Życiorys: Radagast Aiwdulir Morinhater (autor: Bast)

Tej nocy nie spał spokojnie… Tak naprawdę w ogóle nie umiał zasnąć, cały czas tylko obracał się z boku na bok, wsłuchując się w noc… W komnacie panował półmrok, jedyne cienie tańczące na ścianach tworzone były przez malutki ogień ze świecy na biurku. Co chwila ciszę rozrywał stukot niedokładnie zamkniętej okiennicy, i szum wiatru sunącego po koronach drzew lasu, na obrzeżach którego znajdował się domek jego rodziców. Powieki co chwila opadały ciężko ze zmęczenia, żeby zaraz powstać na baczność, jak żołnierz wzywany na musztrę. Pokój był przytulny i nie za duży, w sam raz na młodzieńca, który większość czasu spędzał u boku swojego nauczyciela, poza domem. Jednak nie tej nocy… Nie tego lata…

Tego lata w wiosce Bedrollk, znajdującej się w pobliżu szlaku pomiędzy Treoss, a Gardionem Wschodnim, tuż przy zaczynających się drzewach Wielkiego Lasu coś nie pozwalało mieszkańcom spać spokojnie. Jakaś niepojęta siła, której rodowód i pochodzenie nikomu nie było znane, przeszkadzała w codziennym życiu i pracy, a nocą zmuszała do pilnowania swoich domostw i pociech… Tego lata zaraz na początku, kiedy prace przy gospodarstwach dopiero się zaczynały, na mieszkańców spadła nieznana klątwa, której nikt nie potrafił zdjąć, a może taki ktoś jeszcze się nie zjawił…?

Pianie koguta zbudziło młodzieńca. Zerwał się panicznie z łóżka, ale gdy oprzytomniał usiadł spokojnie i począł się rozglądać. Świeca całkowicie się wypaliła pozostawiając po sobie plamę zbrudzonego wosku na blacie zagraconego biurka. Przez szczelinę w okiennicy niezgrabnie próbował przebić się promyk słońca, lekko oświetlając przytulny pokoik. Przy drzwiach, mocno zaryglowanych, stała świeżo zbita dwudrzwiowa szafa, pachnąca jeszcze żywicą. Młodzieniec powoli wstał z łóżka i wyjął z niej odzież, w której w tygodniu uczęszczał do nauczyciela. Przebrał się powoli, acz zgrabnie, po czym podszedł do blatu biurka i począł przewracać ostatnio zapisane stronice swojej księgi nauk. Sam nie był pewien czy dziś również będzie zmuszony pozostać we wiosce i pomóc ojcu w pracy, tak jak to miało miejsce wczoraj i przedwczoraj, ale cały czas żywił nadzieję, że dziś uda się do nauczyciela i będzie mógł u niego pozostać… Przez ostatnie wydarzenia nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, a na pewno nie kilkunastoletni młodzian z dala od domu.

- Radi, śniadanie! – usłyszał głos swojej matki. Odruchowo zamknął księgę i podszedł do drzwi. Odryglował zamek i wszedł do głównej komnaty, gdzie na centralnym miejscu matka podawała do stołu. Izba była dużo większa od pokoju, w którym spał. Na jej środku stał dębowy stół, a pod jego nogami rozciągnięta była skóra dzika, którego ojciec upolował zeszłego lata. Z jednego końca komnaty czuć było zapach pieczących się na palenisku kiełbas, tam też większość czasu spędzała jego matka kuchcąc najrozmaitsze potrawy. Po drugiej stronie izby były drzwi wyjściowe, a przy nich drugi kominek, bardziej tradycyjny, którym zimą ogrzewano pomieszczenie. Chłopiec usiadł przy stole i powolutku, niczym niezachęcany zaczął jeść śniadanie.

- Gotowy do pracy przy rąbaniu drwa?! – ojciec niczym huragan wszedł do domu, a wraz z nim zawiało chłodnym wiatrem z zewnątrz. Radagast skrzywił się na propozycję ojca…

- Myślałem, że dziś pozwolisz mi już udać się do Ulryka? – chłopak wbił wzrok w ojca oczekując wymarzonej odpowiedzi.

