzo szanowany i bogaty ród w Mar-Margot, z koligacjami wśród bogatych rodzin kupieckich. Dwustuletnia historia rody zakończyła się, gdy około piętnastu lat temu ostatni potomek poległ na wojnie, prowadzonej przez kościół Delidii. Rycerskie rzemiosło przechodziło z ojca na syna, lecz teraz to już tylko historia.
Opowieść umiliła nam podróż do noclegowni, a na miejscu Kejn zadał nam pytanie:
- Czemu ktoś zabezpieczałby grób ostatniego członka wymarłego rodu? Tym bardziej, że w środku nie ma nic. - Widząc nasze miny dodał - No dobra otworzyłem go...
- Ale jak nic, nie ma ciała? - dopytywał Igo.
- Nie no ciało jest. Prawdopodobnie tego ostatniego z rodu, bo był pochowany w rodowej zbroi.
- No sama zbroja jest dużo warta – zauważyłem.
- Nie, na taką renowację trzeba by było dużo czasu i środków. Więc tak jak mówię nie ma tam nic tylko tabliczka.
- Jaka tabliczka? – zapytał Igo.
- Narysuję wam.
I z zapałem zaczął coś rysować. To co zapisuję na karcie Ki-shak, nijak nie ma się do jego bazgrołów. Natomiast po jego rysunku i opisie co na nim się znajduje, ja wyobrażam sobie ją tak. Sam nie wiem, czy moje wyobrażenie jest słuszne, bo osobiście jej nie widziałem. Wierzę jednak, że ogólny przekaz jest zgodny z oryginałem.

tabliczka z grobowca von Trakk


- Ile tam jest grobów? - dopytywał Dalinar.
- Trzy, a ten środkowy był tym z pułapką.
- Ciekawa rzecz – odpowiedziałem - Lecz na razie zostawmy to, bo mamy inne sprawy na głowie.
- Wiem, że to nie ma na ten moment znaczenia, bo nie dotyczy naszej sprawy – ciągnął Kejn - Ale czuję, że to ważne.
- Mnie też to zaintrygowało – przyznałem - Lecz na zaprzątanie sobie tym głowy przyjdzie jeszcze czas.
- Co było na płycie sarkofagu? - dopytywał Igo.
- Nie wiem, spadła mi.
- Co?! - zakrzyknął Dalinar.
- Nie mogłeś poczekać na naszą pomoc?! - znowu ogarnęła mnie irytacja - Nie mogłeś co? Bo chyba byś się zesrał z ciekawości.
- I tak byście mi nie pomogli – przeszedł do kontrataku elf - Zwłaszcza ty – oskarżycielsko mierzył we mnie palcem.
- Jak nie?! Jak nie?! Ustaliliśmy przecież, że po wszystkim ci z tym pomożemy!
Chyba nikt z nas nie miał ochoty już ciągnąć tego tematu. Widać wszystkim coraz bardziej działała na nerwy niefrasobliwość elfa. Podjęliśmy rozmowę na temat tego jak wiarygodnie przekazać strażnikom wiadomość o zakończonym śledztwie, kiedy Kejn wypalił.
- Jeśli by to było działanie matematyczne, to wychodzi mi 72.
- A ten dalej drąży! I jeszcze tyle zatrutych igieł jest w tamtych grobowcach, siedemdziesiąt dwie! – już prawie krzyczałem.
- Ja pierdolę – znowu pod nosem przeklinał elf - Tsume z tobą się nie da gadać!
- Bo wszyscy ustaliliśmy, że zostawiamy to na potem, a co robisz następnej nocy?! To samo! W dupie nas masz!
- Nie mam was w dupie, ani nawet zadania nie mam w dupie, tylko jestem dwuliniowy.
Brakło mi już siły by to komentować.

Igo koło południa wybrał się na cmentarz. Okazało się, że kolejne ciało będzie składane zwyczajnie w ziemi, w miejscu, w którym sporo było zwykłych grobów. Pogratulował Lotharowi dobrze wykonanej pracy i dodał, że nie zapomni w raporcie wspomnieć o ich zasługach. Lothar był widocznie zadowolony. W związku z tym, że nie mogliśmy być pewni co do tego, że poprzedni grób jest bezpieczny, na wszelki wypadek postanowiliśmy, że Dalinar i Igo będą wartować w miejscu, gdzie uprzednio wartował Kejn, a my znajdziemy jakieś dobre punkty obserwacyjne wśród nagrobków. Wymęczeni kolejnymi nocami bez snu, bez dalszych dyskusji położyliśmy się spać.

