Kroniki I: Z deszczu pod rynnę, czyli Bezimienny Klasztor Sierot (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Lata 210-211 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Południowy kraniec miasta Mar-Margot, Bezimienny Klasztor Sierot.


Pobyt Dalinara w domu ciotki Margaret nie trwał długo. Od początku dało wyczuć się chłód w słowach siostry Julii, która pomimo okazywanej na zewnątrz troski, raczej nie darzyła sympatią przybranych dzieci de Vries. Niejasnością nie było końca i pomimo usilnych pytań nikt nie był w stanie wytłumaczyć jak doszło do pożaru oraz co się stanie z kasztelem rodziców. Już po kilku tygodniach Margaret oznajmiła, że ich dom nie jest w stanie pomieścić dodatkowych czterech osób i chłopcy muszą się przenieść do Bezimiennego Klasztoru Sierot, którym opiekują się mnisi bogini Delidii. Dalinar odwiedzał go kilka razy wraz z Robertem, ale nigdy tak naprawdę się nie przyglądał jak wyglądało życie podopiecznych klasztoru.

Bezimienny Klasztor Sierot - mapa poglądowa

Jak się okazało, w następnych miesiącach miał się o tym przekonać na własnej skórze. Przeorem klasztoru była Carmilla, która była piękną kobietą, noszącą wyzywające stroje, kłócące się z wyobrażeniem o kapłankach. Carmilla przyjęła chłopców do klasztoru zachowując uprzejmość, która wynikała z faktu, iż byli podopiecznymi Margaret, która bądź co bądź miała wysoką pozycję w radzie miasta Mar-Margot. W przeciwieństwie do pozostałych podopiecznych, zostali ulokowani w Górnym Zamku, gdzie swoje pokoje mieli również żyjący tam kapłani. Ten fakt nie umknął uwadze pozostałych dzieci, zamieszkujący tzw. Dolny Zamek i spowodował, że od początku nie darzyły one czwórki de Vries sympatią.

Początkowo pobyt w klasztorze można było określić jako znośny, ale sprawy dopiero miały się skomplikować. Chłopcy zostali poinstruowani, że muszą się odwdzięczyć za swój pobyt modlitwą i pracą na rzecz klasztoru. Zajęcia, którymi parały się dzieci były przeróżne, od szycia ubrań, do wypalania cegieł – sierociniec posiadał swoją szwalnię i piece do wypalania cegieł. Pierwszą oznaką, że nie wszystko będzie się układało, była sytuacja z Gordonem. Jeden z braci Dalinara, znużony kolejnymi modlitwami, zakwestionował sens tych działań oraz nie okazał szacunku bogini Delidii, co spotkało się z natychmiastową reakcję Gordona. Mnich, nie zważając na pozostałych braci, kijem powalił Młodego, tak iż stracił on przytomność. Dalinar od razu rzucił się na Gordona w obronie brata, ten jednak niedbałym ruchem zrzucił go z siebie i również potraktował kilkoma razami. Cała czwórka była w szoku, ponieważ Robert i Julia nie używali w stosunku do nich przemocy i nie spodziewali się takiej reakcji na ich słowa. Bracia od razu też postanowili powiadomić o tym zdarzeniu Margaret, jednak okazało się to nie być takim prostym zadaniem. Pomimo kilku listów od chłopców, Margaret nie zjawiała się w klasztorze, a przeorysza usprawiedliwiała te zachowanie koniecznością zajęcia się dodatkowymi obowiązkami jakie Margaret miała objąć w Radzie Miasta. W klasztorze chłopcy poznali również Starego Hara, który wytłumaczył im panujące w nim zasady. Podstawowa zasada dotyczyła bezwzględnie oddawania czci i zgłębiania nauk bogini Delidii.

Dni upływały jeden po drugim, aż pewnego razu przeorysza Carmilla przywołała ich do siebie. Miała do przekazania złą wiadomość odnośnie Margaret. Ciotka zmarła niespodziewanie, a jej mąż nie poczuwał się w obowiązku łożyć na ich utrzymanie. Oznaczało to, iż muszą się przenieść do Dolnego Zamku, gdzie śpią pozostali podopieczni klasztoru. Dzieci nie przywitały ich z otwartymi rękami, a pamiętając o ich specjalnych przywilejach w ostatnich miesiącach, postanowiły się odwdzięczyć. Kończyło się to częstymi bójkami, jednak czwórka de Vries trzymała się razem i nie odpuszczali nikomu w bijatykach. Dodatkowo Dalinar, wraz z braćmi, musiał zapracować na swoje utrzymanie, pomagając przy cięższych pracach w klasztorze. Jedną z nich było czyszczenie zamulonej studni, jednej z dwóch na terenie sierocińca. I to właśnie w trakcie tej pracy chłopcy natknęli się na ciekawe odkrycie. W ścianie studni, tuż nad poziomem mułu, można było zauważyć że mur skruszał i za nim jest jakaś dziura. Ciekawskie chłopaki raz dwa usunęli kamienie i ich oczom ukazał się wąski tunel prowadzący lekko w górę. Od razu zdecydowali się sprawdzić, gdzie on prowadzi, jednak po pobieżnym przeszukaniu przez Kejna, okazało się, że tunel jest długi i stwierdzili że powinni się do tego nieco lepiej przygotować. Zgłosili się na wykonywanie dodatkowych prac przy oczyszczaniu studni, organizując dodatkową lampę oraz linę i wieczorem po modlitwach zeszli do studni sprawdzić dokąd prowadzi tajemniczy tunel.

Początkowo musieli wspinać się przy pomocy liny zamocowanej przez Kejna, jednak po kilku metrach tunel zrobił się większy i można było nim iść będąc wyprostowanym. Ostrożnie przesuwali się do przodu, nie chcąc narazić się na upadek, czy też inne niechciane okoliczności. Jako że Kejn był z nich najstarszy oraz najsprawniejszy, wyznaczał drogę, którą podążała pozostała trójka. Po kilkunastu metrach doszli do schodów, które prowadziły do góry. Nie wyglądało to na przypadkowy tunel. Na szczycie schodów znaleźli dwa korytarze, więc nie zastanawiając się długo, ruszyli pierwszym z nich. Ciemność, w której przebywali, pozwoliła im dostrzec, że przez ścianę przed nimi sączy się strużka światła. Jak się okazało, światło to padało z pokoju przeoryszy Carmilli, a w samym pokoju działy się niezwykłe rzeczy. Przeorysza, wraz z nieznajomym człowiekiem, kotłowała się w pościeli w akompaniamencie głośnych oddechów. Każdy z nich chciał zajrzeć przez dziurkę w ścianie i choć przez chwilkę się temu przyjrzeć, aż ich policzki spłonęły purpurą. Po zaspokojeniu swojej ciekawości, ruszyli dalej, sprawdzając, czy natkną się na równie interesujące sceny. Jednak zamiast miłosnych uniesień, udało im się znaleźć sekretne przejście do jednego z pokoi Górnego Zamku. Przejście to zostało dobrze zakamuflowane i znajdowało się w kominku obszernej sali, w której stał spory ołtarz oraz ławy. Chłopcy obszukali pomieszczenie, szukając jakichś „skarbów”, ale nie znaleźli niczego godnego zabrania. Po kilku dodatkowych minutach, uznali, że czas wracać, żeby nie wzbudzać podejrzeń mnichów. W drodze powrotnej podsłuchali interesującą rozmowę przeoryszy z jej gościem. Wspominała ona w niej, że nie będzie w stanie dostarczyć takiej ilości dzieci jakiej od niej wymagają. Carmilla rozmawiała jeszcze o innych sprawach, jednak młodzi chłopcy nie byli w stanie zrozumieć sensu rozmowy, gdyż poruszała nieznane im aspekty interesów dwójki kochanków. Po podsłuchaniu przeoryszy, postanowili wrócić do swojego pokoju, a eksplorację kolejnego korytarza zostawić na następny dzień.



Kroniki II: Ucieczka do Białej Osady (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Lata 212-213 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Bezimienny Klasztor Sierot, a następnie Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki.


W dniu tym zaplanowane było rozpoczęcie Karnawału Światła Delidii. Z tej okazji w klasztorze zjawiali się okoliczni kupcy, osobistości związane z Kościołem Delidii oraz organizowane były zawody w walce na kije. W zawodach tych mógł uczestniczyć każdy z wychowanków klasztoru, który się zgłosił, a nagrodą była lżejsza praca w następnych tygodniach oraz dodatkowe lepsze wyżywienie. Z czwórki chłopaków de Vries zgłosił się Kejn oraz Dalinar. Oboje chcieli udowodnić swoją siłę i zaimponować pozostałym dzieciom. Igo postanowił kibicować braciom, a Młody awansował na giermka Dalinara. Jednak zanim zawody się na dobre rozpoczęły, chłopcy pomagali, przybyłym do klasztoru kupcom, ładować zakupione towary. Jakie było ich zaskoczenie gdy w jednym z kupców rozpoznali Jaromira, służącego, który pomagał w ich wychowaniu w domu ojca. Poprosił on Igo o pomoc przy wyborze ziół i wykorzystując tą okazję, przekazał im wiadomość. Jaromir zjawił się w klasztorze, żeby zabrać z niego chłopaków, jednak zanim to zrobi, miał dla nich jedno zadanie. Mieli oni mianowicie zlokalizować w klasztorze pokój z księgami rachunkowymi i przepisać jeden z rozdziałów. Oczywiście najlepszą osobą do wykonania takiego zadania był Igo, który miał doświadczenie jako pomocnik skryby, a szczęśliwym trafem chłopcy się domyślili, gdzie można znaleźć wspomnianą księgę. Aby się do niej dostać, trzeba było wykorzystać sekretny korytarz, który eksplorowali poprzedniej nocy. Plan zakładał, że Igo, razem z Kejnem, wybiorą się po zawodach, aby wypełnić powierzone im przez Jaromira zadanie, a Dalinar i Młody będą pilnować roboty przy studni.

Zanim jednak nadszedł wieczór, rozpoczęły się zawody. Już pierwsze walki pokazały wielką zawziętość w poczynaniach Dalinara oraz spore umiejętności Kejna. Oboje wygrali swoje pojedynki i pewnie awansowali do kolejnej rundy. W tym dniu miały się odbyć 4 walki, tak aby uczestnicy walk półfinałowych mogli odpocząć przez noc. Wszystko szło zgodnie z planem i chłopcy awansowali do kolejnych rund, jednak w trakcie dnia nastąpiło małe zamieszanie. Igo, nie chcąc opuszczać klasztoru bez swojego pierścienia, który był w depozycie u Gordona, zapytał go czy mógłby go odzyskać. Gordon wykazał się przychylnością, jednak jak się okazało, pierścień miał wrócić do Igo tylko wtedy, gdyby Dalinar zwyciężył Kejna w bezpośrednim starciu. Jako że przed nimi była faza ćwierćfinałowa, gdzie przeciwników wskazywał „los”, bracia de Vries nie zdziwili się wcale, że to właśnie ich, zrządzeniem losu, postawiono naprzeciwko siebie. Igo, jeszcze przed walką, przekazał im informacje co jest losem tego pojedynku, czym dodatkowo zdopingował młodszego Dalinara. Walka miał arcyciekawy przebieg. Na początku z wyrachowaniem zaatakował znacznie szybszy Kejn i dosyć szybko doprowadził do dwóch trafień. Jeden z ciosów był tak potężny, że Dalinar długo nie mógł dojść do siebie. Okazało się, że to nie tylko go nie zniechęciło, ale wyzwoliło w nim dodatkowe pokłady wściekłości. Dalinar z furią zaatakował Kejna, jakby to był jego wróg na polu bitwy, a nie brat na klasztornym placu. Szaleńczy atak zaskutkował celnym trafieniem i dość nieszczęśliwym potknięciem Kejna, który zaczął kuleć i był zdecydowanie wolniejszy niż na początku pojedynku. Kolejne sekundy walki doprowadziły do zaskakującego zakończenia, bo Kejn, robiąc unik, upadł na jedno kolano, a Dalinar wyprowadził potężny cios, który trafił brata prosto w skroń. Kejn padł jak rażony piorunem bez świadomości. Dalinar, wystraszony nieco swoim czynem, doskoczył, żeby sprawdzić czy Kejn jeszcze dycha, co na szczęście nadal miało miejsce. Dzięki takiemu obrotowi sprawy Igo odzyskał swój pierścień, a Dalinar przez następne tygodnie wspominał przebieg walki z Kejnem rozprawiając o każdym wyprowadzonym ciosie.

Wieczorem, zgodnie z ustaleniami, Igo przedostał się do komnaty z księgami rachunkowymi i przepisał rozdział, o który prosił Jaromir. Sam tekst zapisany był jakimś szyfrem, więc bracia nie dowiedzieli się co w nim było. Jeszcze przed nocą Igo przekazał tekst kupcowi, a ten obiecał, że zabierze ich wszystkich w ostatni dzień karnawału, czyli za dwa dni. Rodzeństwo rozpoczęło przygotowania do ucieczki. Przygotowali nieco jedzenia oraz bukłaki z wodą. Zabrali również siekierkę, która miała im służyć za broń.

Następnego dnia odbywał się pojedynek półfinałowy. Brał w nim udział Dalinar, który podchodził bardzo poważnie do przygotowania. Młody, jako giermek, pomagał założyć skórzany kaftan, który miał zabezpieczać przed zbyt poważnymi obrażeniami oraz opowiadał o słabych stronach przeciwnika brata. Niestety starcie nie potoczyło się po myśli Dalinara i znacznie starszy przeciwnik, wykorzystując różnicę szybkości i zasięgu, doprowadził do jego poddania. Nie zmąciło to jednak dobrego humoru Dalinara, który mógł wspominać wygraną walkę z Kejnem.