- Pozwolę, owszem, ale jak wróci z miasta. Ten stary głupiec udał się do Lupis, z nadzieją, że znajdzie tam kogoś, kto pomógłby nam wyjaśnić te nocne ataki i ewentualnie użyczyć swoich umiejętności. Jeśli myśli, że jako sołtys, przyjmę pod dach bandę nieokrzesanych najemników, to grubo się myli… - ojciec usiadł obok syna, ułamał kawałek chleba i zaczął śniadać. Przez chwilkę zapanowała cisza, gdy sołtys zjadał pierwsze kęsy, a Radi przypatrywał się uważnie, jak żuchwy wielkiego męża intensywnie pracują. – Poza tym… - przerwał milczenie ojciec – skąd u ciebie młody, takie zamiłowanie do tych wszystkich ksiąg i wiadomości? Przyznaję rzecz jasna, że pisanie i czytanie, to nie lada umiejętność przydatna na całe życie i do wszystkiego, ale żeby chcieć zgłębiać historie i zioła - roślinki ?! – ojciec przerwał, kiwnął z niedowierzaniem głową i lekko się uśmiechnął.

- Kiedy wyruszył? – Radagast ciężko przełykał kęsy na myśl o dzisiejszym dniu, po którym odciski, to będzie najmniejszy ból, jakiego dozna po rąbaniu drewna.

- Jakieś dwa dni temu, tak myślę, a co?

- Nic, tak pytam… - chłopak ze smutkiem spojrzał w prawie pusty już talerz. Ojciec wzrokiem podążył za jego spojrzeniem i uśmiechnął się, tym razem szerzej.

- Nie bój nic! Dziś dam Ci troszkę odetchnąć! – poklepał synka po ramieniu i wziął się za wylizywanie talerza.

- Wczoraj też tak mówiłeś… - Radagast podniósł ręce i otwarł dłonie. Teraz ojciec zrozumiał obawy chłopaka, kiedy spojrzał na poczerwieniałe i lekko napuchnięte dłonie, które gdzieniegdzie naznaczone były już odciskami. Skrzywił się lekko, ale tak żeby ukryć to przed synem i począł przeklinać swoje wyrachowanie i zaciętość w wychowywaniu młodziana… Niezdarną ciszę przerwało kołatanie do drzwi…

- Proszę wejść! – okrzyk sołtysa zbudziłby martwego, a Radi aż podskoczył na taborecie, wyrwany z zamyślenia spojrzał w stronę drzwi. Lekki szmer, odgłos naciskanej klamki, a później skrzypienie, które towarzyszy otwieranym drzwiom. W progu stanęło dwóch mężczyzn. Jeden skłonił się lekko i ostrożnie przekroczył próg. Za nim wszedł drugi mąż, w milczeniu…

- Witaj sołtysie! – odezwał się pierwszy, a na barwę jego głosu Radi rozpromienił się znacznie.

- Aaaaa! Ulryku, witaj, witaj! Zapraszam! – ojciec wstał od stołu i podszedł przywitać gości. – Właśnie z synkiem rozmawialiśmy o Tobie i chyba, jak widzę… - spojrzał na uśmiechniętego synka – Twój widok go znacznie ucieszył! – Ulryk nie krył zadowolenia i mrugnął okiem powitalnie w stronę swojego najznamienitszego ucznia. Radagastowi kamień spadł z serca, ale dalej nie odezwał się słowem, wpatrzony w drugiego przybysza. Był bogato odzianym, wysokim mężczyzną, w szatach dość luźnych, koloru czarnego. Kaptur z płaszcza podróżnego opadł na ramiona odkrywając zmęczoną, ale niestarą twarz. Człowiek bacznie obserwował otoczenie i zachowania ludzi znajdujących się wokół niego. Przez plecy przewieszony miał worek, wypełniony, ale chyba dość lekki. Przy pasie wiele przeróżnych sakiewek, jedne puste, inne po brzegi wypełnione i dokładnie zawiązane. Na dłoniach jego zwisały, pobrzękując, kolorowe, skrzące się bransoletki, a na palcach założone miał przeróżnej wielkości pierścienie i sygnety. Podpierał się lekko na śnieżnobiałej, pięknie wygładzonej i wypolerowanej lasce, na której końcu, w kształcie głowy smoka, osadzony był wielki, błękitny kamień. Radagast zastanawiał się przez chwilkę, ile mógłby być wart tej wielkości kaboszon. Spojrzał na mężczyznę, a ten na niego, lekko się uśmiechając…

- Marku, przedstawiam Ci mości Nagasha, ucznia samego Rainharta z Lupis – Ulryk wskazał na obcego mężczyznę, a sołtys delikatnie uścisnął mu rękę – Mistrz Nagash – ciągnął starzec – jest Wielkim Magiem, którego miałem szczęście znaleźć w Lupis, i z chęcią pomoże nam z naszym „wioskowym problemem” – Radagast na słowo „mag” zdębiał i z jeszcze większym zaciekawieniem patrzał na scenkę rozgrywaną tuż przed nim.