Po wieczornym posiłku udaliśmy się na cmentarz. Rozmieściliśmy się na pozycjach zgodnie z planem. Kejn bliżej bramy, ja po drugiej stronie. Mijały godziny. Kiedy już traciłem wiarę, że coś się wydarzy, w oddali zamigotało małe światełko. W napięciu wpatrywałem się w nadciągające światło. Po chwili, w nikłej poświecie małej latarni, ukazało się trzech mężczyzn z łopatami. Podeszli do świeżego grobu, ustawili latarnię na ziemi i zaczęli kopać. Zachowywali milczenie. Z napięciem obserwowaliśmy ich pracę. Po pewnym czasie zakończyli kopanie, wyciągnęli ciało i zaczęli zasypywać grób. Po skończonej pracy, zarzucili ciało jednemu na ramię, a reszta pozbierała narzędzia i ruszyli w kierunku, z którego przyszli. Wykorzystując fakt, iż nieśli latarnię, pozwoliłem im się oddalić, tak abym na pewno nie był widoczny i ruszyłem za oddalającym się w mroku światełkiem. Co jakiś czas widziałem Kejna, który przemykał równolegle do mojej trasy. Po chwili przeszliśmy koło krypty, gdzie byli ukryci pozostali bracia. Nie zatrzymując się, podążaliśmy dalej za światłem. Po chwili trójka mężczyzn doszła do płotu. Zatrzymałem się, ku mojemu zdziwieniu nie przerzucali ciała przez płot, a zwyczajnie przez niego przeszli. Prawdopodobnie kilka prętów było luźno osadzonych i zwyczajnie na czas przejścia je wyciągali. Po przejściu zamaskowali przejście i poszli w las. W czasie mojego postoju dotarł do mnie Kejn. Nie mieliśmy czasu na badanie płotu, więc zręcznie przeskoczyliśmy go i ruszyliśmy za naszymi celami w las. Poruszaliśmy się ostrożnie w głąb lasu, wypatrując migającego między brzózkami światła latarni. Po pewnym czasie do naszych uszu dotarło rżenie koni. Na końcu lasku stał wóz. Mężczyźni załadowali ciało na niego i ostrożnie, bardzo powoli zaczęli jechać po podmokłym terenie. Spokojnie podążaliśmy za nimi. Światło ich latarni, którą najwyraźniej rozświetlili, aby widzieć drogę, dawało nam ogromną przewagę, a odgłosy wozu i rżenie koni skutecznie zagłuszało nasze kroki. Dosyć okrężną drogą dotarli do bramy miasta, prowadzącej do Dzielnicy Świątynnej. Do świtu pozostało niewiele czasu. Wóz w wolnym tempie poruszał się wzdłuż murów. Na szczęście wraz z nastaniem świtu miasto zaczęło budzić się do życia. Na ulicach było coraz więcej ludzi, w związku z czym łatwo było pozostać niezauważonym. Następnie kluczyli małymi uliczkami, aż dojechali do Dzielnicy Handlowej. Tam wjechali w jeden z zaułków. Zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości i obserwowaliśmy ich dalsze ruchy. Zatrzymali wóz, pozbierali narzędzia i ruszyli do wyjścia z zaułka. Zdecydowaliśmy szybko, że Kejn podąży za tą trójką, a ja poczekam na rozwój wydarzeń przy wozie. Zostałem sam. Po około dwóch kwadransach do uliczki wszedł mężczyzna w kapeluszu, wsiadł na kozła i ruszył wozem. Podążyłem za nim. Minąłem kilka uliczek i w okolicy Targu Rybnego wjechał w kolejny zaułek, gdzie stał pusty wóz bez konia. Wóz różnił się od tego, którym przyjechał, ma myśl przypominał bardziej wozy kupieckie. Rozejrzał się, po czym przerzucił ciało na nowy wóz, wyprzągł konia i zaprzągł do nowego wozu i po chwili ruszył przed siebie. Kluczył uliczkami, aż dotarł pod dużą, drewnianą bramę. Wysiadł z wozu, otworzył bramę, wjechał na teren posesji i zamknął ją za sobą. Nie widząc już dalszego sensu w obserwacji, wróciłem do noclegowni. Kiedy wszedłem do pokoju, Igo i Dalinar spali. Postanowiłem ich nie budzić, dopóki nie wróci Kejn, a sam pogrążyłem się w medytacji.

