Kroniki I: Z deszczu pod rynnę, czyli Bezimienny Klasztor Sierot (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 210-211 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Południowy kraniec miasta Mar-Margot, Bezimienny Klasztor Sierot.


Pobyt Dalinara w domu ciotki Margaret nie trwał długo. Od początku dało wyczuć się chłód w słowach siostry Julii, która pomimo okazywanej na zewnątrz troski, raczej nie darzyła sympatią przybranych dzieci de Vries. Niejasnością nie było końca i pomimo usilnych pytań nikt nie był w stanie wytłumaczyć jak doszło do pożaru oraz co się stanie z kasztelem rodziców. Już po kilku tygodniach Margaret oznajmiła, że ich dom nie jest w stanie pomieścić dodatkowych czterech osób i chłopcy muszą się przenieść do Bezimiennego Klasztoru Sierot, którym opiekują się mnisi bogini Delidii. Dalinar odwiedzał go kilka razy wraz z Robertem, ale nigdy tak naprawdę się nie przyglądał jak wyglądało życie podopiecznych klasztoru.

Bezimienny Klasztor Sierot - mapa poglądowa

Jak się okazało, w następnych miesiącach miał się o tym przekonać na własnej skórze. Przeorem klasztoru była Carmilla, która była piękną kobietą, noszącą wyzywające stroje, kłócące się z wyobrażeniem o kapłankach. Carmilla przyjęła chłopców do klasztoru zachowując uprzejmość, która wynikała z faktu, iż byli podopiecznymi Margaret, która bądź co bądź miała wysoką pozycję w radzie miasta Mar-Margot. W przeciwieństwie do pozostałych podopiecznych, zostali ulokowani w Górnym Zamku, gdzie swoje pokoje mieli również żyjący tam kapłani. Ten fakt nie umknął uwadze pozostałych dzieci, zamieszkujący tzw. Dolny Zamek i spowodował, że od początku nie darzyły one czwórki de Vries sympatią.

Początkowo pobyt w klasztorze można było określić jako znośny, ale sprawy dopiero miały się skomplikować. Chłopcy zostali poinstruowani, że muszą się odwdzięczyć za swój pobyt modlitwą i pracą na rzecz klasztoru. Zajęcia, którymi parały się dzieci były przeróżne, od szycia ubrań, do wypalania cegieł – sierociniec posiadał swoją szwalnię i piece do wypalania cegieł. Pierwszą oznaką, że nie wszystko będzie się układało, była sytuacja z Gordonem. Jeden z braci Dalinara, znużony kolejnymi modlitwami, zakwestionował sens tych działań oraz nie okazał szacunku bogini Delidii, co spotkało się z natychmiastową reakcję Gordona. Mnich, nie zważając na pozostałych braci, kijem powalił Młodego, tak iż stracił on przytomność. Dalinar od razu rzucił się na Gordona w obronie brata, ten jednak niedbałym ruchem zrzucił go z siebie i również potraktował kilkoma razami. Cała czwórka była w szoku, ponieważ Robert i Julia nie używali w stosunku do nich przemocy i nie spodziewali się takiej reakcji na ich słowa. Bracia od razu też postanowili powiadomić o tym zdarzeniu Margaret, jednak okazało się to nie być takim prostym zadaniem. Pomimo kilku listów od chłopców, Margaret nie zjawiała się w klasztorze, a przeorysza usprawiedliwiała te zachowanie koniecznością zajęcia się dodatkowymi obowiązkami jakie Margaret miała objąć w Radzie Miasta. W klasztorze chłopcy poznali również Starego Hara, który wytłumaczył im panujące w nim zasady. Podstawowa zasada dotyczyła bezwzględnie oddawania czci i zgłębiania nauk bogini Delidii.

Dni upływały jeden po drugim, aż pewnego razu przeorysza Carmilla przywołała ich do siebie. Miała do przekazania złą wiadomość odnośnie Margaret. Ciotka zmarła niespodziewanie, a jej mąż nie poczuwał się w obowiązku łożyć na ich utrzymanie. Oznaczało to, iż muszą się przenieść do Dolnego Zamku, gdzie śpią pozostali podopieczni klasztoru. Dzieci nie przywitały ich z otwartymi rękami, a pamiętając o ich specjalnych przywilejach w ostatnich miesiącach, postanowiły się odwdzięczyć. Kończyło się to częstymi bójkami, jednak czwórka de Vries trzymała się razem i nie odpuszczali nikomu w bijatykach. Dodatkowo Dalinar, wraz z braćmi, musiał zapracować na swoje utrzymanie, pomagając przy cięższych pracach w klasztorze. Jedną z nich było czyszczenie zamulonej studni, jednej z dwóch na terenie sierocińca. I to właśnie w trakcie tej pracy chłopcy natknęli się na ciekawe odkrycie. W ścianie studni, tuż nad poziomem mułu, można było zauważyć że mur skruszał i za nim jest jakaś dziura. Ciekawskie chłopaki raz dwa usunęli kamienie i ich oczom ukazał się wąski tunel prowadzący lekko w górę. Od razu zdecydowali się sprawdzić, gdzie on prowadzi, jednak po pobieżnym przeszukaniu przez Kejna, okazało się, że tunel jest długi i stwierdzili że powinni się do tego nieco lepiej przygotować. Zgłosili się na wykonywanie dodatkowych prac przy oczyszczaniu studni, organizując dodatkową lampę oraz linę i wieczorem po modlitwach zeszli do studni sprawdzić dokąd prowadzi tajemniczy tunel.

Początkowo musieli wspinać się przy pomocy liny zamocowanej przez Kejna, jednak po kilku metrach tunel zrobił się większy i można było nim iść będąc wyprostowanym. Ostrożnie przesuwali się do przodu, nie chcąc narazić się na upadek, czy też inne niechciane okoliczności. Jako że Kejn był z nich najstarszy oraz najsprawniejszy, wyznaczał drogę, którą podążała pozostała trójka. Po kilkunastu metrach doszli do schodów, które prowadziły do góry. Nie wyglądało to na przypadkowy tunel. Na szczycie schodów znaleźli dwa korytarze, więc nie zastanawiając się długo, ruszyli pierwszym z nich. Ciemność, w której przebywali, pozwoliła im dostrzec, że przez ścianę przed nimi sączy się strużka światła. Jak się okazało, światło to padało z pokoju przeoryszy Carmilli, a w samym pokoju działy się niezwykłe rzeczy. Przeorysza, wraz z nieznajomym człowiekiem, kotłowała się w pościeli w akompaniamencie głośnych oddechów. Każdy z nich chciał zajrzeć przez dziurkę w ścianie i choć przez chwilkę się temu przyjrzeć, aż ich policzki spłonęły purpurą. Po zaspokojeniu swojej ciekawości, ruszyli dalej, sprawdzając, czy natkną się na równie interesujące sceny. Jednak zamiast miłosnych uniesień, udało im się znaleźć sekretne przejście do jednego z pokoi Górnego Zamku. Przejście to zostało dobrze zakamuflowane i znajdowało się w kominku obszernej sali, w której stał spory ołtarz oraz ławy. Chłopcy obszukali pomieszczenie, szukając jakichś „skarbów”, ale nie znaleźli niczego godnego zabrania. Po kilku dodatkowych minutach, uznali, że czas wracać, żeby nie wzbudzać podejrzeń mnichów. W drodze powrotnej podsłuchali interesującą rozmowę przeoryszy z jej gościem. Wspominała ona w niej, że nie będzie w stanie dostarczyć takiej ilości dzieci jakiej od niej wymagają. Carmilla rozmawiała jeszcze o innych sprawach, jednak młodzi chłopcy nie byli w stanie zrozumieć sensu rozmowy, gdyż poruszała nieznane im aspekty interesów dwójki kochanków. Po podsłuchaniu przeoryszy, postanowili wrócić do swojego pokoju, a eksplorację kolejnego korytarza zostawić na następny dzień.