- Mistrzu… - Ulryk zwrócił się do maga – ten oto młodzieniec, to właśnie Radagast – powoli cała trójka podeszła do stołu, a Nagash z zaciekawieniem obserwował równie zmieszanego chłopca – o Nim to właśnie Ci opowiadałem… - zapadła całkowita cisza. Wszyscy ze zdumieniem patrzeli na chłopca, aż po chwili mag poruszył się lekko…

- Myślę Radagaście, że to nasze pierwsze, ale na pewno nie ostatnie spotkanie… - dreszcz przeszył ciało młodzieńca.

***

Nazywam się Radagast Aiwdulir Morinhater i urodziłem się w 1095 roku, w Bedrollk, wiosce położonej przy głównym szlaku łączącym Treoss i Gardion Wschodni. Wioska nigdy nie rzucała się w oczy, ponieważ jej mieszkańcy żyli z wyrębu lasu i stolarki. Niektóre z wyrobów mogły nadawać się na sprzedaż, ale większość na zwykły handel wymienny. Dlatego też nie mieliśmy wielu podróżnych gości i kupców, było to nam na rękę, bo ceniliśmy sobie spokój i własny wewnętrzny ład. Jako iż mój ojciec Marek Morinhater, jako jedyny mieszkaniec tej malutkiej wioski, potrafił pisać i czytać, został wybrany sołtysem. Wiele długich lat mądrze rozpatrywał spory, ale też uważnie rozliczał handlujących - sprawiedliwość ponad wszystko. Moja matka, Viktoria, była duchem… Całymi dniami siedziała w domu zajmując się jedynym hobby, jakie miała, gotowaniem. Była nikim i jako nikt odeszła. Praktycznie całe swoje dzieciństwo spędzałem u boku ojca, nauczył mnie konsekwentności i dążenia do spełniania własnych marzeń. A moim największym marzeniem było odejście z wioski i nauka. Już jako mały chłopiec przejawiałem chęci do nauki, wtedy to ojciec postanowił nauczyć mnie czytania i pisania. Trwało to prawie 4 lata, ale przy tak marnym nauczycielu niczego lepszego nie można było wykrzesać. W wieku 12 lat ojciec przekazał mnie w ręce mędrca Ulryka. Ten starzec potrafił przekazywać wiedzę i zachęcać do jej zdobywania. Bardzo go lubiłem i szanowałem. Przez trzy kolejne lata perfekcyjnie opanowałem naukę czytania i pisania, łącznie ze skomplikowaną ortografią języka Północy, jak i gramatyką, której od ojca nie umiałem się nauczyć. Pewnego poranka roku 1110, kiedy to przy śniadaniu rozmawiałem z ojcem, do domu wszedł Ulryk i czarodziej, jak się później okazało, Nagash. Od tego momentu moje młodzieńcze życie nabrało tempa. Ulryk wierzył, że posiadam wewnętrzną moc, siłę, której czarodzieje i magowie, używają do rzucania zaklęć, a Nagash to wyczuł i potwierdził. Polecił wtedy Ulrykowi specjalne nauki, które jak mniemał miały mnie przygotować do spotkania z moim późniejszym własnym Mistrzem Sztuk Magicznych. Były to wtedy trudne chwile i czasy dla naszej wioski. Ulryk udał się do Lupis po pomoc i jak wierzę bogowie zesłali mi wtedy Nahasha, nikogo innego. Czarodziej miał nam pomóc, ale tak naprawdę to pomógł mnie, spełnił później moje największe marzenie, ratując mój los od zostania oczytanym stolarzem…