Koło południa do pokoju wszedł elf, więc zbudziliśmy braci.
- Czego się dowiedzieliście? – od razu zapytał podniecony Igo.
Zdałem dokładnie relację z całej naszej trasy, z cmentarza, aż po sam dom z drewnianą bramą w Dzielnicy Handlowej. Kejn opowiedział, że zaraz po wyjściu z zaułka, trójka porywaczy ciał rozdzieliła się, to znaczy każdy poszedł w swoją stronę. Mógł więc śledzić tylko jednego i dotarł za nim do karczmy Gruba Krowa w Niskiej Dzielnicy, lecz aby nie rzucać się w oczy, nie wchodził za nim i wrócił do noclegowni. Postanowiliśmy odpocząć i jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu udać się na obserwację domu, w którym zniknął wóz z ciałem. Wyruszyliśmy konno i dopiero wtedy zauważyłem, że miejsce do którego ich wiodłem, to bogatsza część Dzielnicy Handlowej. Skupiony na obserwacji wozu wcześniej mi to umknęło. W zakamarkach pamięci wyłonił się obraz niektórych budynków, które widziałem, gdy czasem ojciec zabierał nas do miasta. To właśnie w tej części miasta prowadził swoje interesy. Kiedy podjechaliśmy bliżej domu z drewnianą bramą, dojrzeliśmy na nim szyld, z rysunkiem flakoników i napisem „Medyk”. W tej samej chwili drzwi domu otworzyły się i wyszedł z nich starszy człowiek, który zniknął w tłumie.
- Cóż, wydaje mi się, że musimy udać się do Torstena i powiedzieć mu, gdzie trafiają ciała – zaczął Dalinar – I Torsten powie nam, czy to koniec zadania, czy mamy zrobić coś więcej.
- Panowie – przerwał nam Kejn - To był doktor Rumpert.
- Kto?
- Doktor, do którego wysyłał mnie na nauki nasz ojciec, Robert. To on nauczył mnie wszystkiego co wiem o leczeniu. To był najlepszy przyjaciel ojca.
- To komplikuje trochę sytuację – powiedział Igo.
- Dlaczego? - dopytywałem.
- No bo jeżeli to nie jest żaden nekromanta, a praktykuje to, aby poszerzać swoją wiedzę i ratować ludzi, to nie możemy go wydać.
- Bezcześci groby – odparł kapłan.
- Zastanawiam się, jakie będą konsekwencje tego, że doniesiemy na niego – zadał pytanie Igo.
- Pewnie go powieszą – odparłem - Ale nie ja tu jestem prawem, ani sędzią, ni katem.
- Chyba nie chcesz bronić człowieka który bezcześci zwłoki? - dopytywał Dalinar.
- Ja osobiście mam w dupie, czy on kradnie zwłoki, aby je kroić i się uczyć czy z nimi tańczyć – odparłem - Mamy zlecenie, którego wykonanie zbliży nas do naszego wspólnego celu i tylko to się liczy. Po to przybyliśmy do miasta.
- Mimo że mnie uczył i był przyjacielem ojca, nie mam oporów, aby go wydać – powiedział elf.
- Ale jeśli jest człowiekiem prawym, to nie możemy go wydać – bronił swojego punktu widzenia Igo.
- Nie jest prawy, kradnie zwłoki, zna ryzyko i wie jaka jest za to kara – odparłem.
- Ja uważam, że nie powinniśmy wspierać kościoła Delidii – kontynuował mag.
- Nie wspieramy kościoła Delidii, tylko swoją sprawę – odparłem.
- Czyli jeśli okaże się, że Ragn jest skazany przez kościół Delidii za to, że jest członkiem bractwa Atolla, to pozwolicie go spalić? - dopytywał Igo.
Wszyscy naraz przypomnieliśmy sobie, że uratowanie Ragna, jeśli żyje, jest jednym z naszych podstawowych celów i właśnie dlatego wykonujemy zadania dla Camaralczyków.
- Igo nie zawdzięczasz medykowi ani życia, ani wykształcenia, a Ragnowi owszem – ciągnąłem.
- Naszym celem jest rozwiązanie tego co stało się z Robertem i Julią. Jeśli to zrobimy i wydamy medyka, to zbliżymy się do naszego celu, jeśli tego nie zrobimy, jesteśmy po prostu w dupie. - Skwitował Dalinar, a Kejn i ja przytaknęliśmy.
- Zróbmy to tak, aby upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. - Zaproponował Igo.
- Niby jak? - dopytywałem.
- Porozmawiajmy z lekarzem, ostrzeżemy go, a ciało podrzucimy komuś kto bardziej zasługuje na śmierć - kontynuował Igo.
- Czy ty się słyszysz? - zapytałem - Mamy teraz szukać kogoś po mieście, kto według twojej opinii zasługuje na śmierć? - dopytywałem z niedowierzaniem.
Igo cały czas był na nie. Powtarzał w kółko te same argumenty, o przyjaźni lekarza z ojcem, o tym, że lekarz czyni dobro i że on się na to nie godzi.
- Jedyne co mogę poddać tu pod dyskusję to to, czy od razu idziemy z tym do Torstena, czy upewniamy się najpierw czy zwłoki wykorzystuje faktycznie lekarz. Zgodziliśmy się z tym, aby jednak mieć stuprocentową pewność. Lecz Igo dalej obstawał przy swoim.
- Czy ty sądziłeś Igo, że starając się o tę robotę unikniemy zadań, które zleci kościół Delidii? - rzekł kapłan - Chyba jestem ostanią osobą z was wszystkich, która chce pomagać Delidii, ale sytuacja tego wymaga.
Do Igo nie docierały żadne argumenty.
- Igo musisz zrozumieć jedną rzecz. Jeśli my nie wykonamy tego zadania, wykona je ktoś inny – tłumaczyłem - My oddalimy się od celu, a on i tak zginie. Igo mam dla ciebie propozycję, czekamy do następnego ciała, wchodzimy z ciałem razem na posesję, zatrzymujemy tych ludzi i będziesz z nim mógł porozmawiać. Jeśli po tej rozmowie będziecie w stanie nas przekonać, aby mu odpuścić, zrobimy to.
- Dlaczego stawiasz mi takie warunki?! - zapytał oburzony Igo
- Ja ci nie stawiam warunków, tylko daję propozycję. Jeżeli nas przekonasz do tego, aby winę zwalić na kogo innego, to tak zrobimy, jeśli nie to go wydajemy.
Przysłuchując się tym rozmowom, rozmyślałem nad losem lekarza. Wpoiliście mi, ze śmierć ludzi niewinnych jest czymś złym. Lecz czy to, że nakazywał rozkopywanie grobów dla szczytnych celów, czyni z niego niewinnego? W mojej ocenie nie. Gdyby nie stał na drodze ku mojemu celowi, pewnie nawet życzyłbym mu jak najlepiej. Lecz sytuacja był zgoła odmienna. Zastanawiałem się też, czy sam fakt takich rozmyślań nie jest próbą uciszenia swojego sumienia. Doszedłem do wniosku, że jednak nie. To po prostu kolejna okazja, by zajrzeć w głąb siebie i nauczyć się czegoś nowego. A że nie każda lekcja jest łatwa? Cóż, tak skonstruowany jest ten świat. Pamiętam słowa naszego mistrza. Wracaj do braci, realizuj swój cel, zdobywaj doświadczenie i ucz się życia, a odnajdziesz swoją drogę. Widać droga zazwyczaj bywa kręta.