Pod wieczór, bracia wybrali się jeszcze, aby eksplorować pozostałe korytarze sekretnego przejścia. Natknęli się tam na niesamowite odkrycie. W podziemiach, za zaryglowanymi drzwiami, które jakimś cudem otworzył Kejn, za pomocą prostych wytrychów, natknęli się na pomieszczenie, w którym porozrzucane leżały ciała dzieci. Smród w pomieszczeniu spowodował, że wszyscy wybiegli na zewnątrz i przez kilka minut targani byli torsjami. Jednak dziwna fascynacja śmiercią, kazała im tam wrócić, żeby to zobaczyć jeszcze raz. Wśród ciał zauważyli kilka osób, które znali, a które według ich wiedzy opuściły klasztor, aby się usamodzielnić. Zrozumieli, że tak naprawdę droga takich osób prowadziła do tego pomieszczenia. Dzieci nie rozumiały, jak takie zło jest możliwe, jednak zrozumiały, że w samym klasztorze, dzieją się rzeczy, od których trzeba trzymać się jak najdalej. Czym prędzej upuścili tajne korytarze i udali się na swoje prycze, jednak nie byli w stanie zasnąć przez całą noc. Następnego dnia wypatrywali Jaromira i swojej drogi ucieczki. Umówionym sygnałem miał być pożar wzniecony w niższej części zamku.

Gdy nadszedł właściwy moment, bracia czym prędzej schowali się na wozie Jaromira w pustych skrzyniach. Jednak chaos jaki wywołał pożar i spora ilość kupców z wozami, przebywająca na terenie klasztoru, spowodowała zator. Wszędzie biegali ludzie, niektórzy by gasić ogień, a niektórzy dobyli broń i szukali podpalacza. Jaromir, który powoził, próbował przedrzeć się pomiędzy wozami, gdy nastąpiło niespodziewane wydarzenie. Młody, stanął pośrodku wozu, a jego amulet, który przechowywał przez cały ten czas ukryty, wręcz pochłonął wszechobecny ogień. Chwilę po tym upadł między skrzynie bez znaku życia, a Jaromir przemknął w kierunku bramy. W kierunku wozu poleciały strzały, jednak bracia ukryli się dobrze w skrzyniach, co zapewnio im względne bezpieczeństwo. Jaromir przez kilka godzin pędził po drodze, oddalając się od klasztoru. Gdy upłynęło jeszcze kilka chwil, wóz się zatrzymał, a bracia wyjrzeli ze swoich kryjówek, aby sprawdzić gdzie się znajdują. Niestety widok bełtu wystającego z pleców Jaromira, uzmysłowił im, że to nie koniec problemów i ratunek, na który tak wyglądali, może się zamienić w kolejny koszmar. Jaromir, ostatkiem sił, powiedział barciom, że ich rodzinny kasztel przepadł, a oni muszą się udać z biegiem Białej Rzeki, aż dojdą do wioski Biała Osada i odszukać tam niejakiego Vernira. Napisał im nawet krótki list, który mieli przekazać osobiście na jego ręce. Niedługo później Jaromir wydał ostatnie tchnienie, a bracia pieszo ruszyli leśną ścieżką we wskazanym przez Jaromira kierunku. Według jego wskazówek, podróż miała im zająć kilka dni i tak też było. Przestraszeni, wygłodniali i zmęczeni, dotarli do młyna wodnego, którego właściciel Harold obiecał pomóc odnaleźć Vernira, a który jak się okazało, mieszkał pod przybranym imieniem Ragn w Białej Osadzie.

Ich pierwsze spotkanie przebiegało w podejrzliwej atmosferze. Pomógł list od Jaromira, który tłumaczył pochodzenie braci de Vries. Jak się okazało, pozostali w wiosce na kilka następnych lat…



Kroniki III: Tajemnica Białej Osady i opowieść Vernira (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Lata 213-215 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki.


W Białej Osadzie bracia przebywali pod opieką sióstr Celesty i Eugenii, razem z trzema innymi sierotami. Ragn, od czasu do czasu, zabierał chłopaków do siebie aby, poznali lepiej Białą Osadę i pomagali przy niezbędnych pracach. O ile siostry zajmowały się edukacją, o tyle ich pozostałe umiejętności, nie mogły się rozwijać. Igo często wspominał o szkole czarodziejów, do której miał się wybrać, aby poznać arkana magii, a co miał obiecane przez Roberta dzień przed pożarem kasztelu. Jednak aktualnie taka wizja wydawała się bardzo odległa. Ragn na wszelkie pytania odnośnie Roberta, jego śmierci, czy też jego znajomości z nim samym odpowiadał, że wszystkiego się dowiedzą w swoim czasie. Powodowało to frustrację u niecierpliwych chłopaków, którzy oczekiwali zdecydowanych działań i konkretnych informacji. Od czasu do czasu Ragn zabierał braci do odległych gospodarstw Białej Osady, aby mieli szansę poznać tamtejszych gospodarzy. Pewnego razu wybrał się z nimi do Grahama. Był on starym znajomym Ragna z czasów, kiedy obaj podróżowali po świecie w poszukiwaniu przygód. Bracia starali się wykorzystać tą sposobność, aby wyciągnąć więcej informacji na temat majątku ich ojca, jednak dowiedzieli się tylko, że sprawa jest mocno skomplikowana i wymaga dalszych starań.

Po dotarciu na miejsce poznali Grahama i jego rodzinę, a nie byli oni typowymi farmerami. Sam Graham mierzył chyba dwa i pół metra i górował nad wszystkimi wokół, jego żona pomimo szczerej i radosnej twarzy, była ogromną kobietą, wyższą niemal o głowę od Ragna. Mieli oni również dziesięciu synów, część z nich było dziećmi poprzedniej żony Grahama, którzy mieszkali razem z nimi na farmie. Kilku z nich zdążyło już się usamodzielnić i mieszkali w osobnych domach ze swoimi żonami i dziećmi. Wszystko to razem powodowało, że w obejściu panował niezmierny zgiełk i rozgardiasz. Bracia de Vries szybko dogadali się z synami Grahama i jak to chłopcy przeszukiwali pobliskie stodoły i pola w poszukiwaniu wyimaginowanych wrogów i bestii. Wieczorem Graham i Ragn, razem ze wszystkimi domownikami, zasiedli przy stole, aby jeść, pić i opowiadać o starych czasach. Najwyraźniej biesiada się mocno przedłużyła, ponieważ, gdy chłopcy wstali następnego poranka, niektórzy biesiadnicy nadal spali przy stole, łącznie z żoną Grahama, Rothildą.

Wykorzystując brak nadzoru, Dalinar z braćmi, wraz z dwójką synów Grahama, Willem i Ronem, udali się do pobliskiego lasu, aby grać w podchody. Niestety nie obyło się bez przygód. Jeden z synów Grahama, Ron, chowając się w gąszczu, spowodował osunięcie się ziemi i wpadł do powstałej czterometrowej dziury w ziemi. Jego upadek był na tyle nieszczęśliwy, że najprawdopodobniej złamał nogę. Wystraszeni chłopcy czym prędzej pobiegli po pomoc na farmę. Po przybyciu Graham z Ragnem obwiązali linę wokół drzewa i z pomocą Kejna wyciągnęli Rona z dołu. Jednak ich przygoda na tym się nie zakończyła, ponieważ gdy Kejn był na dole, aby pomóc Ronowi się wykaraskać, zauważył, że tak naprawdę miejsce, do którego wpadł przez przypadek Ron to jakiś podziemny tunel. Fakt ten bardzo zaciekawił Ragna, który postanowił to sprawdzić. Ron został zabrany przez synów Grahama go gospodarstwa, a reszta, czyli Graham, Ragn i bracia, zeszli na dół i oświetlając sobie drogę pochodnią, ostrożnie ruszyli tunelem. Kilka kroków dalej natknęli się na kamienne drzwi, nad którymi wyryty był napis w języku, którego nie znali, wraz z dziwnym symbolem róży, z której ściekała kropla krwi. Wyglądało na to, że jest to martwy zaułek, gdy Ragn wypowiedział kilka słów w nieznanym języku, a kamienne drzwi rozpłynęły się w powietrzu. Nic więcej nie trzeba było, aby wzbudzić zainteresowanie wszystkich obecnych i aby sprawdzić co się znajduje w komnacie przed nimi. A tam, ku ich zaskoczeniu, znaleźli sarkofag z płaskorzeźbą, przedstawiającą jakiegoś monarchę z mieczem. Ragn oddał mu hołd, przyklękając na kolano i nakazał to również pozostałym. Powiedział, że prawdopodobnie jest to jeden z byłych władców tej krainy i fortecy Manmarr, której ruiny górują nad Białą Osadą. Gdy oświetlili komnatę pozostałymi pochodniami, zauważyli, że jest w niej również skrzynia, w której znajduje się kilka przedmiotów. Ragn przejrzał im się pobieżnie i znalazł kilka starych ksiąg oraz spory kryształ osadzony w srebrnej siatce. Widać było po nim spore zaskoczenie oraz porozumiewawcze spojrzenia pomiędzy nim i Grahamem. Bracia, sami w szoku po tych odkryciach, postanowili dowiedzieć się czegoś więcej, jednak ponownie Ragn unikał odpowiedzi na ich pytania. Po chwili zadecydował, że może tu nadal być niebezpiecznie i powinni wracać do domu Grahama. W związku z tym wydarzeniem ich pobyt przedłużył się o kolejny dzień, w trakcie którego Dalinar z braćmi kontynuował zabawę, udając że są pochowanym królem z sarkofagu, a Ragn z Grahamem niepostrzeżenie wymknęli się, aby sprawdzić odkryty tunel.

W trakcie drogi powrotnej bracia próbowali wyciągnąć więcej informacji o osobie pochowanej w sarkofagu, jednak i tym razem Ragn zbył ich, powołując się na zapewnienie, że wszystkiego się jeszcze dowiedzą w swoim czasie. Tak też się stało i w trakcie ich pobytu w Białej Osadzie, zdarzył się w końcu dzień, kiedy Ragn przybył po chłopców, obiecując im pierwszą ważną lekcję, którą chciał im przekazać. Wszyscy razem wyruszyli na szlak, prowadzący na wschód od Białej Osady, a potem na północ od Mar-Margot. Po kilku dniach zboczyli z głównego traktu, który prowadził z Mar-Margot do krainy północnych i udali się na wzgórze, z którego mieli dobry widok na przebiegający w dole szlak. Chłopcy, nie wiedząc czego mogą się spodziewać, dopytywali czego mają wypatrywać, jednak zapewniono ich tylko, że będą wiedzieli, jak tylko to zobaczą. I tak rzeczywiście się stało. Następnego dnia, na trakcie, przy akompaniamencie bębnów, pojawiła się ogromna kolumna ludzi. Na przedzie szli bębniarze oraz rycerze z barwami Boskiej Delidii. Wszędzie były proporce bogini oraz konni. Za nimi ciągnęły się po horyzont wozy, w których w kajdanach przewożeni byli niewolnicy i towary. Były to czasem całe rodziny, które najwyraźniej trafiły do niewoli, a teraz udawały się w kierunku Ambardu. Minęła dłuższa chwila, zanim bracia przestali się przyglądać jak zahipnotyzowani karawanie, a wtedy swoją opowieść rozpoczął Ragn:

