Życiorys: Sarsos Blakher (autor: Bast)

Nie wszyscy mają tyle szczęścia co ja – a może to nie jest szczęście.... może mogłoby mi się przytrafić coś lepszego.... Jednak patrząc teraz z perspektywy czasu, nie narzekam, nie skarżę się i nie chodzę z kąta w kąt, ażeby odnaleźć swoje miejsce na tym przeżartym przez zło świecie – ja już wiem jakie jest moje przeznaczenie, już wiem kim naprawdę jestem....

Urodziłem się jako jedyny syn Lorda Lendy Blakher i Erliny LaGrun Blakher. Posiadłość ojca leżała w okolicach miasta Kaettler. Zamek był przestronny ale stosunkowo skromnie wyglądający – ojciec nigdy nie przywiązywał wagi do stylu i ozdoby, raczej od tego była służba i moja matka. Dzieciństwo moje nie wyglądało jak marzenie, raczej jak służba. Ojciec był rycerzem Zakonu Płonącego Serca – fanatyczne oddziały walczące w imię Richitera Wielkiego u boku innych zakonów i cesarskich oddziałów – a więc i mnie planowano już od samego początku wcielić w szeregi rycerstwa. Ojciec zagorzały wyznawca naszego Boga od początku jak sięgam pamięcią wpajał mi doktryny i przykazania, ucząc co jest dobre, a czego mam się wystrzegać. Uczył mnie fechtunku i zasad panujących w zakonach, nauczył mnie wiary i szacunku do niej – teraz wiem, że wiara jest potężną bronią i sprzymierzeńcem. Przed obliczem mojego Boga nikt się nie ukryje, a przed moim mieczem, którym on kieruje żaden „potwór” się nie uchroni – jam jest Jego siłą, jam Jego wysłannikiem. To On nakazał mi to, czym teraz się zajmuje – jam Jego sługą i katem.

...Pamiętam msze na które zjeżdżały się całe wioski i okoliczni mieszkańcy, ojciec udostępniał wtedy na czas ich trwania naszą kaplicę, która była chyba jedynym miejscem, gdzie rodzina mogła spotkać się razem. Ojciec często wyjeżdżał na misje i delegacje w różne strony, a ja miałem dużo czasu na treningi i naukę. W wieku 10 lat zostałem jego giermkiem i dopiero wtedy na własnej skórze poznałem jak wygląda taka służba. Były dni które znienawidziłem i ojca wraz z nimi – nie szczędził mnie pomimo tego, że w naszych żyłach płynęła ta sama krew. Ale to wyrobiło we mnie hart ducha i mocniejszą jeszcze wiarę – ona pozwalała mi zapomnieć o trudnościach dnia i mojej służby. Mijały lata, a ja wraz z ojcem wypełnialiśmy swoje obowiązki, pokonując codzienność i ból. W końcu dorosłem do nowicjatu. Po latach treningu i służby u boku najlepszego rycerza, jakim był mój ojciec wcielono mnie do zakonu Płonącego Serca. Myślę, że właśnie wtedy szczęście zaczęło się do mnie szerzej uśmiechać....