Kroniki II: Ucieczka do Białej Osady (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 212-213 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Bezimienny Klasztor Sierot, a następnie Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki.


W dniu tym zaplanowane było rozpoczęcie Karnawału Światła Delidii. Z tej okazji w klasztorze zjawiali się okoliczni kupcy, osobistości związane z Kościołem Delidii oraz organizowane były zawody w walce na kije. W zawodach tych mógł uczestniczyć każdy z wychowanków klasztoru, który się zgłosił, a nagrodą była lżejsza praca w następnych tygodniach oraz dodatkowe lepsze wyżywienie. Z czwórki chłopaków de Vries zgłosił się Kejn oraz Dalinar. Oboje chcieli udowodnić swoją siłę i zaimponować pozostałym dzieciom. Igo postanowił kibicować braciom, a Młody awansował na giermka Dalinara. Jednak zanim zawody się na dobre rozpoczęły, chłopcy pomagali, przybyłym do klasztoru kupcom, ładować zakupione towary. Jakie było ich zaskoczenie gdy w jednym z kupców rozpoznali Jaromira, służącego, który pomagał w ich wychowaniu w domu ojca. Poprosił on Igo o pomoc przy wyborze ziół i wykorzystując tą okazję, przekazał im wiadomość. Jaromir zjawił się w klasztorze, żeby zabrać z niego chłopaków, jednak zanim to zrobi, miał dla nich jedno zadanie. Mieli oni mianowicie zlokalizować w klasztorze pokój z księgami rachunkowymi i przepisać jeden z rozdziałów. Oczywiście najlepszą osobą do wykonania takiego zadania był Igo, który miał doświadczenie jako pomocnik skryby, a szczęśliwym trafem chłopcy się domyślili, gdzie można znaleźć wspomnianą księgę. Aby się do niej dostać, trzeba było wykorzystać sekretny korytarz, który eksplorowali poprzedniej nocy. Plan zakładał, że Igo, razem z Kejnem, wybiorą się po zawodach, aby wypełnić powierzone im przez Jaromira zadanie, a Dalinar i Młody będą pilnować roboty przy studni.

Zanim jednak nadszedł wieczór, rozpoczęły się zawody. Już pierwsze walki pokazały wielką zawziętość w poczynaniach Dalinara oraz spore umiejętności Kejna. Oboje wygrali swoje pojedynki i pewnie awansowali do kolejnej rundy. W tym dniu miały się odbyć 4 walki, tak aby uczestnicy walk półfinałowych mogli odpocząć przez noc. Wszystko szło zgodnie z planem i chłopcy awansowali do kolejnych rund, jednak w trakcie dnia nastąpiło małe zamieszanie. Igo, nie chcąc opuszczać klasztoru bez swojego pierścienia, który był w depozycie u Gordona, zapytał go czy mógłby go odzyskać. Gordon wykazał się przychylnością, jednak jak się okazało, pierścień miał wrócić do Igo tylko wtedy, gdyby Dalinar zwyciężył Kejna w bezpośrednim starciu. Jako że przed nimi była faza ćwierćfinałowa, gdzie przeciwników wskazywał „los”, bracia de Vries nie zdziwili się wcale, że to właśnie ich, zrządzeniem losu, postawiono naprzeciwko siebie. Igo, jeszcze przed walką, przekazał im informacje co jest losem tego pojedynku, czym dodatkowo zdopingował młodszego Dalinara. Walka miał arcyciekawy przebieg. Na początku z wyrachowaniem zaatakował znacznie szybszy Kejn i dosyć szybko doprowadził do dwóch trafień. Jeden z ciosów był tak potężny, że Dalinar długo nie mógł dojść do siebie. Okazało się, że to nie tylko go nie zniechęciło, ale wyzwoliło w nim dodatkowe pokłady wściekłości. Dalinar z furią zaatakował Kejna, jakby to był jego wróg na polu bitwy, a nie brat na klasztornym placu. Szaleńczy atak zaskutkował celnym trafieniem i dość nieszczęśliwym potknięciem Kejna, który zaczął kuleć i był zdecydowanie wolniejszy niż na początku pojedynku. Kolejne sekundy walki doprowadziły do zaskakującego zakończenia, bo Kejn, robiąc unik, upadł na jedno kolano, a Dalinar wyprowadził potężny cios, który trafił brata prosto w skroń. Kejn padł jak rażony piorunem bez świadomości. Dalinar, wystraszony nieco swoim czynem, doskoczył, żeby sprawdzić czy Kejn jeszcze dycha, co na szczęście nadal miało miejsce. Dzięki takiemu obrotowi sprawy Igo odzyskał swój pierścień, a Dalinar przez następne tygodnie wspominał przebieg walki z Kejnem rozprawiając o każdym wyprowadzonym ciosie.

Wieczorem, zgodnie z ustaleniami, Igo przedostał się do komnaty z księgami rachunkowymi i przepisał rozdział, o który prosił Jaromir. Sam tekst zapisany był jakimś szyfrem, więc bracia nie dowiedzieli się co w nim było. Jeszcze przed nocą Igo przekazał tekst kupcowi, a ten obiecał, że zabierze ich wszystkich w ostatni dzień karnawału, czyli za dwa dni. Rodzeństwo rozpoczęło przygotowania do ucieczki. Przygotowali nieco jedzenia oraz bukłaki z wodą. Zabrali również siekierkę, która miała im służyć za broń.

Następnego dnia odbywał się pojedynek półfinałowy. Brał w nim udział Dalinar, który podchodził bardzo poważnie do przygotowania. Młody, jako giermek, pomagał założyć skórzany kaftan, który miał zabezpieczać przed zbyt poważnymi obrażeniami oraz opowiadał o słabych stronach przeciwnika brata. Niestety starcie nie potoczyło się po myśli Dalinara i znacznie starszy przeciwnik, wykorzystując różnicę szybkości i zasięgu, doprowadził do jego poddania. Nie zmąciło to jednak dobrego humoru Dalinara, który mógł wspominać wygraną walkę z Kejnem.

Pod wieczór, bracia wybrali się jeszcze, aby eksplorować pozostałe korytarze sekretnego przejścia. Natknęli się tam na niesamowite odkrycie. W podziemiach, za zaryglowanymi drzwiami, które jakimś cudem otworzył Kejn, za pomocą prostych wytrychów, natknęli się na pomieszczenie, w którym porozrzucane leżały ciała dzieci. Smród w pomieszczeniu spowodował, że wszyscy wybiegli na zewnątrz i przez kilka minut targani byli torsjami. Jednak dziwna fascynacja śmiercią, kazała im tam wrócić, żeby to zobaczyć jeszcze raz. Wśród ciał zauważyli kilka osób, które znali, a które według ich wiedzy opuściły klasztor, aby się usamodzielnić. Zrozumieli, że tak naprawdę droga takich osób prowadziła do tego pomieszczenia. Dzieci nie rozumiały, jak takie zło jest możliwe, jednak zrozumiały, że w samym klasztorze, dzieją się rzeczy, od których trzeba trzymać się jak najdalej. Czym prędzej upuścili tajne korytarze i udali się na swoje prycze, jednak nie byli w stanie zasnąć przez całą noc. Następnego dnia wypatrywali Jaromira i swojej drogi ucieczki. Umówionym sygnałem miał być pożar wzniecony w niższej części zamku.