„Słyszycie bębny? Przyjrzyjcie się dokładnie tej grupie…
...
To co widzicie tam w dole, na trakcie, to przemarsz Karawany Łez. Tak ją tu nazywamy. Setki metrów ciągnący się pochód niewolników zmierzający na północ, do stolicy Ambardu, boskiego miasta Delidii. Zapamiętajcie to bardzo dobrze, żebyście wiedzieli z czym wam się przyjdzie mierzyć - jest to roczny trybut jaki prowincja Karabak musi zapłacić królowej-bogini. Niektórzy z tych ludzi zostaną poświęceni na jej ołtarzach, a sporą część czeka los niewolników, na których w zasadzie zbudowano potęgę Ambardu...
...
Eh dzieciaki. Minęły już 2 lata od kiedy do mnie przyszliście i czas wejść w dorosłość. Nie mogę już dłużej tego odwlekać. Opowieść zacznę od siebie samego.
...
Jak już wiecie moje prawdziwe imię to Vernir. Dawno temu byłem wędrownym rycerzem bez domu, żyjąc z wojaczki. Tułając się po świecie poznałem waszego ojca, Roberta, a on pomógł mi wstąpić na służbę do tajemnego bractwa zwanego Atolla, którego symbolem jest Krwawa Róża, którą to widzieliście i o którą pytaliście kilka miesięcy temu w grobowcu na farmie Grahama. Zakon Atolla upadł ponad 400 lat temu, czyli długo przed Zaćmieniem. Był to jeden z wielu tak zwanych walczących zakonów Wielkiego Dominium, władający południem tego ogromnego imperium, które przez wieki swego istnienia rządzone było przez wspaniałe dynaste Arkanidów i Gotethrydów i które niestety rozpadło się na mniejsze królestwa późniejszej Tragonii, Arkanii i Norishii. Faktem jest, że Zakony Krwi i ich wielcy mistrzowie przez setki lat nieśli wiedzę, prawo i porządek dla ludzkości, a próżnię po nich wypełnili kolejni władcy i kolejne coraz słabsze królestwa, koalicje i tak dalej, aż do głośnego upadku tego wszystkiego. My jako zakon istniejemy do dziś, ale jesteśmy nieliczni i rozproszeni, aby uniknąć wykrycia.
...
Pytacie przez kogo? Hah! Trochę tego jest. Zakon Atolla, jak i inne, wszelkie pozostałości po Wielkim Dominium, są śmiertelnymi wrogami Imperium Ambardu, którego, jak już wiecie, władczynią jest ta przeklęta Delidia. Cały otaczający nas obecnie świat to albo te cholerne i wszędobylskie Kulty Węży – boga Malakusa – na południowym-wschodzie, Upadłe Krainy – boga wojny Eliosa albo Lenna Zhaka – boga ognia. Poza Białą Osadą i Karabakiem nie jest wesoło, chociaż i u nas życie nie jest łatwe, jak pewnie zdążyliście już zauważyć.
...
Osada jest enklawą, która zapewnia wam, póki co, bezpieczeństwo, ale świat, w który niedługo wyruszycie, jest zgoła inny. Opowiem wam dzisiaj trochę legend, mitów i pewnie trochę w tym wszystkim faktów – należy się wam. Co jest z tego prawdą wiedzą tylko starzy bogowie.
Ale co mi tam.
...
Setki lat temu ta kraina była domem dla niezliczonych istnień, ale wyniszczające wojny, które przyszły z Północy, a wcześniej z Zachodu Beredunu, zniszczyły ją doszczętnie, a ludność zdziesiątkowały. Jesteśmy cieniem tego co było i staczamy się w epokę barbarzyństwa. Niektórzy odważniejsi, co życie im niemiłe, mówią, że to wina nowych bogów, którzy zstąpili na ziemię, przynosząc jedynie ciemne wieki.
...
W wyniku tych wojen dawna Tragonia oraz Święty Las Leredeon przestały istnieć, a jakby tego było mało, starzy bogowie, w swym gniewie, pokarali ludzkość w miejscu, gdzie to wszystko się zaczęło. A może to nie oni, tylko to wściekła na nas natura?
...
Nie jestem jakoś szczególnie wierzący, no ale mówią, że bogowie w gniewie przepołowili ziemię, wydobywając na świat rzeki ognia i trzęsienia, które pochłonęły cały Zachód. W miejscach gdzie było morze, wyrosły nieprzystępne góry, a lądy zostały zalane i zniszczone. Dobrze, że Karabak jest daleko od tego cholerstwa. Później dymy i trujące opary zdziesiątkowały kolejne narody. Jakby tego było mało, chwilę później przyszedł następny cios, czyli Zaćmienie, które trwało przez długie lata. Od Zaćmienia datujemy nasz kalendarz, teraz już wiecie dlaczego. Hah! Dziś mamy jesień roku 214 Po zaćmieniu, więc łatwo to wszystko policzyć…Po tym wydarzeniu chłopcy wrócili do Białej Osady nie zapominając o widoku którego byli świadkami. Naturalnie po tym wszystkim ziemia przestała rodzić owoce. Natura i bogowie odwrócili się od nas, a fale głodu, rozłamy sojuszy, nowe frakcje, wojny domowe i inne kataklizmy, które zrujnowały te wspaniałe kiedyś krainy, przeszły przez świat niczym huragan i zostawiły tylko zgliszcza. Kiedyś tak zwana Sroga Północ, najbardziej wysunięta północna prowincja dawnej Arkanii, obecnie nazywa się Rejonem Skazy, czy też Wyżyną Karabaku i należy do Delidii.
...
Świat, jaki istniał kiedyś, umarł, nie istnieje – jest złym miejscem, pełnym demonów i potworów, szalonych władców, państw-miast, które powstają i upadają, okrutnej magii i wszechobecnego niewolnictwa, gdzie słaby jest nikim. W tym wszystkim ludziom może słusznie się wydawać, że jedynym ratunkiem jest Światło Wiecznej Delidii.
...
Niektóre legendy mówią, że był jeszcze jeden bóg. Bezimienny Bóg, Praojciec. To już było Po Zaćmieniu.
...
Przybył on z Północy, a służyły mu stalowe demony, które potrafły rozbijać najtwardsze mury ludzkich fortec, a żadna ludzka magia, potężna w tamtych czasach, się ich nie imała. Mówi się, że to właśnie on zniszczył odwieczny Leredeon, siedzibę elfów, pełny ich pięknych, srebrnych miast i ukrytej w nich tajemnej wiedzy. Te elfy z Leredeonu, które przetrwały, odeszły na południe, a te, które pozostały, zasymilowały z ludzką rasą w miastach, mieszając się z nimi i osłabiając swoją krew. Do dziś elfy są niechętnie widziane przez kościół Delidii i inne kulty. Niektórzy obwiniają elfy za wszelkie zło świata. A to, że studnie zatruwają, albo że uroki rzucają i inne takie pierdoły. Bezimienny Bóg odszedł tak jak się pojawił, a mało która księga mówi w ogóle o tym fakcie – wiecie, tak jakby nie istniał. O imieniu, jeśli takie istniało, nie ma nic. Sam osobiście przetrząsnąłem dziesiątki manuskryptów na ten temat, ale nie znalazłem o tym nawet jednej wzmianki. Jakby ktoś je wymazał. A przecież nawet bogowie nie przychodzą sobie ot tak i nie odchodzą!
...
Ale Leredeon nie istnieje – to jest pewne. Z resztą ty Kejn, jesteś na to żywym dowodem, mieszkałeś tam i pewnie wiesz, że żyjecie tam jak zwierzyna łowna dla łowców niewolników. Niektóre kościoły rzeczywiście wierzą, że wszyscy bogowie pochodzą od jakiegoś Praojca, ale mówi się, że ten świat go na tyle zbrzydził, że odszedł i wróci, kiedy ludzkość znów się odrodzi. Drażliwy temat.
...
...
Jest jeszcze jedna rzecz. Kolejna cholerna legenda. Jak się domyślacie nic dobrego, hę? Wraz z Zaćmieniem, a może już wcześniej, podczas wielkich wojen, na świat przedostało się pradawne zło. Niektórzy nazywają je Koszmarami, inni Cieniami. Są to stwory z innego świata, w których nie ma życia, ani śmierci. Kapłani mówią, że ich osłoną jest mrok, ale potrafą też poruszać się w świetle dnia. Mówi się, że Cienie można spotkać w złych i splugawionych miejscach, ale także pośród wyjątkowo złych ludzi. Są tacy, którzy posługują się ich mocą, aby odnosić własne korzyści – są to tak zwane Kulty Cienia. Przynajmniej dwa z nich są znane, to jest „Bractwo Cienia” oraz „Znak Nicości”. Faktem jest, że mają potężną moc i są inteligentne, potrafą opanować ciało i duszę. Potrafą przyjąć też dowolny kształt, a żywią się ludzkimi emocjami. Ci, którzy z nimi bytują, czynią ogromne zło – ponoć każdy kontakt z nimi przynosi komuś cierpienie i ból. A to kogoś opęta szaleństwo, a to ktoś popełni okrutną zbrodnię.
...
No a później, już za czasów mojego ojca, na Północy pojawiła się ta cholerna Plaga. Kraj będący kiedyś Norishią, obecnie jest krainą opanowaną przez nieumarłych, których władcą jest istota zwana Królem Kości. Życia tam nie znajdziecie i nie ważcie się tam kiedykolwiek kierować waszych oczu, bo dołączycie do jego armii. To nie jest historia do straszenia niegrzecznych dzieci, tylko najprawdziwsza prawda. Kiedyś miałem okazję widzieć nieumarłego i lepiej, żebyście tego nie doświadczyli. Wędrowcy mówią, że Plaga z każdym rokiem się rozszerza i kiedyś dojdzie aż tutaj.
...
Zapytacie, że skoro jest tak źle, to czemu ludzie zgadzają się na to wszystko i nie przepędzą w diabły tych wszystkich bogów i ich kapłanów?
Wiecie, Delidia, Malakus i inni bogowie toczą na swój sposób walkę z Kultami Cienia i Plagą umacniając dzięki temu swoje panowanie. Są jedyną szansą dla niektórych krain. Co wy byście zrobili, gdyby wasz lud stanął w obliczu zagłady, a żyjący bogowie wyciągnęli swoją pomocną dłoń?
...
Niestety ci przeklęci bogowie wymagają od swoich wiernych bezkresnego oddania, a ich imperia ciągłego rozrostu poprzez kolejne podboje i rozszerzanie niewolnictwa. Widzieliście Karawanę Łez - idą za tym niezliczone ofary, a ci, którzy przeżyją, tworzą całe pokolenia przyszłych niewolników.
...
Rozpalcie ognisko. Przenocujemy tutaj, a rano zabieramy się z powrotem do Białej Osady. Zima idzie. Czuję to w kościach.”

Imperium Delidii zwanego Dominium Ambardu

Dalinar długo rozmyślał o starych Bogach, którzy byli wyznawani na świecie przed Delidią i wypytywał o to Ragna. Ten opowiedział mu o panteonie bóstw oraz o wartościach jakie sobą reprezentowali dla ludzi z poprzedniej epoki. Temat ten odtąd zaczął kiełkować w głowie Dalinara i postanowił on poszukać osób, które mogłyby przybliżyć mu starą wiarę, w którą przecież wierzył jego rodzony ojciec.

W trakcie ich pobytu w Białej Osadzie miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, którego znaczenia nie zrozumieli. Pewnego dnia do Ragna przybył wędrowiec, którego dobry strój rzucał się w oczy. Bracia domyślili się, że musi on pochodzić z dobrego rodu, którego było stać na takie ubrania. Został im przedstawiony jako Anton i Rang zaprosił ich na obiad, który mieli razem spożyć z nowym przybyszem. W trakcie obiadu, Anton wypytywał ich o pochodzenie i przeszłość, jednak bracia pomni wskazówek Ragna, nie dzielili się informacjami zbyt szczodrze. Wydawało im się, że ten krótki czas spędzony z wędrowcem, był swego rodzaju testem, którego rezultat mieli poznać w późniejszym czasie.

Kolejne tygodnie upływały na nauce i oczekiwaniu na zakończenie mroźnej zimy, a tuż po niej, na braci czekała nie lada niespodzianka. Ragn, po sprawdzeniu, że szlaki zaczęły być przejezdne, poinformował ich, iż nadszedł czas, aby przygotowali się do dorosłego życia oraz wyszkolili się zgodnie ze ścieżkami, które dla siebie wybrali. Młody miał wyruszyć z Antonem do klasztoru, w którym miał dowiedzieć się więcej na temat amuletu, który wypalił się w jego piersi. Anton, jak się okazało, jest bratem ich przybranego ojca Roberta i jego wcześniejsza wizyta nie była przypadkowa. Igo miał udać się do Górskiego Gryfa, aby szkolić się na czarodzieja, a Kejn, wraz z Dalinarem, mieli, razem z karawaną, udać się do Karhanu, miasta najemników, aby podnieść swoje umiejętności w walce bronią. Wszyscy zobligowali się do stawienia w Białej Osadzie równo za 7 lat, aby połączyć ponownie swoje siły i odcisnąć swoje piętno na tej mrocznej krainie...



Kroniki IV: Koniec dzieciństwa (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Kejn de Vries (Bast)

Czas i miejsce: Lata 215-222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Karhan - miasto-państwo najemników.


Poniższe zapiski znalezione zostały kilka lat po śmierci Dalinara.

Postanowiłem opisać moje losy po opuszczeniu Białej Osady, aby historia, którą przeżyłem, przyczyniła się do rozpropagowania wiedzy o Azgadorze, znanym w naszej krainie pod imieniem Vergen. Sam zostałem kapłanem tego boga, uznając tą służbę za jedyne światełko, które mogło rozproszyć mrok Delidii w Karabaku.

Moja podróż razem z Kejnem do Karhanu trwała kilka tygodni. Karawana wolno pokonywała kolejne kilometry, a my spędzaliśmy czas razem, zastanawiając się jak się potoczą nasze dalsze losy. Póki co życie nas nie rozpieszczało i po każdym dobrym okresie następowała tragedia, która ponownie doświadczała nas nawet bardziej niż poprzednie. Tym razem wiedziałem, że nasz los spoczywa tylko i wyłącznie w naszych rękach. Mieliśmy udać się do miasta, aby pod okiem Variusa nauczyć się walczyć, a w moim wypadku również, aby dowiedzieć się więcej o Starych Bogach, których ludzie wyznawali przez Zaćmieniem.

Varius jest byłym niewolnikiem, który odsłużywszy 10 lat w Bractwie Wojny i zdobyciu konkretnego majątku, założył szkołę najemników zwące się Bractwem Variusa. Bractwo jest zrzeszone w KZKN (Karhańskie Zjednoczone Kompanie Najemników), które zrzesza również 41 innych bractw, które są zbyt małe, aby mogły walczyć o licencję i kontrakty rozdawane przez Kościół Delidii. Kompania liczy, razem z Variusem, 83 najemników: Pierwszą Kohortę (24 osoby), Drugą Kohortę (24 osoby), dwóch mistrzów na terenie szkoły oraz tzw. Białę Kohortę, w której skład wchodzi 32 najemników, których część to niewolnicy, a część wolni ludzie. Biała Kohorta jest używana do ochrony szkoły i zabezpieczenia interesów Variusa na terenie Karhanu. Budynek szkoły nosi nazwę Areny Variusa. Jest to kompleks kilku budynków połączonych podziemiami, gdzie znajdują się kwatery niewolników i w osobnej części ludzi wolnych. Centrum kompleksu to mała, okrągła, piaszczysta arena, na której każdego dnia wylewają swój pot i łzy ludzie Variusa. Ćwiczą szermierkę, strzelanie, walkę grupową. Jest też tor przeszkód, zwany Spacerkiem Variusa, który trzeba przejść, aby zakończyć szkolenie i zostać członkiem Bractwa. Zaczyna się wspinaczką na mur, później jest bieg na czas i zejście na arenę, na której rozstawionych jest kilka niespodzianek, takich jak ruchome ostrza, worki z kolcami, zestaw lin, schodków, a na samym końcu czeka kilku członków Bractwa, z którymi trzeba wytrwać w walce jak najdłużej.

Moim mistrzem został Kolos. Polubiłem go od razu. Ten stary mistrz i weteran wielu wojen kulał na jedną nogę, a mimo to kładł w walce jeden na jeden prawie każdego. Posługiwał się tarczą i włócznią, ale w zasadzie dobrze sobie radził z każdą bronią. Kolos był trochę niższy niż Graham z Białej Rzeki. Był za to konkretnie szerszy w barach, a mimo wieku, jego mięśnie były twarde jak kamień. Jego styl walki polegał na brutalnej sile, nie bawił się w finezję, i niezwykłej defensywie, z której wychodząc zaskakiwał przeciwników za każdym razem. Jeśli Robert, mój ojciec, był moim pierwszym mistrzem fechtunku, a później Jaromir, to Kolos był egzaminatorem i genialnym prowadzącym, który pokazał mi całą resztę.