„Czyste sumienie jest najlepszym łóżkiem do spania.”

Jak na razie sypiam wyśmienicie i nie sądzę, aby wydanie tego lekarza coś w tej kwestii zmieniło.

Od dobrej godziny przemierzaliśmy uliczki Dzielnicy Handlowej, rozprawiając jakie poczynić kroki. Pomysłów było tyle co gwiazd na niebie, od poczekania na następne ciało, poprzez przyjście jako zwykły pacjent, po nawet ujawnienie się i prośbę o rozmowę. Zmrok zapadł już na dobre, kiedy pogrążeni w dyskusji zawróciliśmy w kierunku domu medyka. Na parterze świeciło się światło, z koni spoglądaliśmy za płot. Na podwórzu nie było wozu, lecz z tyłu majaczył w mroku duży budynek wozowni. Zakładaliśmy, że tam został schowany wóź, jeśli w ogóle nie opuścił już posesji. Po ciągnących się w nieskończoność rozmowach, ustaliliśmy, że Igo, Kejn i Dalinar udadzą się do pobliskiej karczmy, a ja, kiedy ruch na ulicy zamrze, dostanę się do ogródka i postaram się podejrzeć co dzieje się w domu. Wdrożyliśmy w życie nasz plan. Bracia udali się do gospody, a ja kręciłem się w okolicy, czekając na odpowiedni moment. Ruch powoli zamierał, a w oknach pobliskich domów powoli gasły światła. Czekałem cierpliwie, w pewnym momencie pod drzwi domu medyka podeszła jakaś osoba, w mroku nie widziałem twarzy. Po chwili drzwi otworzyły się i nieznajomy wszedł do środka. Obserwowałem jeszcze pewien czas dom, ale nikt z niego nie wyszedł. Ulica zamarła, a w sąsiednich domach pogasły światła. Rozejrzałem się po okolicy i upewniwszy się, że jestem sam, błyskawicznie jednym skokiem przesadziłem płot. Skoncentrowałem się na tym, by moje ruchy były bezszelestne. Rzut oka na dom, z żadnego z okien na tyłach nie sączyło się światło. Z tyłu domu zobaczyłem drzwi. Udałem się do budynku wozowni. I tak jak na podwórzu cokolwiek było widać, bo nikłe światło ulicznych latarni, rozdzierało mrok, tak w środku panowała zupełna ciemność. Po omacku obchodziłem powoli wozownię. W środku znajdowały się dwa wozy. Upewniłem się, że oba są puste. W budynku obok cicho prychały konie. Oddaliłem się od stajni, by nie niepokoić koni i obserwowałem dom. W przeciągu godziny na tyłach budynku nie pokazało się światło. Stwierdziłem, że na niewiele więcej zda się moja obecność, ostrożnie przeskoczyłem przez płot i ruszyłem w kierunku karczmy. W oknach z przodu budynku nadal było widać światło. Wszedłem do karczmy i zdałem szybką relację. Doszliśmy do wniosku, że ciało może być w środku, skoro wozy były zamknięte w wozowni. I najlepszym sposobem będzie dostanie się do środka przez tylne drzwi. Ale trzeba zrobić to ze szczególną ostrożnością, zwłaszcza, że ktoś odwiedził doktora i prawdopodobnie cały czas jest w środku. Zaproponowałem, by Kejn sforsował zamek na tyłach domu, bo tam nie będzie widoczny i spokojnie może to zrobić. Po uwadze Dalinara o tym, że nie widzi mu się ten pomysł, bo znając życie, czytaj Kejna, przypadkiem znajdziemy tam martwą żonę lub kogoś innego. Kejn po raz kolejny zaczął swoją tyradę na temat tego, że go nie szanujemy, nie ufamy i mamy sobie radzić sami. W swym słowotoku stwierdził, że to my jesteśmy nierozważni. Nie dowierzałem własnym uszom. Po wszystkich wydarzeniach nadal nie umiał pojąć naszych obaw o styl jego działania. Nie miałem ochoty rozwodzić się nad jego bredniami. Zapytałem tylko, gdzie widzi brak zaufania, skoro sam zaproponowałem, aby tam poszedł. Na to nie miał dobrej odpowiedzi. Po chwili mu przeszło i zgodził się iść. Na usta aż cisnęło się „o dzięki łaskawco”, ale ugryzłem się w język. Plan był prosty, Kejn ma wejść i zlokalizować ciało. Jeśli to zrobi, nie podejmuje żadnych działań i wraca po nas. Wchodzimy wtedy do medyka, aby Igo miał szanse z nim porozmawiać. I zobaczymy co z tego wyniknie.