Gdy nadszedł właściwy moment, bracia czym prędzej schowali się na wozie Jaromira w pustych skrzyniach. Jednak chaos jaki wywołał pożar i spora ilość kupców z wozami, przebywająca na terenie klasztoru, spowodowała zator. Wszędzie biegali ludzie, niektórzy by gasić ogień, a niektórzy dobyli broń i szukali podpalacza. Jaromir, który powoził, próbował przedrzeć się pomiędzy wozami, gdy nastąpiło niespodziewane wydarzenie. Młody, stanął pośrodku wozu, a jego amulet, który przechowywał przez cały ten czas ukryty, wręcz pochłonął wszechobecny ogień. Chwilę po tym upadł między skrzynie bez znaku życia, a Jaromir przemknął w kierunku bramy. W kierunku wozu poleciały strzały, jednak bracia ukryli się dobrze w skrzyniach, co zapewnio im względne bezpieczeństwo. Jaromir przez kilka godzin pędził po drodze, oddalając się od klasztoru. Gdy upłynęło jeszcze kilka chwil, wóz się zatrzymał, a bracia wyjrzeli ze swoich kryjówek, aby sprawdzić gdzie się znajdują. Niestety widok bełtu wystającego z pleców Jaromira, uzmysłowił im, że to nie koniec problemów i ratunek, na który tak wyglądali, może się zamienić w kolejny koszmar. Jaromir, ostatkiem sił, powiedział barciom, że ich rodzinny kasztel przepadł, a oni muszą się udać z biegiem Białej Rzeki, aż dojdą do wioski Biała Osada i odszukać tam niejakiego Vernira. Napisał im nawet krótki list, który mieli przekazać osobiście na jego ręce. Niedługo później Jaromir wydał ostatnie tchnienie, a bracia pieszo ruszyli leśną ścieżką we wskazanym przez Jaromira kierunku. Według jego wskazówek, podróż miała im zająć kilka dni i tak też było. Przestraszeni, wygłodniali i zmęczeni, dotarli do młyna wodnego, którego właściciel Harold obiecał pomóc odnaleźć Vernira, a który jak się okazało, mieszkał pod przybranym imieniem Ragn w Białej Osadzie.

Ich pierwsze spotkanie przebiegało w podejrzliwej atmosferze. Pomógł list od Jaromira, który tłumaczył pochodzenie braci de Vries. Jak się okazało, pozostali w wiosce na kilka następnych lat…



Kroniki III: Tajemnica Białej Osady i opowieść Vernira (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 213-215 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki.


W Białej Osadzie bracia przebywali pod opieką sióstr Celesty i Eugenii, razem z trzema innymi sierotami. Ragn, od czasu do czasu, zabierał chłopaków do siebie aby, poznali lepiej Białą Osadę i pomagali przy niezbędnych pracach. O ile siostry zajmowały się edukacją, o tyle ich pozostałe umiejętności, nie mogły się rozwijać. Igo często wspominał o szkole czarodziejów, do której miał się wybrać, aby poznać arkana magii, a co miał obiecane przez Roberta dzień przed pożarem kasztelu. Jednak aktualnie taka wizja wydawała się bardzo odległa. Ragn na wszelkie pytania odnośnie Roberta, jego śmierci, czy też jego znajomości z nim samym odpowiadał, że wszystkiego się dowiedzą w swoim czasie. Powodowało to frustrację u niecierpliwych chłopaków, którzy oczekiwali zdecydowanych działań i konkretnych informacji. Od czasu do czasu Ragn zabierał braci do odległych gospodarstw Białej Osady, aby mieli szansę poznać tamtejszych gospodarzy. Pewnego razu wybrał się z nimi do Grahama. Był on starym znajomym Ragna z czasów, kiedy obaj podróżowali po świecie w poszukiwaniu przygód. Bracia starali się wykorzystać tą sposobność, aby wyciągnąć więcej informacji na temat majątku ich ojca, jednak dowiedzieli się tylko, że sprawa jest mocno skomplikowana i wymaga dalszych starań.

Po dotarciu na miejsce poznali Grahama i jego rodzinę, a nie byli oni typowymi farmerami. Sam Graham mierzył chyba dwa i pół metra i górował nad wszystkimi wokół, jego żona pomimo szczerej i radosnej twarzy, była ogromną kobietą, wyższą niemal o głowę od Ragna. Mieli oni również dziesięciu synów, część z nich było dziećmi poprzedniej żony Grahama, którzy mieszkali razem z nimi na farmie. Kilku z nich zdążyło już się usamodzielnić i mieszkali w osobnych domach ze swoimi żonami i dziećmi. Wszystko to razem powodowało, że w obejściu panował niezmierny zgiełk i rozgardiasz. Bracia de Vries szybko dogadali się z synami Grahama i jak to chłopcy przeszukiwali pobliskie stodoły i pola w poszukiwaniu wyimaginowanych wrogów i bestii. Wieczorem Graham i Ragn, razem ze wszystkimi domownikami, zasiedli przy stole, aby jeść, pić i opowiadać o starych czasach. Najwyraźniej biesiada się mocno przedłużyła, ponieważ, gdy chłopcy wstali następnego poranka, niektórzy biesiadnicy nadal spali przy stole, łącznie z żoną Grahama, Rothildą.

Wykorzystując brak nadzoru, Dalinar z braćmi, wraz z dwójką synów Grahama, Willem i Ronem, udali się do pobliskiego lasu, aby grać w podchody. Niestety nie obyło się bez przygód. Jeden z synów Grahama, Ron, chowając się w gąszczu, spowodował osunięcie się ziemi i wpadł do powstałej czterometrowej dziury w ziemi. Jego upadek był na tyle nieszczęśliwy, że najprawdopodobniej złamał nogę. Wystraszeni chłopcy czym prędzej pobiegli po pomoc na farmę. Po przybyciu Graham z Ragnem obwiązali linę wokół drzewa i z pomocą Kejna wyciągnęli Rona z dołu. Jednak ich przygoda na tym się nie zakończyła, ponieważ gdy Kejn był na dole, aby pomóc Ronowi się wykaraskać, zauważył, że tak naprawdę miejsce, do którego wpadł przez przypadek Ron to jakiś podziemny tunel. Fakt ten bardzo zaciekawił Ragna, który postanowił to sprawdzić. Ron został zabrany przez synów Grahama go gospodarstwa, a reszta, czyli Graham, Ragn i bracia, zeszli na dół i oświetlając sobie drogę pochodnią, ostrożnie ruszyli tunelem. Kilka kroków dalej natknęli się na kamienne drzwi, nad którymi wyryty był napis w języku, którego nie znali, wraz z dziwnym symbolem róży, z której ściekała kropla krwi. Wyglądało na to, że jest to martwy zaułek, gdy Ragn wypowiedział kilka słów w nieznanym języku, a kamienne drzwi rozpłynęły się w powietrzu. Nic więcej nie trzeba było, aby wzbudzić zainteresowanie wszystkich obecnych i aby sprawdzić co się znajduje w komnacie przed nimi. A tam, ku ich zaskoczeniu, znaleźli sarkofag z płaskorzeźbą, przedstawiającą jakiegoś monarchę z mieczem. Ragn oddał mu hołd, przyklękając na kolano i nakazał to również pozostałym. Powiedział, że prawdopodobnie jest to jeden z byłych władców tej krainy i fortecy Manmarr, której ruiny górują nad Białą Osadą. Gdy oświetlili komnatę pozostałymi pochodniami, zauważyli, że jest w niej również skrzynia, w której znajduje się kilka przedmiotów. Ragn przejrzał im się pobieżnie i znalazł kilka starych ksiąg oraz spory kryształ osadzony w srebrnej siatce. Widać było po nim spore zaskoczenie oraz porozumiewawcze spojrzenia pomiędzy nim i Grahamem. Bracia, sami w szoku po tych odkryciach, postanowili dowiedzieć się czegoś więcej, jednak ponownie Ragn unikał odpowiedzi na ich pytania. Po chwili zadecydował, że może tu nadal być niebezpiecznie i powinni wracać do domu Grahama. W związku z tym wydarzeniem ich pobyt przedłużył się o kolejny dzień, w trakcie którego Dalinar z braćmi kontynuował zabawę, udając że są pochowanym królem z sarkofagu, a Ragn z Grahamem niepostrzeżenie wymknęli się, aby sprawdzić odkryty tunel.