Mijały lata u boku Ulryka, a nauka nabierała tempa. Poznałem historię i sztuki zielarstwa, później zacząłem zgłębiać historię starożytną. Łyknąłem podstawy matematyki i astrologii, poznałem panteon bogów i podstawy religioznawstwa. To były dla mnie owocne lata. Sześć lat później, w roku 1116, wyruszyłem z Ulrykiem do Lupis, gdzie dostałem się pod opiekę samego Nagasha. Od tamtego czasu Mistrz przejął moją naukę. Był srogim magiem, ale doceniał moją inteligencję i chęć zgłębiania coraz to większej wiedzy. Poza tym byłem w Lupis! Udało mi się spełnić marzenie, ale z czasem było ich coraz więcej, a ja z coraz większą zaciętością i konsekwencją postanowiłem je spełniać. Mistrz Nagash od początku szkolił mnie w jednym kierunku, wpajając odpowiednie zagadnienia z tym związane, uczył mnie nekromancji. Zapoznał mnie z najbardziej tajemniczą, ale też fascynującą szkołą magii. Szkołą życia i śmierci, technik ożywiania i rozmowy ze zmarłymi, ale też zadawania śmiertelnego bólu. Od samego początku wykazywałem największe zainteresowanie tym kierunkiem, a gdyby tak posiąść wiedzę i moc, która pozwoliłaby mi stać się nieśmiertelnym, ominąć struktury czasu i oszukać śmierć? Zacząłem spełniać kolejne, swoje największe marzenie… Mistrz uczył mnie dobrze, a ja pochłaniałem każde słowo nowej wiedzy, z którym wcześniej nie miałem kontaktu. Przez następnych sześć lat, u boku Mistrza, nauczyłem się tkać zaklęcia i przekraczać bariery życia i śmierci, w celu poszerzania swojej wiedzy i umiejętności. Każdy dzień nauki był dla mnie najważniejszym dniem życia, a cała zdobyta wiedza cenniejsza niźli skarbiec całego Imperium. W roku 1122 Mistrz Nagash postanowił zgłębić nauki Sarkofagu Taresha – sekretnej organizacji nekromantów z Paddar, stolicy Tragonii i opuścił Lupis. Wtedy to dostałem się pod opiekę Niguella Mork, nekromanty z okolic Lupis, który wiedzą nie mógł dorównać Nagashowi, ale dalej mógł kontynuować moje nauki…

***

- Uraasn’lea Shaddara’an Ke’lheaaw… - słowa zaklęcia z trudem przechodziły przez gardło Radagastowi. Wiedział, że nie może popełnić błędu, bo może on nawet okazać się śmiertelny w skutkach, ale Mistrz Niguella nalegał na ten test. Test, którego nie miał możliwości zdać, nie bez błędów i pomyłek. Strużka potu spłynęła po twarzy zdenerwowanego ucznia. Ręce trzęsły się ze strachu, niezręcznie kreślił nimi tajemne figury i gesty, potrzebne do przywołania energii i rzucenia zaklęcia.

- Nie dam rady Mistrzu! To mnie przerasta! – uczeń spojrzał na zniecierpliwionego nauczyciela, który przechadzał się po piwnicznej komnacie tam i z powrotem. Odgłos kroków odbijał się echem od kamiennej posadzki.

- Zgromadziłeś odpowiednią ilość mocy w swoim ciele, daj jej ujść i spłynąć z formułą czaru! Te ograniczenie wynika tylko z Twojego oporu, a nie z braku umiejętności! Rzuć te zaklęcie, albo szukaj nowego nauczyciela! – te wykrzyczane słowa ugodziły Radagasta niczym nóż wbity w serce. Odsunął się od wyrysowanego pentagramu na podłodze, wziął głęboki wdech, po czym z całą determinacją i nienawiścią zaczął tkać… Zgłoski układały się w słowa, słowa zaczęły tworzyć zdania, a te ułożyły się w całą formułę, jednocześnie tworząc zaklęcie wraz z rysowanymi gestami i skomplikowanymi figurami, którym ręce młodego maga dały odżyć. Radi poczuł, że przez jego ciało przepływa energia. Ogromna jej ilość i zaczął panikować. Spływała po nim zbyt szybko i nierównomiernie, był nią przeładowany, jak napełnione wiadro, z którego woda zaczęła się już przelewać. Głos zaczął mu drżeć, a ciałem wstrząsały dreszcze. Uwolnił całą energię wraz z końcem formuły czaru… Zbyt szybko… Błysk oślepiającego światła… Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył był Mistrz, tworzący wokół siebie barierę ochronną, za pomocą znaku Tar, a później ciemność…

- Widzisz mnie? – Niguella klęczał nad uczniem uważnie oglądając jego twarz. Radi musiał leżeć jeszcze na kamiennej posadzce, bo czuł jak marzną mu kości, a szczęka ze zmęczenia i zimna lekko mu drżała.