Kejn udał się do domu doktora Rumperta. Przejąłem jego piwo i delektowałem się smakiem. Widząc wzrok Dalinara, powiedziałem:
- No co? Dałem mu szansę.
- Widzę, widzę i aż mnie oblał pot.
- Co z nim jest? Zachowuje się jak baba – skwitował Igo - Najpierw nawywija, a potem się obraża.
Porzuciliśmy temat Kejna i skupiliśmy się na piwie. Po niecałej godzinie elf wrócił do karczmy.
- Mamy go – rzekł przyciszonym głosem. - Wraz ze swoim pomagierem kroją ciało.
- Idziemy – rzucił Dalinar.

Igo zapłacił za piwo i wyszliśmy z karczmy. Elf podprowadził nas pod otwartą furtkę do ogrodu i bez przeszkód przeszliśmy na tył domu medyka. Kejn przez chwilę nasłuchiwał, po czym otworzył drzwi. Naszym oczom ukazała się klatka schodowa, naprzeciwko były drzwi, a po prawej schody w górę i w dół. Z dołu sączyło się światło. Kejn pokazał ręką na schody do piwnicy i dał znać, że idzie sprawdzić jeszcze czy nie ma kogoś na górze. Po cichu wszedł na górę i zniknął na pietrze. Czekaliśmy w napięciu. Po chwili wrócił na dół i dał znać, że jest czysto. Sprawdził też pomieszczenia za drzwiami z przodu. Po chwili wrócił i dał znać, aby schodzić na dół. Schody prowadziły w dół, a na końcu były uchylone drzwi. Z każdym krokiem zbliżaliśmy się do drzwi, a do naszych uszy dobiegły odgłosy krzątających się tam osób. Dałem znać, że chcę iść pierwszy. Przepuścili mnie. Skoncentrowałem się, aby uczynić me ruchy bezgłośnymi i zajrzałem przez uchylone drzwi. Nad stołem, na którym leżało ciało, pochylały się dwie osoby. Doktor Rumpert oraz jego pomocnik stali tyłem do mnie. Jako że nie widziałem sensu zabijania pomocnika, postanowiłem za pomocą koncentracji ogłuszyć go. Jeśli nie będzie o nas nic wiedział, może uda mu się ujść z tego z życiem. Nie stanowił ani dla nas, ani naszej misji zagrożenia, więc w mej opinii powinien żyć. A co o jego życiu zadecyduje Śpiąca Bogini dowiem się w ciągu najbliższych minut. Zrobiłem dwa szybkie kroki i chwyciłem go wyuczonym chwytem za kark. Upadł na ziemię bezwładnie jak worek ziemniaków. Zaraz za mną wyskoczył Kejn i przystawił zdziwionemu lekarzowi sztylet do szyi.
- Kejn? Niemożliwe – powiedział zdziwiony lekarz.
- Bardzo możliwe – odparował elf.
- Czego wy chcecie? – cofnął się przerażony dwa kroki. Elf ze sztyletem podążył za nim.
- Jesteśmy tu z polecenia Grododzierżcy – wytłumaczył Dalinar. Medykowi opadły ręce.
- Wiesz, że to już koniec... – rzekł Kejn.