Później poznałem Teodora, kwatermistrza szkoły. W zasadzie niepozorny człowieczek, dosyć niski, ale potrafił zmęczyć Kolosa do tego stopnia, że ten uznawał remis. Teodor miał największą wiedzę na tematy odległych miast i krain. Znał historię Karhanu i Karabaku jak mało kto. No i był ukrytym kapłanem Vergena – to on wtajemniczył mnie w arkana Starych Bóstw. Wiara w Vergena zainspirowała mnie na tyle, że poszedłem tą drogą. Religia ta, tak jak inne Stare Wiary, istnieje w ukryciu, ale ciągle się rozszerza, wraca do swojej świetności. Karhan to idealne miejsce dla wyznawców Vergena, a są ich setki. Zacząłem swoją służbę po święceniach jako Pokorny Brat, z kopią Szarej Księgi, w której odnalazłem odpowiedzi na prawie wszystkie pytania, i świętym medalionem Vergena, który wygląda jak zwykły krążek z żelaza, bez żadnych symboli. Tylko wybitny kowal pozna się, że jest to gwiezdny metal, a nikt, kto nie jest członkiem kościoła Vergena, nie otworzy amuletu i nie zobaczy graweru szabli i księgi w środku. Teodor jest kapłanem III rangi, zwany Bratem Białym, i jest on mym jedynym kontaktem w Karhanie.

Oprócz szkolenia z Kolosem, gdy nasze umiejętności zaczęły na to pozwalać, zaczęliśmy wykonywać proste zadania dla Variusa. Z początku nie było to nic skomplikowanego, ale gdy już po 5 latach oficjalnie zakończyliśmy szkolenie, Varius zlecał nam również trudniejsze misje. Zauważyłem, że Kejn naprawdę wprawił się w posługiwaniu łukiem oraz sztyletami, co, w połączeniu z moimi typowo bojowymi umiejętnościami, dawało ciekawą kombinację. Odniosłem wrażenie, że Kejn w tym czasie pogrążył się nieco w mroku i z chęcią przyjmował zlecenia, gdzie zadaniem było zlikwidowanie wskazanej osoby. Ja również czasami mu w tym pomagałem, jednak nie przepadałem za tym rodzajem zleceń. Wolałem, gdy na przykład mieliśmy za zadanie ochraniać kogoś, czy też nieco go nastraszyć.

W ciągu tych prawie siedmiu lat całkiem nieźle poznaliśmy miasto oraz jego półświatek, jednak nigdy nie zapomnieliśmy o swojej przeszłości i obietnicy złożonej w Białej Osadzie.

Gdy nadszedł czas, z chęcią się spakowałem i wyruszyliśmy do uzgodnionego miejsca spotkania. Wiedziałem, że to najwyższy moment, aby bracia de Vries połączyli siły i odpłacili się za krzywdy, które spotkały ich razem oraz każdego z osobna…



Kroniki V: Powrót do Białej Osady (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Marzec, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.


Razem z Kejnem ruszyliśmy szlakiem do Mar-Margot. Postanowiliśmy, że tam się spotkamy z Igo, który, jak pisał w liście, planował tam się zatrzymać na chwilę, zanim ruszy dalej do Białej Osady. Jednak zanim dotarliśmy do Mar-Margot, spotkała nas miła niespodzianka – w jednej z przydrożnych karczm oczekiwał nas Gniewomir. Z jego opowieści wynikało, że ostatnie lata spędził w jakimś tajemniczym klasztorze, gdzie został mnichem. We trójkę udaliśmy się do Mar-Margot do karczmy „Ogon Gryfa”, na spotkanie z Igo.

Zgodnie z naszymi ustaleniami Igo czekał tam na nas. Tak więc po długich siedmiu latach bracia de Vries połączyli się ponownie. Naszą pierwszą wspólną noc spędziliśmy na opowiadaniu, gdzie przebywaliśmy i co udało nam się osiągnąć oraz na małym świętowaniu… Igo powrócił do nas jako wyszkolony mag, jednak z tego co zrozumiałem, póki co nie miał zbyt wielu okazji, żeby wykorzystać swoje nowo nabyte umiejętności. Podobnie z Gniewomirem, który w Śpiącym Klasztorze przyjął nowe imię Tsume. On za to, razem z Antonem, udał się do tajemnego klasztoru, gdzie poznał historię swojego amuletu oraz studiował starodawne skrypty. Członkowie tego klasztoru twierdzili, że świat został stworzony przez Śpiącą Boginię, która istniała przed wszystkimi bogami. Co ciekawe każdy z mnichów tego klasztoru miał swoistą misję, aby szukać pewnego artefaktu, który nazywali Włócznią Przeznaczenia. Według Tsume dzięki tej włóczni będą w stanie przebudzić Śpiącą Boginię…

Po tej pełnej emocji nocy i uzupełnieniu zapasów ruszyliśmy w drogę. Namówiłem pozostałych, abyśmy po drodze weszli do Bezimiennego Klasztoru Sierot. Chciałem po tych wszystkich latach spojrzeć na to miejsce i przypomnieć sobie spędzony tutaj czas. W trakcie mojego szkolenia w Karhanie, myślałem o tym miejscu i śmiertelnych praktykach, które się tutaj odbywały. Nigdy nie chciałem ratować świata, jednak zniszczenie tego Klasztoru postawiłem sobie za cel.

Gdy dotarliśmy do Białej Osady, czekały na nas kolejne niespodzianki. Zatrzymaliśmy się w karczmie „Pod Dębem”, którą w dalszym ciągu prowadził Ian. Jak się okazało, pomimo upływu czasu, rozpoznał nas i miło przywitał. Podzielił się jednak niepokojącymi wieściami. Biała Osada zmieniła właściciela. Jakiś czas temu Vernir został zmuszony do oddania praw własności do niej na rzecz barona Friedricha von Baumana, który uzyskał te włości od Kościoła Delidii jako lenno. A kilka tygodni temu w osadzie zjawili się nieznani jeźdźcy, którzy zabrali Vernira z jego domu i słuch po nim zaginął.

Bardzo nam zaniepokoiły te wieści i postanowiliśmy przeprowadzić dochodzenie, aby lepiej się zorientować w sytuacji. Dzięki rozmowom z Celestą, Ianem i Grahamem, dowiedzieliśmy się, że Vernir ostatnimi czasy próbował zorientować się co się stało z majątkiem naszych rodziców. Odbył spotkanie w Mar-Margot z niejakim Kościejem, ale wrócił stamtąd poturbowany i mocno zaniepokojony. Rzadko opuszczał swój dom i najwyraźniej przygotowywał się do czegoś. Dwa dni po powrocie Vernira, osadę opuścił również krasnolud Marcus, który razem z Vernirem należał do Zakonu Krwi Atolla. Niedługo później, w nocy, Vernir został porwany ze swojego domu, a baron kilka tygodni później wyznaczył nowego sołtysa na jego miejsce, który zwał się Ranfeld.

Postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się nowemu sołtysowi i przeszukać stary dom Vernira. Aby nie wzmagać podejrzeń wobec nas opuściliśmy Osadę i udaliśmy się do Grahama, a Kejn pod osłoną nocy zakradł się do domu sołtysa i go przeszukał. Za pierwszym razem nie udało mu się znaleźć niczego interesującego, oprócz pękatego mieszka złota, którego nie omieszkał zabrać. Celesta w trakcie jednej z rozmów wspomniała, że widziała u Vernira książkę, która mogła być jego pamiętnikiem, ponieważ czasami notował tam coś, gdy był sam, ale zawsze ją zamykał, gdy ktoś pojawiał się w pobliżu. Kejn wzbogacony o tą wiedzę, ponownie zakradł się do domu sołtysa i udało mu się znaleźć wspomniany pamiętnik. Niestety, najwyraźniej ktoś wyrwał z niego wszystkie zapisane kartki i nie dowiedzieliśmy się co mógł zawierać. Sam ten fakt posłużył nam jako wskazówka, że być może Vernir, przed ujęciem, pozbył się swoich notatek, aby nie wpadły one w niepowołane ręce. Teraz musieliśmy zdecydować co robić dalej. Mogliśmy udać się do Mar-Margot w poszukiwaniu Kościeja, złożyć wizytę baronowi lub też delikatnie „przesłuchać” nowego sołtysa…



Kroniki VI: Pamiętnik Vernira (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Koniec marca, rok 222 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki, oraz Miasto-Państwo Mar-Margot.


Początkowo nie mogliśmy dojść do porozumienia, jednak suche fakty przemawiały za tym, aby opuścić Białą Osadę i poszukać Kościeja w Mar-Margot. To on był naszym łącznikiem z Ragnem i ostatnimi wydarzeniami, o których usłyszeliśmy. Zanim jednak wyruszyliśmy, chcieliśmy sprawdzić ostatni trop. Dotyczył on osoby, z którą rozmawiał Ragn przed wyjechaniem na spotkanie z Kościejem w Mar-Margot. Wypytaliśmy o niego karczmarza Iana, jednak ten śliski krętacz nie chciał się przyznać, że zapamiętał tego jegomościa. Pomimo naszych podejrzeń, nie chcieliśmy wzbudzać większego zamieszania w osadzie i szukaliśmy innych osób, które mogły cokolwiek zauważyć w karczmie. Na naszej liście znalazł się ochroniarz Norman oraz miejscowy pijak, który zazwyczaj przesiadywał tutaj wieczorami, Olaf. Zakupiliśmy dzban piwa i porozmawialiśmy z Normanem i dniu sprzed paru miesięcy. Mieliśmy szczęście, gdyż zapamiętał on nieco z tej rozmowy. Partnerem Ragna w karczmie był jakiś kupiec ubrany w niebieski strój, który następnie udał się na zachód od Białej Osady, a więc w kierunku przeciwnym do Mar-Margot. Wspomniał on również, że nazywał się Arturo, ale tej informacji nie był pewien. Udało nam się to potwierdzić również z Olafem, który podsłuchał kawałek rozmowy Ragna i Arturo, a wspominali oni w niej o niejakim Kościeju. To nas tylko upewniło, że powinniśmy wyjechać i poszukać starego druha Ragna.

Spakowaliśmy się i ruszyliśmy na szlak, jednak Vergen nie pozwolił nam jeszcze opuścić osady. Przy granicy osady, ukryty w lesie, czekał na nas sołtys wraz z dwójką swoich ochroniarzy, skrytych obok Drzewa Powitalnego, znajdującego się u wjazdu na teren Osady, która celowała do nas z kuszy. Chciał on odzyskać pewien mieszek, który Kejn pozwolił sobie przywłaszczyć przeszukując dom sołtysa. Początkowo Kejn się wypierał, jednak sołtys domyślił się, że czegoś szukaliśmy w jego domu, a sam, obawiając się, że zostanie ukarany przez barona za niedopilnowanie należnego mu złota, zgodził się, abyśmy wymienili wspomniany mieszek na możliwość spokojnego poszukania własności Ragna. Przystąpiliśmy na tą propozycję i razem z Kejnem oraz Igo, w towarzystwie sołtysa, poszliśmy do jego domu. Tam jeszcze raz, tym razem wszyscy, przeszukaliśmy biblioteczkę oraz inne pomieszczenia. Tylko łaskawości Vergena zawdzięczam, że w ostatniej chwili zdecydowałem się zabrać pusty pamiętnik Ragna z biblioteki. Jak się później okazało, było to kluczowe w naszych poszukiwaniach. Jednak w tym dniu nieco rozczarowani opuściliśmy dom sołtysa, lżejsi o mieszek, jednak bez uszczerbku na ciele. W trakcie drogi do Mar-Margot opracowywaliśmy w jaki sposób moglibyśmy się komunikować, tak aby ukryć nasze sygnały przed rozmówcami. Uznaliśmy, że taki sposób komunikacji może nam się przydać w przyszłości. Jako podstawę do niego wykorzystaliśmy nasze znaki, które poznaliśmy w kompanii najemników w Karhanie.

Po przybyciu do Mar-Margot, ponownie zatrzymaliśmy się w karczmie „Ogon Gryfa” i opracowaliśmy plan na następne kilka dni. Ja miałem udać się do kapłanów Vergena i sprawdzić czy będą nam w stanie pomóc w poszukiwaniach Kościeja, a pozostali mieli szukać krasnoluda Marcusa.

Kapłan Maksymilian obiecał wspomóc nasze poszukiwania Kościeja i rozesłać wici do wyznawców naszego boga w Mar-Margot, jednak miało to potrwać kilka dni czy też tygodni. Przy okazji zapytałem go o możliwość wykonania jakiegoś zadania dla świątyni. W sumie nie śmierdzieliśmy groszem, a być może zadania takie skłoniłyby moich braci, żeby nieco więcej uwagi przykładali do wiary, o której im opowiadałem. W trakcie mojego pobytu w świątyni pochłonęły mnie modlitwy, a w ich trakcie miałem pewną wizję. Wydawało mi się, że Vergen chce zwrócić moją uwagę na księgę, która okazała się być Szarą Księgą. Nie rozumiałem tej wizji, jednak spodziewałem się, że prędzej czy później zostanie mi to objaśnione.

Tak też się stało. Wieczorem, gdy omawialiśmy co udało nam się dowiedzieć, tknięty przeczuciem, przeglądałem pusty pamiętnik Ragna i poprosiłem Igo, aby jeszcze raz sprawdził, czy czasami nie użyto w nim jakiegoś rodzaju niewidzialnego atramentu. Rozwiązanie okazało się być jeszcze prostsze… Na pierwszej stronie, która pozostała, po dokładnym przyjrzeniu się, można było zauważyć drobne, odbite ślady pisma. Delikatne kartki książki spowodowały, iż ostatnia strona pamiętnika odbiła się i Igo wykorzystując starą sztuczkę skrybów, odzyskał zapisany tam tekst. Brzmiał on tak jak poniżej.

[pismo spokojne, dokładne] Kościoła. Chociaż to jest duża niewiadoma, bo to sprytne skurwysyny.
Nie widzę też motywu. Kościej to stary i sprytny gnat – nie mogę mu ufać – ale jest mi winien
przysługę, a on należy do tych co zawsze spłacają długi. Jutro wyjazd.


[chaotycznie] Pułapka. Pułapka. Pułapka!!!!! Stary durniu durniu!!!!!!!!!!!!!!!! Jak moo

[spokojniej] Mija dzień od powrotu. Rana się goi. Miałem szczęście. Kościej zdradził – nigdy bym
nie pomyślał. Znamy się 20 lat.


[spokojnie] Jest drugi dzień. Myślę, że będzie już spokojnie. Na wszelki wypadek odszedłem
od mojej ukochanej – nie przeżyłbym, gdyby coś jej się stało.