Moim pierwszym zadaniem, które zresztą całkowicie odmieniło moje późniejsze życie, była misja do Gildenhornu w celach dyplomatycznych. Byłem wtedy jeszcze podrostkiem miałem zaledwie 16 lat, ale okazano mi dobrą wolę i zaufanie. Celem mojej misji było wygospodarowanie od kościoła Richitera Wielkiego kawałka ziemi, która do niego należała. Miała tam później stanąć jedna z siedzib mojego zakonu. Przeorem kościoła był patriarcha Elgon – starszy człek o poczciwej twarzy. Trzy dni zajęło mi przekonywanie go o słuszności naszej sprawy i korzyści, jakie mogły przynieść wybudowanie w tym miejscu naszej siedziby. W końcu patriarcha wyraził zgodę, jednak wiadomość o tym musiała niezwłocznie dotrzeć do Rionu do samego Najwyższego Kapłana Richitera Balfina III. Tak więc wraz z listem, w którym patriarcha Elgon wyjaśnił szczegóły całej sprawy ruszyłem do Rionu. Podróż nie sprawiała mi żadnych trudności – lata spędzone w służbie u boku mojego ojca wyrobiły we mnie krzepę i zawziętość. Po przebyciu Morza Odkrywców dotarłem do Siedziby Najwyższego Kapłana. Jako wysłannikowi kościoła i delegatowi siedziby zakonu, bez większych trudności udzielono audiencji u Najwyższego. Tam też przekazałem wiadomość i streściłem szczegółowo całą misję. Patriarcha niezbyt ochoczo wyraził zgodę na całą kampanię z tym związaną. Z wiadomością od Najwyższego udałem się z powrotem do Gildenhornu. W drodze spotkało mnie szczęście, które jeszcze wtedy nazywałem pierwszym starciem. Oddział rycerzy Zakonu Srebrnego Smoka został napadnięty przez kilkudziesiętną bandę najemników – do teraz nie wiem kto ich wysłał, ale powodów mógł mieć z tysiąc. Nie bacząc na moją misję i jej powodzenie rzuciłem się na pomoc potrzebującym. Walka była długa, starcie ciężkie, a desperacja najemników nieopisana... uratowało się nas zaledwie garstka, a niedobitki najemników uciekły w pośpiechu. Nie było czasu na gonitwy po lasach i wybijanie reszty – wraz z pozostałymi przy życiu rycerzami opuściliśmy pobojowisko i udali do siedziby ich zakonu. Tam mistrz udzielił mi błogosławieństwa i podziękował za rycerskie serce.

Wróciłem do swojej misji. Kiedy przekazałem wiadomość od Najwyższego patriarsze Elgonowi, ten niezwłocznie zaczął przygotowywać potrzebne nam dokumenty. Po skończeniu misji z całym pakietem pergaminów wróciłem do zakonu. Tam czekało już na mnie wezwanie – wezwanie do nowicjatu w Zakonie Srebrnego Smoka... Moja rozpacz nie znała granic, za żadne skarby nie miałem zamiaru odstępować od służby w zakonie, w którym od pokoleń służyli członkowie rodu Blakher. W końcu za namową ojca, który zresztą rad był mojego wezwania zacząłem służbę w barwach innego zakonu i właśnie w ten czas moje życie uległo zmianie.... Cztery długie lata cierpienia i bólu, nauki wytrwałości i zaciętości, wiedzy książkowej i egzaminów, szerzenia wiary i nauki o tajemnych sztukach, wszystko to było moim nowicjatem, ale przetrwałem i trwam do teraz..... Nowicjat przedłużał się w nieskończoność, aż nadszedł czas ostateczny – pasowano mnie na Rycerza Zakonu Srebrnego Smoka. Były to czasy burzliwe, zaczęły narastać zatargi dyplomatyczne z Heborem. Rycerstwo całego Imperium zostało postawione w stan gotowości, a mistrzowie wszystkich zakonów łagodzili narastające spory pomiędzy państwami. Przez ten okres chaosu i niepokoju, Bóg okazał się dla mnie łagodny i dał mi pocieszenie – poznałem Dagonina.