W tym czasie Igo pętał nieprzytomnego pomocnika, a na głowę zarzucił mu kawałek szmaty.
- No Igo – powiedziałem, wskazując głową w kierunku medyka.
- Dostaliśmy na ciebie zlecenie – zaczął mag.
- Czy to twój brat? - zapytał zdziwiony medyk.
Zrozumiałem, że popełniłem błąd wymieniając jego imię. Będziemy musieli znaleźć sobie jakieś przydomki na czas takich sytuacji. Kejn chyba nie załapał jaki popełniłem błąd i odparł.
- To wszystko moi bracia.
- Pozwólcie, że usiądę – i zrezygnowany usiadł na krześle. Elf cały czas trzymał blisko niego sztylet.
- A więc żyjecie, rodzina de Vries nie zginęła. Nie spodziewałem się was.
- My też nie spodziewaliśmy się, że cię zastaniemy w takich okolicznościach – odparł Kejn - Dostaliśmy zlecenie, aby odnaleźć osoby odpowiedzialne za wykradanie zwłok. Wykradliście nieodpowiednie ciała i komuś się to bardzo nie spodobało.
- Przyznaję się do wszystkiego, proszę wypuście tylko Talantula – wskazał głową na ogłuszonego mężczyznę – Kejnie, przecież nie robimy nic złego. Te ciała... im już nic nie zaszkodzi, a żeby nasza nauka się rozwijała... – głos mu się załamał - Nie mamy innego wyjścia, to jedyna metoda. Kościół wszystkiego zabrania. Jak sprawnie mamy leczyć ludzi, kiedy nie możemy się uczyć?
- Wiemy już wszystko – odpowiedziałem - Niepotrzebna nam jest druga ofiara. Talantun ani nas nie widział, ani nic nie wie – ciągnąłem - Ale ty niestety musisz zginąć.
- Dlaczego musi zginąć? – zapytał Dalinar.
- Ponieważ wie, że jesteśmy de Vries – odpowiedziałem - Możesz przehandlować życie tego człowieka za swoje. Może będzie miał szansę dalej szerzyć wiedzę i zdobywać nową w mądrzejszy sposób niż teraz. Z przykrością stwierdzam, że robiliście dobrą robotę, ale stała w sprzeczności z naszymi interesami i musisz umrzeć.
- Może rozwiążemy to inaczej? Opuszczę miasto i już nigdy się tu nie pojawię? – zaproponował medyk.
- Dobrze - odparłem - ale wiesz, że wtedy będziemy musieli zabić jego i wskazać jako winnego?
- Nie, na to nie mogę się zgodzić – wyszeptał lekarz.
- Myślę, że możemy ukręcić łeb sprawie – zaczął Igo - Przyjaciel naszej rodziny na pewno zrekompensuje nam to, że nie dostaniemy nagrody.
- Czy ty nie rozumiesz, że tu nie chodzi o nagrodę?! – wykrzyczałem w kierunku maga - Że nagroda to tylko jakaś poboczna sprawa, przy o wiele ważniejszym celu?
- Rozumiem wasze położenie, lecz pozwólcie, że zrobię to sam. Nie plamcie swoich rąk moją krwią. Mam tylko ostanie życzenie. U góry w biblioteczce jest dzieło mojego życia. Jest tam też dedykacja. Oddajcie to tej osobie, niech ona prowadzi dalej moje badania i przyrzeknijcie, że wypuścicie mojego ucznia.
- Możemy to odkręcić – dalej ciągnął Igo.
- Odpuść Igo – powiedział medyk - Dajcie mi chwilę.
Wolnym ruchem sięgnął po mały flakonik i wypił jego zawartość. Usiadł i po chwili głowa opadła mu na pierś, a z ust polała się ślina.
- Pomóż mu – powiedziałem do Kejna.
Elf sprawnym ruchem wbił mu sztylet w pierś.

Postanowiliśmy spełnić jego ostatnią prośbę. Na piętrze znaleźliśmy dwanaście tomów, pierwszy z nich miał dedykację:

„Dzieło to powierzam mej ukochanej, profesor Jurandzie z Dorrn.”

Zebraliśmy książki i zawinęliśmy w kawałek płótna. Zeszliśmy z nimi do ucznia lekarza. Chwilę później odzyskał przytomność.
- Co się dzieje, gdzie ja jestem? Kim wy jesteście?
- Zamilcz, bo zginiesz – powiedziałem i ciągnąłem dalej - Twój mistrz, Rumpert, Ramepert, czy inny Srampert – celowo drwiłem z jego nazwiska, aby nie dać po sobie poznać, że ktokolwiek z nas miał z nim dobre relacje
- kupił twoje życie. Kościół dowiedział się o tym, czym się zajmujecie, a że nas interesowały efekty, a nie ile osób zginie, przehandlował swoje życie za twoje. Przekażemy ci wszystkie jego notatki, abyś dalej mógł zgłębiać naukę lub oddać je Jurandzie, bo taka była jego wola. Natomiast ostrzegamy cię, że jeśli ciała będą nadal znikać, to ofiara doktora pójdzie na marne.
- Kim wy jesteście? – zapytał szeptem.
- Gówno cię obchodzi kim jesteśmy. Na razie jedyne co cię powinno interesować to to, że żyjesz.
- I koniec wykradania ciał z cmentarza. Wiemy kim jesteś i następnym razem jak to się powtórzy, odwiedzimy cię w domu – groził Kapłan - Zabierz te księgi, oddaj je tej kobiecie i nie popełniaj znowu tego błędu.
- Tak – wyszeptał uczeń.