Do rzeczy. Fakty są takie, że nie mieli szans mnie rozpoznać – primo: w Mar-Margot nikt
nie zna Vernira, oprócz Kościeja. Kościej zna Vernira z II brygady Trabeńskiej. Kościej nie wie
gdzie mieszka Vernir – może co do niego się pomyliłem, ale Arturo by mu mnie nie zdradził.
Nie miałby nawet okazji, bo wyruszał na zachód, a ja ruszyłem niezwłocznie do miasta.
Secundo – gdyby mnie śledzili, to już by mnie znaleźli. Zgubiłem trop, jak mi starzy bogowie mili.
Fakt #1 bezsprzeczny jest, że Kościej zdradził z własnej woli – albo nie miał wyjścia i musiał
zdradzić. Faktem #2 kluczowym jest, że coś w tym wszystkim śmierdzi, bo ewidentnie chciał
wybadać skąd znam tę sprawę. Fakt #3 jest taki, że zapytał mnie czy przysłał mnie Camaral,
żeby sprawie uciąć łeb.
Skoro chciał mnie wybadać i pytał o takie sprawy, to gówno wie. #4 Nie ma pojęcia kto
mnie przysłał. Muszę pomyśleć.

Marcus wyjechał wczoraj. To był chyba dobry ruch, ale może pochopny. Jednak ostrożności
nie zawadzi – wszyscy wiedzą, że to mój najbliższy przyjaciel, mimo że krasnolud.
#5 Brodaty mówił, że Camaral to ten czarny skurwiel, łowca nagród i żebym się w to
nie mieszał. #6 Jestem za stary, żeby do niego się zbliżyć, bo nikt takiemu dziadowi z brzucholem
nie da zlecenia. #7 Camaral rozmawia tylko ze swoimi porucznikami, kolejna sprawa.
#8 Gdybym miał kilku młodszych, bitnych chłopaków, mógłbym go podejść! #9 Marcus mówił,
że gdyby zdobyć jego zaufanie, to można by go jakoś rozegrać sprytnie. Tak, żeby ten cholerny
mięśniak coś sypnął – to jest kluczowe! To chyba mój ostatni świadek i szansa. Zastanowię się.

Przez chwilę miałem głupią myśl – na wiosnę przybędą chłopaki. Jak im to powiedzieć,
żeby ich nie narażać?
Może spróbuję ich tam jakoś zaczepić, żeby zarobili trochę na siebie i nabyli doświadczenia?
A potem, kiedy już będą wyżej w hierarchii, powiem im całą prawdę i sami docisną kapitana?
Muszę pozostawić to w tajemnicy, bo chłopaki gotowi pójść na żywioł, a to nie o to chodzi.
Szczególnie Kejn albo Dalinar, oni mogą chcieć szybkiej zemsty. Nie rozumieją… Ale jest to plan!

Do diaska. Jak mogłem być takim idiotą. To są dzieci. W dodatku Roberta.
Nie.
Załatwię to po swojemu, mam jeszcze trochę znajomości.

Najpierw pójdę do_____________________________________________________
[chaotyczna kreska w dół do końca kartki]


Teraz już wiedzieliśmy, gdzie mamy się udać i jaki powinien być nasz plan. Kapłan Maksymilian wspominał mi o człowieku imieniem Justus, który był członkiem Towarzystwa Kupieckiego i który był dobrze zorientowany w działających na terenie Mar-Margot kompaniach najemników, czy też łowcach nagród. Z samego rana udaliśmy się do niego, aby wypytać, gdzie będziemy mogli znaleźć wspomnianego Camarala. Nie chcieliśmy zdradzać naszego prawdziwego celu, tak więc początkowo wypytywaliśmy o możliwość zatrudnienia w kompaniach najemników. Justus polecił nam jedną z większych w mieści, zwaną Białą Kompanią. Jednak dowiedzieliśmy się również, gdzie znajdziemy owianych złą chwałą Camaralczyków. Udaliśmy się w oba miejsca, aby zorientować się jakie mamy możliwości.

W karczmie, w której przebywali Camaralczycy, zagadałem do karczmarza, aby wskazał mi kogoś, kto zajmuje się rekrutacją do grupy. Podszedł do nas porucznik Torsten. Mężczyzna ten odziany w znoszoną zbroję, sprawiał wrażenie zaprawionego w boju. Jednak okazało się, że nie wszyscy mogą współpracować z Camaralczykami, ponieważ najpierw trzeba przejść pewien test. W podziemiach karczmy znajdowały się dodatkowe pomieszczenia, w których przesiadywali członkowie grupy oraz mała arena. Mieliśmy najpierw udowodnić swoje umiejętności w walce. Tuż przed walką wezwałem Vergena, aby udzielił nam swojego błogosławieństwa. Wsparty jego mocą, jako pierwszy udałem się na arenę. Moim przeciwnikiem był całkiem zręczny najemnik, jednak po początkowym okresie, gdy starałem się go wybadać, przystąpiłem do ataku i potężnych ciosem powaliłem go, a Torsten przerwał walkę. Następną osobą był Kejn, a jego „pojedynek” trwał jeszcze krócej. Jego przeciwnik już na początku walki się odsłonił, a Kejn szybkim ciosem prawie złamał mu nadgarstek drewnianym mieczem. Widząc to, Torsten zatrzymał walkę i zrezygnował ze sprawdzania umiejętności Tsume. Ostatnim z naszej grupy, który miał udowodnić swoje umiejętności był Igo. Sami byliśmy ciekawi czego się przez te lata nauczył i nie zawiedliśmy się. Igo wypowiedział kilka słów, a z jego dłoni wystrzeliły ognie, które spopieliły treningowego manekina.

Jak się okazało nie był to jedyny test, który na nas czekał. Mieliśmy wrócić do Torstena wieczorem, aby podejść do jego drugiej części…



Kroniki VII: Zawód Łowca Nagród – kłopoty w Zimowym Ogrodzie (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Kwiecień, rok 222 po Zaćmieniu. Miasto-Państwo Mar-Margot.


Muszę przyznać, że drugi test nas totalnie zaskoczył. Przed odejściem, Torsten zapowiedział nam, żebyśmy się zjawili w karczmie Bakarak bez zbroi i broni. Początkowo nie chciałem się na to zgodzić, jednak po burzliwej dyskusji, uznaliśmy, że musimy zaryzykować. Na miejscu Torsten powiedział nam, że musimy udać się na krótki spacer. Niespokojnie rozglądaliśmy się wokół siebie i Kejn wypatrzył kilka osób, które podążały naszym śladem. Torsten potwierdził, że to jego ludzie i z uznaniem pokiwał głową, że byliśmy w stanie ich zauważyć. Po krótkim spacerze dotarliśmy do zaułka, w którym czekała większa grupa. I tutaj dowiedzieliśmy się jaki jest następny test. Torsten powiedział, że w karczmie naprzeciwko przebywają górnicy, z którymi mają kosę i chce, żebyśmy weszli do karczmy nago i krzyknęli „Karczmarzu piwa…!” Gdy to usłyszeliśmy, to nie wiedzieliśmy co mamy o tym myśleć. Torsten dał nam chwilę, żeby się naradzić, jednak szybko doszliśmy do wniosku, że nie mamy zamiaru dać się w ten sposób traktować. Zaoferowaliśmy, że możemy tam wjechać i zrobić zamieszanie, ale nie będziemy tego robić nago. Torsten przystał na naszą propozycję i już po chwili szykowaliśmy się do śmiałej akcji. Wezwałem jeszcze Vergena, aby wspomógł nas w tym dziwnym zadaniu, jednak czułem, że mój bóg nie spogląda na to z przychylnością… Dosiedliśmy koni i ruszyliśmy w stronę karczmy. Plan był prosty: aby wparować tam, wywołać zamieszanie, a następnie stamtąd się wydostać. Jednak rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze plany. Gdy tylko koń Tsume wyważył drzwi kopnięciem i wjechaliśmy do środka, okazało się, że w środku siedzi kilkudziesięciu górników, którzy tylko czekali na sygnał, żeby rozpocząć regularną bitwę. Momentalnie zrzucili nas z koni i zaczęli okładać czym popadnie. Nie wiem jak by to się skończyło, gdyby nie Torsten i jego kamraci, którzy wparowali do karczmy tuż po nas. Spacyfikowali oni większość górników i wyciągnęli nas półprzytomnych na zewnątrz. Ocknęliśmy się w nieznanym pokoju, gdzie krzątały się dwie kobiety, które opatrywały nasze rany. Po chwili przyszedł Torsten, aby sprawdzić jak się czujemy. Powiedział, że wykazaliśmy się odwagą i brawurą, tak więc będziemy dobrymi Camaralczykami.

Od tego czasu miejsce to stało się naszym lokum, gdzie mieliśmy czekać na zadania od Camaralczyków. Kolejne dni spędzaliśmy starając się wykurować, ponieważ zostaliśmy solidnie obici w karczmie i wbrew pozorom trochę czasu zajęło nam dojście do pełni zdrowia. W międzyczasie odebraliśmy swoje rzeczy z karczmy „Ogon Gryfa” i przenieśliśmy je w nowe miejsce. Dotarła do nas również wiadomość, zostawiona przez Maksymiliana w Ogonie Gryfa, że chce się on ze mną spotkać. Wybrałem się do świątyni z Kejnem, aby mieć pewność, że nikt nas nie śledzi. Maksymilian podzielił się ze mną informacjami, które udało mu się zdobyć odnośnie Kościeja. Wynikało z nich, że jest on paserem w Dolnym Mieście i podobno niebezpieczną osobą. Jeden z wiernych, który kiedyś się z nim spotkał, przekazał nazwę karczmy, w której można się dowiadywać o aktualnym miejscu pobytu Kościeja. Jednakże w owym czasie ja nie chciałem się do niego jeszcze wybierać – posiłkując się zapiskami Vernira, uznaliśmy, że powinniśmy aktualnie skupić się na grupie Camaralczyków i tam szukać dalszych informacji odnośnie wydarzeń sprzed dziesięciu lat.

Po kilkunastu dniach oczekiwania dostaliśmy wiadomość, że Torsten w końcu ma dla nas zadanie. Zgodnie z umówioną porą udaliśmy się do pomieszczenia pod Bakarakiem, gdzie załatwiano mniej oficjalne sprawy Camaralczyków. Torsten, gdy tylko nas zauważył, ruszył w naszym kierunku, jednak drogę zastąpił mu człowiek w czarnej zbroi, ubrany w biały płaszcz. Ku mojemu zdziwieniu rozpoznałem, że był on rycerzem Pierwotnego Zakonu, czyli jednym z inkwizytorów Delidii. Nie spodziewałem się zastać takiej osoby w nielegalnym miejscu jakim niewątpliwie była ta część gospody Bakarak. Torsten najwyraźniej znał Ramzesa, gdyż takie nosił imię ten inkwizytor i szybko udało mu się go spławić, sugerując darmową kolejkę. Już chwilę później rozmawialiśmy o naszym pierwszy zadaniu.

I tutaj znowu czekała nas niespodzianka, ponieważ nie było to zadanie jakiego się spodziewaliśmy. Torsten poinformował nas, że od jakiegoś czasu na miejskim cmentarzu giną ciała i kościół Delidii zwrócił się do nich z żądaniem, aby po cichu postarali się dowiedzieć kto za tym stoi i schwytać winnych. Mieliśmy otrzymać za to całkiem solidną nagrodę, która miała zostać nawet powiększona o premię, jeżeli udałoby nam się zachować całą sprawę bez rozgłosu. Torsten dał nam również symbol Grododzierżcy, który mogliśmy wykorzystać, aby usankcjonować nasze działania.

Czym prędzej udaliśmy się na wspomniany cmentarz, aby nieco się rozejrzeć. Okazało się, że jest to całkiem pokaźna nekropolia i zadanie, które z początku wydawało się banalne, wcale takie nie musi być. Po pobieżnym sprawdzeniu ogrodzenia, udaliśmy się do strażnicy, aby zasięgnąć języka od przebywającego tam strażnika miejskiego. Był to, jak się okazało, dobry ruch, gdyż strażnik Lothar był bardzo dobrze poinformowany. Wskazał nam miejsca, skąd skradziono ciała, poczynając od lady De Erd, kupca Jana i lorda Thorna. Jednak zastanawialiśmy się, czy wszystkie zabrane zwłoki zostały zauważone, dlatego też wspólnie przejrzeliśmy rejestry straży, aby sprawdzić pozostałe pochówki, które odbyły się w kwietniu. Niemile zaskoczyła nas sytuacja, w której odkryliśmy, że kilka z grobowców również jest pustych. Kejn w jednym z nich sprawdził ślady i bazując na jego osądzie, dowiedzieliśmy się, że najprawdopodobniej ciała wyniosły dwie lub może trzy osoby. Sarkofagi zostały otwarte, a ciała z nich wyciągnięte. Ponieważ Lothar robił się zbyt podejrzliwy, postanowiłem pokazać mu symbol Grododzierżcy (kamienna figurka Gryfa), który otrzymaliśmy od Torstena. Jak się okazało był to dobry ruch, gdyż od razu zmieniło się jego nastawienie. Aby zadbać również o brak rozgłosu, zapewniłem Lothara, iż sam Grododzierżca jest poinformowany o naszych działaniach i nikomu więcej nie może o tym co tutaj robimy mówić.

Fakty, które udało nam się poskładać w całość, przemawiały za tym, iż ktoś jest dobrze poinformowany o tym co się dzieje na cmentarzu, następnie, dzień lub dwa po pochówku, zakrada się do grobowców i wykrada z nich świeże jeszcze ciała. Igo wspomniał, że takie działania są praktykowane przez magów zajmujących się szkołą nekromancji i być może jeden z nich, sam lub też wykorzystując pomocników, zdobywa ciała, aby przeprowadzać na nich eksperymenty. Z mojej strony podejrzenia padły na istoty nieumarłe, które być może trafiły na tą nekropolię.

Postanowiliśmy, że będziemy przyglądać się najbliższej ceremonii pogrzebowej, a w nocy zaczaimy się, aby spróbować pochwycić złodzieja ciał kimkolwiek by nie był.



Kroniki VIII: Porywacze zwłok (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Kwiecień, rok 222 po Zaćmieniu. Miasto-Państwo Mar-Margot.


Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Lothar poinformował nas o następnym pochówku, a my przygotowaliśmy się na niego najlepiej jak umieliśmy. Igo, udając osobę odwiedzającą krewnych, przyjrzał się ceremonii pogrzebowej. Bazując na jego opisie, nic specjalnego nie rzuciło nam się w oczy. W ceremonii uczestniczyła rodzina oraz osoby, które rozpaczały po zmarłym. Na zakończenie ciało owinięte w całun zostało zamknięte w grobowcu. Zgodnie z umową Igo rozejrzał się również po okolicy, aby wskazać możliwe miejsca, z których moglibyśmy przeprowadzać obserwację w nocy. Ku naszemu zadowoleniu, w niedalekiej odległości znajdował się drugi grobowiec, z którego był dobry widok na nasz cel. Postanowiliśmy, że Tsume i Kejn będą obserwować okolicę, a ja z Igo będziemy czekać niedaleko nekropolii, aby im ewentualnie pomóc w ujęciu sprawców.

Już po pierwszej nocy spędzonej w niedalekim lasku, dziękowałem Vergenowi za moc, którą mnie obdarzył. Dzięki niej mróz, który przecież cały czas o sobie przypominał nocami, nie miał do mnie dostępu. Niestety przez całą noc nic ciekawego się nie wydarzyło, a przynajmniej nie to czego oczekiwaliśmy. Nad ranem wrócił do nas Tsume i opowiedział nam co zauważył w nocy. Na cmentarz przyszła jakaś para, jednak nie w celu wykradania ciał, a udawaniu się cielesnym uciechom. Poza tym nic więcej się nie działo. Kejn miał do nas za chwilę dołączyć, jednak jego powrót zaczął się przedłużać. Gdy zaczęliśmy się niepokoić, zauważyliśmy, że ktoś, zataczając się, zbliża się do ogrodzenia cmentarza. Tą osobą okazał się Kejn, który nie zdołał przejść przez ogrodzenie i upadł tuż przy nim. Czym prędzej przeskoczyliśmy i zaczęliśmy sprawdzać jego stan. Ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy na jego ręce ślad po ukłuciu i on sam szepnął, że najprawdopodobniej został otruty. Nie zwlekając, wypowiedziałem modlitwę do Vergena, aby powstrzymał działanie trucizny w jego organiźmie. To chyba, jak się później okazało, uratowało mu życie. Z jego późniejszej opowieści dowiedzieliśmy się, że w grobowcu, w którym się zaczaił, znalazł zasuszone ciało przy jednym z sarkofagów. Popchnięty przez swoją ciekawość postanowił sprawdzić co się z nim znajduje, jednak nie wykazał się należytą ostrożnością i nie zauważył pułapki, która czekała na złodziejaszków. I to właśnie za jej sprawą został zatruty. Wszyscy razem udaliśmy się do Bakaraka, aby szukać zielarza, który mógłby przygotować antidotum. Całe szczęście grupa Camaralczyków miała taką osobę na swoich usługach i podał on antidotum Kejnowi.

Nie obyło się również bez kilku gorzkich słów, w których powiedzieliśmy Kejnowi, co myślimy o jego zachowaniu, gdy w środku naszego pierwszego poważnego zadania on zajmuje się przeszukiwaniem grobów. Jednak nie sądzę, aby nasze przemowy odniosły należyty skutek. Widziałem w jego oczach nadzieję na ukryty skarb… który miał zamiar zdobyć.

Również kilka następnych nocy spędziliśmy wyczekując przy grobowcu, jednak ku naszej irytacji nikt się nie zjawił. Jakby tego było mało, strażnik z cmentarza natknął się na otwarty grobowiec zostawiony przez Kejna poprzedniej nocy i odnalazł ciało, które tam leżało od dłuższego czasu. Chcąc najprawdopodobniej wybielić się w oczach swoich przełożonych, stwierdził, iż to jest złodziej ciał, a to bogini Delidia ukarała go za niecne czyny taką śmiercią. Wszystkie te opowieści śmierdziały nam na kilometr, dlatego postanowiliśmy zastosować pewien fortel. Udając że wierzymy w wersję strażnika, oznajmiliśmy, że śledztwo się skończyło, a my wracamy do innych obowiązków.

Jednak tak naprawdę poczekaliśmy do kolejnego pogrzebu i wróciliśmy do czatowania na cmentarzu. Tym razem Tsume z Kejnem obserwowali grób, a ja z Igo czekaliśmy w grobowcu, w którym wcześniej przebywał Kejn. W grobowcu tym znajdowały się trzy sarkofagi, a jeden z nich został otworzony. Oczywiście zrobił to Kejn, który za nic miał nasze wcześniejsze przestrogi. Razem z Igo przyjrzeliśmy się ciału rycerza, złożonemu w grobie, który oprócz pordzewiałej zbroi miał zawieszoną przedziwną tabliczkę. Była ona złotego koloru oraz zapisane były na niej cyfry 8 x 3 x 6 / 2 Nie mieliśmy pojęcia co to mogło oznaczać, ale wydawało nam się to warte uwagi.

Tabliczka z grobowca rodziny von Trakk

Po kilku godzinach, niedaleko nas, zauważyliśmy trzy osoby, które przemykały w kierunku nowego grobu. Zgodnie z naszymi ustaleniami, czekaliśmy na Tsume i Kejna, który mieli śledzić złodziei, aby poznać ich mocodawcę. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Nad ranem Tsume wrócił do nas z informacją, gdzie trafiło ciało. Po wykopaniu ciała i zamaskowaniu grobu, złodzieje zanieśli je do wozu, który oczekiwał na nich za cmentarzem. Następnie udali się z nim do miasta, gdzie, w umówionym miejscu, zostawili wóz i rozeszli się w różnych kierunkach. Po kilku minutach kolejna osoba zabrała ciało i drugim wozem przewiozła je do domu w Dzielnicy Handlowej. Już następnego dnia wszyscy razem udaliśmy się tam, aby przyjrzeć się temu miejscu bliżej. Domem, gdzie trafiło ciało, był dom medyka Rumperta. Ku naszemu zdziwieniu, Kejn powiedział, że zna tą osobę, gdyż uczył się od niej medycyny. Był on ponoć nawet przyjacielem naszego ojca Roberta.

W tym momencie wszystko zaczęło nam się składać w całość. Powód kradzieży zwłok był oczywisty. Słyszeliśmy o medykach, którzy pomimo zakazu, kradli ciała zmarłych, aby sprawdzać ich wnętrzności i objawy ich chorób. Natomiast nie spodziewaliśmy się kłótni jaką to wywoła. Okazało, się że Igo jest przeciwny wydaniu medyka, gdyż, w jego ocenie, jego działania nie wyrządzają nikomu krzywdy, a może nawet pomagają ludzkości. Niestety był jedyną osobą, która miała takie przekonania. Pozostali chcieli po prostu wykonać zadanie i przybliżyć się do celu, jakim jest zdobycie zaufania Camarala, które ma nam pomóc w wyjaśnieniu śmierci rodziców. Ja również nie widziałem powodu, aby okazywać litość osobie, która dopuszcza się kradzieży ciał z cmentarza, jednak, widząc zaciętość na twarzy Igo, zaproponowałem kompromis. Miał on polegać na tym, iż najpierw sprawdzimy czy rzeczywiście medyk jest winny, a następnie damy mu szansę, aby się wytłumaczył ze swoich działań.

Tym razem przestrzegliśmy Kejna, aby był ostrożniejszy w swoich działaniach i zakradł się w nocy do mieszkania medyka, aby sprawdzić czy ciało dalej się tam znajduje i co się z nim dzieje. Szybko okazało się, że wszystko jest na miejscu, a medyk, wraz z drugą osobą, przeprowadzają jakieś medyczne eksperymenty. Nie zwlekając, udaliśmy się do jego domu i całkowicie zaskoczonego obezwładniliśmy w piwnicy nad rozczłonkowanym ciałem. Zgodnie ze słowem danym Igo, zapytaliśmy się go o powody jego czynów. Okazało się, że pracuje on nad dziełem swojego życia, które zmieni podejście do medycyny. O ile mogliśmy zauważyć wagę wiedzy zdobytej przez niego, o tyle nie mogliśmy pozwolić mu ujść z tego cało. Tak więc pomimo sprzeciwów Igo, zadecydowaliśmy, iż musi on umrzeć. Zgodziliśmy się jednak puścić jego ucznia wolno, przestrzegając go przed podobnymi czynami w przyszłości. Razem z wolnością darowaliśmy mu coś cenniejszego, a mianowicie księgi jego nauczyciela. Medyk, akceptując swój los, poprosił nas tylko, aby sam mógł zażyć środek, który zakończy jego żywot. Tak też się stało. Po wypiciu przez niego pewnego flakonu, padł na ziemię bez ruchu. Kejn, dla pewności, dźgnął go jeszcze sztyletem w pierś.

Teraz nie pozostało nam nic innego, jak tylko udać się do Torstena, aby go poinformować o wykonaniu pierwszego zadania. Ponieważ winnym była dosyć znana osoba w mieście, zgłosiliśmy fakt jej winy do strażników miejskich, aby oficjalnie zakończyć nasz udział. Z radością odebraliśmy pokaźną nagrodę od Tostena oraz zapewnienie, iż sam Camaral dowiedział się o naszym sukcesie.



Kroniki IX: Zawód Łowca Nagród – dorwać Łaskotka (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Maj, rok 222 po Zaćmieniu. Południe od Mar-Margot, rejon Gadarty i Roskanny – włości barona Friedricha von Baumanna.


Niestety ta część kronik jest nieczytelna - nieubłagany czas zrobił swoje. Być może kiedyś, jacyś badacze odnajdą te zaginione zapiski... Zapewne byłby to nieoceniony wkład w historię naszego Królestwa.



Kroniki X: Na tropie Łaskotka (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Maj, rok 222 po Zaćmieniu. Południe od Mar-Margot, rejon Gadarty i Roskanny – włości barona Friedricha von Baumanna.


Po spotkaniu z ekscentrycznym magiem, wyruszyliśmy w drogę do Gadarty. Ta mała miejscowość położona jest niedaleko szlaku z Mar-Margot na południe, po drugiej stronie rzeki Gadarki. Aby się tam dostać, musieliśmy przekroczyć rzekę, co było możliwe dzięki niewielkiemu promowi, obsługiwanemu przez Olega i jego syna Alana. Niestety, gdy do niego dotarliśmy, dowiedzieliśmy się że „tatko” już dzisiaj nikogo nie przeprawi, gdyż zasnął z bukłakiem jakiegoś podłego trunku w ręce. Jego syn opowiedział nam nieco o ich codziennych obowiązkach, jednak niewiele wiedział na temat Łaskotka i krążącej w okolicy bandy. Następnego dnia z rana wypytaliśmy również przewoźnika, któremu rozwiązał nieco język bukłak wina, który miał ze sobą Kejn. Dowiedzieliśmy się, że istnieją co najmniej dwa miejsca, w których zbójecka banda może się przeprawiać przez rzekę, jednak są one oddalone kilka dni drogi od brodu.

Po przeprawieniu się, ruszyliśmy w dalszą drogę, jednak po drodze musieliśmy ustalić w jaki sposób uda nam się nie wzbudzać dodatkowych podejrzeń, w tak zamkniętej grupie mieszkańców wioski jaką jest osada drwali. Widząc, że moi bracia mają problem z pomysłami, zaproponowałem, iż będziemy obstawą zielarza Igo, który wyruszył na poszukiwanie rzadkich ziół z tej okolicy. Jak się później okazało, nawet nie musieliśmy się uciekać do tego fortelu, gdyż sytuacja w wiosce i bez tego była bardzo ciekawa.

Gdy minęliśmy pierwsze kilka chat, naszą uwagę zwrócił tłum przed jedną z nich. Jak tylko się zbliżyliśmy, szybko zorientowaliśmy się w sytuacji. Grupa mieszkańców wioski chciała wyprowadzić z domu oraz zabić Anitę Ulster. Powodem tych zbrodniczych planów, miała był domniemana choroba, zwana „Wilczą Klątwą”. Była ona według nich spowodowana pogryzieniem przez wilki, a jej rezultatem miała być zamiana w wilkołaka. Oczywiście Kejn, który zna się nieco na medycynie, powiedział, że to są bzdury, jednak nie tak łatwo jest przekonać wzburzony tłum. Na szczęście udało nam się odnaleźć sołtysa, który przyglądał się temu i przekonać go, iż być może Kejn, będzie w stanie uleczyć Anitę i nie dojdzie to tej przemiany… W domu okazało się, że stan zdrowia kobiety jest krytyczny. Od pogryzienia minęło kilka tygodni i rany nie chciały się goić. Sytuacja wydawała się być beznadziejna, gdyż Kejn nie przypominał sobie żadnego lekarstwa na tą przypadłość w tak ciężkim stanie. Jednak postanowiliśmy udać się jeszcze do miejscowego zielarza Mundo, aby sprawdzić czy on nie ma jakiegoś specyfiku, który mógłby pomóc. Zaskoczyło nas, że na samo jego imię ojciec Anity splunął i wymamrotał jakieś przekleństwo pod nosem, jednak, nie zważając na to, byliśmy zdecydowani udać się do niego. Najpierw jednak chcieliśmy po podróży zostawić konie w stajni oraz zadbać o miejsce na spoczynek na najbliższe dni. Karczmarzem okazał się być sołtys Herman z Gadarty, z którym rozmawialiśmy nieco wcześniej. Wypytywał on o cel naszej podróży i jak się nieco później okazało, podejrzewał on, iż to kościół Delidii nas tu przysłał, aby sprawdzić czy mieszkańcy wiernie oddają jej cześć. Jego podejrzenia podszyte były strachem w związku z faktem, iż to właśnie niedaleko Gadarty, Łaskotek zabił inkwizytora Delidii kilka tygodni wcześniej.