- Tak widzę. Co się stało? – zapytał nauczyciela. – Widzę niewyraźnie, brak kolorów… - stękał – Oczy mnie pieką…

- To przez wybuch, oślepiło Cię, ale to z czasem minie. Mam taką nadzieję… - Mistrz niepewnie dobierał słowa, jakby starał się wszystkiego nie mówić. Radi i tak nie zwracał na to uwagi, pragnął tylko odpocząć. Po kilku sekundach stracił przytomność…

- Jak się czujesz? – Niguella wszedł do pokoju, w którym mieszkał jego uczeń. Radagast stał przed lustrem, a łzy spływały mu po policzkach. Spojrzał bez wyrazu na Mistrza, który przeraził się na moment, ale szybko odzyskał opanowanie.

- No tak… - zaczął niezręcznie nekromanta – byłeś nieprzytomny przez trzy dni, medycy i kapłani nie potrafili i nie potrafią Ci pomóc… - kontynuował – to będzie ślad, po udanym egzaminie… - dokończył bez pomyślunku i niezdarnie się uśmiechnął. Radi czuł jak wzbiera w nim nienawiść do tego człowieka, gdyby mógł to wbiłby mu nóż w serce i patrzał jak umiera… Ale jeszcze nie teraz… Kiedy szkolenie dobiegnie końca, kiedy nabierze sił…

- Udanym egzaminie! – wybuchnął uczeń – Jak mogłeś kazać mi rzucić zaklęcie znacznie przewyższające moje umiejętności?! Dobrze wiedziałeś, jak straszne mogą być tego konsekwencje, a jednak kazałeś mi, grożąc i szantażując, Nagash nigdy by…

- Nie jestem Nagashem! Jego tu nie ma! – krzyknął rozwścieczony Niguella – Nie obchodzi mnie gdzie teraz jest i co robi wielkiego! Jesteś u mnie na naukach i będziesz robił, co Ci rozkażę! – Radi bez strachu wpatrywał się w czerwoną i nabrzmiałą twarz swojego Mistrza. Jego dalsze krzyki odbijały się echem od ścian pomieszczenia, ale nie docierały już do ucznia… Teraz Radagast miał nowe, największe marzenie…

***

Niguella zbudził się z niespokojnego snu. Nasłuchiwał chwilkę, po czym zszedł do piwnicznej komnaty, skąd jak mniemał dobiegały dziwne odgłosy. Krok po kroku, zaspany i w ciemnościach, stąpał po schodach w dół. Znowu szmer… Stanął na chwilkę złapać oddech, po czym ruszył w stronę komnaty. Szedł przez chwilę w ciemnościach, aż przekroczył jej próg. Cisza… Znowu szmer, tuż przed nim…

- Jest tu kto? – starał namacać dłonią lampę, ale stwierdził, iż łatwiej i szybciej rzucić czar oświetlenia. Wypowiedział słowa i namalował znaki w powietrzu, po czym komnatę nieśmiało rozświetlił ognik… Zobaczył przed sobą postać, a za nią drugą. Był tak zaskoczony, iż zamarł w bezruchu. Sekundy stały się wiecznością, gdy obserwował otoczenie i zdał sobie sprawę w jak trudnej sytuacji się znalazł…

- Tak Niguella, ja tu jestem! – głos Radagasta rozbrzmiał w komnacie, w chwili, gdy Mistrz rzucał zaklęcie jasności. – Jak widzisz Twoje starania odniosły sukces, - kontynuował Radi – udało mi się rzucić te zaklęcie, a teraz giń!!! – uczeń wskazał dłonią w kierunku Mistrza, a postać między nimi zadała cios…

Niguella był zbyt zaskoczony i za wolny, żeby zrobić cokolwiek. Postać przed nim zrobiła krok i podniosła wielki miecz. Szkielet bojowy, którego wezwał zza świata umarłych jego uczeń-zamachowiec, zadał śmiertelny cios. Miecz rozpłatał korpus nekromanty, który pod naporem ciosu upadł, trzymając się kurczowo rany. Próbował utrzymać wnętrzności w środku ciała, ale rana była zbyt obszerna, leżał na zimnej posadzce i obserwował swojego ucznia. Był dumny, nauczył go… Z ust wypluł kolejną strugę krwi, ból był nie do zniesienia. Radagast odwołał szkielet, po czym powoli podszedł i klęknął przy Mistrzu. Ostatnim obrazem, jaki zapamiętała zbłąkana dusza zamordowanego nekromanty, były oczy jego ucznia. Całe białe, zniszczone i pełne nienawiści. Oczy samej śmierci…