W trakcie drogi powrotnej bracia próbowali wyciągnąć więcej informacji o osobie pochowanej w sarkofagu, jednak i tym razem Ragn zbył ich, powołując się na zapewnienie, że wszystkiego się jeszcze dowiedzą w swoim czasie. Tak też się stało i w trakcie ich pobytu w Białej Osadzie, zdarzył się w końcu dzień, kiedy Ragn przybył po chłopców, obiecując im pierwszą ważną lekcję, którą chciał im przekazać. Wszyscy razem wyruszyli na szlak, prowadzący na wschód od Białej Osady, a potem na północ od Mar-Margot. Po kilku dniach zboczyli z głównego traktu, który prowadził z Mar-Margot do krainy północnych i udali się na wzgórze, z którego mieli dobry widok na przebiegający w dole szlak. Chłopcy, nie wiedząc czego mogą się spodziewać, dopytywali czego mają wypatrywać, jednak zapewniono ich tylko, że będą wiedzieli, jak tylko to zobaczą. I tak rzeczywiście się stało. Następnego dnia, na trakcie, przy akompaniamencie bębnów, pojawiła się ogromna kolumna ludzi. Na przedzie szli bębniarze oraz rycerze z barwami Boskiej Delidii. Wszędzie były proporce bogini oraz konni. Za nimi ciągnęły się po horyzont wozy, w których w kajdanach przewożeni byli niewolnicy i towary. Były to czasem całe rodziny, które najwyraźniej trafiły do niewoli, a teraz udawały się w kierunku Ambardu. Minęła dłuższa chwila, zanim bracia przestali się przyglądać jak zahipnotyzowani karawanie, a wtedy swoją opowieść rozpoczął Ragn:

„Słyszycie bębny? Przyjrzyjcie się dokładnie tej grupie…
...
To co widzicie tam w dole, na trakcie, to przemarsz Karawany Łez. Tak ją tu nazywamy. Setki metrów ciągnący się pochód niewolników zmierzający na północ, do stolicy Ambardu, boskiego miasta Delidii. Zapamiętajcie to bardzo dobrze, żebyście wiedzieli z czym wam się przyjdzie mierzyć - jest to roczny trybut jaki prowincja Karabak musi zapłacić królowej-bogini. Niektórzy z tych ludzi zostaną poświęceni na jej ołtarzach, a sporą część czeka los niewolników, na których w zasadzie zbudowano potęgę Ambardu...
...
Eh dzieciaki. Minęły już 2 lata od kiedy do mnie przyszliście i czas wejść w dorosłość. Nie mogę już dłużej tego odwlekać. Opowieść zacznę od siebie samego.
...
Jak już wiecie moje prawdziwe imię to Vernir. Dawno temu byłem wędrownym rycerzem bez domu, żyjąc z wojaczki. Tułając się po świecie poznałem waszego ojca, Roberta, a on pomógł mi wstąpić na służbę do tajemnego bractwa zwanego Atolla, którego symbolem jest Krwawa Róża, którą to widzieliście i o którą pytaliście kilka miesięcy temu w grobowcu na farmie Grahama. Zakon Atolla upadł ponad 400 lat temu, czyli długo przed Zaćmieniem. Był to jeden z wielu tak zwanych walczących zakonów Wielkiego Dominium, władający południem tego ogromnego imperium, które przez wieki swego istnienia rządzone było przez wspaniałe dynaste Arkanidów i Gotethrydów i które niestety rozpadło się na mniejsze królestwa późniejszej Tragonii, Arkanii i Norishii. Faktem jest, że Zakony Krwi i ich wielcy mistrzowie przez setki lat nieśli wiedzę, prawo i porządek dla ludzkości, a próżnię po nich wypełnili kolejni władcy i kolejne coraz słabsze królestwa, koalicje i tak dalej, aż do głośnego upadku tego wszystkiego. My jako zakon istniejemy do dziś, ale jesteśmy nieliczni i rozproszeni, aby uniknąć wykrycia.
...
Pytacie przez kogo? Hah! Trochę tego jest. Zakon Atolla, jak i inne, wszelkie pozostałości po Wielkim Dominium, są śmiertelnymi wrogami Imperium Ambardu, którego, jak już wiecie, władczynią jest ta przeklęta Delidia. Cały otaczający nas obecnie świat to albo te cholerne i wszędobylskie Kulty Węży – boga Malakusa – na południowym-wschodzie, Upadłe Krainy – boga wojny Eliosa albo Lenna Zhaka – boga ognia. Poza Białą Osadą i Karabakiem nie jest wesoło, chociaż i u nas życie nie jest łatwe, jak pewnie zdążyliście już zauważyć.
...
Osada jest enklawą, która zapewnia wam, póki co, bezpieczeństwo, ale świat, w który niedługo wyruszycie, jest zgoła inny. Opowiem wam dzisiaj trochę legend, mitów i pewnie trochę w tym wszystkim faktów – należy się wam. Co jest z tego prawdą wiedzą tylko starzy bogowie.
Ale co mi tam.
...
Setki lat temu ta kraina była domem dla niezliczonych istnień, ale wyniszczające wojny, które przyszły z Północy, a wcześniej z Zachodu Beredunu, zniszczyły ją doszczętnie, a ludność zdziesiątkowały. Jesteśmy cieniem tego co było i staczamy się w epokę barbarzyństwa. Niektórzy odważniejsi, co życie im niemiłe, mówią, że to wina nowych bogów, którzy zstąpili na ziemię, przynosząc jedynie ciemne wieki.
...
W wyniku tych wojen dawna Tragonia oraz Święty Las Leredeon przestały istnieć, a jakby tego było mało, starzy bogowie, w swym gniewie, pokarali ludzkość w miejscu, gdzie to wszystko się zaczęło. A może to nie oni, tylko to wściekła na nas natura?
...
Nie jestem jakoś szczególnie wierzący, no ale mówią, że bogowie w gniewie przepołowili ziemię, wydobywając na świat rzeki ognia i trzęsienia, które pochłonęły cały Zachód. W miejscach gdzie było morze, wyrosły nieprzystępne góry, a lądy zostały zalane i zniszczone. Dobrze, że Karabak jest daleko od tego cholerstwa. Później dymy i trujące opary zdziesiątkowały kolejne narody. Jakby tego było mało, chwilę później przyszedł następny cios, czyli Zaćmienie, które trwało przez długie lata. Od Zaćmienia datujemy nasz kalendarz, teraz już wiecie dlaczego. Hah! Dziś mamy jesień roku 214 Po zaćmieniu, więc łatwo to wszystko policzyć…Po tym wydarzeniu chłopcy wrócili do Białej Osady nie zapominając o widoku którego byli świadkami. Naturalnie po tym wszystkim ziemia przestała rodzić owoce. Natura i bogowie odwrócili się od nas, a fale głodu, rozłamy sojuszy, nowe frakcje, wojny domowe i inne kataklizmy, które zrujnowały te wspaniałe kiedyś krainy, przeszły przez świat niczym huragan i zostawiły tylko zgliszcza. Kiedyś tak zwana Sroga Północ, najbardziej wysunięta północna prowincja dawnej Arkanii, obecnie nazywa się Rejonem Skazy, czy też Wyżyną Karabaku i należy do Delidii.
...
Świat, jaki istniał kiedyś, umarł, nie istnieje – jest złym miejscem, pełnym demonów i potworów, szalonych władców, państw-miast, które powstają i upadają, okrutnej magii i wszechobecnego niewolnictwa, gdzie słaby jest nikim. W tym wszystkim ludziom może słusznie się wydawać, że jedynym ratunkiem jest Światło Wiecznej Delidii.
...
Niektóre legendy mówią, że był jeszcze jeden bóg. Bezimienny Bóg, Praojciec. To już było Po Zaćmieniu.
...
Przybył on z Północy, a służyły mu stalowe demony, które potrafły rozbijać najtwardsze mury ludzkich fortec, a żadna ludzka magia, potężna w tamtych czasach, się ich nie imała. Mówi się, że to właśnie on zniszczył odwieczny Leredeon, siedzibę elfów, pełny ich pięknych, srebrnych miast i ukrytej w nich tajemnej wiedzy. Te elfy z Leredeonu, które przetrwały, odeszły na południe, a te, które pozostały, zasymilowały z ludzką rasą w miastach, mieszając się z nimi i osłabiając swoją krew. Do dziś elfy są niechętnie widziane przez kościół Delidii i inne kulty. Niektórzy obwiniają elfy za wszelkie zło świata. A to, że studnie zatruwają, albo że uroki rzucają i inne takie pierdoły. Bezimienny Bóg odszedł tak jak się pojawił, a mało która księga mówi w ogóle o tym fakcie – wiecie, tak jakby nie istniał. O imieniu, jeśli takie istniało, nie ma nic. Sam osobiście przetrząsnąłem dziesiątki manuskryptów na ten temat, ale nie znalazłem o tym nawet jednej wzmianki. Jakby ktoś je wymazał. A przecież nawet bogowie nie przychodzą sobie ot tak i nie odchodzą!
...
Ale Leredeon nie istnieje – to jest pewne. Z resztą ty Kejn, jesteś na to żywym dowodem, mieszkałeś tam i pewnie wiesz, że żyjecie tam jak zwierzyna łowna dla łowców niewolników. Niektóre kościoły rzeczywiście wierzą, że wszyscy bogowie pochodzą od jakiegoś Praojca, ale mówi się, że ten świat go na tyle zbrzydził, że odszedł i wróci, kiedy ludzkość znów się odrodzi. Drażliwy temat.
...
...
Jest jeszcze jedna rzecz. Kolejna cholerna legenda. Jak się domyślacie nic dobrego, hę? Wraz z Zaćmieniem, a może już wcześniej, podczas wielkich wojen, na świat przedostało się pradawne zło. Niektórzy nazywają je Koszmarami, inni Cieniami. Są to stwory z innego świata, w których nie ma życia, ani śmierci. Kapłani mówią, że ich osłoną jest mrok, ale potrafą też poruszać się w świetle dnia. Mówi się, że Cienie można spotkać w złych i splugawionych miejscach, ale także pośród wyjątkowo złych ludzi. Są tacy, którzy posługują się ich mocą, aby odnosić własne korzyści – są to tak zwane Kulty Cienia. Przynajmniej dwa z nich są znane, to jest „Bractwo Cienia” oraz „Znak Nicości”. Faktem jest, że mają potężną moc i są inteligentne, potrafą opanować ciało i duszę. Potrafą przyjąć też dowolny kształt, a żywią się ludzkimi emocjami. Ci, którzy z nimi bytują, czynią ogromne zło – ponoć każdy kontakt z nimi przynosi komuś cierpienie i ból. A to kogoś opęta szaleństwo, a to ktoś popełni okrutną zbrodnię.
...
No a później, już za czasów mojego ojca, na Północy pojawiła się ta cholerna Plaga. Kraj będący kiedyś Norishią, obecnie jest krainą opanowaną przez nieumarłych, których władcą jest istota zwana Królem Kości. Życia tam nie znajdziecie i nie ważcie się tam kiedykolwiek kierować waszych oczu, bo dołączycie do jego armii. To nie jest historia do straszenia niegrzecznych dzieci, tylko najprawdziwsza prawda. Kiedyś miałem okazję widzieć nieumarłego i lepiej, żebyście tego nie doświadczyli. Wędrowcy mówią, że Plaga z każdym rokiem się rozszerza i kiedyś dojdzie aż tutaj.
...
Zapytacie, że skoro jest tak źle, to czemu ludzie zgadzają się na to wszystko i nie przepędzą w diabły tych wszystkich bogów i ich kapłanów?
Wiecie, Delidia, Malakus i inni bogowie toczą na swój sposób walkę z Kultami Cienia i Plagą umacniając dzięki temu swoje panowanie. Są jedyną szansą dla niektórych krain. Co wy byście zrobili, gdyby wasz lud stanął w obliczu zagłady, a żyjący bogowie wyciągnęli swoją pomocną dłoń?
...
Niestety ci przeklęci bogowie wymagają od swoich wiernych bezkresnego oddania, a ich imperia ciągłego rozrostu poprzez kolejne podboje i rozszerzanie niewolnictwa. Widzieliście Karawanę Łez - idą za tym niezliczone ofary, a ci, którzy przeżyją, tworzą całe pokolenia przyszłych niewolników.
...
Rozpalcie ognisko. Przenocujemy tutaj, a rano zabieramy się z powrotem do Białej Osady. Zima idzie. Czuję to w kościach.”