Po uzgodnieniu noclegu z karczmarzem, udaliśmy się do zielarza Mundo, aby zapytać go o zioła, które będą w stanie pomóc Anicie. Mundo, jak się okazało, również chciał się z nami spotkać, aby prosić nas o pomoc. Z jego opowieści dowiedzieliśmy się, iż zakochał się on w Anicie, jednak jej rodzina nie patrzy z przychylnością na ten związek. Nie pozwolili oni nawet, aby Mundo postarał się jej pomóc ziołami, tak więc zdesperowany chłopak szukał pomocy u nas. Znał on nazwę zioła, które być może byłyby w stanie ją uleczyć, jednak nie wiedział, gdzie je znaleźć, ani jak wygląda. Dodatkowo miał złamaną nogę i chodził o kulach. Znał za to osobę, która taką wiedzę mogła posiadać. Opowiedział nam o Panie Lasu, który opiekuje się „Wiecznym Lasem” i który być może będzie w stanie nam pomóc. Niestety spotkać go można dwa dni drogi od wioski. Mieszka on niedaleko polany, na której drwale zostawiają mu podarki, aby prosić o błogosławieństwo i przychylność natury. Mundo opowiedział nam również historię zabitego inkwizytora. Przybył on do Gadarty, ponieważ w okolicy odnaleziono miejsce powiązane ze starymi bóstwami. Kościół Delidii wszelkie miejsca, jak to, próbuje ukryć, bądź zniszczyć i tak też chciał zrobić tym razem. Jednak Łaskotek przeszkodził w tych planach, bądź też odroczył je nieco. Po śmierci inkwizytora Kościół przysłał większy oddział zbrojnych, którzy zapieczętowali to święte miejsce oraz zabronili mieszkańcom się do niego zbliżać. Bardzo mnie to zaciekawiło, ale postanowiliśmy się tym zainteresować później, jeżeli będzie taka okazja. Póki co, czym prędzej z rana wyruszyliśmy szukać Pana Lasu.

Dzięki mapie, którą naszkicował nam Mundo, wiedzieliśmy którym szlakiem musimy iść i droga przebiegała bez przeszkód. Szlak wiódł wzdłuż rzeki, którą od czasu do czasu przepływały barki z towarami. Pod koniec pierwszego dnia doszliśmy do polany, o której wspominał Mundo. Jednak nie będąc pewnym jakie moce są z nią związane, postanowiliśmy przespać się w okolicznym lesie, a samą polanę sprawdzić z samego rana.

Na polanie znaleźliśmy kamienny „ołtarz”, na którym widoczne były ślady po ostatnich darach dla Pana Lasu. Wyczuwalna dla mnie była aura pewnej mocy, która się wiązała z tym miejscem, jednak nie mogłem powiedzieć nic więcej. Po tych oględzinach ruszyliśmy w dalszą drogę. Teren robił się coraz bardziej górzysty i szlakiem musieliśmy iść gęsiego. Gdy zbliżaliśmy się do celu, ponownie weszliśmy w płaskie tereny leśne, które widać było, iż są nieuczęszczane przez ludzi. Las przerodził się w sporą łąkę, zarośniętą krzakami i po jej przeciwnej stronie zauważyliśmy ogromnego niedźwiedzia. Był on sporych rozmiarów i nie uśmiechała nam się walka z nim. Chcąc go odstraszyć, zacząłem uderzać włócznią w tarczę, aby narobić jak najwięcej hałasu i aby zszedł nam z drogi. Udało nam się do tego doprowadzić i niedźwiedź ominął nas szerokim łukiem. Tuż za polaną zauważyliśmy niewielki dom, a przed nim wyłonił się elf, który przedstawił się jako Elander. Wyłonił się to właściwe słowo, gdyż on praktycznie „wyszedł” z drzewa, w które był wtopiony. Od razu domyśliliśmy się, iż włada on sporą mocą, skoro jest w stanie dokonać takich rzeczy.
Elander zaprosił nas, abyśmy z nim usiedli i porozmawiali o tym, co nas tu sprowadza. Opowiedziałem o przykrym wypadku, który spotkał Anitę i o podejrzeniach Mundo, iż tutaj znajdziemy potrzebne zioła. Nie zawiedliśmy się. Elander przyznał, iż posiada te zioła i może się nimi z nami podzielić. Co zaskakujące nie oczekiwał nawet w zamian żadnego zadośćuczynienia. Z zaciekawieniem wypytywaliśmy go o powody jego pobytu w tym miejscu, jednak nie był on zbyt skory do dzielenia się swoimi motywami. Udało mi się jednak dowiedzieć cóż za tajemnicze miejsce zostało zaplombowane przez kapłanów Delidii w lesie nieopodal Gadarty. Miejscem tym okazała się świątynia boga Richitera. Bóg ten szerzej był wyznawany przed Zaćmieniem, jednak w mojej ocenie był on zbyt słaby i litościwy, przez co jego wyznawcy nie wykazywali się odpowiednią siłą charakteru. Pytaliśmy go również o Łaskotka, jednak elf stwierdził, iż jest on mu obojętny i nie może nam pomóc w jego uchwyceniu.

Niedługo później, zdając sobie sprawę z krytycznej sytuacji, w której zostawiliśmy Anitę, postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną. Nasz następny obóz rozbiliśmy niedaleko polany, którą mijaliśmy dzień wcześniej. W trakcie odpoczynku Igo chciał porozmawiać o prawach, według których postępują kapłani Vergena. Odkąd wrócił z Górskiego Gryfa, zauważyłem, iż był bardzo wrogo nastawiony do jakiejkolwiek wiary i wszelkie wzmianki zbywał niezbyt lotnymi hasłami. Nie chciałem mu się narzucać z wiarą Vergena, ponieważ szanowałem jego światopogląd, jednak nie mogłem mu pozwolić mówić głupot na temat wiary Vergena i zasad, którymi się kieruję. Razem z Tsume próbowaliśmy mu to wyjaśnić, obawiam się jednak, że jeszcze na to za wcześnie. Ku naszemu zdumieniu, rozmowie tej z drzewa przysłuchiwał się Elander, który ujawnił się po chwili. Widząc nasze zaskoczenie, przeprosił, jednak, jak to powiedział, rozmowa była bardzo interesująca i nie mógł się powstrzymać. Po chwili Elander przyznał, że ruszył za nami, ponieważ ma dla nas pewną propozycję. Wiedząc, że zależy nam na schwyceniu Łaskotka, zaproponował iż pomoże nam w tym, jednak w zamian oczekiwał, iż odszukamy dla niego pewien przedmiot w Samotnej Wieży. Nie zastanawialiśmy się długo, bo zadanie wydawało się na pierwszy rzut oka łatwe, a do tego pozwoli nam odnaleźć poszukiwanego zbiega, tak więc czym prędzej się zgodziliśmy. Po spakowaniu obozu, ruszyliśmy w drogę do Gadarty. Na miejscu czym prędzej udaliśmy się do domu Ulsterów, aby podać zioła chorej kobiecie, zgodnie z zaleceniami Elandera. Kuracja miała potrwać trzy dni i tak też się stało. Już na następny dzień gorączka ustąpiła, a wraz z kolejnymi ustępowały pozostałe objawy.

Wyglądało na to, iż sprawy idą w dobrym kierunku, tak więc postanowiliśmy chwilę odpocząć i przygotować się do drogi do Samotnej Wieży. Mundo, zgodnie z obietnicą, w zamian za nasze zaangażowanie podzielił się z nami Zielem Siły. Według niego, osoba która będzie je żuła przez kilka minut, po niedługim czasie zyska nadludzką siłę.
Nie chcąc tracić naszego celu z oczu, dwa dni później postanowiliśmy wyruszyć do wspomnianej wieży, aby odnaleźć tam poszukiwany przez Elandera przedmiot, zwany Zwojem Wiedzących, który jest srebrną tablicą pokrytą runicznym pismem elfów.



Kroniki XI: Tajemnice Samotnej Wieży (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Maj, rok 222 po Zaćmieniu. Południe od Mar-Margot, rejon Gadarty.


Sama droga do wieży przebiegała spokojnie. W trakcie podróży rozmawialiśmy o wydarzeniach ostatnich dni oraz o naszych celach. Zastanawialiśmy się również co nas może spotkać w wieży. Mając na uwadze ostrzeżenie usłyszane od Mundo, chcieliśmy się dobrze przygotować i zachować ostrożność. Jednak jak to w życiu bywa, przygotowanie przygotowaniem, a rzeczywistość pisze własne scenariusze.

Po kilku dniach dotarliśmy na skraj lasu, z którego było widać w oddali majaczącą wieżę. Ponieważ dzień chylił się ku końcowi, postanowiliśmy przenocować w pewnej odległości od wieży i ruszyć do niej następnego dnia z samego rana. Po rozbiciu obozu udaliśmy się na spoczynek według naszych standardowych wart. Ja miałem zmienić Kejna, co zresztą zrobiliśmy, jednak już po obudzeniu czułem, że coś jest nie w porządku. Kejn poszedł ze mną na skraj lasu, aby upewnić się, że nic nieoczekiwanego nie nadchodzi z wieży, jednak oprócz mgieł nie zauważyliśmy niczego specjalnego.

Niestety to było ostatnie co zapamiętałem… Otworzyłem oczy, słysząc w głowie krzyki Tsume – „Dalinar!!! Dalinar!!! Broń się.” Nie rozumiejąc co się dzieje, instynktownie szukałem swojej tarczy i włóczni. To chyba zresztą uratowało mi życie, gdyż już kilka uderzeń serca później, w moim kierunku wyleciały magiczne kolce. Nade mną unosiła się postać kobiety, w czarnej, zwiewnej sukni, która atakowała raz po raz mnie lub Tsume. Magiczne kolce utknęły w mojej tarczy, jednak kilka z nich znalazło szczeliny w mojej zbroi folgowej i boleśnie wbiło się w ciało.

Upiorzyca

Od tego momentu wiedziałem, że walka nie będzie łatwa. Z pomocą Vergena wzniosłem ochronę i zacząłem się przygotowywać do kontrnatarcia. Walka była o tyle nietypowa, że ataki Tsume przenikały niematerialne ciało tej istoty. W trakcie jednego z ataków, Tsume przeleciał przez tą istotę i wpadł na mnie powalając na ziemię. Zaskoczył mnie nietypowy styl walki Tsume, który wybijał się nawet na 5 metrów, aby próbować ją dosięgnąć. Nie wiem jak by ta walka się potoczyła, gdyby nie nadeszli Kejn i Igo. O ich obecności poinformowała mnie strzała, która ugodziła tą istotę w głowę. Chwilę później nadleciała błyskawica wystrzelona z rąk Igo. Myślę, że ta istota nie spodziewała się tego ataku, dlatego uderzenia były bardzo celne. Przez chwilę słyszeliśmy rozdzierający krzyk, po czym nienaturalna mgła otoczyła tą istotę i wyłoniła się w swojej prawdziwej postaci, która była jeszcze bardziej przerażająca.

Cienisty stwór

Teraz szala zwycięstwa przechyliła się na naszą stronę i po kilku następnych atakach, istota ta błyskawicznie opadła na ziemię i uciekła w kierunku ruin wieży.

Gdy walka się skończyła rozejrzałem się po okolicy i okazało się, że jesteśmy na placu przed wieżą. Jak wynikało z opowieści moich braci, przebudzili się i zauważyli, że mnie nie ma na straży. Gdy ruszyli na skraj lasu, zauważyli, iż podążam w stronę wieży, mamiony przez istotę, z którą później walczyliśmy.
Obejrzałem swoje rany i postanowiłem, iż muszę prosić Vergena, aby mnie uleczył. Zanosiło się, że to nie jest ostatnia walka jaką tu stoczymy. Tymczasem zawróciliśmy w kierunku swojego obozowiska, aby się ogarnąć i przygotować do eksploracji ruin wieży. Po spakowaniu obozu ruszyliśmy, aby przeszukać wieżę i znaleźć cel naszej podróży.

Samotna Wieża

Rozpoczęliśmy poszukiwania od kondygnacji, które znajdowały się na pierwszym i drugim piętrze. Łatwo było zauważyć, że wieża została kiedyś zniszczona przez jakiś magiczny wybuch, który rozerwał ściany. Na górze nie znaleźliśmy niczego ciekawego poza mocno nadniszczoną księgą, a raczej jej resztkami. Na okładce znajdował się grawer Bractwa Khall, budzących strach czarowników na południe od Dominium Delidii – nietoperze skrzydła wystające z pleców zakapturzonej postaci. Wszystko wpisane w odwrócony trójkąt równoboczny. Większość kart nie nadawała się do odczytania, jednak Igo wynotował kilka urywków zdań, które pozostały - „...Pan Traggaru zwolnił mnie Randalla ze służby i wraz z mą zmarłą małżonką, udałem się w ten dziki, lecz pięknie spaczony rejon Kataklizmem z Zachodu… Ukochana ma… Szansa nadarzyła się… Sevonita… Tortury na obiektach doskonale pobudzają kryształy, ale… Żal był mój wielki, ale ten kto chce poznać tajemnicę Cieni musi poświęcić wiele, żeby… Wieś ta znajduje się dzień drogi, ale… Delidii… Kiedyś świat pozna… Pogranicze… Wo… Vanessa jest inna niż przed śmiercią i dlatego nie mogę dłużej…”
Najwidoczniej ktoś tutaj próbował skorzystać z mocy Cieni i zapłacił za to wysoką cenę. Przez dłuższy czas przeszukiwaliśmy ruiny, jednak nie byliśmy w stanie znaleźć zejścia do podziemi. Powoli zaczęliśmy tracić nadzieję, gdy usłyszeliśmy podekscytowany głos Kejna, iż coś udało mu się znaleźć. Pod gruzem, który okazał się magiczną iluzją, znaleźliśmy zejście do podziemnego korytarza.