Byliśmy oboje jeszcze młodzi – ja miałem zaledwie 21 lat. Poznaliśmy się przypadkowo. Jednym z głównych sposobów treningu rycerzy w fechtunku była lekcja sparingowa z ostrą bronią. Pamiętam jak Dagonin bez większych problemów obezwładnił mnie na jednym z takich treningów i przyparł do muru. Teraz z biegiem lat śmieję się z tego wydarzenia, ale wtedy ogarniała mnie rozpacz i wstyd, że tak błaho dałem się rozbroić. Rzuciłem się z pięściami na zbrojnego.... godne pożałowania, ale wtedy tylko to mi przyszło do głowy. Jednak mimo tego, że był uzbrojony, to nie spodziewał się tak rozpaczliwego ataku z mojej strony i o dziwo sprowadziłem go do parteru. Mój tryumf nie trwał długo, z wściekłości okładaliśmy się pięściami, dopóki nie rozdzielili nas inni rycerze – wizyta u mistrza była krótka. Dostaliśmy pokutę... pierwszą wspólną misję. Mieliśmy się dostać do miasta Urth w pobliże Gór Koruska. Grupowały się tam małe oddziały najemników, którzy swoimi najazdami męczyli sąsiadujące z miastem wioski – ktoś musiał ich powstrzymać. Podróż trwała długo i w milczeniu. Na miejscu okazało się, że najemnicy są fanatycznymi wyznawcami Amala i nękają okolicznych mieszkańców. Pierwszą eskadrę około 10 wojowników (całkowicie nie spodziewali się takiej reakcji z naszej strony) wybiliśmy w pień, lecz drogo nas to kosztowało. Ja ledwie przeżyłem, Dagonin też był ciężko ranny, a dwóch pozostałych rycerzy, którzy z nami podróżowali padło martwych. Jednak za uzyskaną pomoc, okoliczni mieszkańcy odwdzięczyli się jak najlepiej tylko mogli. Opatrzyli nasze rany i wyprawili msze za zmarłych naszych braci zakonnych. Kiedy okres rekonwalescencji dobiegł końca, a plotki o naszym wyczynie dotarły już do pozostałych grupek fanatyków, ruszyliśmy we dwójkę, aby zakończyć misję. Dalsze dni były jak samo piekło. We dwójkę rozbroiliśmy i zgładziliśmy pomniejsze grupki fanatyków, a reszta z nich rozpierzchła się po całych Górach Koruska.... te dni były nam potrzebne. Poznaliśmy siebie i własne słabości, wspieraliśmy się w duchu i własnymi mieczami, byliśmy jak bracia tej samej krwi, chroniliśmy się nawzajem, a każda nowa rana – moja czy też jego – była po stokroć odpłacana naszym wrogom, wrogom naszego jedynego Boga, naszego Ojca Kościoła.... Dwa miesiące zajęło nam dokończenie misji, a później powrót do ścian naszego jedynego domu, naszego zakonu. Po zdaniu relacji mistrzowi z wykonania misji otrzymaliśmy miesiąc czasu dla siebie i wtedy to mogliśmy opuścić bramy zakonu. Wraz z Dagoninem udałem się w rodzinne strony do miasta Kaettler, aby odwiedzić lata już nie widzianą rodzinę. On również pokazał mi swoje włości i zamek jego ojca. Wtedy to poznałem kobietę mojego życia. Róża była piękną i młodą panną, myślę że pokochałem ją w momencie, gdy na mnie spojrzała. Jej błękitne oczy przez chwilę tylko uraczyły mnie swoim widokiem, ale Dagonin szybko zauważył, że zabrała moje serce... Jego siostra tak zaprzątała mój umysł, że nie mogłem skupić się na swoich rycerskich obowiązkach. Częściej odwiedzałem mą lubą, niźli moje rodzinne strony. Dagonin rad był naszej wzajemnej miłości i już po kilku latach ogłoszono nasze zaręczyny. Rodziny ucieszyły się na wieści, że wkrótce ślub i weselisko, ale z dnia na dzień trzeba było opóźniać terminy, ponieważ wraz z Dagoninem dostawaliśmy kolejne misje i nie cierpiące zwłoki zadania.