Imperium Delidii zwanego Dominium Ambardu

Dalinar długo rozmyślał o starych Bogach, którzy byli wyznawani na świecie przed Delidią i wypytywał o to Ragna. Ten opowiedział mu o panteonie bóstw oraz o wartościach jakie sobą reprezentowali dla ludzi z poprzedniej epoki. Temat ten odtąd zaczął kiełkować w głowie Dalinara i postanowił on poszukać osób, które mogłyby przybliżyć mu starą wiarę, w którą przecież wierzył jego rodzony ojciec.

W trakcie ich pobytu w Białej Osadzie miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, którego znaczenia nie zrozumieli. Pewnego dnia do Ragna przybył wędrowiec, którego dobry strój rzucał się w oczy. Bracia domyślili się, że musi on pochodzić z dobrego rodu, którego było stać na takie ubrania. Został im przedstawiony jako Anton i Rang zaprosił ich na obiad, który mieli razem spożyć z nowym przybyszem. W trakcie obiadu, Anton wypytywał ich o pochodzenie i przeszłość, jednak bracia pomni wskazówek Ragna, nie dzielili się informacjami zbyt szczodrze. Wydawało im się, że ten krótki czas spędzony z wędrowcem, był swego rodzaju testem, którego rezultat mieli poznać w późniejszym czasie.

Kolejne tygodnie upływały na nauce i oczekiwaniu na zakończenie mroźnej zimy, a tuż po niej, na braci czekała nie lada niespodzianka. Ragn, po sprawdzeniu, że szlaki zaczęły być przejezdne, poinformował ich, iż nadszedł czas, aby przygotowali się do dorosłego życia oraz wyszkolili się zgodnie ze ścieżkami, które dla siebie wybrali. Młody miał wyruszyć z Antonem do klasztoru, w którym miał dowiedzieć się więcej na temat amuletu, który wypalił się w jego piersi. Anton, jak się okazało, jest bratem ich przybranego ojca Roberta i jego wcześniejsza wizyta nie była przypadkowa. Igo miał udać się do Górskiego Gryfa, aby szkolić się na czarodzieja, a Kejn, wraz z Dalinarem, mieli, razem z karawaną, udać się do Karhanu, miasta najemników, aby podnieść swoje umiejętności w walce bronią. Wszyscy zobligowali się do stawienia w Białej Osadzie równo za 7 lat, aby połączyć ponownie swoje siły i odcisnąć swoje piętno na tej mrocznej krainie...



Kroniki IV: Koniec dzieciństwa (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 215-222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Karhan - miasto-państwo najemników.


Poniższe zapiski znalezione zostały kilka lat po śmierci Dalinara.

Postanowiłem opisać moje losy po opuszczeniu Białej Osady, aby historia, którą przeżyłem, przyczyniła się do rozpropagowania wiedzy o Azgadorze, znanym w naszej krainie pod imieniem Vergen. Sam zostałem kapłanem tego boga, uznając tą służbę za jedyne światełko, które mogło rozproszyć mrok Delidii w Karabaku.