Poprowadziliśmy go z Dalinarem do furtki. Zanim go rozwiązaliśmy, powiedziałem:
- Nie próbuj się odwracać i sprawdzać kim jesteśmy. Nie próbuj wracać do tego domu i ciesz się z tego co wybłagał dla ciebie twój Rampert-Srampert.
- Rozwiążemy cię teraz, a worek z głowy ściągniesz dopiero za płotem. Masz tu księgi – kapłan wcisnął w jego roztrzęsione dłonie worek z księgozbiorem Rumperta.
Rozwiązaliśmy go i wypchnęliśmy przed furtkę. Zaraz potem usłyszeliśmy jak biegnie. Wróciliśmy do domu. Zadeklarowałem, że pojadę do Torstena, a Igo powiedział, że jedzie ze mną. Dotarliśmy do Bakaraka, a karczmarz od razu nas przywitał:
- Co tam chłopaki, piwa?
- Nie, chcemy widzieć się z Torstenem.
- Nie macie lepszej pory? Zajęty jest.
- No, niestety sprawa niecierpiąca zwłoki – odparłem.
- Mam nadzieję, że to ważne, bo szef nie lubi jak się mu przerywa.
Jeden z jego ludzi poszedł na piętro i kazał nam poczekać. Po chwili z góry schodził Torsten, dopinając rozpięte spodnie.
- Co jest kurwa chłopaki, nie widzicie, że zajęty jestem...
- Misja się zakończyła – odparł Igo - Znaleźliśmy człowieka, który wykrada ciała?
- Nie było kurwa lepszej pory?
- No niestety sprawa jest nagła.
- Żyje? Macie dowody?
- Nie żyje i mamy dowody.
- To dobrze – twarz Torstena złagodniała. Chyba był zadowolony - Gdzie jest, na ulicy?
- Nie. Jest w domu w Dzielnicy Handlowej. To medyk. Nie żyje, a obok niego leży dopiero co krojone ciało – sprostował mag.
- Poczekajcie, trzeba to załatwić oficjalnie.
Torsten pośpiesznie ubrał płaszcz i wyszedł z gospody.
- Może napijemy się w tym czasie piwa? - zaproponowałem.
- Ja potrzebuję czegoś mocniejszego – odparł Igo.

Czekaliśmy, popijając trunki. Nie rozmawialiśmy w ogóle. Widziałem, że Igo stara się to jakoś poukładać w głowie i postanowiłem dać mu chwilę dla siebie. Miałem nadzieję, że to wydarzenie nie wpłynie na nasze relacje. Igo był przybity. Mam nadzieję, że się po tym pozbiera. Po około godzinie przybył Torsten.
- Zbieramy się chłopaki – Dał znać sześciu ludziom i ruszyliśmy za nim.
Podjechaliśmy pod bramę miasta od strony Dzielnicy Handlowej, gdzie czekało na nas kilkunastu strażników miejskich. Torsten podszedł do jednego z nich.
- Poruczniku, to są ci ludzie, którzy rozwiązali sprawę – wskazał na nas dłonią.
Porucznik skinął głową.
- Za mną – odpowiedział – załatwmy to oficjalnie.
Ruszyliśmy przez miasto w kierunku domu medyka. Dalinar i Kejn czekali przy drewnianej bramie, a kiedy podjechaliśmy, otworzyli ją, abyśmy mogli wraz ze strażnikami wjechać na plac. Torsten i porucznik zeskoczyli z koni.
- No dobra chłopaki, pokażcie no tego zbrodniarza – powiedział nasz przełożony.
Zaprowadziliśmy ich do piwnicy, gdzie tamtejszy widok mocno ich zaskoczył.
- Co tu się stało? Co to za rzeźnik?
- To osoba, która została wczoraj pochowana – odparł Kapłan - Tego samego wieczora zostało wykradzione jej ciało i dostarczone do tego miejsca. Ale na szczęście już zakończyliśmy ten proceder.
- Cholera, to nie mój rejon, a ten medyk to znana i poważana osoba. Śmierdząca sprawa - odpowiedział porucznik straży miejskiej – Muszę zgłosić to do dowódcy tego rejonu, a tymczasem mój sierżant z wami pogada, spiszemy jakieś zeznania, żeby to miało ręce i nogi. Może tutaj w kuchni sobie usiądziecie, a ja tymczasem poślę po dowódcę tej dzielnicy.
Widać było, że Kejn i Dalinar rozgościli się już w kuchni, bo na stole stały srebrne kielichy i dzban z winem.
- Siadajcie sierżancie – wskazał na krzesło Dalinar, sięgnął na półkę po kolejny kielich, nalał i podał strażnikowi.
- Pontarskie, na zdrowie – strażnik chętnie przyjął kielich - Co mogę powiedzieć... dobra robota panowie – rzekł sierżant i zrobił łyk wina - Musimy to jakoś spisać. No dobra, jak to było?