Mijały dni, miesiące, lata, a ja wraz z przyjacielem nie opuszczaliśmy się nawet na godzinę. Chociaż były czasy, kiedy to otrzymywaliśmy osobne zadania – ja jednego z nich nie zapomnę do końca moich dni... to było dawno temu, parę lat, nie pamiętam, może sześć. W każdym razie ktoś porywał ludzi z jednej z wiosek Imperium – nawet nie pamiętam jej nazwy. Jak się okazało był to jakiś czarownik, władający złymi mocami, który przywoływał cienie i widma, a później im rozkazywał. Nie wiem po co porywał ludzi, ale położyłem temu kres. Pamiętam jak ostrze miecza przecięło mu tętnice, a krew rozbryzgała się na mojej zbroi. Wszystkie jego cienie rozpierzchły się i wydawało mi się, że to już koniec. W rok później pojawił się pierwszy cień, nawet przemówił, do mnie i powiedział, że jego Pan, Tkacz Cienia pragnie mej duszy. Bałem się jak nigdy dotąd, czułem jego aurę zła, która rozprzestrzeniała się po całej mojej komnacie. Kiedy mnie dotknął poczułem ziąb i zbliżającą się śmierć. Nawet nie byłem w stanie się ruszyć, stałem jak posąg, a ciarki przechodziły po moim ciele. Jego mroźne pazury pozostawiły mi straszliwe blizny na piersi. Czułem chłód i uciekające ze mnie życie, krzyknąłem tylko raz, a do komnaty mej wbiegł strażnik. Miał ze sobą światło latarni, które wygnało potwora. Pytałem później co to było, kapłanów, magów, szukałem odpowiedzi... normalne cienie nie boją się aż tak bardzo światła, ten był inny, ale był też bardziej agresywny, miał ponadto rozkazy, służył komuś potężnemu. Nie wiem, komu i czego ode mnie chcą, boje się każdej nocy. Obawiam się każdej ciemności, która mogłaby je sprowadzić. Nie sypiam zbyt dobrze od tamtego czasu, chociaż staram się zapominać o tej mrocznej części mojego życia – wiara dodaje mi otuchy i siły tak bardzo mi potrzebnej. Światło jest teraz dla mnie ważniejsze, jak nigdy dotąd. Przez kolejne lata miałem kolejne wizje i czułem obecność duchów, niektóre nawet do mnie przemawiały, inne zaś mnie atakowały – to były te wysłane przez Tkacza. Dagonin nic o tym nie wie – bałbym się jego reakcji i faktu, że by mi nie uwierzył. Boje się, że ktoś dowie się o moich zdolnościach, które mam dzięki Bogu, dlatego to będzie moją tajemnicą, aż do grobu. Wiem też, że gdy rozmawiam ze zmarłymi duszami, to wysłannikom Tkacza łatwiej mnie znaleźć, dlatego staram się tego unikać.... rzadko z nimi rozmawiam.... boje się.... boje się kolejnego ataku. Jednak dzięki Dagoninowi i jego obecności nie myślę o tym, a czas leczy moje rany. Życie płynęło, a nasza przyjaźń stale się powiększała, wspieraliśmy się w każdej następnej misji i bronili nawzajem. Myślę, że pokochałem go jak własnego brata, którego nigdy nie miałem... rozumieliśmy się bez słowa, a w walce byliśmy jak jedność, ale nastały mroczne czasy, wody rzek zaczynały spływać krwią....

Kiedy moja trzydziesta wiosna minęła, stosunki polityczne znacznie się pogorszyły. Dokładnie dwa lata temu wybuchły zamieszki na granicach obu państw – Imperium i Heboru. Wtedy to wszystkie zakony i siły Imperium postawiono w stan najwyższej gotowości. Formowano oddziały i ruszano na południe, aby położyć temu kres. Trwało to długo , a my koczowaliśmy na niejednym polu i po niejednej bitwie – wszyscy starali się zapobiec nieuniknionemu, ale mimo trudu i przelanej krwi, nic nie dało się zrobić... Wojna wybuchła szybciej, niż taktycy wojskowi zdołali przewidzieć. Hebor po raz kolejny najeżdża nasze południowe granice. Rycerstwo rusza z odsieczą. Jednak siły Heboru przeważają, wspierane dodatkowo przez potężnych magów Wielkiej Rady, która oficjalnie wspiera mroczne państwo. W szybkim czasie tracimy ludzi i miasta.... Wraz z moim przyjacielem walczyliśmy na niejednym polu i przelaliśmy mnóstwo krwi, jednak ataki się nasilały i sytuacje na froncie z dnia na dzień ulegały zmianie. Przez ponad rok walczyliśmy w obronie Imperium i Kościoła, aż w końcu zarys linii frontu zmienia się i cesarz Fryderyk IV wysyła większość rycerstwa w pobliże Rihorn, tam też formuje się potężna armia odwetowa złożona z rycerstwa, piechoty, najemników oraz elfich plemion. Dochodzi do olbrzymiego starcia. Mało co pamiętam z tej bitwy – furia w jaka wpadłem sprawiła, że chciałem zabijać i przelewać krew. Pamiętam wybuchy, jakie powodowane były przez potężne czary wspierających nas magów.... Ale najgorsze czasy dopiero były przede mną....