Moja podróż razem z Kejnem do Karhanu trwała kilka tygodni. Karawana wolno pokonywała kolejne kilometry, a my spędzaliśmy czas razem, zastanawiając się jak się potoczą nasze dalsze losy. Póki co życie nas nie rozpieszczało i po każdym dobrym okresie następowała tragedia, która ponownie doświadczała nas nawet bardziej niż poprzednie. Tym razem wiedziałem, że nasz los spoczywa tylko i wyłącznie w naszych rękach. Mieliśmy udać się do miasta, aby pod okiem Variusa nauczyć się walczyć, a w moim wypadku również, aby dowiedzieć się więcej o Starych Bogach, których ludzie wyznawali przez Zaćmieniem.

Varius jest byłym niewolnikiem, który odsłużywszy 10 lat w Bractwie Wojny i zdobyciu konkretnego majątku, założył szkołę najemników zwące się Bractwem Variusa. Bractwo jest zrzeszone w KZKN (Karhańskie Zjednoczone Kompanie Najemników), które zrzesza również 41 innych bractw, które są zbyt małe, aby mogły walczyć o licencję i kontrakty rozdawane przez Kościół Delidii. Kompania liczy, razem z Variusem, 83 najemników: Pierwszą Kohortę (24 osoby), Drugą Kohortę (24 osoby), dwóch mistrzów na terenie szkoły oraz tzw. Białę Kohortę, w której skład wchodzi 32 najemników, których część to niewolnicy, a część wolni ludzie. Biała Kohorta jest używana do ochrony szkoły i zabezpieczenia interesów Variusa na terenie Karhanu. Budynek szkoły nosi nazwę Areny Variusa. Jest to kompleks kilku budynków połączonych podziemiami, gdzie znajdują się kwatery niewolników i w osobnej części ludzi wolnych. Centrum kompleksu to mała, okrągła, piaszczysta arena, na której każdego dnia wylewają swój pot i łzy ludzie Variusa. Ćwiczą szermierkę, strzelanie, walkę grupową. Jest też tor przeszkód, zwany Spacerkiem Variusa, który trzeba przejść, aby zakończyć szkolenie i zostać członkiem Bractwa. Zaczyna się wspinaczką na mur, później jest bieg na czas i zejście na arenę, na której rozstawionych jest kilka niespodzianek, takich jak ruchome ostrza, worki z kolcami, zestaw lin, schodków, a na samym końcu czeka kilku członków Bractwa, z którymi trzeba wytrwać w walce jak najdłużej.

Moim mistrzem został Kolos. Polubiłem go od razu. Ten stary mistrz i weteran wielu wojen kulał na jedną nogę, a mimo to kładł w walce jeden na jeden prawie każdego. Posługiwał się tarczą i włócznią, ale w zasadzie dobrze sobie radził z każdą bronią. Kolos był trochę niższy niż Graham z Białej Rzeki. Był za to konkretnie szerszy w barach, a mimo wieku, jego mięśnie były twarde jak kamień. Jego styl walki polegał na brutalnej sile, nie bawił się w finezję, i niezwykłej defensywie, z której wychodząc zaskakiwał przeciwników za każdym razem. Jeśli Robert, mój ojciec, był moim pierwszym mistrzem fechtunku, a później Jaromir, to Kolos był egzaminatorem i genialnym prowadzącym, który pokazał mi całą resztę.

Później poznałem Teodora, kwatermistrza szkoły. W zasadzie niepozorny człowieczek, dosyć niski, ale potrafił zmęczyć Kolosa do tego stopnia, że ten uznawał remis. Teodor miał największą wiedzę na tematy odległych miast i krain. Znał historię Karhanu i Karabaku jak mało kto. No i był ukrytym kapłanem Vergena – to on wtajemniczył mnie w arkana Starych Bóstw. Wiara w Vergena zainspirowała mnie na tyle, że poszedłem tą drogą. Religia ta, tak jak inne Stare Wiary, istnieje w ukryciu, ale ciągle się rozszerza, wraca do swojej świetności. Karhan to idealne miejsce dla wyznawców Vergena, a są ich setki. Zacząłem swoją służbę po święceniach jako Pokorny Brat, z kopią Szarej Księgi, w której odnalazłem odpowiedzi na prawie wszystkie pytania, i świętym medalionem Vergena, który wygląda jak zwykły krążek z żelaza, bez żadnych symboli. Tylko wybitny kowal pozna się, że jest to gwiezdny metal, a nikt, kto nie jest członkiem kościoła Vergena, nie otworzy amuletu i nie zobaczy graweru szabli i księgi w środku. Teodor jest kapłanem III rangi, zwany Bratem Białym, i jest on mym jedynym kontaktem w Karhanie.

Oprócz szkolenia z Kolosem, gdy nasze umiejętności zaczęły na to pozwalać, zaczęliśmy wykonywać proste zadania dla Variusa. Z początku nie było to nic skomplikowanego, ale gdy już po 5 latach oficjalnie zakończyliśmy szkolenie, Varius zlecał nam również trudniejsze misje. Zauważyłem, że Kejn naprawdę wprawił się w posługiwaniu łukiem oraz sztyletami, co, w połączeniu z moimi typowo bojowymi umiejętnościami, dawało ciekawą kombinację. Odniosłem wrażenie, że Kejn w tym czasie pogrążył się nieco w mroku i z chęcią przyjmował zlecenia, gdzie zadaniem było zlikwidowanie wskazanej osoby. Ja również czasami mu w tym pomagałem, jednak nie przepadałem za tym rodzajem zleceń. Wolałem, gdy na przykład mieliśmy za zadanie ochraniać kogoś, czy też nieco go nastraszyć.

W ciągu tych prawie siedmiu lat całkiem nieźle poznaliśmy miasto oraz jego półświatek, jednak nigdy nie zapomnieliśmy o swojej przeszłości i obietnicy złożonej w Białej Osadzie.

Gdy nadszedł czas, z chęcią się spakowałem i wyruszyliśmy do uzgodnionego miejsca spotkania. Wiedziałem, że to najwyższy moment, aby bracia de Vries połączyli siły i odpłacili się za krzywdy, które spotkały ich razem oraz każdego z osobna…



Kroniki V: Powrót do Białej Osady (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Marzec, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.


Razem z Kejnem ruszyliśmy szlakiem do Mar-Margot. Postanowiliśmy, że tam się spotkamy z Igo, który, jak pisał w liście, planował tam się zatrzymać na chwilę, zanim ruszy dalej do Białej Osady. Jednak zanim dotarliśmy do Mar-Margot, spotkała nas miła niespodzianka – w jednej z przydrożnych karczm oczekiwał nas Gniewomir. Z jego opowieści wynikało, że ostatnie lata spędził w jakimś tajemniczym klasztorze, gdzie został mnichem. We trójkę udaliśmy się do Mar-Margot do karczmy „Ogon Gryfa”, na spotkanie z Igo.

Zgodnie z naszymi ustaleniami Igo czekał tam na nas. Tak więc po długich siedmiu latach bracia de Vries połączyli się ponownie. Naszą pierwszą wspólną noc spędziliśmy na opowiadaniu, gdzie przebywaliśmy i co udało nam się osiągnąć oraz na małym świętowaniu… Igo powrócił do nas jako wyszkolony mag, jednak z tego co zrozumiałem, póki co nie miał zbyt wielu okazji, żeby wykorzystać swoje nowo nabyte umiejętności. Podobnie z Gniewomirem, który w Śpiącym Klasztorze przyjął nowe imię Tsume. On za to, razem z Antonem, udał się do tajemnego klasztoru, gdzie poznał historię swojego amuletu oraz studiował starodawne skrypty. Członkowie tego klasztoru twierdzili, że świat został stworzony przez Śpiącą Boginię, która istniała przed wszystkimi bogami. Co ciekawe każdy z mnichów tego klasztoru miał swoistą misję, aby szukać pewnego artefaktu, który nazywali Włócznią Przeznaczenia. Według Tsume dzięki tej włóczni będą w stanie przebudzić Śpiącą Boginię…

Po tej pełnej emocji nocy i uzupełnieniu zapasów ruszyliśmy w drogę. Namówiłem pozostałych, abyśmy po drodze weszli do Bezimiennego Klasztoru Sierot. Chciałem po tych wszystkich latach spojrzeć na to miejsce i przypomnieć sobie spędzony tutaj czas. W trakcie mojego szkolenia w Karhanie, myślałem o tym miejscu i śmiertelnych praktykach, które się tutaj odbywały. Nigdy nie chciałem ratować świata, jednak zniszczenie tego Klasztoru postawiłem sobie za cel.