Podekscytowani ruszyliśmy przeszukiwać podziemia. Już po chwili zrozumieliśmy, że to ogromny kompleks, który skrywa kilka tajemnic. Pierwszą z nich było pomieszczenie, w którym kiedyś najwyraźniej więziono jakichś ludzi. Pozostały po nich tylko szkielety, niektóre do teraz zakute w kajdany. Obraz potworności, które tutaj się odbywały, stawał się coraz wyraźniejszy. Na swojej drodze napotkaliśmy również pracownię, w której roiło się od fiolek i porozrzucanych pergaminów – całe pomieszczenie, jak i zresztą pozostałe, zalane było wodą po kostki i zewsząd buchała wilgoć, stąd wiele ksiąg się nie ostało. Ponownie dobrym przeczuciem popisał się Kejn, który zauważył małe pomieszczenie ukryte za iluzją. Znaleźliśmy w nim kilka interesujących przedmiotów, jednak nie mieliśmy czasu na dokładne przeszukiwanie.
Jednak kluczowe okazało się centralne pomieszczenie, z którego rozchodziło się kilka dodatkowych wyjść. Pomieszczenie te było całkiem spore, tak, że nasze latarnie nie były w stanie oświetlić go całkowicie. Na jego środku znajdowały się cztery kolumny, a do dwóch z nich przyczepione kajdanami były dwa ciała. Po bliższym przyjrzeniu zrozumieliśmy, iż byli oni kapłanami Arianne i nielubianego przeze mnie boga Tuluntusa. Oboje byli dawnymi bóstwami, których czczenie teraz jest zakazane. Jednak najważniejsze znalezisko było na samym środku pomieszczenia i wydawało bardzo dziwne brzmienie. Była to czarna „masa”, wyglądająca niczym mroczna ściana energii, nieco falująca i „wciągająca” światło. Mieliśmy co do niej najgorsze podejrzenia, które oczywiście okazały się prorocze. To właśnie z niej wyłoniła się istota, którą widzieliśmy po przeobrażeniu na powierzchni. Niczym mordercza siła rzuciła się na nas, aby nas uśmiercić. Widząc, iż moi bracia będą mieli problem z odparciem jej ataków, starałem się osłaniać ich przed uderzeniami. Ta taktyka okazała się słuszna, gdyż jej uderzenia odbijały się od mojej zbroi, wzmocnionej siłą modlitwy Vergena. Jednak niektóre z ataków trafiały w Kejna i widziałem, iż słabnie w oczach. Tsume razem z Igo dawali z siebie wszystko, aby ją zranić. Ja również, z pomocą „Młota Duchowego”, raz po raz uderzałem w nią, aby przegonić z tego świata. Walka przeciągała się niemiłosiernie i widziałem rosnące zdeterminowanie w oczach moich braci. Na szczęście magiczne ataki Igo oraz moje modlitwy w końcu odniosły skutek i istota ta ponownie wniknęła w czarną ścianę energii.

Po walce okazało się, iż Kejn jest tak ciężko ranny, iż nawet moja moc nie jest stanie mu pomóc w powrocie do zdrowia. Igo stwierdził, iż ta walka całkowicie wyczerpała jego moce i nie będzie w stanie więcej nas wspomóc w kolejnych, jeżeli do takich dojdzie. Oboje chcieli wracać do obozu, a może nawet do Gadarty. Ja nie chciałem się teraz wycofywać. Podejrzewałem, iż ta istota będzie potrzebowała dłuższego czasu, aby się ponownie zregenerować i powinniśmy ten czas wykorzystać do eksploracji pozostałych korytarzy. Udało mi się przekonać braci do tego pomysłu, chociaż widziałem, że spoglądają oni cały czas w kierunku wyjścia.

Odszukaliśmy jeszcze dwa pomieszczenia, które przykuły naszą uwagę. Jedno z nich było pomieszczeniem żony maga, który tu mieszkał, a która najwidoczniej zginęła w jakichś mrocznych okolicznościach oraz niewielkie pomieszczenie ze skrzynią. Niestety koło skrzyni znajdował się posąg zbrojnego, który natychmiast stanął przed nią, jak tylko weszliśmy do pomieszczenia. Posąg ten przypominał elfiego wojownika i miał najwidoczniej chronić skrzynię przed intruzami takimi jak my. Zważając na nasz nienajlepszy stan, postanowiliśmy się wycofać, aby przemyśleć naszą sytuację i następne kroki.



Kroniki XII: Powrót do Samotnej Wieży (autor: Cad)

Występują: Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast), Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak)

Czas i miejsce: Maj, rok 222 po Zaćmieniu. Południe od Mar-Margot, rejon Gadarty.


Po opuszczeniu podziemi wieży ochłonęliśmy i zadecydowaliśmy, iż najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do Gadarty. W drodze powrotnej rozważaliśmy jak odzyskać elfie zwoje, które najprawdopodobniej znajdują się w skrzyni, której strzeże posąg o postaci wojownika. Ustaliliśmy, iż Kejn poświęci kilka następnych dni na leczenie, Igo przestudiuje odnalezione księgi, a ja z Tsume udamy się do Elandera, aby sprawdzić czy może nam pomóc. Po dotarciu do gospody, zjedliśmy porządny posiłek i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Z rana ponownie spakowaliśmy nasze rzeczy i pieszo ruszyłem z Tsume do chaty Elandera. Sama podróż na szczęście przebiegła spokojnie i po dwóch dniach zastaliśmy elfa przed swoją chatą. Opowiedzieliśmy mu co zastaliśmy w wieży i wydarzenia, których byliśmy uczestnikami. Na szczęście Elander podzielił się z nami opowieścią o istotach, które tam spotkaliśmy. Uzbrojony rycerz, strzegący skrzyni, to najprawdopodobniej Ilithin, elfi książę, który za życia miał strzec elfich zwojów. Niestety zostały one skradzione z Leredeonu, a sam książę przepadł po tym wydarzeniu. Najwyraźniej czarownik, który je skradł, pokonał go w walce, a teraz w jakiś sposób mu służy. Elander podejrzewał nawet, iż mógł on stać się nieumarłym na jego rozkazach. Od razu zauważyłem, iż może nam to pomóc, gdyż Vergen obdarzył mnie mocą odpędzania nieumarłych istot na tym świecie, co dawało nam nadzieję na odzyskanie zwojów bez konieczności stoczenia walki.
Co do zjawy, która mnie zwabiła do wieży oraz zamieniła się w cienistą postać, to najprawdopodobniej jest to jakiś rodzaj cienia, który przedostał się do naszego świata. Istoty te były tępione przez Elfich Wiedzących, jednak aktualnie, z powodu zmian zachodzących na świecie, jest ich tak mało, że takie miejsca, w których mogą przeniknąć do naszego świata, są niechronione. Niektórzy magowie starają się posiąść moc takich istot, jednak są one zbyt potężne i doprowadzają ich zazwyczaj do szaleństwa, bądź zniszczenia. Elander zaproponował, iż wykona dla nas specjalne strzały, które są w stanie ranić te istoty. Z drugiej strony jednak, kazał nam przemyśleć czy chcemy tam wrócić, gdyż niebezpieczeństwo może być zbyt wielkie.

Po nocy spędzonej u Elandera wyruszyliśmy w drogę powrotną. Dwa dni później zastaliśmy naszych braci w pokoju w gospodzie. W pomieszczeniu rozchodził się niemiłosierny smród, co jak się okazało, było zasługą maści, którą wcierał Kejn w swoje rany. Jednym ze składników tej maści, jak nam powiedział dwa dni później Elander, jest niedźwiedzie łajno… Igo i Kejn również nie próżnowali i mieli dla nas kilka ciekawych informacji. W księgach, które znaleźliśmy w wieży, Igo wyczytał, iż jej właściciel próbował uzyskać władzę nad istotami, które przedostawały się poprzez utworzoną szczelinę, którą widzieliśmy. W tym celu porywał on różnych ludzi i torturował, aby ich cierpienia pobudzały magiczne przejście między światami. Nie rozumieliśmy całkiem jego motywów, jednak ze strzępków informacji wydedukowaliśmy, iż być może chciał posiąść tą moc, aby pomóc swojej zmarłej żonie. W drugiej księdze natomiast były opisane wydarzenia związane z Kataklizmem oraz, ku mojemu i Tsume zaskoczeniu, z Włócznią Przeznaczenia. Ponoć magowie chcieli wykorzystać ten potężny artefakt, aby przeniknąć do innego świata. Jednak najwyraźniej moce, które są zawarte we włóczni ich przerosły i doprowadzili oni do katastrofy.

Kilka kolejnych dni spędziliśmy oczekując Elandera z przygotowanymi dla nas strzałami oraz rozmawiając o wydarzeniach w podziemiach. Koniec końców ustaliliśmy, iż chcemy jeszcze raz spróbować się tam udać, aby dostać się do skrzyni, a tym samym zaskarbić sobie przychylność Elandera w odszukaniu Łaskotka.

Zanim jednak wyruszyliśmy, wydarzyła się jeszcze jedna interesująca przygoda… Z rana, do pokoju wpadł Kejn, oznajmiając, że został zaatakowany w karczmie przez trzech najemników. Widziałem, że jest bardzo wzburzony i czym prędzej zaczął ubierać swoją zbroję. Od razu przypomniały mi się czasy sierocińca, gdy musieliśmy się bronić nawzajem przed innymi dziećmi i nie zastanawiając się dużo, sam przygotowałem się do zejścia na dół. Spodziewałem się niewielkiej walki na pięści, jednak prawda okazała się dużo brutalniejsza. Razem z Tsume i Igo zeszliśmy na dół, aby przyjrzeć się tym typkom, a Kejn zaczekał na górze. Po chwili zszedł na dół i skierował się do drzwi karczmy, aby sprawdzić czy za nim pójdą. Na ich nieszczęście tak się stało i goniąc Kejna przekleństwami ruszyli tuż za nim. Nie ociągając się również, wyszliśmy na zewnątrz, a tam już zastała nas sytuacja, w której Kejn celował z łuku do tych trzech najemników. Nie wykazali się oni jednak rozsądkiem i wyciągnęli miecze, aby go dopaść. Kilka chwil później, cała trójka leżała martwa w kałużach krwi. Musieliśmy przekupstwem i delikatną groźbą przekonać gospodarza, aby nie spieszył się ze zgłaszaniem tej sytuacji do barona von Baumanna. Nie obyło się bez wyjaśnienia powodu naszej wizyty w Gadarcie, czyli poszukiwaniu Łaskotka. Ożywieni tą walką, postanowiliśmy następnego dnia ruszyć w kierunku wieży. Dwa dni później, nad ranem, staliśmy na skraju polany z widokiem na zniszczoną wieżę. Nasze przygotowania rozpoczęliśmy od zażycia ziela siłaczy przed spodziewaną walką. Dotarliśmy do wieży i odszukaliśmy zejścia na dół. Przed wejściem pobłogosławiłem jeszcze bełty Kejna oraz naszą drużynę, aby Vergen wspierał nas w tej walce.

Samotna Wieża - mapa podziemi

Ostrożnie zeszliśmy na dół, nasłuchując wszelkich odgłosów przeciwnika. Na nic jednak się zdała nasza przezorność, gdyż, gdy tylko weszliśmy do centralnego pomieszczenia, w moim kierunku wystrzeliła potężna błyskawica. Uderzenie było tak silne, że chyba tylko dzięki temu, iż chroniłem się tarczą, udało mi się je przeżyć. Jednak siła błyskawicy odrzuciła mnie na ścianę i zamroczyła na kilka dobrych chwil. Jak przez mgłę widziałem szyjącego z łuku Kejna oraz walczących Igo i Tsume. Walka, pomimo tego iż nie należała do łatwych, tym razem została rozstrzygnięta przez strzały przygotowane przez Elandera. Magia elfa raniła tą istotę i z każdą trafioną strzałą jej siły słabły. Jednak nie wyszliśmy z niej bez szwanku, bo oprócz mnie Kejn i Tsume zostali ranni od magicznych mocy ten istoty. Po walce zwróciłem się do Vergena w podzięce za wsparcie oraz z prośbą o uleczenie naszych ran. Widziałem, że moje moce pomogły braciom, jednak moje obrażenia były zbyt poważne, abym był w stanie je wyleczyć. Musieliśmy przemyśleć taktykę walki z Ilithinem. Zaproponowałem, iż ja postaram się go odpędzić, a Tsume i Kejn muszą go zatrzymać do czasu, aż moc Vergena zacznie działać. Tsume chciał jeszcze spróbować oszukać tą istotę, przyciągając samą skrzynię za pomocą liny i kotwiczki.

Po wejściu do komnaty z rycerzem rozpoczęliśmy realizację naszego planu. Jednak i tym razem okazało się, że nasze plany rozminęły się z rzeczywistością. Gdy tylko Tsume zarzucił kotwiczkę na skrzynię, Ilithin ruszył w naszym kierunku. Wezwałem moc Vergena, aby go powstrzymać, jednak Kejn się nieco pośpieszył i wystrzelił pierwszą strzałę. Już wtedy wiedziałem, iż moje działania nie przyniosą skutku, ponieważ nie można atakować istoty, którą się odpędza… Tak więc wywiązała się walka. Rycerz był znakomitym przeciwnikiem i Tsume musiał wzbijać się na wyżyny swoich umiejętności, aby unikać jego ciosów. My w tym czasie zasypywaliśmy go gradem strzał, magicznych pocisków oraz uderzeń młotem duchowym. Walka w pewnym momencie zawisła na włosku, gdy Tsume otrzymał potężny cios mieczem, od którego praktycznie stracił przytomność. Na szczęście rycerz wykonał go tuż przed ostatnimi uderzeniami, które go powaliły. Czy prędzej podbiegłem do Tsume, aby przynajmniej zatamować jego krwotok. Obrażenia, które otrzymał wyglądały na krytyczne, więc czym prędzej Igo wyprowadził go na zewnątrz, aby tam go opatrzyć i przygotować do ewentualnej ucieczki. On sam ledwo słaniał się na nogach. My z Kejnem poszliśmy otworzyć skrzynię i sprawdzić jej zawartość. Zabraliśmy również miecz tego elfiego rycerza, gdyż miałem przeczucie, iż może mieć sporą wartość. Podczas otwierania skrzyni, widziałem że Kejnowi trzęsą się ręce i nie będzie w stanie jej otworzyć w tych podziemiach. Zaproponowałem, abyśmy ją po prostu ze sobą zabrali i zajęli się nią później. Tak też zrobiliśmy - spakowaliśmy nasze rzeczy i pomagając Tsume, ruszyliśmy w drogę powrotną. Na następnym postoju, na spokojnie, Kejn przestudiował zamek i udało mu się ja otworzyć. W środku, ku naszej uldze, znaleźliśmy elfie srebrne zwoje oraz kilka interesujących przedmiotów, które zamierzaliśmy sprawdzić w Gadarcie.