***

Pięć kolejnych lat nauki spędziłem u nekromanty Niguella. Obrzydliwie perwersyjny i obleśny człowiek, którego podejście do tej wspaniałej sztuki życia i śmierci, było co najmniej lekceważące i niedojrzałe. Ale potrafił mnie uczyć i oddawał swoją wiedzę. Nie zatracił się jeszcze w swoich fetyszowskich perwersjach i badaniach, na tyle, żeby nie umieć mnie nauczyć. I to była jego jedyna zaleta. Kiedy Nagash piął się po kolejnych stopniach mocy w organizacji Taresha, ja dalej zgłębiałem wiedzę tajemną i starożytną. Uczyłem się korzystać z magii i czerpać jej nieograniczoną ilość z żywiołów, które na co dzień nas otaczają. Uczyłem się tkać i rzucać coraz to nowe i potężniejsze dla mnie zaklęcia, aż doszło do wypadku, który oszpecił mnie na całe życie. Mistrz Niguella rozkoszował się skrycie w zadawaniu bólu i cierpienia, a najbardziej podobały mu się sadystyczne nauki jakie na mnie stosował. Uwielbiał udowadniać mi, iż nie zasługuję na jego czas i naukę, kusząc i nakłaniając do łamania barier, co zwykle kończyło się moim cierpieniem. Kiedyś rozkazał rzucić mi czar z poziomu stanowczo przekraczającego moje zdolności, czar wezwania bojowego szkieletu. Poległem przy tym, doprowadzając się do trzydniowej śpiączki i raniąc swoje oczy nieodwracalnie. Poprzez implozję energii magicznej, której nie potrafiłem spokojnie utrzymać, doprowadziłem do wybuchu raniąc swe oczy. Zatraciłem całkowicie kolorowe pigmenty, czego skutkiem otrzymałem białe źrenice i całe białe oczy, na szczęście zdolność widzenia i postrzegania świata pozostała niezmienna. Ale na pierwszy rzut oka wyglądałem przerażająco, jak ślepiec… Zemsta była słodka i szybka. Po kilku dniach w tajemnicy udało mi się opanować zaklęcie i postanowiłem wykorzystać je przeciw swojemu nauczycielowi. Szkielet bojowy zadał śmiertelny cios Niguella’i, a ja mogłem być tylko dumny, że jednego perwersyjnego maniaka mniej na świecie. Odszedłem tej samej nocy i zatrzymałem się w Lupis. Rok 1127 jest początkiem mojej własnej wyprawy do doskonałości i potęgi. Do samej nieśmiertelności….

***

Radagast Aiwdulir Morinhater jest 32 letnim czarodziejem nekromancji. Bardzo chudym, kościstym, acz wysokim człowiekiem. Ubrany zwykle w czarne szaty i płaszcz z kapturem. Na plecach znoszony i podniszczony worek, w którym trzyma najbardziej przydatne rzeczy do podróży. Najcenniejszą rzeczą jego jest Księga Magii, w której trzyma swoje zaklęcia. Przypięta jest do pasa w chlebaku ochronnym. Radagast nigdy się z nią nie rozstaje. Przy pasie ma również składniki do najważniejszych czarów, których także uważnie strzeże. Wspiera się na MORGUL’u, kiju bojowym, którym nie potrafi walczyć, ale na czubku którego posiada Rubin z energią magiczną. Jego twarz jest młoda, ale na pierwszy rzut oka wygląda przerażająco z powodu oczu. Są całe białe i nie posiadają źrenic, jak u ślepca, którym nie jest. Jest to wynik źle rzuconego czaru, a skutki pozostaną do końca życia. Bezwzględnie dąży do własnych celów, jest konsekwentny i stanowczy, ale zarazem poważny i spokojny. Częsta przewaga inteligencji nad innymi sprawia, że Radagast nie zawsze jest w stanie dogadać się z ludźmi ich prostym i mało naukowym językiem.

MORGUL jest zwykłym kijem bojowym, jednak obicia z mocnego metalu są zrobione na wzór kości szkieletu, a na szczycie kija metal kończy się zaciśniętą, na osadzonym w niej rubinie, dłonią szkieletu. Całość wygląda na dokładną i elegancką robotę.