Gdy dotarliśmy do Białej Osady, czekały na nas kolejne niespodzianki. Zatrzymaliśmy się w karczmie „Pod Dębem”, którą w dalszym ciągu prowadził Ian. Jak się okazało, pomimo upływu czasu, rozpoznał nas i miło przywitał. Podzielił się jednak niepokojącymi wieściami. Biała Osada zmieniła właściciela. Jakiś czas temu Vernir został zmuszony do oddania praw własności do niej na rzecz barona Friedricha von Baumana, który uzyskał te włości od Kościoła Delidii jako lenno. A kilka tygodni temu w osadzie zjawili się nieznani jeźdźcy, którzy zabrali Vernira z jego domu i słuch po nim zaginął.

Bardzo nam zaniepokoiły te wieści i postanowiliśmy przeprowadzić dochodzenie, aby lepiej się zorientować w sytuacji. Dzięki rozmowom z Celestą, Ianem i Grahamem, dowiedzieliśmy się, że Vernir ostatnimi czasy próbował zorientować się co się stało z majątkiem naszych rodziców. Odbył spotkanie w Mar-Margot z niejakim Kościejem, ale wrócił stamtąd poturbowany i mocno zaniepokojony. Rzadko opuszczał swój dom i najwyraźniej przygotowywał się do czegoś. Dwa dni po powrocie Vernira, osadę opuścił również krasnolud Marcus, który razem z Vernirem należał do Zakonu Krwi Atolla. Niedługo później, w nocy, Vernir został porwany ze swojego domu, a baron kilka tygodni później wyznaczył nowego sołtysa na jego miejsce, który zwał się Ranfeld.

Postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się nowemu sołtysowi i przeszukać stary dom Vernira. Aby nie wzmagać podejrzeń wobec nas opuściliśmy Osadę i udaliśmy się do Grahama, a Kejn pod osłoną nocy zakradł się do domu sołtysa i go przeszukał. Za pierwszym razem nie udało mu się znaleźć niczego interesującego, oprócz pękatego mieszka złota, którego nie omieszkał zabrać. Celesta w trakcie jednej z rozmów wspomniała, że widziała u Vernira książkę, która mogła być jego pamiętnikiem, ponieważ czasami notował tam coś, gdy był sam, ale zawsze ją zamykał, gdy ktoś pojawiał się w pobliżu. Kejn wzbogacony o tą wiedzę, ponownie zakradł się do domu sołtysa i udało mu się znaleźć wspomniany pamiętnik. Niestety, najwyraźniej ktoś wyrwał z niego wszystkie zapisane kartki i nie dowiedzieliśmy się co mógł zawierać. Sam ten fakt posłużył nam jako wskazówka, że być może Vernir, przed ujęciem, pozbył się swoich notatek, aby nie wpadły one w niepowołane ręce. Teraz musieliśmy zdecydować co robić dalej. Mogliśmy udać się do Mar-Margot w poszukiwaniu Kościeja, złożyć wizytę baronowi lub też delikatnie „przesłuchać” nowego sołtysa…



Kroniki VI: Pamiętnik Vernira (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Koniec marca, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.


Początkowo nie mogliśmy dojść do porozumienia, jednak suche fakty przemawiały za tym, aby opuścić Białą Osadę i poszukać Kościeja w Mar-Margot. To on był naszym łącznikiem z Ragnem i ostatnimi wydarzeniami, o których usłyszeliśmy. Zanim jednak wyruszyliśmy, chcieliśmy sprawdzić ostatni trop. Dotyczył on osoby, z którą rozmawiał Ragn przed wyjechaniem na spotkanie z Kościejem w Mar-Margot. Wypytaliśmy o niego karczmarza Iana, jednak ten śliski krętacz nie chciał się przyznać, że zapamiętał tego jegomościa. Pomimo naszych podejrzeń, nie chcieliśmy wzbudzać większego zamieszania w osadzie i szukaliśmy innych osób, które mogły cokolwiek zauważyć w karczmie. Na naszej liście znalazł się ochroniarz Norman oraz miejscowy pijak, który zazwyczaj przesiadywał tutaj wieczorami, Olaf. Zakupiliśmy dzban piwa i porozmawialiśmy z Normanem i dniu sprzed paru miesięcy. Mieliśmy szczęście, gdyż zapamiętał on nieco z tej rozmowy. Partnerem Ragna w karczmie był jakiś kupiec ubrany w niebieski strój, który następnie udał się na zachód od Białej Osady, a więc w kierunku przeciwnym do Mar-Margot. Wspomniał on również, że nazywał się Arturo, ale tej informacji nie był pewien. Udało nam się to potwierdzić również z Olafem, który podsłuchał kawałek rozmowy Ragna i Arturo, a wspominali oni w niej o niejakim Kościeju. To nas tylko upewniło, że powinniśmy wyjechać i poszukać starego druha Ragna.

Spakowaliśmy się i ruszyliśmy na szlak, jednak Vergen nie pozwolił nam jeszcze opuścić osady. Przy granicy osady, ukryty w lesie, czekał na nas sołtys wraz z dwójką swoich ochroniarzy, skrytych obok Drzewa Powitalnego, znajdującego się u wjazdu na teren Osady, która celowała do nas z kuszy. Chciał on odzyskać pewien mieszek, który Kejn pozwolił sobie przywłaszczyć przeszukując dom sołtysa. Początkowo Kejn się wypierał, jednak sołtys domyślił się, że czegoś szukaliśmy w jego domu, a sam, obawiając się, że zostanie ukarany przez barona za niedopilnowanie należnego mu złota, zgodził się, abyśmy wymienili wspomniany mieszek na możliwość spokojnego poszukania własności Ragna. Przystąpiliśmy na tą propozycję i razem z Kejnem oraz Igo, w towarzystwie sołtysa, poszliśmy do jego domu. Tam jeszcze raz, tym razem wszyscy, przeszukaliśmy biblioteczkę oraz inne pomieszczenia. Tylko łaskawości Vergena zawdzięczam, że w ostatniej chwili zdecydowałem się zabrać pusty pamiętnik Ragna z biblioteki. Jak się później okazało, było to kluczowe w naszych poszukiwaniach. Jednak w tym dniu nieco rozczarowani opuściliśmy dom sołtysa, lżejsi o mieszek, jednak bez uszczerbku na ciele. W trakcie drogi do Mar-Margot opracowywaliśmy w jaki sposób moglibyśmy się komunikować, tak aby ukryć nasze sygnały przed rozmówcami. Uznaliśmy, że taki sposób komunikacji może nam się przydać w przyszłości. Jako podstawę do niego wykorzystaliśmy nasze znaki, które poznaliśmy w kompanii najemników w Karhanie.

Po przybyciu do Mar-Margot, ponownie zatrzymaliśmy się w karczmie „Ogon Gryfa” i opracowaliśmy plan na następne kilka dni. Ja miałem udać się do kapłanów Vergena i sprawdzić czy będą nam w stanie pomóc w poszukiwaniach Kościeja, a pozostali mieli szukać krasnoluda Marcusa.