Ostatnią i decydującą w wojnie bitwą była ta, która rozegrała się w okolicach Kaettler, mojego rodzinnego miasta. Walczyłem u boku swoich przyjaciół, kiedy olbrzymi błysk rozległ się na niebie, a chmury przybrały szafirowy kolor. Trwało to chwilkę, ale ku nam zmierzały już te istoty. Nikt prócz mnie (teraz wiem to na pewno) nie rozpoznał owych stworów. Chyba z samej czeluści wypełzły, żeby wspierać Hebor swoją mocą i czarami. Były wśród nich szkielety i zombie, a ich smród odczuwałem tylko ja. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że tylko mi Bóg pozwolił przejrzeć mroczny plan Heborskich magów, którzy starali się ukryć prawdziwą naturę stworów przez nich przywołanych. Walczyliśmy dzielnie wspierani mocą Boga i własnymi mieczami. Bitwa ciągnęła się w nieskończoność, a ciał na polach przybywało. Własnym mieczem powalałem stwory i magów ich przywołujących. Bóg chciał, abym przeżył, ponieważ miał wobec mnie inne plany – teraz to wiem... Walczyliśmy długo, aż zapadła ciemność, ogarnęła mnie fala bólu i spełnienia, odczuwałem, że boski plan jaki mi został powierzony ma się spełnić w najbliższym czasie. Do teraz śnią mi się motywy bitwy, w których niszczę mocą mojego miecza, wspieranego przez Boga te złe stwory z czeluści. Dagonin podobnie jak ja walczył dzielnie i zabijał w imię Richitera. Kiedy doszło do rozejmu podpisanego w Teshe, zbrukani krwią wrogów udaliśmy się do naszych siedzib, aby leczyć rany, a czas wolny poświęcić Bogu i modlitwom. W ciągu następnego miesiąca dało się poznać, jak wojna wywarła swoje piętno na nas i reszcie rycerstwa. Wszyscy odczuwaliśmy zmęczenie i strach przed kolejnym starciem. Ja dodatkowo odczuwałem ból po stracie najbliższych.... Wieści dotarły nie później, niż tydzień po podpisaniu rozejmu. Podczas bitwy zamek mojego ojca wraz z całą służbą i moją matką został zniszczony i splądrowany przez najemników heborskich. Sam mój ojciec – wierny sługa Richitera i rycerz Zakonu Płonącego Serca – poniósł śmierć na polu bitwy. Dlaczego nie mogłem go obronić ?? Dlaczego pozwoliłem zabić swoją matkę i zniszczyć swój dom ????? Dlaczego ?? !!! Teraz nie został mi już nikt, prócz Dagonina i Róży, którą kocham nad życie....