Igo zaczął relację.
- Śledziliśmy ich, właściwie od samego cmentarza. Trójka zamaskowanych ludzi wykopała zwłoki ze świeżego grobu i pod osłoną nocy przywiozła je aż do tego domu.
- Czyli miał współpracowników?
- Tak – odparł Kejn - Śledziłem ich, ale w pewnym momencie się rozeszli i mogłem udać się tylko za jednym z nich.
Kejn zdał relację z obserwacji tego człowieka, z kim się spotykał, z kim rozmawiał po drodze oraz to, że przestał go śledzić, gdy ten udał się do karczmy Gruba Krowa.
- Dobrze, będziemy też musieli go sprawdzić. To bardzo ważna informacja. I co było dalej?
- Obserwowaliśmy dom medyka, bo nie wiedzieliśmy czy to przystanek końcowy tego ciała. W nocy zakradliśmy się i przyłapaliśmy go na gorącym uczynku – relacjonował elf.
Po chwili do kuchni wszedł Torsten z porucznikiem i kilkoma żołnierzami.
- Co za masakra, co to za człowiek... – szeptali pod nosem strażnicy.
- No, nalejcie nam też troszkę wina – rzekł Torsten.
Wszyscy sięgnęli po kubki i kielichy stojące w kuchni i nalali sobie wina. Po pewnym czasie otwarły się drzwi i w kuchni pojawiło się kolejnych trzech żołnierzy. Ich plecy dla odmiany zdobiły niebieskie płaszcze, prawdopodobnie oznaka przynależności do tej części miasta. Wśród nich był mężczyzna w ciężkiej zbroi. I to on odezwał się jako pierwszy.
- Kurwa, co tu się dzieje? Poruczniku proszę za mną.
Porucznik straży, z którym przyjechaliśmy, wstał i odszedł na bok z nowo przybyłym. Szeptali chwilę, po czym mężczyzna w zbroi wysłał dwóch ludzi na dół. Po chwili wrócili i rozmawiali szeptem. Podszedł do nich Torsten, zamienił kilka słów i wyszedł z domu. Pozostali rozmawiali jeszcze jakiś czas, po czym podszedł do nas porucznik i powiedział.
- No panowie, dobra robota, jesteście wolni. Dziękujemy i przekażcie pozdrowienia panu Camaralowi.

Udaliśmy się do noclegowni. Na miejscu Kejn wysypał na stół zawartość małej sakiewki. Były tam trzy złote monety i kilka kamieni szlachetnych. Kiedy my jechaliśmy po Torstena, oni pośpiesznie przeszukali dom medyka. Będziemy musieli jakoś to spieniężyć. Bez zbędnych rozmów udaliśmy się spać. To była kolejna długa noc. Rano udaliśmy się do Bakaraka, gdzie Torsten czekał już na nas.
- Wyspaliście się?
- No w końcu – odparł Dalinar - Ostanie noce były męczące, spędzanie całych tyle czasu na cmentarzu nie należy do miłych.
- Dobra robota panowie, naprawdę dobra robota. Sprawa wyjaśniona. Cholera jasna, nie przypuszczałbym, że to medyk i to tak szanowany. Podobno była to jakaś szycha w lokalnych kręgach. Dobrze, że zdecydowaliśmy się załatwić to oficjalnie, bo z tamtejszą strażą mogłyby być problemy. Dobra chłopaki. Mam tu dla was ustalone wynagrodzenie – rzucił na stół sakiewkę.
- Obiecane trzydzieści złotych ambardów, plus mała premia za dyskrecję, to jest kolejne dziesięć. Dobra robota. Zadanie było nietypowe. Zazwyczaj zostawiamy takie rzeczy straży miejskiej, tym razem nie umieli sobie poradzić. A i jeszcze jedno. Poproszę figurkę Grododzierżcy.
Igo wyciągnął i oddał posążek Torstenowi.
- A, no i jeszcze premia od szefa. Macie dziwki na trzy dni. Odpocznijcie trochę, a ja będę rozglądał się za zleceniem dla was. Tymczasem korzystajcie z życia.
- Porucznik kazał pozdrowić pana Camarala – powiedziałem.
- A, jasne, jasne. Już z nim rozmawiałem, był zadowolony z waszej pracy. Ja mam trochę na głowie teraz, więc muszę was opuścić. Odpoczywajcie… Naprawdę dobra robota.

Nie muszę chyba wspominać na czym minęły mi kolejne trzy dni. Moja młoda krew dawała o sobie znać. Podsumowując to wydarzenie, nie spodziewałem się, że pierwsze zadanie dla Camaralczyków sięgnie tak wysokich sfer. I że informacje o poczynaniach żółtodziobów dotrą nawet do Camarala, a ten dodatkowo będzie z nas zadowolony. Wydaję mi się, że zrobiliśmy duży krok w kierunku naszego celu. Mam nadzieje, że kilka dni odpoczniemy, bo mimo iż jestem przyzwyczajony do niewygód, marzę o kilku nocach w wygodnym łóżku. Gdy odpocznę, przeanalizuję miniony czas i postaram się wyciągnąć z tych wydarzeń jak najwięcej wniosków.