Kapłan Maksymilian obiecał wspomóc nasze poszukiwania Kościeja i rozesłać wici do wyznawców naszego boga w Mar-Margot, jednak miało to potrwać kilka dni czy też tygodni. Przy okazji zapytałem go o możliwość wykonania jakiegoś zadania dla świątyni. W sumie nie śmierdzieliśmy groszem, a być może zadania takie skłoniłyby moich braci, żeby nieco więcej uwagi przykładali do wiary, o której im opowiadałem. W trakcie mojego pobytu w świątyni pochłonęły mnie modlitwy, a w ich trakcie miałem pewną wizję. Wydawało mi się, że Vergen chce zwrócić moją uwagę na księgę, która okazała się być Szarą Księgą. Nie rozumiałem tej wizji, jednak spodziewałem się, że prędzej czy później zostanie mi to objaśnione.

Tak też się stało. Wieczorem, gdy omawialiśmy co udało nam się dowiedzieć, tknięty przeczuciem, przeglądałem pusty pamiętnik Ragna i poprosiłem Igo, aby jeszcze raz sprawdził, czy czasami nie użyto w nim jakiegoś rodzaju niewidzialnego atramentu. Rozwiązanie okazało się być jeszcze prostsze… Na pierwszej stronie, która pozostała, po dokładnym przyjrzeniu się, można było zauważyć drobne, odbite ślady pisma. Delikatne kartki książki spowodowały, iż ostatnia strona pamiętnika odbiła się i Igo wykorzystując starą sztuczkę skrybów, odzyskał zapisany tam tekst. Brzmiał on tak jak poniżej.

[pismo spokojne, dokładne] Kościoła. Chociaż to jest duża niewiadoma, bo to sprytne skurwysyny.
Nie widzę też motywu. Kościej to stary i sprytny gnat – nie mogę mu ufać – ale jest mi winien
przysługę, a on należy do tych co zawsze spłacają długi. Jutro wyjazd.


[chaotycznie] Pułapka. Pułapka. Pułapka!!!!! Stary durniu durniu!!!!!!!!!!!!!!!! Jak moo

[spokojniej] Mija dzień od powrotu. Rana się goi. Miałem szczęście. Kościej zdradził – nigdy bym
nie pomyślał. Znamy się 20 lat.


[spokojnie] Jest drugi dzień. Myślę, że będzie już spokojnie. Na wszelki wypadek odszedłem
od mojej ukochanej – nie przeżyłbym, gdyby coś jej się stało.

Do rzeczy. Fakty są takie, że nie mieli szans mnie rozpoznać – primo: w Mar-Margot nikt
nie zna Vernira, oprócz Kościeja. Kościej zna Vernira z II brygady Trabeńskiej. Kościej nie wie
gdzie mieszka Vernir – może co do niego się pomyliłem, ale Arturo by mu mnie nie zdradził.
Nie miałby nawet okazji, bo wyruszał na zachód, a ja ruszyłem niezwłocznie do miasta.
Secundo – gdyby mnie śledzili, to już by mnie znaleźli. Zgubiłem trop, jak mi starzy bogowie mili.
Fakt #1 bezsprzeczny jest, że Kościej zdradził z własnej woli – albo nie miał wyjścia i musiał
zdradzić. Faktem #2 kluczowym jest, że coś w tym wszystkim śmierdzi, bo ewidentnie chciał
wybadać skąd znam tę sprawę. Fakt #3 jest taki, że zapytał mnie czy przysłał mnie Camaral,
żeby sprawie uciąć łeb.
Skoro chciał mnie wybadać i pytał o takie sprawy, to gówno wie. #4 Nie ma pojęcia kto
mnie przysłał. Muszę pomyśleć.

Marcus wyjechał wczoraj. To był chyba dobry ruch, ale może pochopny. Jednak ostrożności
nie zawadzi – wszyscy wiedzą, że to mój najbliższy przyjaciel, mimo że krasnolud.
#5 Brodaty mówił, że Camaral to ten czarny skurwiel, łowca nagród i żebym się w to
nie mieszał. #6 Jestem za stary, żeby do niego się zbliżyć, bo nikt takiemu dziadowi z brzucholem
nie da zlecenia. #7 Camaral rozmawia tylko ze swoimi porucznikami, kolejna sprawa.
#8 Gdybym miał kilku młodszych, bitnych chłopaków, mógłbym go podejść! #9 Marcus mówił,
że gdyby zdobyć jego zaufanie, to można by go jakoś rozegrać sprytnie. Tak, żeby ten cholerny
mięśniak coś sypnął – to jest kluczowe! To chyba mój ostatni świadek i szansa. Zastanowię się.

Przez chwilę miałem głupią myśl – na wiosnę przybędą chłopaki. Jak im to powiedzieć,
żeby ich nie narażać?
Może spróbuję ich tam jakoś zaczepić, żeby zarobili trochę na siebie i nabyli doświadczenia?
A potem, kiedy już będą wyżej w hierarchii, powiem im całą prawdę i sami docisną kapitana?
Muszę pozostawić to w tajemnicy, bo chłopaki gotowi pójść na żywioł, a to nie o to chodzi.
Szczególnie Kejn albo Dalinar, oni mogą chcieć szybkiej zemsty. Nie rozumieją… Ale jest to plan!

Do diaska. Jak mogłem być takim idiotą. To są dzieci. W dodatku Roberta.
Nie.
Załatwię to po swojemu, mam jeszcze trochę znajomości.

Najpierw pójdę do_____________________________________________________
[chaotyczna kreska w dół do końca kartki]


Teraz już wiedzieliśmy, gdzie mamy się udać i jaki powinien być nasz plan. Kapłan Maksymilian wspominał mi o człowieku imieniem Justus, który był członkiem Towarzystwa Kupieckiego i który był dobrze zorientowany w działających na terenie Mar-Margot kompaniach najemników, czy też łowcach nagród. Z samego rana udaliśmy się do niego, aby wypytać, gdzie będziemy mogli znaleźć wspomnianego Camarala. Nie chcieliśmy zdradzać naszego prawdziwego celu, tak więc początkowo wypytywaliśmy o możliwość zatrudnienia w kompaniach najemników. Justus polecił nam jedną z większych w mieści, zwaną Białą Kompanią. Jednak dowiedzieliśmy się również, gdzie znajdziemy owianych złą chwałą Camaralczyków. Udaliśmy się w oba miejsca, aby zorientować się jakie mamy możliwości.

W karczmie, w której przebywali Camaralczycy, zagadałem do karczmarza, aby wskazał mi kogoś, kto zajmuje się rekrutacją do grupy. Podszedł do nas porucznik Torsten. Mężczyzna ten odziany w znoszoną zbroję, sprawiał wrażenie zaprawionego w boju. Jednak okazało się, że nie wszyscy mogą współpracować z Camaralczykami, ponieważ najpierw trzeba przejść pewien test. W podziemiach karczmy znajdowały się dodatkowe pomieszczenia, w których przesiadywali członkowie grupy oraz mała arena. Mieliśmy najpierw udowodnić swoje umiejętności w walce. Tuż przed walką wezwałem Vergena, aby udzielił nam swojego błogosławieństwa. Wsparty jego mocą, jako pierwszy udałem się na arenę. Moim przeciwnikiem był całkiem zręczny najemnik, jednak po początkowym okresie, gdy starałem się go wybadać, przystąpiłem do ataku i potężnych ciosem powaliłem go, a Torsten przerwał walkę. Następną osobą był Kejn, a jego „pojedynek” trwał jeszcze krócej. Jego przeciwnik już na początku walki się odsłonił, a Kejn szybkim ciosem prawie złamał mu nadgarstek drewnianym mieczem. Widząc to, Torsten zatrzymał walkę i zrezygnował ze sprawdzania umiejętności Tsume. Ostatnim z naszej grupy, który miał udowodnić swoje umiejętności był Igo. Sami byliśmy ciekawi czego się przez te lata nauczył i nie zawiedliśmy się. Igo wypowiedział kilka słów, a z jego dłoni wystrzeliły ognie, które spopieliły treningowego manekina.

Jak się okazało nie był to jedyny test, który na nas czekał. Mieliśmy wrócić do Torstena wieczorem, aby podejść do jego drugiej części…