Później wydarzyło się jeszcze kilka rzeczy, które były na pewno następstwem wojny, jaką wiedliśmy z Heborem. Namiestnik Kaettler – Książę Derand ogłosił miasto Wolnym Miastem Kaettler. Chciał w ten sposób samodzielnie sprawować władzę w mieście, jednak Cesarz nie pozwolił na to i ruszył pod bramy miasta z liczną armią. My nie zostaliśmy powołani do tego zadania, ale niektórzy z pośród naszego rycerstwa wyruszyli. Wynikiem głupich i samolubnych działań księcia Rada Miasta została ukarana, a on sam rozerwany końmi. Mijały dni, a my próbowaliśmy zaprowadzić ład i porządek w miastach i całym Imperium. Misje dyplomatyczne nie kończyły się i cały czas wysyłano je w rożne zakątki Imperium, a nawet za granicę. Pamiętam dzień, w którym Dagonin oznajmił mi, że Bóg przekazał mu misję i odsłonił przed nim jego powołanie. Później wszystko wydarzyło się dość szybko.... W sierpniu tego roku Cesarz na mocy XVII Edyktu Cesarskiego powołał Inkwizycję Richitera. Wybrano na mistrza zakonu Elberta Jasnego, a ten zaczął pobory w szeregi Inkwizycji. Zakon otrzymał ogromną władzę i przywileje, a jego głównym zadaniem jest tępienie wszelkich przejawów wiary w Amala i Lorsha, jak również wyłapywanie „zdrajców” Imperium, praktykantów czarnej magii oraz wszystkich podejrzanych o współpracę z Heborem. Myślę, że właśnie wtedy moje przeznaczenie się odezwało i domagało się ode mnie jego wypełnienia. Dzięki dzielnej postawie podczas wojny i wypełnieniu wcześniejszych misji Mistrz mój zezwolił na przeniesienie mnie w szeregi Inkwizycji. Byłem wielce zadowolony z tego powodu, a moje serce wypełniała radość – pierwsza od długich miesięcy. Nareszcie nadszedł czas, w którym ja Sarsos z rodu Blakher będę mógł ukazać wolę Boga i wznieść po raz kolejny miecz, aby jego ostrze spadło na głowy innowierców i heretyków.... Żadna „bestia” nie zwiedzie mnie swoim plugawym i zakłamanym jestestwem, ponieważ ja jestem wolą Boga i On poprzez swoje światło pokaże mi prawdziwe oblicze „bestii”. Już ponad miesiąc minął od czasu mojego przeniesienia z Zakonu Srebrnego Smoka do Zakonu Świętej Inkwizycji. Od tegoż czasu nie widziałem się ze swoim przyjacielem, ani moją przyszłą żoną, ale żywię nadzieję, że z nimi wszystko w porządku i miewają się dobrze. Dagonin również z tego co słyszałem pobiera inne, niż dotychczas lekcje, bo przecież paladynów szkoli się inaczej.... Podoba mi się w zakonie i szeregach Inkwizycji – Mistrz mój zaiste jest świętym człowiekiem i godnym swojego miana przeora zakonu. Daje nam lekcje i szkoli w wykrywaniu magii – jednak nikt jeszcze się nie dowiedział, że dysponuję zdolnościami wykraczającymi ludzkie pojęcie, myślę że wkrótce mogą mi się przydać. Muszę jednak uważać na „sługi ciemności”, które mogą wychylić się nawet zza rogu mej komnaty, aby obalić moją osobę i misję jaką powierzył nam Bóg – nam Inkwizytorom, obrońcom Boga, łowcom czarnych kultów i ciemnych mocy....

...Wszystko było takie piękne i poukładane. Ja zostałem Inkwizytorem, przyjaciel mój oddał się pod skrzydła naszego Pana, a narzeczona miała się dobrze i tęskniła za mną tak silnie, jak ja za nią. Przez ten krótki czas pobytu w Świętej Inkwizycji moje myśli były przy moich bliskich. Wiadomość dotarła niespodziewanie... Dagonin w liście oświadczył mi, że muszę pilnie stawić się przed nim, ponieważ ma mi ważne sprawy do przekazania. Mistrz udzielił mi pozwolenia i ruszyłem do Zakonu Srebrnego Smoka, dawnego domu... jak bardzo za nim tęsknie... Spotkanie ze starym przyjacielem przez krótką chwilę przyniosło mi ulgę i zapomniałem o tęsknocie i mych troskach. Jednak wiadomość, którą mi przekazano rozdarła na strzępy me serce i furia ogarnęła mój umysł. To Bóg mój wystawia nas obu na próbę i każe cierpieć, abyśmy później mogli zaznać ukojenia, abyśmy później mogli doświadczyć życia w miłości i lepszym świecie, abyśmy później mogli zapewne otrzymać od Niego nagrodę.

...Dagonin wracał do domu, kiedy to się stało. Jego zamek został splądrowany i zniszczony, a służba zamordowana. Ojciec jego na jego własnych oczach został zarżnięty przez „potwora” w czarnej zbroi, przez Marginusa – jego własnego brata, o którym nigdy (do tego czasu) mi nie wspominał. Marginus miał ze sobą kompanów, którzy oddali dusze złu i opętaniu. Był z nim czarodziej i inny oprawca, jak również najemnicy, którzy na ich rozkazy niszczyli posiadłość mego przyjaciela. Dagonin powiedział mi jeszcze, że Róża, moja ukochana, została porwana przez Marginusa i zabrana niewiadomo w jakie miejsce. To wzbudziło we mnie chęć zemsty i czułem się pierwszy raz jak samotne, opuszczone przez matkę dziecko. Czułem rozpacz ogarniającą me ciało i świadomość. Przez długi czas dochodziłem do siebie i mijały minuty... Dagonin powiedział jeszcze coś... Ta wiadomość wbiła ostatnie ostrze w me serce – Róża była w ciąży i nosiła mego potomka, moje dziecko, moją drugą miłość, a on ją porwał, zniewolił jakby była zwykłą marionetką, istotą, która nie zasługuje na szacunek. Ale ja nauczę go szacunku – będzie to ostatnia lekcja w jego podłym, przeżartym przez zło życiu. ...Trzy tygodnie zajęły nam sprawy związane z pogrzebem i jak gdyby pożegnaniem się z domem mojego przyjaciela. Między czasie posłałem list do mego mistrza z tymi wiadomościami i z prośbą o wyznaczenie nam misji poszukiwawczej, jak również z prośbą o pościg za upadłym Marginusem, którego uwiodło zło, plugastwo i zepsucie naszego świata. Jednak nie to było dla nas zaplanowane... Odpowiedź przyszła dość szybko, a w niej wielkie rozczarowanie – chęć zemsty nasi mistrzowie przełożyli na późniejsze czasy i wyznaczyli nam inną misję... Śmierć heretyka, samozwańczego półboga i przywódcę fikcyjnego kultu, który sieje zamęt i ogłupienie wśród ludzi.... Ta misja ma ugasić naszą rozpacz i złagodzić ból – ona przyniesie nam w pewnym sensie chwilowe ukojenie....

Sarsos Blakher

----------------------------------------------------------------------------------

Sarsos jest młodym mężczyzną w wieku 32 lat. Jest mężem wysokiego wzrostu i postawnej figury. Lata treningu i ciężkiej pracy sprawiły, że jego sylwetka jest okazała i noszenie ciężkiego pancerza nie sprawia mu żadnych trudności. Twarz jego jest zmęczona, a skóra napięta. Gdzieniegdzie tylko ciało poorane ma bliznami, z których tylko weterani walk mogliby odczytać jego przeszłość, jako wojownika. Jest coś w jego oczach, czego nie sposób odgadnąć – może to jakaś tajemnica głęboko ukryta pod płaszczem jego twarzy, może kryje w sobie coś czego nie chce nikomu pokazać, jest tajemniczy, ale też obłąkany. Kocha Boga ponad życie – tak go wychowano, a teraz wie, że sam Bóg przykazał mu wstąpienie do Inkwizycji. Jego pancerz wzbudza grozę i przerażenie – można wyczytać z niego fakt, że Sarsos jest fanatycznym człowiekiem, którego nie baliby się tylko chorzy psychicznie albo sam Amal. Ma czarne odzienie, dość nietypowe, jak dla rycerzy. Jego zbroja, choć czarna, posiada znaki i emblematy Inkwizycji i Samego Richitera Wielkiego. Na przedzie jej widnieje złoty miecz na białym tle, a z tyłu jakże podobny, a zarazem odróżniający się złoty miecz na czerwono-złotym tle. Wszystko to zakrywa czarny płaszcz, na którym widnieje podobny znak Inkwizycji. Koń jego Ular, jest średniej postawy bojowym srokaczem, ale przeżyli ze sobą nie jedną zimę i walkę, więc rozumieją się dobrze. Sarsos nie jest agresywny, raczej nieobliczalny. Już nie raz mieliśmy z nim problem, kiedy to wybuch jego emocji sprawiał, że ludzie zamiast zeznawać uciekali do domów. Ale tylko gdy wyciąga miecz – wielki espadon o płomiennym ostrzu – należy się go obawiać. Niejedna głowa spadła, kiedy ciął w imię Richitera.... Kopii rzadko używał, ale jest w niej porównywalnie biegły, jak w swoim mieczu. Myślę, że czas pokaże jaki jest naprawdę i nie mnie jest teraz sądzić tak dobrego i nienagannego rycerza.

Krotki zapis z Ksiąg Rycerstwa Inkwizycji Richitera Anno Domini 1505 Września dnia Ósmego